18 września 2019, środa

Dariusz Łukaszewski

Słońce wzeszło (5)






Wciąż nie grzeje słońce, chociaż zajdzie dopiero wieczorem na zachodzie.

Grafika: Andrzej Bobrowski




Bocian traci zainteresowanie ucztą i rozpoczyna rozbieg do odlotu. Nie muszę go przeganiać, nie mam tu już nic do roboty. Wsiadam na rower i z trudem brnę pod górę do krańca łąki. Jeszcze nie wiem, że czeka tam na mnie twarda, wygodna droga kusząca łatwizną.


Droga odbija w prawo i opada w dół na złamanie karku. Nie widać czy w dolinie, do której prowadzi leży wioska, jezioro, czy tylko pola: wszystko w dole przykrywa wielki kapelusz białego grzyba z gęsto tkanej waty; lepka chmura mgły zjadła wszystkie kształty, kontury, zarysy, odgłosy, wydarzenia ważne i nieważne, dramaty i szczęścia. Parę metrów przede mną mleczna ściana, niczym brama do krainy czystej. I przez tę bramę, jak przez wrota czasu przejdziemy zaraz do nowego świata, w którym może czaić się wszystko, kawałek wszystkiego, albo nic takiego.


- Gdyby wyłonił się stamtąd rycerz na koniu, uwierzyłbym, że go widzę – przerwa ciszę Gryzoń, który jak ja, od jakiegoś czasu wpatruje się urzeczony w biały świat przed nami.


Słońce wzeszło rano na wschodzie, a zajdzie dopiero wieczorem na zachodzie.


Rycerz nie wyjeżdża na koniu z białej nocy, zamiast niego wyłania się czerwonoskóry olbrzym z jakimś starym kurduplem pod rękę.


- Prawdziwy ostatni Indianin Unkas! - Gryzoń przeciera zdumione oczka. – I Napoleon po cywilnemu!


Kurdupel przemawia do Indianina tonem terapeuty pewnego swych racji, podżerając przy tym kiszoną kapustę z foliowego woreczka, na przemian z kartoflami, wyciąganymi z kieszeni marynarki.


- O, to chyba nie będzie Napoleon, jak on tak te kartofle z kapustą... - Gryzoń traci pewność pierwszego odkrycia. - To może być nawet ktoś inny... Halo, kierowniku! Czy pan jest?...


Nie dowiemy się, bo kurdupel pragnący wyglądać jak Napoleon po cywilnemu (odmundurowany, ale jednak Napoleon) dostrzega nas, dębieje, zakręca na pięcie i pędem kryje się za kotarą mgły, unikając zdemaskowania. Nie chce, żebyśmy podsłuchali tajemnice, jakie omawia wyłącznie ze swoją maskotką. To znaczy, żebyśmy nie domyślili się, że tak tylko sobie gadali o niczym, a dalej myśleli, że rozważali strategie dostępne wyłącznie dla wyżyn napoleońskiego umysłu. Indianin wiernie rozpuszcza się w mlecznej brei w ślad za kurduplem. Wszystko dzieje się tak prędko, że nie wiemy czy byli tu naprawdę, czy tylko nam się zdawało.


Ostatni Indianin Unkas (tak teatralnie opisany przez Coopera dla chłopców) ze starym kurduplem pragnącym wyglądać jak Napoleon po cywilnemu...
- myślę. - Ludzie jednak powinni mieć 16 lat w wieku szesnastu lat, a nie dopiero próbować je przeżywać po sześćdziesiątce. Wtedy wszystko działo by się jak powinno, a świat byłby lepszy.


Przekraczamy mleczną bramę, mgła momentalnie zakleja pole widzenia; wyciągam przed siebie rękę i nie widzę nawet łokcia. Coś ociera mi się o nogi. A może ja ocieram się o coś? Uciekam do przodu jak oparzony, a może to przerażone coś ucieka do tyłu? Kiedy się tego nie widzi, nawet zwyczajne nic staje się czymś, co może być wszystkim, na przykład włochatym pająkiem. Pędzę jak oszalały, potykam się, puszczam rower i szczupakiem przelatuję przez ścianę mgły. Wyrzuca mnie na polanę z normalnym polem widzenia. Ląduję na pysk w owalnym amfiteatrze z białymi kurtynami, za którymi nie widać nic, ale tutaj wewnątrz, widać dwa duże zwierzęta stojące naprzeciw siebie, ni to hieny, ni wilki, może tylko mocno przerośnięte koty?


Rzucają się na siebie i zaczynają gryźć te zwierzęta, drą pazurami, wyrywają kawały mięsa, aż nagle znikają całkowicie.


- Gdzie one są? - pyta Gryzoń

- Zeżarły się.


- Coś takiego?... - Gryzoń rozgląda się wokół z niedowierzaniem w oczach.


Stoimy w kompletnej ciszy. Dostrzegam studnię, a właściwie betonowy krąg wystający z brudnej późnojesiennej trawy. Podchodzę, żeby sprawdzić czy w środku nie ma porzuconego noworodka (zawsze sprawdzam takie studnie zagubione wśród pól, pod kątem porzuconego noworodka). Przechylam się przez cembrowinę, ale nie dostrzegam noworodka, ani w ogóle nic; ciemna otchłań. Pluję i nasłuchuję plaśnięcia śliny o lustro wody. Cisza. Znajduję mały kamyczek, wrzucam do studni – żadnego odgłosu. Nagle powietrze nad głową faluje, spoglądam w górę i widzę gigantyczne cielsko wieloryba, który wypływa majestatycznie z jednej kotary amfiteatru i znika w drugiej. Właściwie dostrzegam już tylko jego wielki ogon, który zafalował płynnie nad moją głową.


- Też to widziałeś?! - pytam Gryzonia.

- Weź większy kamień – Gryzoń ignoruje moje pytanie, więc nic nie widział, tylko mi się zdawało.


- Większy kamień weź! - ponagla Gryzoń.

- Zaraz!... Myślisz, że tak łatwo znaleźć kamień, jak się go akurat szuka?!


Znajduję w końcu głaz wielkości głowy, ciskam go do studni i nasłuchujemy rozbryzgu wody, albo plaśnięcia o ziemiste dno. Cisza. Studnia bez dna, na drugą stronę.


- Myślisz, że przeleciał i po tamtej stronie spadnie komuś na łeb? - pyta gryzoń.

- Myślę, że przydało by mi się teraz piwo, albo chociaż kawa – mówię. - Póki co, odszukam rower i spieprzamy stąd.


Ciąg dalszy jutro.


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.