20 października 2019, niedziela

Czytelnia człowieka dla ludzi

Redakcja

Sid Cepellin





Gazetaliteracka.pl nie tylko rozpoczęła działalność, ale działa. Oto dowód – Śniadanie Mistrza Cepellina, kawałek dobrej  prozy Marcina Mutha, opublikowany na www.gazetaliteracka.pl





Śniadanie Mistrza Cepellina

Marcin Muth

 

 

To się działo w mieście, gdy jeszcze nie stał w nim ani jeden inteligentny biurowiec klasy A. Sid Cepellin powoli wstawał z łóżka i szykował sobie śniadanie. Pierwsza puszka, którą napotkał była kompletnie pusta. Druga również. Przy trzeciej postanowił wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności kulinarnych. A trzeba wiedzieć, że Sid był mistrzem śniadań. Przez zaciśnięte zęby wycedził – Nie zrobisz mi tego, mała! Jak zwykle zaklęcie podziałało. Puszka okazała się do połowy pełna, choć akurat Sid z wrodzonym sobie brakiem optymizmu, uważał, że jest do połowy pusta.

Trudno – powiedział do siebie Sid – będę chodził głodny. Popijając śniadanie zdecydował, że dziś wybierze się na uczelnię. Dochodziła właśnie 15, więc istniała szansa zdążenia na wykład z teorii zapoznania. Nic go to właściwie nie interesowało, ale liczył, że spotka tam ludzi, z którymi będzie mógł zjeść kolację. Bo Sid był może trochę introwertyczny, ale samotności to jednak nie lubił. Szczególnie przy jedzeniu. Nachodziły go bowiem wtedy myśli niewesołe czy nawet smutne czasem.

Sid był typem wrażliwca. Nieszczęścia tego świata spadały na niego codziennie z dużym impetem. Sam nie wiedział, dlaczego akurat wszystkie na  niego. Miał nawet o to trochę pretensji do losu. Ale w sumie był dzielny. Brał na wątłą klatę co tam spadło i śmiało szedł, gdzie tam akurat miał iść. Tajemnicą jego chodzenia było w jaki sposób osiągał zawsze ten sam cel. Dokądkolwiek i z kimkolwiek by nie szedł, zawsze dochodził do baru.

Sid był bowiem osobą na swój sposób zorganizowaną. Wszystkie funkcje życiowe miał podporządkowane celowi nadrzędnemu. Zachowaniu równowagi płynów i pyłów w organizmie. Dlatego właśnie teraz sięgnął po papierosa, bowiem śniadanie bez czerwonego Marlboro było śniadaniem co najmniej niewystarczającym. System Sida był szalenie prosty i logiczny. Przede wszystkim starał się wykonywać minimalną ilość ruchów, dzięki czemu nie musiał specjalnie przejmować się jedzeniem, myciem i przebieraniem.

Dzięki pasywnej postawie życiowej, praktycznie się nie brudził, nie głodniał i nie gubił odzieży, co zdarzało się nagminnie jego bardziej aktywnym kolegom. Dzięki temu mógł się poświęcić temu co lubił. A lubił dobrą literaturę, gry strategiczne oraz wyrafinowaną dyskusję w gronie wybitnych umysłów. Stąd właśnie wziął się u niego pomysł studiowania fantasmagorii w Poznaniu. Fantasmagoria była najmniej przydatnym i najbardziej absurdalnym kierunkiem studiów, jaki wpadł mu do głowy, a Poznań był miastem, które nie wymagało od niego większych wyrzeczeń.

Sid pochodził ze Szczecina. Jak Katarzyna Wielka i Kasia Nosowska. Wychowywał się w w ciekawych czasach, kiedy o tym mieście mówiło się polskie Seattle. Nie bardzo wiadomo dlaczego tak mówiono. Nie było tam bowiem przemysłu komputerowego ani nawet choćby jednego lokalu Sturbucks. W ogóle niewiele tam było, więc ludzie zakładali zespoły rockowe. I tak właśnie chyba na fali popularności grunge, wymyślono, że to polskie Seattle.  Ale bardziej to już był polski Liverpool, a właściwie to takie Chicago lat 20. albo Hawana tuż przed nadejściem Castro. Młode wilki i pogranicze w ogniu.

Poznań to już zupełnie inna kultura. Myślał Sid. I blisko, co najważniejsze. Nie trzeba się telepać pociągami. Zebrał grupę kolegów i przyjechał. Zamieszkali na jednym z nowych osiedli w mieszkaniu Ciotki Mroczka. Mroczek to był kolega jeszcze ze szkoły podstawowej. Teraz niestety postanowił studiować prawo. Był to rysa na dobrze się zapowiadającej przygodzie. Choć na usprawiedliwienie Mroczka trzeba dodać, że nie miał specjalnego wyboru. Dziad prawnik, ojciec prawnik to i Mroczek prawnikiem miał zostać. Ciotka Mroczka też była prawnikiem i co gorsza właśnie stała naprzeciw Sida z pusta butelką tequili. Sid nie wiedział co o tym myśleć, nie myślał więc.

Co tu się dzieje? – zapytała ostro Ciotka Mroczka. Sid rozejrzał się dookoła, szukając odpowiedzi. Nic – odparł zgodnie z prawdą. A to!? – Ciotka wskazała na pustą butelkę tequili trzymaną w ręku. Pusta – oznajmił smutno Sid, gramoląc się z materaca. Przepraszam panią, ale muszę iść na uczelnię – dopowiedział szybko, zakładając sweter i buty.

Sid był bardzo dobrze zorganizowany. Spał w ubraniu, aby w razie potrzeby szybko  opuścić łóżko i być gotowym do akcji. W ten sposób przygotowanie do wyjścia zabierało mu dużo mniej czasu i mógł uciec przed trudną rozmową z Ciotką Mroczka, która nie dość, że była właścicielką mieszkania, to jeszcze z zawodu prokuratorem. Na pewno nie zadwoliłaby się odpowiedziami, których mógł udzielić Sid, a on z kolei nie mógł jej zadowolić w żaden inny sposób. Niech się tym zajmie Jodła, pomyślał i wyszedł, nie gasząc nawet papierosa.

Na dworze było zimno, więc wrócił po płaszcz. Widział, jak Ciotka Mroczka otwiera drzwi do pokoju Jodły. W ekspresowym tempie zabrał płaszcz i zniknął za drzwiami. Ufff, pomyślał, w ostatniej chwili. Spaliłem co prawda energię na pół dnia, ale uratowałem jego sens. A Jodła sobie poradzi. Nie z takimi kłopotami sobie radził. Zapalił kolejnego papierosa i poszedł na przystanek przy Rynku Wildeckim. Ciekawe, czy będzie dziś Sztuk? – zadał w myślach pytanie.

Bycie Sztuka było bardzo ważne dla obrotu spraw. Kiedy Sztuk był, to wszystko było. Kiedy Sztuka nie było, to trzeba było brać co jest.


Marcin Muth

CDN.

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.