20 lipca 2019, sobota

Czytelnia człowieka dla ludzi

Gośka Maj

Szkicownik emigrantki, cz. III

Dwudziesty lipca, później

Na tablicach rejestracyjnych odpowiednia notka: Dumny Amerykanin i kilkanaście magnesów z Duchem Stanów: Wujkiem Samem, gwiazdkami na granatowym tle, Boże, chroń Amerykę, Jestem przeciwna wojnie w Iraku, Aborcja to morderstwo;



więc to nie jest samochód Andrzeja, szukam bladoniebieskiego Chevroleta dalej, siedzi w środku, tym razem kazałam przyjechać w jedyne znane mi miejsce w tym okropnym mieście, a jego oczy już nie są takie małe i spięte, chociaż wciąż na mnie skupione, jedźmy stąd, tu jest okropnie, pewnie ma rację, a więc gdzie mieszkasz, daleko, ale jedźmy, tu, po prawej, widzisz tę knajpę, tu kiedyś jadłem śniadanie, myśleli, że jestem marynarzem, taką brodę miałem, nie chciało mi się golić, zimą to było. Teraz jest słońce i pełnia lata, Andrzej nie chce wychodzić ze swojej ślicznoty, klimatyzacja świetnie działa, fotele wygodne jak leżaki, potem siedzimy w jakiejś restauracji i zamawiam sałatkę tuńczykiem, bo najtańsza, chociaż i tak on musi zapłacić, ale pewnie wie, jest na tyle taktowny, że nie pyta, tuna a nie tjuna, poprawia mnie najpierw kelnerka, potem on, mówię, że już nigdy więcej nie odezwę się przy nim po angielsku, niech wszystko sam zamawia, jestem obrażona, jestem rybą, jestem niepełnosprawna werbalnie, niech się wali ze swoim nauczysz się, ze swoim ironicznym zainteresowaniem; jestem cholernie spięta, a on je stek, jak można jeść cokolwiek tak mięsnego, ociekającego czyjąś krwią, tak szybko i z takim apetytem. Jak można tak się wpatrywać, jak można wyglądać tak biednie i nieporadnie, jak ja.


Kto powiedział, że zawsze to samo słońce, zawsze to samo niebo, przeraźliwie się mylił, bo z tej strony Ziemi niebo zaczyna się wyżej, znacznie, i drzewa są wyższe, nie można się do nich przytulić, bo stoją zupełnie obojętne, patrzę na nie przez okno, a ich nie interesuje drobna twarz z samochodu, co mam teraz z sobą zrobić, bardziej tu malowniczo, skały na poboczu drogi, czas i przestrzeń należy obliczać według innych miar. Jeszcze większa samotność, anonimowa i zawsze obok kogoś, kto posyła bezinteresowne uśmiechy. Andrzej na mnie zerka: proszę, jeden dla ciebie, jesteś przecież taka słodka i naiwna, proszę, nie myśl inaczej, podążaj w innym kierunku, ja go nie wyznaczę. To przecież tylko zabawa, by zabić grubymi deskami marnotrawiony czas, by przetwarzać się nawzajem. Aby opowiedzieć moje życie musiałabym przywołać setki smutnych historii, może czyichś, może je sobie zawłaszczam i sprzedaję za współczucie, świnia. Nie słuchaj mnie uważnie, mówię do niego patrząc wciąż przez okno, bo w każdej bajce odnajdziesz fragment siebie, będę więc mówić bardzo dużo, żeby nie powiedzieć nic, żeby wszystko dobrze się skończyło.


Kiedyś włączę TV i cię zobaczę, mówi mi. Z interesownym uśmiechem do publiczności. Przecież chcesz być piękną panią w eleganckiej garsonce. Teraz idź spać, może nie będziesz zgrzytać zębami. Powtarzalność doświadczeń, analogie, wywoływanie wspomnień. Zaczynam uczyć się tej trasy na pamięć.

 

CDN

 

Rysunek: Andrzej Bobrowski

 

 

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.