18 września 2019, środa

Dariusz Łukaszewski

Słońce wzeszło (3)






Słońce zajdzie na zachodzie, ale dopiero wieczorem. Wjeżdżam na gigantyczny trawnik.


Grafika: Andrzej Bobrowski



Bezkresne pole lucerny, skoszonej równiutko dwa centymetry przy ziemi. Kojąca monotonia aż po horyzont, żadnych słupów wysokiego napięcia, średniego napięcia ani napięcia niskiego; śnię? Żadnych wieżowców, autostrad, stadionów, pomnika nawet; nic nie mąci widoku. Artefakt doskonały, stworzony ciężkimi maszynami zaprzężonymi w potężne, plujące ropą traktory, teraz czystość idealna, z powietrzem do oddychania bez ograniczeń; trawnik bez początku i bez kresu, raj ciszy i spokoju.

- Wyłaź! - budzę Gryzonia – jesteśmy w Ameryce.
- Czego budzisz mnie na czczo?!

- Ameryka! Gryzoń.
- Gdzie? - Gryzoń przeciera oczy. – Bo nic nie widzę dookoła.

- No widzisz!? Nikogo nie ma, żadnej zrzędy, pustka, wolność, robisz co chcesz, możesz się od razu poczuć sobą osobiście, wyjątkowo, odświętnie, bez ograniczeń i bez opamiętania; Ameryka po prostu.
- Skocz mi zaraz po burgera, bo jestem na czczo! - żąda znienacka Gryzoń. - Okay, żartowałem! - puszcza do mnie oko i zaciąga się raz, zaciąga drugi. - Faktycznie, orzeźwiające, zdrowe amerykańskie powietrze, tutaj od razu będzie mi się lepiej spało. O matko!... jakie ja tu zaraz mogę mieć sny!? A jutro jakie mogę mieć sny!?... a po jutrze?...

Gryzoń jest szczęśliwym Amerykaninem w Ameryce.

Nieoczekiwanie rower zaczyna przyspieszać. Sam, bez pedałowania. Pędzimy w dół, po lekkiej pochyłości wielkiej niecki, którą w równinie wycisnęła kiedyś bozia meteorytem, bawiąc się nim dla zabicia czasu rozwleczonego w nieskończoność, z innych nudów, albo dla równowagi dokonań boga w zakresie potopów, wulkanów, zlodowaceń, innych plag zsyłanych dla zdyscyplinowania człowieka w najświętszej sprawie. Wieki wyłagodziły krawędzie, traktory maszynami wyprodukowały równiutki trawnik z lucerny, po którym – drąc się ekstatycznie - pędzimy w dół łagodnego leja: coraz bliżej i bliżej szarobiałej plamy na dnie.

- Juhuuu!!! - drze się gryzoń.
- Juchuuu!!! - wrzeszczę ja. (W wolnym kraju Ameryce, możemy sobie wrzeszczeć co i jak chcemy: i przez samo ha, i przez ceha.)

Szarobiała plama w dole rozrywa się na setki, tysiące fragmentów, wznosi w powietrze i chmara dzikich gęsi przelatuje ponad naszymi głowami. Hamuję, żeby się lepiej pogapić.

- Ile oni w Ameryce mają ptaków?! - ekscytuje się gryzoń. - I od razu jakie wielkie?! Nie to co u nas – jakiś tam wróbelek, co najwyżej sójka, co jej się zapomniało odlecieć do lepszych krajów...
- U nas też są dzikie gęsi, i kaczki dzikie są, i dropie, cietrzewie... - wyliczam przytomnie.

- Naprawdę?! Co ty powiesz?... - przerywa gryzoń, nie pozwalając sobie zepsuć chwili. - A zobacz, jak one lecą; tysiące, i żaden nie zahaczy o drzewo, o druty napięcia, o wieżowiec, o....
- Gryzoń, tu nie ma drzew, drutów, ani wieżowców!

- No mówię; nikt tu nie nawtykał tych rupieci gdzie bądź, bez sensu. Zobacz, rozejrzyj się – gryzoń jest w szczycie ekstatycznego upojenia – widzisz tu jakieś druty, autostrady, stadiony, pomniki?! Ekologia, przestrzeń, wolność, od razu widać że Ameryka, nie jakieś tam wielkopolskie Mazury.
- Uhmm?... - chcę spuentować z przekąsem, ale się powstrzymuję.


Ciąg dalszy jutro.


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.