27 czerwca 2019, czwartek

Projekt Grochowiak

Stanisław Grochowiak

Skolopendra

Miasteczko nasze oddychało ciężkim kurzem i spiekotą. Grube liście kaktusów na balkonie pokryły się złotą jak pył motyla patyną lata. Skwierczało w zębach. A dziwiłem się głośno, gdy u Dolżanki, w zamkniętym na cztery spusty i osiemnaście butelek salonie z lekarstwami, przesunąłem ręką po zielonej kanapie i poczułem między palcami—w najwrażliwszych miejscach skóry — piasek. Skwierczący piasek.


I
Mops przywiózł z Francji cztery skolopendry. Trzymał je w dużym zielo­nym słoju i wrzucał im żaby. Skolopendry wbiegały na ściankę słoja i spadały jak pociski - ciężko, żarłocznie, ale zachowywały wdzięk zabijających kocha­nek, księżycowych panien, tajemniczych morderczyń. Ukąszone żaby stygły, kamieniały, jakby uciekała z nich wszelka wilgoć; rozpaczliwie uderzały łapka­mi w bęben słoja. Ciap - ciap - ciap! - grało.
Mops świecił okularami i wieczorem przytulał policzek do słoja - księżyc płynął powoli, paląc się we włosach Saby - miasteczkowej prostytutki, jedy­naczki, skwiercząc w piasku i przewracając popiół ziemi.
Ale okresy biły jak uderzenia zegara - trzy skolopendry zdechły, jedna tyl­ko została i sama już uśmiercała cienkim ostrzem swej żuchwy żaby, chrząsz­cze i ćmy, smakując najlepiej w tłuszczu ciem - trupich czaszek.
Mops kochał skolopendrę - widział w niej całą Francję - południe nabite żarem, słone morze, soczyste wargi kobiet. Mówił do Dolżanki, ze wstydem opuszczając sine powieki, że w skolopendrze przebywa duch Marguerite. I że dlatego skolopendra nie zdycha.
Kończył farmację w Warszawie, a po trzyletniej praktyce pojechał za uciu­łane pieniądze do Paryża. Chciał się czegoś uczyć. Czego? Pieniądze zjadł i przepił i już nie mógł wrócić do Polski. Więc znowu trzy lata praktykował w aptece na południu Francji, gdzie poznał chudą Marguerite, dziewczynę z miejskiej pralni, która oddała mu się bez trudu i z serdeczną pobłażliwością na suchym stwardniałym piasku. Nie, nie ukąsiła jej skolopendra. Marguerite - jak to się mówiło - zjadła za dużo mydła, jej ciało zrobiło się kwaśne i mdłe, opuściła ją smagłość, a skóra Marguerite nabrała wrogiego odcienia nieba przed burzą. Sinożółta. Umierała trzymając się za brzuch i plując w łagodną tarczę księ­życa.
Mops uciekł znów do Paryża i w słoju wiózł cztery skolopendry.
Do miasteczka przyjechał na jesieni któregoś tam roku, odkupił aptekę, kładąc pieniądze na wieku trumny uprzedniego właściciela i mówiąc bez złości do wdowy:
- Odszedł do Edenu. A co tutaj miał oprócz kina?
Mnie - odpwiedziała wdowa zalewając się łzami. Mops ściągnął usta w bolesnym, starczym skurczu.
Ale on, umierając, nie płakał?
Nie zrozumiała. Wzięła trumnę, księdza, karawan - wszystko na siebie - i powlokła na cmentarz, gdzie leżą kości, kości, kości... Dużo resztek po ludziach.
Mops zbliżył się do naszej grupki przez przypadek. Słuchaliśmy wówczas w kawiarni przemówień Hitlera - cieszyliśmy się z nich. Coś będzie. Czy wie­cie, jaką ogromną wartość ma przekonanie, iż coś będzie. Przecież my:
Kazik pędzący fabryczkę mydła, od rana do nocy w kantorze, ciskający się między bluźnierstwem robotnika a plajtą;
Wanda, jego żona, kobieta wciąż i bez sensu robiąca na drutach;
Dolżanka, madame Bovary dla grubasów z owłosionymi tyłkami;
Ja, bezustanny agresor w stosunku do stołecznych redakcji, pisarzyna i marzyciel - my wszyscy, trzydziestoletni, niekiedy młodsi, mieszczuchy, czciciele Schopenhauera i «Soir de Paris», umieraliśmy. Z dnia na dzień kurczył się nam mózg. To było wiadome: brak fosforu, witamin i miłości do czegokol­wiek. Chociażby do skolopendry.

Czym bowiem była ta nasza ojczyzna? Piaskiem, sławojką, skandalem graj-dołkowym - i czym, czym, czym? O, w kinie grali «King Konga», ale w gazecie pisali o Gorgonowej, ale dalej...? Wąsy Piłsudskiego i mózg Piłsudskiego po śmierci rozkawałkowany na mogiłę w Zamościu, w Kłaju, w Sieradzu, Pułtus­ku, Toruniu...
Więc słuchaliśmy malarza z Berlina jak płomiennego derwisza - z czułoś­cią pochylaliśmy się nad swymi duszami, chuchając na nieśmiały, anemiczny kiełek nienawiści. Mops przyszedł do kawiarni i przysiadł blisko, z głową nie­ruchomo wyważoną wzdłuż symetrii radioodbiornika - jego odstające blade uszy nabrały zieleni od światełka za szybą skali.
Wiecie państwo - powiedział - chowam w domu skolopendrę. Wystar­czy, żeby go ugryzła!
Co to jest skolopendra? - spytała Dolżanka.
To jest owad. Podobny do giętkiej, smagłej... do Kleopatry na przykład. Potwór o pyszczku anioła. Szatan owadów.
Mały?
Niewielki. Wymiarów szatana.
Poszliśmy oglądać skolopendrę. Siedziała smutna, zadumana, w rogu słoja, przytulona do szczeliny dna. Wielkie bladozielone oczy wlepiła w balonik powietrza w szkle. Może to był jej księżyc - może balon stratosferyczny - a może nic. Nic. Może nic?
Mops zapukał palcem w słój - trucicielka sennie odwróciła oczy - wyda­wało się, że patrzy w Wandę, w kobietę wiecznie robiącą na drutach, złą i bez­nadziejną. Ogarnął nas wszystkich ciężki, niepokojący smutek.
- Ona jest zaraźliwa - wytłumaczył Mops i zaparzył kawę.
Potem, rozwiewając palcem pasmo pary nad swoją filiżanką, dodał:
- Hindusi wierzą, że dusze zmarłych żyją w krowach... głupi pomysł.
Dusza ludzka jest malutka, o wiele mniejsza, prawda, proszę pani? - zwrócił się do Dolżanki.

II
Dolżanka wdała się w przewlekły romans z burmistrzem. Stary człowiek o obwis­łym podgardlu przynosił jej bombonierki z czekoladkami «Fuchsa» i opowiadał o swych zmartwieniach. Rzadko ją kochał - zwykle siadał na zielonej kanapie i mówił, mówił, mówił, sapiąc przewlekle w pulchną dłoń, na której opierał szczęki. Mają go wywalić albo zaawansować... Nie wie. Dokładnie nie wie. Jego dziadek był Żydem, przekazał wnukowi nos - a teraz nie wiadomo: czy wobec bezkompromisowego rasizmu Hitlera sanacja poprze Żydów, czy do reszty ich zgnębi? Zresztą dni są policzone.
- Powiedz mi, czy jesteś szczęśliwy? - pytała go Dolżanka całując gruby
spieczony kark.
Odpowiadał:
- Nie wiem, co będzie jutro. Boję się... Mogłabyś mi pomóc.
- Ja?
- Jesteś w dobrych kontaktach z aptekarzem i na zawsze zachowasz tajem­
nicę. Znam cię.
Nie chcesz już czekać? Trząsł żałośnie grubymi wargami.
To histeria, kochana, histeria... Chciałem ci czymś zaimponować.
I znów wracał do metody przekupywania jej bombonierkami. Do starej, do­brej metody, którą zmęczeni, grubi ludzie wytargowują od świata okruchu śmiechu.

III
W środku gorącego lata siadłem do poematu. Pisałem przy otwartym oknie: za rzeką palił się blask na dachu kościoła. Widziałem małego ludzika przy ulach - ksiądz proboszcz zapomniał o świecie. Na białej kartce, spoczywającej na sekretarzyku od wczoraj popołudnia, nazbierała się warstewka piasku. Nie ścierałem jej - była zbyt pachnąca spiekotą i dnem rzeki. Umoczyłem pióro i począłem pisać. Stalówka wdrapywała się na ziarenka kwarcu, trzeszcząc. Pryskały krople atramentu. Pisałem nie zważając na to. Tworzyłem opowieść o Hermie, białej dziewczynie na złotym morzu. Płynęła łodzią z dużym żaglem -żagiel brał w siebie wszystkie odcienie wody. Chłodna, morska, lodowata woda
- prowadzić może na samo dno. Na dnie idzie się zielonym wyziębłym koryta­rzem i u jego krańca czekają żarłoczne ryby. Ich zęby są ostre i białe jak szable. Tną na strzępy biel dziewiczych piersi.
Ocknąłem się - z przerażeniem czytałem jeszcze wilgotne strofy: wiatr, morze, żagle, dziewczyna, pokrwawione ciało.
Wylałem na rękopis całą butelkę atramentu. Zwinął się w rulonik i upadł na podłogę. Nie pozbierałem go, lecz roztarłem trzewikiem na podłodze.

IV
Kazik biegał w rozpiętej koszuli pomiędzy kadziami ze zwierzęcym tłuszczem. Ludzie zatkali palcami nosy, zgromadzili się przy ścianie i milcząc, nienawis­tnie patrzyli na właściciela - jak się miotał, rósł, grzmiał, wywijał pięściami. Jakiś szesnastoletni chłopak wystąpił niespodziewanie z tej twardej ściany ro­botników, chwycił się za brzuch i zwymiotował Kazikowi pod nogi. Blady, cofał się z odrzuconą do tyłu głową, w której oczy, zamglone i mętne, nie wyrażały nic. Może trochę, troszeczkę bólu.
- Zrozumcie - wrzeszczał Kazik - to dla was! Jeżeli zamkniemy fabrykę,
gdzie się podziejecie? Co się z wami stanie?
Milczeli zaciskając dłonie. Dopadłby do nich i całował po rękach: co się z nim stanie?
Fetor rozkładającego się tłuszczu działał. Właściciel i ludzie stali naprze­ciw, coraz bardziej leniwi, bez ruchu, milczący. Chory chłopak wsparł się ręko­ma o ścianę i szlochał.
Wystąpił Krause:
Chodźmy stąd, szefie. Tu już nie można.
Ale co ja zrobię? - Chwycił się za głowę.
Tu już nie można - zawył chłopak i wybiegł na powietrze.
Dokąd pójdziemy? Dokąd, Krause?
Ja nie wiem, dokąd pan pójdzie... - Krause odwrócił głowę i Kazik ujrzał tylko świecący, spocony czubek nosa majstra.

V
Wanda od sześciu dni siedziała zamknięta w swym różowym pokoju. Stała szafa z pachnącą politurą, łóżko przykryte plandeką ze słonecznikiem, a wszędzie walały się tekturowe pudełka z puszystymi kotkami na wierzchu. Kotki miały szyjki prze­wiązane różowymi i błękitnymi wstążkami. Takie same wstążki, obok guziczki, po­łamane grzebyki, pukle włosów wypełniały po brzegi te kasetki niepokoju i nudy. Wanda cierpiała na nerki, unikała słońca, żółta i ciężko przełykająca ślinę. Jej chude, spocone dłonie pachniały przekrojoną słoniną, gdy zbliżałem do nich wargi.
Wanda od sześciu dni robiła z włóczki długi błękitny szal. Bardzo długi. Kazik siadał u stóp swej żony i patrzył z trwogą na niecierpliwy, boleśnie bezustanny ruch woskowych palców.
„Czyżby chciała się powiesić?"
Nocą w pokoju panował zaduch. Kazik wchodził w koszulce do pępka na­wiedzić żonę. Błyszczał od potu.
Zwracała głowę i przenikała go swym czarnym, zmęczonym wzrokiem.
- Nie, Kazik, jest tak gorąco... Porozmawiajmy lepiej.
Siadała na łóżku, podkurczywszy nogi pod brodę, i nie mówiła nic. Przesu­wała po wargach ostrym jak nożyk językiem.

VI
Mops obudził się gdzieś około północy - wydawało mu się, że zatrzeszczała pod­łoga: ktoś wszedł. Pod poduszką wyczuł twardość rewolweru, wymacał go i schował w dłoni. Potem sięgnął na nocny stoliczek - podjął lampkę z bateryj­ką «Centra» i wparłszy plecy o chłodną ścianę, nieruchomy, surowy, zaświecił reflektorem po podłodze. Przesuwał światło wzdłuż szpary między deskami: zobaczył kurz, kłębki brudu i malutkiego pajączka ze spiczastymi łapkami. Gdzie stoją nogi tego, który wszedł? Nie zobaczył ich - przeciął pokój kilkoma silnymi błyskami. Nikogo nie było. Ale nie mógł się uspokoić - cmoktał ośli­nionego papierosa i przy świetle latarki oglądał palce u nóg. Pomyśleć, że to wszystko kiedyś zgnije, odpadnie od zielonej kości. Zadrżał. Powoli, jakby sam był w tym domu złodziejem, podszedł na palcach do słoja ze skolopendrą. Zwykle sypiała zawieszona na sznurku przewiązującym wierzch słoja - teraz leżała w kącie, przewrócona jasnym brzuszkiem do góry, trzymając wszystkie sto łapek sztywno, w proteście, jakby miała sprezentować niewidzialną broń. Główkę zgięła w bok, znowu wpatrzona w zielony bąbel powietrza. Nie rozkła­dała się, lecz schła - cienka, sucha jak zwitek celofanu.
Mops potoczył się do okna szlochając. Otworzył je i krzyczał:
- Marguerite, ty tutaj byłaś, Marguerite!
Ale zza rogu wytoczył się brzuchaty stróż nocny i wyjaśnił:
- Nikogo nie było. Na pewno, panie magister. Dzisiaj nie zmrużyłem oka.
Człowiek spać nie może, gdy pomyśli o wojnie. To już będzie trzecia w moim
życiu, panie magister, ale tej już nie przeżyję.
Mops przytulił policzek do słoja i został.

VII
Nazajutrz spadł deszcz. Gorący bruk miasta parował stęchłym, niedobrym zapa­chem. Woń ta zrzedła jednak, rozprowadzała się w przedmiotach, ginęła, tak że wreszcie odetchnęliśmy świeżym wesołym chłodem. Nabraliśmy radości ży­cia i wieczorem, w cieniu mokrych kasztanów, zebraliśmy się na filiżankę ka­wy. Z rozwartych drzwi kawiarni do ogródka dobiegał tylko słaby, bełkotliwy potok nowego przemówienia Führera. Ale tego dnia postanowiliśmy zabawić się sami - Dolżanka kwitła, Kazik porzucił swe mydlane zgryzoty, nawet Wan­da mówiła dużo i z wdziękiem. Ja recytowałem wesołe, trochę rubaszne stu­denckie wierszyki. Powiedziałem do Kazika, z którym w przeszłości studiowa­liśmy ekonomię:
- A Cybulkę pamiętasz? - I zaśmiałem się rechotliwie.
Kazik z mozołem odszukiwał w pamięci brzydką prostytutkę, ladacznicę naszych szkolnych lat, którą każdy z nas miał chyba tylko ze dwa razy. Zatarła mu się; zapatrzony w dalekość wspomnień, nie mógł jej dostrzec.
- Którą?
Mops, bardziej wesoły, niż pozwalały mu na to jego wyblakłe okulary, ni stąd, ni zowąd wystrzelił. Ale tak, ni przypiął, ni przyłatał:
- Jak to którą? Tę, do której pan jeździsz co niedziela do W.
Kazik zupełnie się zdetonował. Wyjeżdżał co drugą niedzielę nie do W., lecz do A., nie na przygodę z jakąś Cybulką, ale przypominać się odbiorcom i agentom, stawiać im likier i kawę w brzydkiej, opajęczynionej kawiarence.
Ja jednak pojąłem intencję Mopsa: pobawimy się w wyobraźnię, w to jed­no, co nam zostało.
- Ech, Kazik - rzekłem - nie dalej jak w ubiegłą niedzielę tańczyła dla nas
nago na stole. Przypominasz sobie? Miała złote kolczyki w uszach.
Dolżanka zatarła ręce.
Znam ją! - wybuchnęła z entuzjazmem. - Ona prowadzi fotoplastikon. Ma zielone oczy...
Oczy to ma zielone, ale niezupełnie - nawiązał Mops. - Kiedy się ją bie­rze, wówczas oczy jaśnieją, stają się błękitne.
No, wybaczcie, panowie, o tym to ja już nie mogę wiedzieć. - Dolżanka przymrużyła powieki i szturchnęła Wandę w bok. A Wanda wydawała się rozu­mieć i patrzyła rozbawiona na Kazika, który ledwo wyjąkał:
Ale...
Ale, ale. Od kiedy zacząłeś odwiedzać Cybulkę, nasze akcje upadły. Ty jesteś taki ścichapęk, niby frajer, mydlarz. Ho, ho, ho - ale chłop. Spotkałem ostatnio Cybulkę w parku i aż nie poznałem: różowa, bujna, rozkwitła. Nad kwiatami jakby fruwała...
A perfumy - dorzuciła Dolżanka - pytam się jej: skąd ma takie perfu-
my? Przecież wczoraj byłam w W. i widziałam ją. Poszłam oglądać do fotoplas­tikonu Morze Martwe... Zaśmialiśmy się.
Morze Martwe? - spytał Mops. - I jak wyglądało? Czy było sztywne i sine?
Nie żartujcie. Zupełnie autentyczne. Wypukłe. Więc ta Cybulka to pach­niała jak flakon w swojej kasowej budce. Pytam ją: skąd ma pani takie perfu­my? Chyba za dziesięć złotych... Pani, ona powiada, jest taki, co mi wieloryba kupi, byłem pachniała... To ona tak o tobie, Kazik?
Chłopak nareszcie pojął, że go nabieramy. Postanowił nie dać się zbić z tro­pu i wychyliwszy szklankę oranżady, przymrużył łobuzersko oko.
Ona jest żoną jednego z moich nowszych nabywców. Daję jej reklamowe mydełka... Dlatego tak pachnie.
O, widzę, że pan nawet miłość poplątał z interesem. Nie zginie pan.
- Łączę po prostu przyjemne z pożytecznym: Cybulka ma skośne oczy i fiole­
towe! Fioletowe, drodzy państwo, nie zielone. Panowie ją widocznie słabo znacie.
A bestia. Uderzył mocno i wbił głęboko: Mops długo nie mógł złapać oddechu.
- Ja biorę kobiety w ciemności - wyjaśnił - natomiast noc zmienia barwy.
Zawołaliśmy kelnerkę i zażądaliśmy dużo wina: gra zaczęła nas roznamięt-
niać, każdy miał mnóstwo do opowiedzenia o kochance Kazika. Wanda poma­gała nam: udawała, że nie rozumie, że się oburza, że załamuje ręce. Świetna aktorka - czym więcej piła, tym wyraźniej ujawniał się jej talent. Mops tworzył najdziwaczniejsze legendy: Cybulka miała - jak się okazało - z Kazikiem dziecko. Mops sprzedawał im zapobiegawcze pastylki. Teraz to już bez trud­ności: Cybulka jest bezpłodna. Tyle tylko, że ucierpiał mąż - jakiś kiepski
sprzedawca mydełek.
Och - dodał Kazik - ten stary był sentymentalny. Zaprowadził dziew­czynę do doktora, a kiedy się okazało, że już nigdy nic - rozpłakał się w głos.
Czy to on strzelił sobie w łeb? - spytałem.
A tak! - Kazik znudzony przytaknął głową. - Ale z innej przyczyny. Czekała go Bereza Kartuska za jakieś sympatie do komunistów. Bał się. Wziął wody w usta i bach! - rąbnął w górną wargę. Cała głowa jak rozkisła beczka rozleciała się na strzępki. Teraz mamy z Cybulka swobodę.
Pijany Mops nie mógł utrzymać się ze śmiechu - chichotał rozbawiony do łez i wkładał trzęsący palec do szklanki z oranżadą. Potem lizał.
- Jak krew... Jak krew... - smakował.
Nastrój wzrastał z chwili na chwilę.
Cybulka schowała jeden odłamek czaszki swojego męża do szuflady. Za­schnął, stał się biały.
Ona mi go dała - wykrzyknął Kazimierz. - Mam ten czerep w kieszeni.
Podskoczyliśmy.
- Pokaż, natychmiast pokaż!
Kazik udając, że szuka w zakamarkach marynarki, pochylił się i sprytnym, szybkim ruchem zgarnął z szeleszczącego piasku kawałek szarego wapienia.
- To ten! - Położył na stole. - Prawda, że śliczny?
Powstaliśmy. Dość! Nerwy podniecone trzema butelkami mocnego wina odmówiły nam posłuszeństwa. Śpiewając:
Ona w oknie go czekała -Ach, zobaczcie, jaka biała, Bo na sznurze chybotała, Taka wiotka, taka biała Jak ten kwiat!
potoczyliśmy się chwiejną, wrzeszczącą grupą do domów. Z otwartego okna na wąskiej ulicy wrzeszczało radio. Nie rozumieliśmy słów, jedynie Mops dekla­mował bezmyślnie poddany mu refren:
- Mobilizacja... Sanacja... Sanacja... Mobilizacja... Spleen!

VIII
Na kamiennych schodkach skrzypi piasek, w zamku chrobocze klucz. Kazik nie może trafić. Zostawił Wandę za sobą - zupełnie pijana, stoi pod krzakiem bzu i palcami strząsa brązowy suchy pył kwiecia. Łka. To był głupi kawał z tą Cy-bulką - bo kto wie, czy Wanda nie wzięła go na serio?! Ale Kazik ma krzywy nos, mięsiste wargi i maślankowaty wzrok - dla niego i Wanda jest już łaską nieba. Powinna zdawać sobie z tego sprawę: nie należy przesadzać.
Na klatce schodowej bierze żonę wpół, czuje wiotkość jej ciała, zagiętymi palcami szuka piersi. Dwie gorące kule jak dwa światy, które się rodzą - jesz­cze wrą, jeszcze kipią. Ogarnia go zachwyt: upalna, przemyta deszczem noc ma pióra ze srebra - można całować. To następuje już w sypialni - toczą się sczepieni przez trzeszczące pod trzewikami pudełka, różowe wstążki, pukle włosów, spinki i guziczki walające się po podłodze. Chce żonę zwalić na łóżko, pęka wysoki obcas przy jej trzewiczku, okulała upada w bok, na dywan.
Kazik czuje, że wszystko jest przeciw niemu. Wszystko: nawet głupi wyso­ki obcas! Wanda patrzy od dołu z nienawiścią. Dyszy:
Podaj mi druty.
Wandziu, przecież kochasz mnie...
Podaj mi druty.
- Wandziu, chyba nie wierzysz, iż istniała jakaś tam...
- Podaj mi druty.
- Widzisz, Wandziu, to był głupi kawał. Wymyśliliśmy to wszystko sobie:
dla uciechy... Zresztą ostatnio jesteś dla mnie taka niedobra, taka niedobra...
Nie wolno mi całować, brać cię, nic mi nie wolno. Ludzie nie chcą pracować,
będzie wojna, pójdę na front, a może mnie zabiją... Nie będzie ci żal?...
Wanda siedzi z podkurczonymi nogami na łóżku. Bierze robótkę i dwie żółte dłonie wchodzą w rytm monotonnego, bezmyślnego kieratu.
Wandzia... Tak nie można... Jestem przecież twoim mężem... Cholera, jestem! - Podnosi pięści. - Ty nie wierzysz! Ty nie wierzysz! Nie wierzysz im? Chcę dzisiaj spać z tobą.
Nie! - Wanda liczy suchymi wargami oczka.
Pójdę na front i mnie zabiją. Na pewno. Będę miał grób w lesie i nikt do mnie nie zajrzy. Nikt, bo ty... - Podskakuje w stronę łóżka, przyciska żonę do piersi. Biedny, nie zauważył, że Wanda ustawiła jeden z drutów na sztorc: jak żądło. Przykłuty do niej, pyta z różową śliną na zębach:
Wandziu, co robisz?
Na drutach, kochany... Robię szal, długi, błękitny szal... Będziesz go no­sił w zimie...
Senny, coraz bardziej słaby, nie dowierza:
- W zimie?... To będzie w tym roku zima?..
Wanda chce mu coś odpowiedzieć, ale w tej chwili jasny, gorący błysk zwa­la ich z łóżka. W drobnym ułamku sekundy Wanda spostrzega, że osuwają się ściany, a potem z nieprawdopodobną szybkością podlatuje w jej stronę rozpa­lony do białości przedmiot. Ciap! - uderza ją w twarz i nagle robi się mokro na piersiach. Punkt.

IX
Bomby spadły tej nocy na dworzec, fabryczkę mydła i jedna zabłąkana przebiła willę Kazika na wylot. W sumie zginęło sześciu ludzi: czterech kolejarzy, Wan­da i Kazik. Już z kartami mobilizacyjnymi w kieszeniach poszliśmy po Dolżankę i wspólnie udaliśmy się oglądać trupy naszych przyjaciół. Leżeli na ganku w ogrodzie - pośród cegieł, żelastwa, pośród gapiów. Kazik dostał po brzuchu, tę część ciała miał przykrytą brudną szmatą. Wanda leżała z przesłoniętą wor­kiem twarzą, ale nikt z nas - chociaż nie było zakazu - nie odważył się odsło­nić owej kurtyny miłosierdzia, litości czy pogardy.
Gapie przyglądali się jednak szczególnie skrupulatnie długiej igle sterczą­cej z lewego boku Kazika, pytali:
- Cholera, a to skąd? Co to za odłamek? Czy ci hitlerowcy pakują do
swoich bomb igły? Może zatrute?...
I wybuchła panika. Ludzie wsiadali na wozy, zabierali tłumoki, fortepiany, gnali na wschód. Spytałem Mopsa:
- Co pan o tym sądzi?
Patrzył długo zza swych grubych szkieł.
- Wciąż myślę, że tutaj błąka się Marguerite. Ona siedziała w skolopen-
drze. Tego dnia, gdy skolopendra zdechła, Marguerite wyszła z jej wnętrzności i chodziła po moim pokoju...
Pan żartuje?
Nie. Wierzę w to. Skoro tylko się obudziłem, Marguerite wyszła przez okno. Zawołałem ją - ale popełniłem grubą pomyłkę, nie należało jej szukać na ulicy. Zmarła udała się do spiżarni i wyszła przez lufcik do ogrodu. Poszła w stronę fabryki...
Co?
Tak, w stronę fabryki. A teraz nie wiem, gdzie jej szukać?!
Droga nasza wiodła przez Kutno do Warszawy. Pod Kutnem ułani szarżowali na czołgi. To był potworny widok: konie rozłupywały się jak nabite mięsem orzechy. Głowy ułanów skakały do rowów. Siedzieliśmy z Mopsem w leju i mówiliśmy o życiu pozagrobowym. Aptekarz zgubił okulary, spodziewał się śmierci.
- Czy pan uprawia spirytyzm?
Zrobiło mi się go bardzo, bardzo żal. Urodzony w epoce zupełnej nędzy, ścis­kał rozpaczliwie ten staromodny parasol, jedyny jego dobytek i nadzieję. Po na­myśle więc przytaknąłem.
- Obiecuję panu, że powiem wszystko, co wiem. To są dziwne sprawy. Cieszę
się, że niedługo je poznam bez reszty. Niedługo.
Pociski rąbały wokół nas wściekle - piekło wypełzało ze swoich jam na ziemię. Gryzłem palce.
Dość, dość! Niech pan nic nie mówi! Uśmiechnął się.
Nie słyszę pana, czy pan rozumie? Nic nie słyszę! Zupełnie nic. Windował się na łokciach nad lej. Chciałem go powstrzymać, ale kopnął mnie
ciężkim, podkutym butem w twarz. Potoczyłem się w kąt leja i przerażony patrzy­łem, jak Mops biegnie prosto na czołg. Wziął cały ogień w siebie i kiedy spełznął dym, nie było już nic więcej oprócz ognia.
Rozumiecie więc, dlaczego czuję się między wami jak rozbitek. Wkraczając w wojnę byłem młody - jak wy - wychodząc z jej wnętrza miałem siwe włosy. I tak, co jest z moim życiem? Cieszę się patrząc na was, na wasze mądre oczy, silne ręce, na wa­sze głowy. Macie wszak przed sobą szalone perspektywy - w sercach waszych nie­ustannie tłucze się zapał! O święci! O szczęśliwi! Zrehabilitujecie przed światem wszystko to, co myśmy zgnoili: miłość, patriotyzm, mądrość, racjonalizm... Nie! Eee, nie wierzę... Mówmy otwarcie, przecież jesteście zbyt cwani, by wierzyć w skolopendrę?...

Stanisław Grochowiak, 1954 r

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.