25 czerwca 2019, wtorek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Ludwik Cichy

Tęcza (opowiadanie)

Każda opowieść składa się z historii i sposobu opowiedzenia tej historii. To opowiadanie powstało z chęci sprawdzenia, czy historia nie może się obejść bez sposobu.
Klick !!!





Tęcza


Miała 15 lat, gdy dostała od niego wiersz. Staroświecki trochę, więc i śmieszny:

 

Umiłowanie ty moje!

Kształty nieomal dziecięce!

Skroń dotąd nie pomarszczona,

Białe, wąziutkie ręce!

 

Po raz pierwszy w życiu poczuła się kobietą. Powiedział jej, że to wiersz Jana Kasprowicza, o niej. Rodzice długo byli niechętni tej znajomości. Maturę zdała najlepiej w szkole, on zaledwie zdołał ją zadać. Odmówiła wyjazdu na studia do Anglii. Właśnie ze względu na niego, ojciec poruszył niebo i ziemię, żeby jej te studia załatwić. Uciekła. Zamieszkali razem w lichym pokoju, w lichej dzielnicy wielkiego miasta. On nocami rozładowywał wagony z cementem, w dzień przygotowywali się do egzaminów na studia. Po miesiącu przenieśli się z nory do kawalerki w centrum. On zdał na wydział literatury, ona na malarstwo. Zaczął pisywać do gazet, ona dorabiała w agencji reklamowej.

Pierwsza wystawa jej obrazów nie była wydarzeniem. On wydał książkę, gdy ona przygotowywała się do drugiej wystawy. Książka miała dobre recenzje. Pospłacali długi. Podpisał kontrakt na powieść z dużym wydawnictwem. Ona nie zrobiła drugiej wystawy. Zrezygnowała, bo po tym, jak zabrała głos dla telewizji i jej wypowiedź nieoczekiwanie została uznana za manifest nowego pokolenia, jej obrazy stały się modne i kupowali je już nie tylko kolekcjonerzy, ale i galerie. Wyprowadzili się z miasta do wielkiej chałupy nad małym, dzikim jeziorem. Urządzanie się zajęło im dwa lata. Wahała się czy przyjąć stypendium, które oznaczało półroczny wyjazd za granicę. Odmówiła. Promieniał z tego powodu i ona to wiedziała.

Wynajęli gosposię, bo wielki dom i całe obejście wymagało codziennej opieki, a oni często wyjeżdżali na całe dnie; zabiegano o ich towarzystwo, głównie ze względu na nią; na jej zjawiskową urodę, błyskotliwość, niezwyczajne poczucie humoru. Stała się bardzo pożądaną duszą towarzystwa. Nie był zazdrosny. Na podstawie jego książki nie nakręcono filmu, jak się spodziewał, i jak przewidywał wydawca. Postanowił napisać powieść życia i już potem nie pisać. Tak jej o tym opowiedział: powieść życia, bo pisarz pisze właściwie tylko jedną książkę, a potem już tylko mutacje, przeważnie gorsze. Był środek zimy, stali na środku ich skutego lodem jeziorka, i ona rozumiała jego racje.

Wiosną na świat przyszła ich córka. To był piękny dzień. Nic jeszcze nie wiedzieli, nikt im jeszcze nic nie mówił. Dziecko umarło jesienią. Siedem miesięcy spędzonych w klinikach, a potem powrót do domu. Wyłączyli się z życia towarzyskiego, odmawiali przyjęcia zaproszeń i sami nikogo nie gościli. Potem znów przyszła wiosna i ona postanowiła ufarbować swoje kompletnie siwe włosy, aby znów były czarne, jak jeszcze rok temu. Przyjęła zamówienie na cykl obrazów dla muzeum. Większość czasu spędzała teraz w pracowni, właściwie robiąc tylko przerwy na sen. Skończyła realizować zamówienie, ale nie była zadowolona ze swoich prac. Mimo że honorarium wpłynęło na konto w terminie i w oczekiwanej wysokości. On już wcześniej zdecydował, że nie wyda swojej książki, która miała być powieścią życia. Bez większego przekonania dali się namówić znajomym na wypad do tropiku. Jeszcze na lotnisku, zanim samolot zdołał wystartować ona nagle straciła przytomność.

Udało ją się wybudzić dopiero po dwóch miesiącach. Guz mózgu zoperowano jej tydzień później. Druga operacja przykuła ją do wózka. Odprawili gosposię, bo ona nie chciała, żeby ktokolwiek oglądał ją w tym stanie. Prawie rok zastanawiali się nad trzecim zabiegiem. Uprzedzano, że ta operacja jest bardzo ryzykowna. Zdecydowała, że chce. Szczęśliwie udało mu się sprzedać ich posiadłość z półrocznym terminem egzekucji. Dopiero dwa miesiące po kosztownym zabiegu mógł zabrać ją z kliniki do domu nad jeziorem. Już wtedy nie mówiła. Choć godzinami ćwiczył z nią proste zdania, nie było w niej wiary w jakąkolwiek rehabilitację. Z rozpaczą patrzył, jak z dnia na dzień jej życie redukuje się do najprostszych funkcji biologicznych. Nieubłaganie zbliżał się dzień wyprowadzki. Nie udało mu się zebrać żadnych pieniędzy, zresztą nie miał na to czasu ani głowy.

Wylądowali w drewnianej ruderze, która w odległych czasach służyła przez wiele lat jako domek wczasowy dla wypoczywających robotników z miasteczka. Pocieszał się, że widać stąd jezioro na które lubiła patrzeć godzinami, więc może jej udręczony umysł nie dostrzeże zmiany. Nie udało się, zrozumiała wszystko. Siedziała na swoim wózku przy oknie i po jej twarzy bez wyrazu spływały łzy. Poczuł swoją bezsilność; nie było już nic, na co mógłby jeszcze czekać. Wtedy nagle dotarło do niego, że jej okaleczone ciało jest tylko fortecą, broniącą dostępu do niej, ale nie jest to zapora szczelna, bo przecież ona dostrzegła zmianę otoczenia. A więc ona wciąż tam jest, w tym swoim skancerowanym ciele! Ona wciąż jest! I chociaż nie może się odwzajemnić, bo nie pozwala jej na to ta ciężka, milcząca zbroja, w której została uwięziona, to bodźce ze świata z zewnątrz dalej do niej docierają. Więc wciąż wszystko może się zdarzyć!

Jeszcze tej nocy, kiedy zasnęła, powrócił do swojej „powieści życia”, której nie zdecydował się wydać, bo wydawała mu się nie dość dobra. Teraz każdą chwilę, gdy ona spała, poświęcał na przerobienie niedoskonałego artystycznie tekstu na chodliwy towar rynkowy, wszystkie miejsca nie dość głębokie zamieniał na efektowne fabuły układające się w chwytliwą i zaskakującą historię. Teraz ich życie biegło według schematu: pisanie, karmienie, smarowanie odleżyn, ćwiczenia, spacer na wózku, sprzątanie, gotowanie, karmienie, spacer, ćwiczenia, sprzątanie, karmienie, kąpiel, pisanie… Wiedział, że muszą spróbować jeszcze raz, trzeba tylko zarobić pieniądze, duże.

Przed Wigilią przyszła odpowiedź z wydawnictwa, do którego wysłał prawie pięćset stron tekstu: nie byli zainteresowani. Jeszcze tego samego dnia przesłał powieść do szesnastu innych wydawnictw. Kończył im się węgiel, ale nie musiał już teraz pisać po nocach, więc mógł dojeżdżać rowerem siedem kilometrów do miasteczka, rozładowywać wagony na rampie. Odpowiedziały tylko trzy wydawnictwa: nie były zainteresowane. Nie powiedział jej o tym. Pierwszy raz jej nie powiedział. Do tej pory mówił jej wszystko.

Tej nocy nie poszedł zarabiać na rampę. Usiadł na podłodze pod oknem i wsłuchując się w nierówny oddech śpiącej, zwiesił swój tępy wzrok na półce nad jej głową. Świtało już, gdy zdał sobie sprawę, że patrzy na mały kartonik, do którego ona, idąc na drugą operację, spakowała swoje osobiste drobiazgi. Uchylił wieczko i wyjął ze środka kartkę.

Umiłowanie ty moje!

Kształty nieomal dziecięce!

Skroń dotąd nie pomarszczona,

Białe, wąziutkie ręce! – przeczytał na głos.
Ona już nie spała. Po zniekształconej latami cierpień twarzy spływały łzy.

Kiedy następnego ranka wrócił po nocy spędzonej na rozładunku wagonów, w pokoju nie było nikogo. Wybiegł z domu. Dopiero teraz zauważył na stopniach schodów krew. W szarym świetle świtu dostrzegł białą postać, leżącą na ścieżce do jeziora. Była wyziębiona, ale przytomna, krew z rozbitego nosa zachlapała jej twarz i szyję, ciałem wstrząsały konwulsje. Co ty chciałaś zrobić!? Porwał ją na ręce i popędził do chaty.

 

Dni stawały się coraz cieplejsze. Nie chodził już rozładowywać wagonów. Nie zostawiał jej dłużej niż na kilka minut. Na początku lata odkrył w szczelinie pod zewnętrznymi schodami gniazdo szerszeni. Wiedział, że musi je zlikwidować. Kiedy rozpaloną żagwią z ogniska próbował uśmiercać owady, dosłyszał z wnętrza pokoju stęknięcie, przechodzące w jęk. Przesadził schody jednym skokiem i dopadł do łóżka. Było za późno. Mała czerwona plamka tuż nad jej nosem szybko zaczynała zmieniać się w rumień rozlewający się gorącą opuchlizną po twarzy, a potem po całej głowie i szyi. Zimne kompresy zahamowały proces puchnięcia w okolicy ramion. Dopiero po dwóch dobach alergiczna reakcja jej organizmu zaczęła ustępować. Spod zamkniętych, sinoczerwonych, nabrzmiałych gorącem powiek zaczęła rozchylać się wąziutka szparka oczu. Wieczorem opuchnięte pozostało tylko czoło i góra głowy. Wyglądała, jakby jej włosy wyrastały ze skóry nałożonej na duży, miękki hełm, ale objawy ukąszenia ustępowały w zaskakująco szybkim tempie. Dwa dni później nie było już po nich śladu.

Wtedy, unosząc ją, by posadzić na wózku, poczuł, że ściska jego ramię jakby chciała powiedzieć mu coś ważnego. Pochylił się i wydało mu się, że słyszy szept, westchnienie zaledwie, układające się w słowo: wracam. Ożywiony spojrzał na jej twarz, ale zobaczył tylko maskę bez wyrazu z zamkniętymi powiekami, które jak przyłbica zbroi wciąż broniły dostępu do wnętrza.

Zakwitła lipa przy ścieżce do jeziora. Dostrzegł to dopiero gdy w jej cieniu ujrzał samochód i obcą kobietę wysiadającą i zmierzającą w stronę ich rudery. Najpierw zobaczył samochód, potem dotarło do niego, że lipa kwitnie, a potem na tle tego obrazu odkrył obcą kobietę. Powiedziała, że trudno było go odszukać, bo nie podał adresu zwrotnego, a wydawca którego reprezentuje, rozpoczął realizację projektu na podstawie jego książki.

Opowiedział jej o tej wizycie na spacerze. Pchał wózek w stronę małej plaży i relacjonował ożywionym głosem kwestie zakupu praw autorskich do powieści, zamówienia na ciąg dalszy, mówił jej o tym, że rozpoczęto już wstępne prace ekranizacyjne. Rozpromieniony wtoczył wózek na mały, zdezelowany pomost. Pochylił się, by poprawić koc, i wtedy dosłyszał jej szept: czaple…

Patrzyła napiętym wzrokiem gdzieś za niego. Obrócił się i dostrzegł dwie siwe czaple, zaskoczone pojawieniem się intruzów na pomoście i gotowe do ucieczki. Uniósł ręce i ptaki poderwały się do lotu. Lecą… czaple… nie musiał się pochylać, by dosłyszeć to, co mówi.

 

Zbroja rdzewiała, z każdym dniem pękały ogniwa łączące ciężkie części skorupy. Rozpoczął się wielki powrót. Zanim lipa zdążyła przekwitnąć, ona potrafiła jeść samodzielnie. Dostali wreszcie zaliczkę za książkę. Poprosiła go o farbę do włosów i lusterko, bo w ich domu nie było lustra. Przywiózł z miasteczka wielką torbę zakupów, pudło kredek i blok do rysowania. Potrafiła już samodzielnie przenieść się z łóżka na wózek.  Przerobił schody na długi, łagodny podjazd, po którym mogła samodzielnie wyjeżdżać z domu. Jesienią kupił cztery wywrotki węgla. Wielka czarna hałda była większa od ich chatki. Spoglądał na tę górę ze spokojem, nieomal z czułością. Kłopoty z węglem skończyły się. Napisał artykuł do gazety wydawanej w stolicy. Przyszło zamówienie na stałą współpracę. Do kolejnych tekstów dołączał jej rysunki. Mieli swoją autorską stronę.

Chowała to jeszcze w tajemnicy, bo chciała się najpierw sama upewnić, a potem postanowiła, że będzie to prezent pod choinkę – w środku wigilijnej kolacji wstała z wózka, przeszła przez pokój i zapaliła świeczki na świerkowym drzewku. Rozpłakał się jak dziecko. Usiadła mu na kolanach i powiedziała, że chce mieć dziecko.

Rozpakowali kartony z farbami, pędzlami, ekolinami, gruntami. Nakładała farby pewnym, zdecydowanym ruchem, kończyła jedno płótno i niczego nie poprawiając, rozpoczynała następne, malowała z taką zachłannością jakby obraz miał być jej ostatnim, jakby to była ostatnia szansa na namalowanie czegokolwiek. Późną wiosną dostał pozostałą część honorarium za książkę. Niestety, umowa nie przewidywała udziałów w zyskach ze sprzedaży filmu. Postanowił zorganizować wystawę jej obrazów. Szczegóły omówił z szefem gazety, w której mieli autorską stronę. Ekipa dziennikarska spędziła w ich chacie nad jeziorem dwa dni. Nakręcono kilometry taśmy, zarejestrowano godziny rozmów, obfotografowano i sfilmowano wszystko. W galerii wyeksponowano tylko jeden obraz, reszta rozgrywała się na dwóch telebimach. Tym razem, jej druga w życiu wystawa wypadła światowo. Sprzedano wszystko, co wystawiła.

 

Najbliższą Wigilię spędzili w swojej dawnej posiadłości, nad jeziorem. Odkupili ją od człowieka, któremu nie udało się z niej zrobić atrakcji agroturystycznej. Znów mieli wszystko. I wszystko działo się jak powinno. Jesienią na świat przyszło dziecko. Chłopiec. Zdrowy jak rzepa. Latem napisał w końcu swoją powieść życia i wydał ją samodzielnie, jak chciał, bez kompromisów i bez zobowiązań.

Jak długo może trwać szczęście, zapytała któregoś dnia.


Tak długo, jak człowiek nie jest sam, jak pies bezdomny.


Wtedy, gdy docierało do mnie co mówiłeś, co dla mnie robiłeś, czułam się winna, czułam się balastem, chciałam umrzeć. Zostałeś wykluczony z populacji ludzi, ja ciebie wykluczyłam ze świata ważności.


Byłem w najważniejszym miejscu w życiu. Nie byłem sam. Szczęście jest wszędzie tam, gdzie ty jesteś.


Spadł deszcz. Wielkie zimne krople szybko przeszły w strugi chłoszczące twarz z siłą wichury. Schronili się w domu. Stanęli przy oknie i z niepokojem obserwowali błyskawice rozdzierające sczerniałe niebo. On trzymał w ramionach dziecko, ona wczepiła się w niego, gdy  tuż za ścianą  rozległ się grzmot a zaraz po nim huk padającego drzewa. Świat, który ich otaczał, wściekł się. A potem nagle wszystko ucichło. Pioruny i bicze wodne wichura pognała w jakieś inne miejsce. I wtedy powróciło słońce, rozświetlając ze swojej najwyższej wysokości olbrzymią tęczę nad ich jeziorem.

 


Ludwik Cichy (wrzesień 2008)


Rysunek: Anka Cięciel

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.