12 listopada 2019, wtorek

Projekt Grochowiak

Stanisław Grochowiak

Trismus

Nazywam się Stanisław Grochowiak. Urodziłem się 24 stycznia 1934 roku w małym miasteczku wielkopolskim jako trzecie z kolei dziecko dość zamożnych rodziców. Dzieciństwo miałem więc pogodne, którego sielskości nie mącił fakt, iż w tymże styczniu 1934 Adolf Hitler doszczętnie już opanował ministeria Rzeszy Niemieckiej. Wojna 1939 roku zaskoczyła mnie tak, jak w słoneczny dzień wybuchająca burza.


Miała dla mnie – ledwo dorastającego do szkół – gwałtowność burzy. To chyba wszystko. Kiedy usłyszałem od rodziców o samobójczej śmierci Adolfa Hitlera, ucieszyłem się grzesznie, ale śmierć ta nie stanowiła dla mnie jakiejś zasadniczej cezury (w mojej świadomości, oczywiście!). Dalej już żyłem odległy od cieni Adolfa Hitlera, wiodąc życie to spokojne, to znów nabierające gwałtowności, ale zawsze w miarę, według reguł, jakimi usiłuje kierować rozsądek i serce. I oto – w okresie bardziej burzliwej mej młodości – poznałem w jednej z portowych restauracji starego Gdańska człowieka nieprzeciętnego, kapitana wielkiej żeglugi. Cóż to za gratka dla młodej duszy, spragnionej przygód i kolorowych opowieści! Na szczęście, czy też ku mojemu późniejszemu utrapieniu, fascynujący człowiek znalazł we mnie również coś pociągającego, co skłoniło go do wprowadzenia mnie w krąg najbardziej nawet poufnych tajemnic. A więc przy szklaneczce swojskiej wódki przemierzaliśmy wspólnie niezmierzone oceany, tu i ówdzie natrafiając na cyklony i sztormy, a zdarzało się, że napotykaliśmy również i Latające Holendry (czuję dziś wdzięczność dla samego siebie, że potrafiłem w nie kiedykolwiek wierzyć). Nie zapomnę tych chwil szczególnego wzruszenia, gdy w obskurnym wnętrzu portowej knajpki, w sąsiedztwie skręconych lepów na muchy rozbłyskiwał z nagła Krzyż Południa, kiedy od nieznanych lądów bił zapach egzotycznej flory, gdy dosłownie wszystko stawało się możliwe: węże morskie, syreny, a nawet najbardziej niepokojąca i zagadkowa postać Mnicha. Wierzyłem bowiem wtedy, że istnieją głównie na morzu (o czym Szekspir zazdrośnie zamilczał!) rzeczy, o których nie śniło się filozofom.

Znajomy mój, kapitan wielkiej żeglugi, należał jeszcze do tej rzadkiej kategorii ludzi, którzy nie ulegli przesadnemu zmaterializowaniu wyobraźni – temu smutnemu, ale nieuniknionemu signum temporis naszego wieku. Że miał przy tym wyjątkowe szczęście (poezja życia jest szczodra wobec swych miłośników), odkryłem dopiero w dniu, kiedy bywalec mórz zaprosił mnie do swojego domu. Małe, dwupokojowe mieszkanko zatłoczone było niezliczoną ilością trofeów i pamiątek, wypchanych ryb, dziwostworów, skrzynek z omszałymi butelkami po nieznanych trunkach, dzienników podróży, manuskryptów, precjozów. Z uśmiechem poczciwej dumy przyglądał mi się, gdy zwiedzałem to osobliwe muzeum, pełne zarazem poezji i konkretności. Usiedliśmy w fotelach, znów odnalazły się szklaneczki oraz butelka mocnej, tym razem zagranicznej wódki, której smak nie przypadł mi do gustu, ale za to wywoływał miły szum w głowie. Przyszedł czas na opowieści:

Słyszałem, chłopcze – mówił z pobłażliwym uśmiechem mój gospodarz – że jesteś lub zamierzasz zostać poetą (nie wzbudza to we mnie zbytniego zachwytu; jak wiesz, wolę życie nagie od literatury!). Wiadomość ta podsunęła mi pewną myślAle zacznijmy od początku. Latem 1950 roku płynąłem, wioząc zboże, do brazylijskiego portu Recife. Rejs ten zaliczyłbym do szczególnie monotonnych, gdyby nie drobne w istocie wydarzenie. Oto jednego z ostatnich dni podróży otarliśmy się o maleńką przybrzeżną wysepkę – tak małą, iż nie uznano za stosowne obdarzyć ją jakąkolwiek nazwą. Ot, jeden z tych wulkanicznych wyprysków, które pojawiają się gwałtownie, aby równie nieoczekiwanie dać się na powrót pochłonąć przez wodny żywioł, a których jest sporo w pobliżu południowoamerykańskich wybrzeży. Wysepka nie zwróciłaby najmniejszej mojej uwagi, gdyby nie szczątki jachtu lub kutra, sterczące między nagimi skałami. One to wzbudziły moją ciekawość. Istotnie, po zejściu na skalisty ląd, odnaleźliśmy wrak dość dużego jachtu, w którego rozbitym pudle pleśniały nad podziw obfite zapasy żywności, sterty męskiej odzieży, liczne inne przedmioty, wskazujące, iż żaglowiec bynajmniej nie służył do celów wycieczkowych. Ktoś (kto?) odbył na tej łupinie długą i niebezpieczną wędrówkę, narażając się na tysiące przeciwności. Musiał mieć poważne powody, aby na taki rejs się zdecydować. Najwidoczniej chciał dobić do brzegów Ameryki Łacińskiej, ale nie obeznany z nawigacją nie znał straszliwych burz, szalejących w tych okolicach, i już u celu podróży stał się ofiarą nieoczekiwanej katastrofy. Długo szukaliśmy zwłok rozbitka, ale poszukiwania nasze okazały się próżne. Przeszukaliśmy każdy zakątek na rozbitym jachcie, przewędrowaliśmy wszerz i wzdłuż skalistą wysepkę, jednak wszystko daremnie. Właściciel jachtu przepadł. Gdyby się jakimś cudem uratował i dotarł do brzegów Ameryki, na pewno wróciłby już po swój dobytek, marniejący na wrakuJuż w samej odzieży (teraz oczywiście zbutwiałej i nic niewartej) kryła się niemała fortuna. Przypuszczać by więc należało, że nieznanego podróżnika (lub może uciekiniera?) zmyła fala z pokładu, gdy jacht szamotał się jeszcze na pełnym morzu. Tak, ta wersja do dzisiaj wydaje mi się najbardziej prawdopodobna. Cóż to wszystko jednak ma wspólnego z poezją?

W tym miejscu mój gospodarz podniósł się z fotela, na chwilę zniknął w sąsiednim pokoiku, aby wrócić po upływie kilku minut z metalową, zardzewiałą skrzynką w dłoniach. Ustawił ją na stole i otworzył wieko, kołyszące się na jednym zawiasie. Z wnętrza skrzynki buchnął ciężki odór przegniłego papieru, który – być może pod sugestią dopiero co usłyszanego opowiadania –przypomniał mi zapach trupi. Kapitan uśmiechnął się ze znużeniem:

Skrzynię tę znalazłem w jednej z komór jachtu, na wpół wypełnioną wodą. Oczywiście rękopis, który mieścił się w skrzynce, uległ daleko idącemu zniszczeniu. Ale spora przygarść kartek nadaje się do odczytania, jeżeli ktoś chciałby sobie zadać trochę trudu. Ja sam władam niemieckim tylko na tyle, aby zorientować się, że dla mnie manuskrypt nie przedstawia żadnej wartości. Są tam jakieś miłosne zwierzenia, przemieszane z dywagacjami natury politycznej, jakiś dziennik małżeński, trochę – ni przypiął, ni przyłatał –dokumentów. Styl – literacki i pełen zawiłości, który dla człowieka mojego pokroju jest sam w sobie całkowicie nieczytelny. Z pewnych fragmentów wnoszę jednak, iż rzecz nie jest całkowicie pozbawiona wartości. Gdy usłyszałem, że próbujesz swoich sił w poezji, wpadło mi na myśl, czy właśnie ciebie nie obciążyć tym wątpliwym skarbem?

Nie mogłem odmówić. Skrzynka bynajmniej nie wyglądała zachęcająco i dwa lata błąkała się z kąta w kąt po moim mieszkaniu, będąc przyczyną złego humoru mojej żony. W końcu trafiła na strych i zapewne utkwiłaby tam na zawsze, gdyby znowu nie przypadek. Nadszedł w moim życiu okres, który ośmielam się nazwać „filozoficznym” lub „filozofującym”. Na poddasze, gdzie mieszkam do dzisiaj, poczęli schodzić się dziwni goście – zazwyczaj anemiczni, niedożywieni, ale bardzo elokwentni i nerwowi. Arystoteles, Spinoza, zacny biskup Berkeley, Schopenhauer, Nietzsche też zasiadali w tym gronie – co prawda pod postacią duchów czystych, ale bardzo przydatnych w intelektualnej szermierce. Jakich to problemów nie roztrząsaliśmy? Bóg, materia, nicość, śmierć, okrucieństwo i zagłada. Trzeba dopisać na naszą korzyść, iż wszelkie tezy i hipostazy tęgo podpieraliśmy przykładami z historiozofii. „Jakżeż to było możliwe? A jak to mogło się pomieścić w dziejach?” – oto pytania, które nieraz stanowiły pointę naszych spotkań. W ten dziwny sposób znowu pojawiła się w moim życiu wewnętrznym postać Adolfa Hitlera, a pewnej nocy – kreślonej zygzakami błyskawic – skrzynka z manuskryptem opuściła swój dotychczasowy schron. Wszak rękopis, znaleziony na jachcie (choć niepełny i nie uporządkowany!), mógł dorzucić jakieś nowe elementy do naszych następnych spotkań i rozważań!

Niestety, byłem naiwny, sądząc, że przygoda z rękopisem skończy się łatwo i niewinnie! Przeżarte morską solą, postrzępione kartki miały przykuwającą, niebezpieczną moc, której uległem na długie miesiące. Przede wszystkim powstało zagadnienie odcyfrowania rękopisu, nadania mu pewnej (w granicach możliwości) konstrukcji, przeprowadzenia niezbędnej dla czytelności – adiustacji. Ta praca, czysto techniczna, wypełniła mi kilka zimowych miesięcy, podczas których odwiedziłem szereg bibliotek, zasięgałem rady historyków i filologów, a w końcu musiałem nawet poznać elementarne tajniki grafologii. Muszę wyznać, iż zaprzątnięty tymi szczegółami, tym oczyszczaniem detali, nie zdawałem sobie najmniejszej sprawy z obrazu całości, jaki się powoli zaczynał wyłaniać. Aż wreszcie go ujrzałem – musiałem go ujrzeć! I tu następuje drugi etap przykrej przygody: wielomiesięczne szamotanie się pomiędzy dwiema możliwościami, z których jedna (niezwykle pokuśliwa) podsuwała myśl o zniszczeniu rękopisu, druga (surowa i bezwzględna) – o udostępnieniu go wiedzy publicznej. Czytając te słowa, wiecie już, co wybrałem, ale kto przeniknie te wahania, bolesne, a przecież śmieszne i anachroniczne z punktu widzenia dzisiejszego rozumienia obowiązków pisarza.

Ale dość już. Skoro podjąłem decyzję zaufania waszej wrażliwości i odwadze moralnej, skoro daję dowód wiary w przenikliwość waszych umysłów, pozostaje mi już tylko rola rzeczowego komentatora. Jak powiedziałem, rękopis w zamyśle autora był znacznie obszerniejszy niż książeczka, która trafia do rąk czytelnika. Selekcja, jakiej dokonałem, podyktowana została głównie przez samo zniszczenie wielu istotnych części zapisu, wykraczających poza granicę 1943 roku. Mógłbym co prawda ocalałe szczątki dołączyć w formie aneksu, ale wtedy książka miałaby charakter ściśle specjalistyczny, a nie popularny, o co przecież chodzi. Z drugiej strony komponując luźne człony rękopisu (kartki nie były nawet numerowane), musiałem przyjąć jakieś nadrzędne założenie takiej kompozycji. Przyznaję, iż istniała tu pełna gama najrozmaitszych możliwości. Jako poeta wybrałem wariant fabularny, polegający na wyakcentowaniu określonego wątku. Nazwałbym go najogólniej: wątkiem Nelli Doder albo – wybaczcie cudzysłów – wątkiem „miłosnym” lub „małżeńskim”. Zdaję sobie sprawę z faktu, że tak czy owak książka dalece odbiega od klasycznego kształtu powieści, ale chcąc naprawić tę niedoskonałość, należałoby dopisać obszerne partie, co – ze względu na charakter rękopisu – nie tylko nie zgadza się z mymi zasadami, ale i przekracza moje siły.

Pozostają do wyjaśnienia jeszcze dwie sprawy. Pierwsza – to geneza tytułu. Otóż i w tej kwestii zadziałał przypadek, jakkolwiek już sama ilość przypadków związanych z dziejami rękopisu nasuwa myśl o ich fatalistycznym pochodzeniu. Kiedy sposobiłem tekst manuskryptu do edycji książkowej, stałem się świadkiem pełnego grozy zdarzenia. Na jednej z warszawskich ulic rozjuszony buldog ukąsił kilkunastoletniego wyrostka. Rzecz sama w sobie przykra, jednak dość powszednia. Grozę budziło to, iż buldoga nie można było odczepić od swojej ofiary. Jakiś szczególnej natury paraliż czy też skurcz nie zezwalał bestii na rozwarcie szczęk. Dopiero interwencja weterynarza odniosła pożądany skutek. Z komentarzy licznie zgromadzonej gawiedzi dowiedziałem się, że przypadki tego typu szczękościsku zdarzają się u psów (zwłaszcza buldogów) dość często i że medycyna określa je mianem trismusu. W rękopisie nie ma mowy ani o buldogach, ani o chorobach, na które te skądinąd mądre zwierzęta są narażone. A jednak słowo „trismus” zaczęło z nieprzepartą siłą pojawiać się w mojej pamięci, ilekroć wracałem myślą do rękopisu znalezionego na jachcie. Pod wpływem wewnętrznego przymusu w ostatniej chwili skreśliłem tytuł opisowy: Rękopis znaleziony na jachcie, aby zastąpić go jednym słowem: Trismus. Czytelnik (po zapoznaniu się z całością książki, a zwłaszcza z postawą psychiczną narratora) oceni motywy, jakie mnie do tej decyzji popchnęły.

Druga sprawa – to dalsze dzieje narratora po opuszczeniu Glückauf. Niestety, wiem o nich bardzo niewiele. Z pewnych (bardzo enigmatycznych) fragmentów, których nie pomieściłem w tej książce, wnioskuję, iż były one dość banalne. Zapewne dalszy ciąg kariery na berlińskim bruku, rozpacz z powodu nadchodzącej klęski, dalszy proces pogrążania się we wszechobejmującej nienawiści. Postawa narratora i bohatera Trismusu jest mi tak dalece obca, że nie mogę pozwolić sobie nawet na snucie fantazji w tej dziedzinie. Narrator umknął jednak – to pewne – sprawiedliwości, ukrywając się przez pewien czas pod przybranym nazwiskiem (nie wiemy wszakże, jak nazywał się naprawdę!), a potem ryzykując karkołomną ucieczkę na skradzionym jachcie. Umknął sprawiedliwości? Miejmy nadzieję, iż tego, czego nie dokonały sądy ludzkie, dokonał gniewny Atlantyk.


STANISŁAW GROCHOWIAK




Miłość

Glückauf 20. XI. 1940.

Do

Reichsführera SS

Heinricha Himmlera

Przewodniczącego Związku „Lebensborn”

Sztab przyboczny Reichsftlhrera SS Berlin

Dotyczy: prośby o zezwolenie na małżeństwo.


• Wezwany przez pana, jako Przewodniczącego Związku „Lebensborn”, na wiosnę bieżącego roku do zawarcia małżeństwa, zgodnie z ustalonymi zasadami, obowiązującymi członków SS, donoszę, iż wybór mój padł na pannę Nelli Doder, obywatelkę Rzeszy od roku 1934. Narzeczona moja jest narodowości duńskiej, ale czuje i myśli jak Niemka o światopoglądzie narodowo-socjalistycznym. Jest wychowanką Politechniki w Berlinie i pracując przez pewien czas naukowo, pozostawała pod bezpośrednim wpływem profesora Achima von Arnim. Sądzę, że daje to dostateczne gwarancje jej wysokiego poziomu ideowo-politycznego. Pod względem rasowym Nelli Doder reprezentuje typ w każdym calu nordycki, o czym niech dowodnie zaświadczy załączone zdjęcie. Celowo dobrałem tę fotografię, ukazującą rasowość całego ciała mojej narzeczonej. Nadmieniam, że fotografia pochodzi ze święta sportowego we Wrocławiu w roku 1938, gdzie Nelli Doder występowała między innymi w figurze sportowej, symbolizującej piękno rasy germańskiej. Zgodnie z wy­maganiami formalnymi przedkładam również trzy zdjęcia znormalizowane mojej narzeczonej. A oto reszta załączników:

  1. zaświadczenie o stanie zdrowia mojej narzeczonej

  2. zaświadczenie lekarskie z mojego ostatniego badania kontrolnego

  3. życiorys mojej narzeczonej

  4. mój własny życiorys

  5. świadectwo chrztu mojej narzeczonej

  6. świadectwo chrztu dotyczące mojej osoby

  7. rodowód rodziny mojej narzeczonej

  8. mój i mojej rodziny rodowód.


Proszę o udzielenie mi zezwolenia na zawarcie małżeństwa z panną Nelli Doder i powiadomienie mnie o formalnościach, jakich jeszcze należy dopełnić, oraz o terminie badań w Berlinie przez lekarza „Lebensbornu”.


Podpis


• Wiosna 1940 była istotnie piękna. Glückauf, utopione w sadach jak w morskiej pianie, świeciło jakąś niezwykle uroczystą, ale i radosną bielą. Kwitnące drzewa, białe ściany domków, a na domiar wszystkiego: jasne plamy prześcieradeł i bielizny rozwieszonej między obsypanymi kwieciem jabłoniami. Z otwartych okien domków i will dobiegały dźwięki radioodbiorników; świetlista, synkopowa muzyka Petera Kreudera rozweselała czyste powietrze poranka. Wiosną 1940 niebo nad Niemcami stało ciche i błękitne, błogosławiąc narodowi, który nie bał się zwyciężać. W domach, sklepach, na ulicach widziało się twarze jasne, roz­promienione ufnością i samozadowoleniem. Nawet więźniowie obozu stali się bardziej zdyscyplinowani, jakby nie chcąc mącić tego wzniosłego nastroju swym niechlujstwem, zewnętrzną i wewnętrzną szpetotą. Spoglądałem na nich cieplej. Moja pogarda nabierała pewnego odcienia litości: „biedne, żałosne krety, wydobyte na światło słońca”.

Piękna wiosna ma zawsze swój najpiękniejszy dzień. Pamiętam po tylu latach: to był czwartek. Nie mogąc dłużej wytrzymać w oschłym klimacie obozowego biura, dręczony radosną niecierpliwością, która zresztą nabawiła mnie bezsenności po raz pierwszy w życiu, wyszedłem na stację godzinę lub dwie przed odjazdem pociągu. Było bardzo wcześnie — i jeszcze raz nawiedza mnie obraz kwitnących drzew na tle błękitnego nieba, uchylonych okiennic, spomiędzy których śpiewał Peter Kreuder, łagodnie kołyszących się plam prześcieradeł. Ulice były jeszcze puste, szedłem prawie zupełnie sam i ogarniała mnie dziwna niewysłowiona tkliwość. Oto nadeszła wiosna i jakby biorąc pod uwagę ten szczegół, Reichsführer zwrócił się do mnie jako do niemieckiego mężczyzny. Trudno nazwać list „Lebensbornu” wezwaniem lub nawet upomnieniem. To łagodny, ale mądry ojciec tak właśnie upomina syna, który przejęty zadaniami bardziej rozległymi, zapomniał o swojej prostej, biologicznej misji wobec potrzeb narodu. Jeszcze raz utwierdziłem się w podziwie dla delikatności Heinricha Himmlera. Na stacji poszedłem do bufetu i w tym pustym wnętrzu także uderzyła mnie biel czystych obrusów, rozścielonych na stolikach. W snopie słońca wirował drobny, rozproszony pył. Pamiętam, że długo stałem w progu, mrużąc oczy. W bufecie usługiwała dobra pani Liza Knothke, żona bahnschutza Wiliama Knothke, szacownego, lojalnego obywatela Rzeszy. Dziwię się temu do dzisiaj, a raczej do dnia dzisiejszego rozczula mnie to drobne wspomnienie: musiało być coś w mojej twarzy albo w postawie, że dobra pani Liza wezwała mnie bliżej i długo lustrowała mój mundur jak każda niemiecka matka, wysyłająca syna do narzeczonej. Ujęła mnie za ramiona, cofnęła lekko głowę, w charakterystyczny sposób wydęła wargi.

Fein! — stwierdziła z ukontentowaniem.

Tylekroć już wybierałem się służbowo do Berlina, zawsze przed wyjazdem zachodziłem do tego bufetu, a przecież nigdy przedtem ani pani Knothke, ani nikt inny nie zatroszczył się o mój wygląd. Szczegół ten — zdaję sobie sprawę — wydaje się trochę śmieszny, ale przecież i on należy do kroniki mojej miłości. Miłość? Tego dnia przecież jeszcze nikogo konkretnego nie kochałem. Byłem po prostu SS-obersturmführerem, pełniącym obowiązki komendanta małego obozu koncentracyjnego w Glückauf, który otrzymał wezwanie „Lebensbornu” do uregulowania swych spraw rodzinnych, aby z kolei umożliwić sobie awans i trwałą już nominację służbową. Tak, wydawałoby się, wyglądały fakty. Tak to odczuje czytelnik tych notatek, zapewne obcy narodowo-socjalistycznemu światopoglądowi. A jednak moja miłość zaczęła się wraz z nadejściem płowożółtej koperty „Lebensbornu”. Siedząc na małej stacyjce w Glückauf, a potem w przedziale ekspresu, który miękko niósł mnie do Berlina, czułem, jak mi całą klatkę piersiową aż do bólu rozsadza miłość. Czyż ważny był jej obiekt? Wiedziałem przecież na pewno, że będzie to młoda silna niemiecka dziewczyna, jak tysiące innych, które widziałem chociażby na festynie sportowym we Wrocławiu. Wiedziałem, że będzie czuła to, co ja; że z całą pokorą i oddaniem urodzi mi i wychowa synów. Oczekiwanie czegoś więcej, jakichś niespodzianek i specjalnych uroków, wydawało mi się wówczas egotyzmem, niegodnym członka partii i żołnierza SS. Czyż istotne było, kogo obdarzę miłością? Oczywiście, przepisy „Lebensbornu” przewidywały pewne normy w tej kwestii, ale były to normy wyłącznie negatywne. Tak z ducha „Lebensbornu”, jak i z ducha całej partii wypływało głębokie przekonanie, że każda Niemka, byle była nieskazitelna rasowo, nie obciążona dziedzicznie, zdrowa i oddana Führerowi, musi wzbudzić miłość i rozsądne pożądanie w każdym zdrowym Niemcu. Oświadczam więc, że i ja byłem przeniknięty tym duchem. Nie troszcząc się wiele o ewentualne imię i nazwisko kobiety, która będzie mą żoną, przez cały czas podróży do Berlina upajałem się uczuciem miłości powołanej tak gwałtownie i wzniośle do życia. Pamiętam, że w trakcie podróży przypomniałem sobie oglądaną niedawno tragedię Szekspira Romeo i Julia. Rzecz bezsprzecznie wzruszająca, dzieło niepospolitego umysłu, a jednak jak daleko odbiegliśmy od ideałów tamtej tradycji, cóż pozostało z tych egoistycznych i anarchicznych w końcu uczuć, które byle godziły w ustalony porządek, a już wydawały się godne sympatii i opiewania. W kilka godzin później w gmachu Sztabu Przybocznego, w Berlinie roztrząsaliśmy ten sam problem z obergruppenführerem Grawitzem, naczelnym lekarzem SS. Byłem głęboko zaszczycony tą rozmową. Pomimo optymistycznego nastroju, w jakim wyjeżdżałem z Glückauf, spodziewałem się, że rozmowę ze mną poprowadzi jeden z licznych referentów (być może także lekarz, ale pośledniejszego gatunku), i ta wizja intymnej pogawędki z kimś być może niższym rangą i kulturą osobistą trochę mnie przygnębiała. Kiedy poprowadzono mnie do gabinetu doktora Grawitza, mój podziw dla delikatności i zapobiegliwości Reichsführera wzrósł jeszcze bardziej. Pamiętam ręce doktora, długie i subtelne, na które kładł się cień gałązki bzu. Najlżejsze drgnienie nie przemknęło po tych dłoniach w czasie bądź co bądź prawie godzinnej rozmowy. Początkowo odnosiłem wrażenie, że Grawitz mi nie ufa, to znaczy, że przecenia opory, jakie mogłyby — w sferze tak intymnej — wypływać z mego inteligenckiego wychowania i wykształcenia. W tej wstępnej części rozmowy musiałem niejednokrotnie wychodzić naprzeciw, i to w sposób nawet aż nazbyt natrętny. Przyznam się, że był moment, kiedy poczułem, jak strumyk potu ścieka mi po karku. Ale nagle Grawitz wstał zza biurka, podszedł do okna, a po chwili powrócił na swoje krzesło, lecz jakby z inną twarzą. Długo patrzył mi w oczy z dziwnym uśmiechem i powiedział:

— Dziękuję panu, panie obersturmführer. Widzę, że możemy mówić

jak radykalni narodowi socjaliści. Odetchnąłem. Wraz z tą odmianą w nastroju naczelnego lekarza — rozszerzyliśmy natychmiast krąg naszej dysputy do spraw ogólnych, ideowych i filozoficznych. Ponowiłem na przykład swoje rozważania o dawnym ideale miłości, który — tak niepostrzeżenie dotychczas — był sublimacją anarchicznej postawy społecznej. Grawitz był zaskoczony tą parabolą do tego stopnia, że zapro­ponował mi napisanie na ten temat artykułu do Völkischer Beobachter. Przy wyjściu uniósł obie moje ręce w dłoniach i znowu patrząc mi przeciągle w oczy, oświadczył:

- Jest pan również komendantem obozu. Nie omówiliśmy tego aspektu w naszej rozmowie. W obozach dzieją się rzeczy godne tylko oczu mężczyzn. Führer nie życzy sobie, aby synów naszego narodu rodziły kobiety o postrzępionych nerwach i ponurej wyobraźni.

Patrzył za okno, gdzie delikatnie zieleniła się wiosna berlińska. Niech pan ją otacza zielenią, kwiatami, dobrocią... Życzę powodzenia w znalezieniu partnerki, mój chłopcze.

Wzruszenie tak zdławiło mi oddech, że zdołałem tylko wyprężyć się i wznieść rękę w niemym pozdrowieniu.


• Nelli Doder. Nie przemknęło mi nawet przez myśl, mimo że trzy następne dni spędzone w Berlinie, z których wiele godzin marnotrawiłem w korytarzach i poczekalniach poszczególnych urzędów Reichsführung SS, poświęciłem rozpatrywaniu wszystkich starych i nowych znajomości wśród niemieckich panien. A jednak, niezgodnie z tym, co napisałem powyżej, czyniłem pewną selekcję. Szczególnie męczyły mnie małe uszy i gruby jak strucla warkocz Gizelli Ratke, przystojnej przywódczyni grupy BDM z Glückauf. Tak, w pierwszej chwili byłem właściwie zdecydowany na wybór Gizelli. Od strony moralnej przekonywało mnie o słuszności mojej decyzji pewne wspomnienie sprzed wybuchu wojny. Byłem wtedy adiutantem komendanta obozu w Glückauf i zdarzyło się kilka zupełnie nieoczekiwanych ucieczek więźniów. W obawie, aby ucieczki się nie powtarzały, aby je możliwie utrudnić, nie tylko wzmocniliśmy załogę wartowniczą, nie tylko wzmogliśmy dyscyplinę Trupich Główek, ale wszczęliśmy szeroką akcję uświadamiającą i propagandową wśród ludności miasteczka. Oczywiście wydatnie pomogły nam miejscowe koła NSDAP, zwróciliśmy się jednak także do organizacji młodzieżowych. Działalność Gizelli Ratke w szerzeniu nienawiści do więźniów dalece przekraczała zwykłe obowiązki aktywistki BDM, była to działalność wypływająca z osobistych uczuć, z nienawiści i wstrętu wprost biolo­gicznego. To ona, w czasie przemarszu grupy bawarskich masonów przez miasto, ustawiła słynny „szpaler opluwania”. Musieliśmy wtedy rozgonić te rozhisteryzowane dziewczyny, ale mój podziw dla fanatycznej postawy Gizelli zapadł mi głęboko w duszę. „Nie, doktorze Grawitz, mimo że w zasadzie miał pan rację, zwłaszcza iż wyrażał pan życzenie Führera, Gizelli Ratke nie trzeba by było obstawiać kwiatami. Nawet codziennie oglądając sceny, których gorycz jest nam dobrze znana, rodziłaby dla Rzeszy chłopaków tłustych i całkowicie zdrowych”. Tak, coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że Gizella byłaby właściwą żoną dla komendanta obozu. Przynaglony jednakże terminem („Lebensborn" żądał mojego małżeństwa w ciągu roku, ja zaś — jak we wszystkich innych służbowych sprawach — postanowiłem skrócić ten termin o połowę), mu­siałem z przykrością uświadomić sobie, że Gizella wyjechała właśnie na rok do Protektoratu, aby współorganizować tam aparat BDM. Przy pew­nym nakładzie kłopotów nie wykluczało to małżeństwa całkowicie, ale niesłychanie komplikowało i ślimaczyło sprawę. Nieliczne więc skrawki czasu wolnego od gonitwy po urzędach spędzałem w kawiarniach, piwogródkach, parkach, a nawet pewnego wieczoru wybrałem się do lokalu z dansingiem. Piękna wiosna 1940 — wiosna mojego życia — nosi niestety brudny kopeć tego epizodu. Lokal nazywał się trywialnie „Loulou” i tylko portier przypominał człowieka, bo był w mundurze. Przepraszam, w kłębach dymu pławiło się także kilku SA-manów, ale nieprzewalczony wstręt do tej formacji, która nigdy już nie podniosła się ze swojej klęski, bibosze z „Loulou” jeszcze spotęgowali we mnie. Pamiętam, że stawiał im jakiś zniewieściały cywil o miękkich palcach homoseksualisty.

Przesiedziałem w „Loulou” kilka godzin, przepojony wstrętem, zmęczony gęstą od dymu atmosferą, ogłuszony wrzaskiem saksofonów i mu­rzyńskiej perkusji. Tu — w nocnych lokalach — panował jazz, pijaństwo i wyzywający seksualizm, tutaj bowiem musieliśmy stworzyć azyl dla nie zawsze miłych, ale tolerowanych gości zagranicznych. Homoseksualista istotnie wtrącał do niemieckiej rozmowy jakieś angielskie słowa, przy stoliku za moimi plecami mówiono po francusku. Zniósłbym to zapewne bez większego wstrząsu, gdyby nie brunatne koszule SA-manów i twarze dwóch czy trzech kobiet, niemieckich aktorek filmowych, znanych mi z ekranu. Jedna z tych przecież pięknych Niemek była już na tyle nieprzytomna, że nie krępując się moją obecnością, raz po raz całowała owłosione dłonie obcego dziennikarza. Czując, że nie znajdę tu niczego dla siebie, a wręcz przeciwnie — nabawię się pogardy dla naszych kobiet, szybko zawołałem kelnera, uregulowałem rachunek i poszedłem do wyjścia. Przy kotarze, zasłaniającej drzwi do szatni, podkusiło mnie: odwróciłem się ostro twarzą do sali, stanąłem wyzywająco w rozkroku i przeczekałem, aż umilknie orkiestra. Kiedy ustał ruch na parkiecie, zesunąłem buty, wyprę­żyłem się, podniosłem rękę. Homoseksualista wlepił we mnie małe, blade oczy, SA-mani stężeli ogłupiali, ktoś przy francuskim stoliku roześmiał się krótko i niezdecydowanie. Wyszedłem.

Berlin był powleczony szaroniebieskim świtem, więc szedłem tak, aby po drodze napotkać możliwie dużo parków, ogrodów i skwerów. Idąc przez aleje, wznosiłem rękę i zahaczałem palcami o gałązki, a z drobnych liści spadała mi na twarz lodowato-chłodna rosa. Zmiażdżona klimatem „Lou­lou” miłość zmartwychwstawała we mnie. Pamiętam, że poszedłem w kierunku Adolf Hitlerstrasse i przystawałem przed kolejnymi stacjami metra, skąd zaczęli wysypywać się pierwsi ludzie. Znowu oglądałem sympatyczne dziewczyny, robotnice, urzędniczki, żołnierki z formacji ko­biecych, płowe i niewinne, z twarzami nabrzmiałymi od snu. Niektóre uśmiechały się do mnie, niektóre życzyły mi dobrego dnia.


• Nelli Doder. Nie, najpierw chyba Achim von Arnim. Rektor Politechniki berlińskiej, na którą przeniosłem się z Getyngi, aby kończyć studia nad architekturą, odegrał w moim życiu zasadniczą rolę. Wpierw krótko muszę wspomnieć o znaczeniu i rozległości pierwszego wpływu. Do NSDAP wstąpiłem jako dwudziestoletni chłopak w roku 1930. Rok później przyjęto mnie do SS. Wówczas po raz pierwszy zetknąłem się z Heinrichem Himmlerem, który zaprzysiągł mnie osobiście podczas inspekcji formacji w Getyndze. Będę tu często wspominał o Reichsführerze i zawsze z tą samą atencją, a przecież muszę jasno sprecyzować to, co otrzymałem od Himmlera, aby w pełni ukazać, co zawdzięczam von Arnimowi. Himmler rozbudził we mnie powołanie i do końca mego politycznego życia on był aniołem moich natchnień. Ideologia i zapał, jakimi obdarzył mnie Himmler, miały naturę emocjonalną, czystą i nawet — przynajmniej w pierwszej fazie — naiwną. Widziałem wielkość sprawy narodowego socjalizmu, nie potrzebując zbytnio niszczyć ani mojego religijnego wychowania, ani zasad, wyczytanych w młodzieńczej lekturze. Przynajmniej wtedy jeszcze ani zadania SS, ani polecenia Reichsführera tego nie wymagały. Byłem narodowym socjalistą, ale to oznaczało tylko tyle, że nie przebudowując myślenia, przebudowałem jedynie uczucia. Gdybym trwał w tym stanie zbyt długo, kto wie, czy jak wielu innych wychowanków Reichsführera — nie załamałbym się w jakiejś cięższej chwili i nie dopuścił się haniebnego aktu choćby wewnętrznej dezercji. Zwłaszcza że z natury byłem i jestem mózgowcem. Przypuszczam, że to Opatrzność skierowała me kroki cztery lata później do Berlina i ustawiła na mej drodze Achima von Arnim. Potrzebowałem go — a raczej: potrzebował go mój umysł. Nie uniknę tutaj opisu pierwszego wrażenia, jakie odniosłem wkraczając jako nowo przyjęty dyplomant do gmachu Politechniki. Te wielkie wnętrza zdawały się być wykute w marmurze i metalu. Wstępowałem po szerokich marmurowych schodach, opierając dłoń na poręczy wykutej z żelaza; z niebotycznie wysokiej powały zwisały krwistoczerwone flagi ze swastyką. Korytarze były puste, bo wszyscy studenci zgromadzili się w auli, gdzie rektor otwierał nowy rok akademicki. Spóźniony nie z własnej, lecz z winy pociągu, szedłem przez te lśniące tunele z uczuciem lęku, ale i głębokiej, niezwykłej radości. A przecież to pierwsze w moim życiu przemówienie Achima von Arnim zbulwersowało mnie tak do głębi, że przez kilka dni myślałem o powrocie do słodkiej Getyngi. Tak, nie będę tego ukrywał, von Arnim wydał mi się cyniczny, niemoralny, przesiąkły brutalnością. Mając dwadzieścia cztery lata, w tym trzy lata stażu w SS, byłem w gruncie rzeczy skautem, wychowanym na zasadach etyki z książek Amicisa, Molnara i Karola Maya. Kult dla praw obiektywnych, „naturalnych”, poszanowanie dla kobiet i dzieci, wspaniałomyślność wobec jeńców, wiara w honor jako kryteria oderwane od wszelkich historycznych konieczności! Naiwne w intencji, bezradne w treści kanony mojego dotychczasowego myślenia Achim von Arnim miażdżył z całą bezwzględnością nowoczesnego Niemca-intelektualisty! W śmiałych rzutach historycznych ukazywał się walor brutalnej siły jako motorycznej wszystkich wielkich kultur, ukazywał, jak wszelka moralność, wyniesiona ponad potrzeby polityki, rodzi chaos i rozkład społeczeństw, wydobywał na światło dzienne tchórzliwy, obcy zwycięskim rasom sentymentalizm, który tkwił u podstaw wszystkich haseł starych rewolucji. Uczucie nieufności wobec Achima von Arnim ustępowało we mnie na rzecz gwałtownie rosnącego podziwu i miłości. Po kilku miesiącach udało mi się zwrócić jego uwagę na moją osobę, a w pewien czas potem zostałem zaproszony do jego letniej rezydencji nad Odrą. Spędziłem tam parę dni, mających decydujący wpływ na moje życie. Powiedziałem kilka zdań wyżej, że zdarzały się w SS akty wewnętrznej dezercji, i to wśród wypróbowanych narodowych socjalistów. Muszę ten fakt wytłumaczyć szerzej: zarówno Mein Kampf jak i przemówienia oraz artykuły Reichsführera z okresu przedwojennego jasno i otwarcie stawiały sprawę wyższości narodu niemieckiego nad innymi, bez osłonek kreśliły drogi germańskiej ekspansji. Publikacje te — bezsprzecznie natchnione i słuszne — były przecież ogólnikowe, jeśli chodzi o metody i rozumienie pewnych terminów. Gdy w latach 1939—40 i później tak Führer, jak i Heinrich Himmler zaczęli je precyzować w swych rozkazach, dla wielu te rozkazy stanowiły coś na kształt groźnego wstrząsu. Oto ja, już w 1935 roku, błądząc wzrokiem po uroczym nadodrzańskim krajobrazie, wysłuchiwałem rzeczonych słów Achima von Arnim:

— Uczę cię architektury, mój drogi. To piękna sztuka. Uczy ona na przykład, jak budować higieniczne baraki dla więźniów, zakłady przymusowej pracy, domy wygnania.

Ale Achim von Arnim powiedział mi coś więcej: choćby to, że architektura uczy także, jak jednym fachowym ciosem zwalić w gruzy katedrę w Reims i pałace Leningradu. Nie jesteśmy barbarzyńcami, powodują naszymi myślami pobudki najbardziej twórcze. Rasa germańska musi zapanować w Europie, to jasne, to wiemy wszyscy. Niektórzy jednak sądzą, że cel ten zostanie osiągnięty na drodze po­wolnego procesu przenikania, przemycania się nieomal. O tych teoretykach Achim von Arnim mówił z okrutną ironią, że sami chyba nie zdają sobie sprawy z tego, iż uczą się wprost od Żydów. Nie, nie, na szczęście albo niestety — nie mamy żydowskiego sprytu i gdybyśmy chcieli zawierzyć metodzie przenikania, nawet byśmy nie spostrzegli, jak pożarłyby nas obce żywioły. Naszym atutem jest siła, zaskakujący, dynamiczny gest, owo rozprostowanie ramion, kiedy stolice Europy obrócą się w pył, a rzeki tego kontynentu zabarwią krwią. Achim von Arnim nie obwijał w bawełnę faktu, że jako architekt będę fachowcem od niszczenia murów, jako SS-man specjalistą od unicestwiania ciał. Staliśmy nad stawem, krusząc bułkę dostojnie nadpływającym łabędziom. Nie odczuwałem żadnej dysharmonii: staliśmy nad brzegiem nowego, radosnego świata, do którego jednak nie było innej drogi jak przez cierpienie nasze i cierpienie naszych ofiar. To było bezwzględnie okrutne, ale było i oczywiste. Taki musi być etap pierwszy: wypalenie zła, chaosu, nędzy — jak mówił Achim von Arnim. Potem będzie epoka tworzenia nowej hierarchii, w której zabraknie wszelkich przeciwieństw. Ci, co będą piękni, będą i mądrzy — piękni i mądrzy będą mieli władzę, piękni i władni ucieleśnią ideał doskonałości. Zło, brzydota, głupstwo zginą ze świata. Czy nie opłaci to cierpień i okrucieństw nawet najwymyślniejszych? Cel uświęca środki? Ależ oczywiście, oczywiście! Dość hipokryzji dawnych humanizmów, które biedziły się nad rzekomym zwalczaniem tej oczywistości! Cytuję te rozmowy z pamięci i możliwe, że ująłem je zupełnie fałszywie lub zbyt prostacko. Chcę tylko przekazać czytelnikowi głęboki radykalizm mojego mistrza, który tak bardzo zaważył na moim życiu.

Powracam znad stawu z łabędziami do owego zamglonego poranka, kiedy wyszedłem z „Loulou”. Płynęły kwadranse, splatały się w godziny, miasto zaczynało żyć swym intensywnym życiem, a ja nie miałem ochoty wracać do surowego wnętrza hotelu SS; z drugiej jednak strony normalny gwar ulic także wydawał mi się obcy. Ocknąłem się w pełnym blasku słońca, na ławce ukrytej w zieleni Tiergartenu. Podniosłem się i ze zdumieniem obejrzałem ławkę: ależ tak! nie przywędrowałem tutaj przypadkowo; znalem to miejsce. Zmieniły się klomby, jakaś nowa ścieżka myszkowała w pobliskie zarośla, ale wysoki krzew dzikiego bzu kładł się na ławkę tym samym cieniem, co przed dwoma laty. Tak, tu właśnie ślęczałem godzinami, przygotowując się do egzaminów. Gmach Politechniki miałem pod ręką, a przecież błogosławiona bujność ogrodu zapewniała ciszę i złudę odcięcia od świata. Nelli Doder! Nelli Doder! Pamiętam, szła wtedy w niebieskiej sukience, jej opalenizna odcinała się od jasnego błękitu, złoto gładko przyczesanych włosów świeciło jak kask. Była wtedy — tej wiosny 1938 — nieludzko szczęśliwa, jedyna spośród miliona, wybrana. Nie tupet lub godny napiętnowania brak wstydu, ale właśnie owa duma, owa święta wyłączność pozwoliły jej na zaczepienie młodego studenta w czarnym mundurze. Tak, to nie przypadek. To na tej ławce odbyła się nasza pierwsza rozmowa. Siedząc w opustoszałym parku, obmywając się z niesmaku po nocnych wspomnieniach, odtwarzałem każdy szczegół tamtego spotkania z rosnącym podziwem i zachwytem. Usiadła wtedy lekko, z wdziękiem, patrzyła prosto w twarz słońca i zaśmiewała się ze szczęścia. Ona, Dunka, przedstawicielka obcego narodu (mimo że w duchu całkowicie oddana Führerowi), została obdarzona zaszczytem reprezentowania rasy germańskiej w figurze sportowej na wrocławskim stadionie. To już postanowione, doktor Frick zatwierdził tę decyzję osobiście. Wstała wtedy, pozwoliła przez chwilę grać wszystkim walorom swej postaci i bezwstydnie (do dziś składam hołd tamtemu bezwstydowi) spytała:

— Jak pan sądzi, to chyba nie jest pomyłka?

Mgły roztapiały się w trawach, słońce coraz goręcej wydobywało suchą woń ziemi, a ja przymknąłem oczy i wspominałem dalsze dzieje przyjaźni z Nelli Doder. Buntownicza Gizella Ratke odchodziła w cień, znużony nieprzespaną nocą chłonąłem kobiecą słodycz Nelli. Dziwne: to, co podczas wspólnych studiów uważałem za miłe zaledwie i przyjemne w obcowaniu z piękną Dunką, to — podgrzane miłością powołaną przez Reichsführera — urastało do przeżyć oszałamiających, a nawet (myślę, że nie powinienem tego ukrywać) wnoszących po raz pierwszy w moje życie element pożądania. Przypomniałem więc sobie, że zimą Nelli przychodziła na wykłady w białym golfie i wtedy wiedziałem, że ma piersi młode i mocne; teraz — na ławce w Tiergartenie — czułem, że chciałbym ich dotykać. Niekiedy, ślęcząc razem z Nelli nad nowym artykułem Rosenberga lub samego Achima von Arnim, dotykałem policzkami jej włosów i wtedy wiedziałem, że jest dobra, ciepła jak mateczka; teraz — na ławce w Tiergartenie — czułem, że chcę w te włosy wtopić palce, burzyć ich ład i rozplątywać. Tak oto coraz wyraziściej uświadamiałem sobie, że bawiąc w Berlinie, ba, będąc o kilkadziesiąt kroków od gmachu Politechniki, powinienem odwiedzić mojego pedagoga i duchowego ojca, profesora Achima von Arnim.

• Ten sam smak wizyty, co u Grawitza. Ta sama tkliwość, zgniatająca krtań, zwilżająca oczy. Von Arnim obracał mnie pod światło, strzepywał palcami pył z mego munduru, oddalał się, powra­cał. Kiedy — z dużą nieśmiałością — powiedziałem mu o zachowaniu dobrej pani Knothke i zrobiłem delikatną aluzję, że jest jakaś łączność między jej troskliwością a czułością profesora, von Arnim roześmiał się swobodnie, a nawet z satysfakcją.

— Kiedy młody SS-man szuka żony, wszystkie dzwony w Niemczech biją z radości! Wiem, że mogę ci zaufać, że spłodzisz nie gorszych od siebie, a toż to przybędzie nam nowych siłaczy i niszczycieli! Więc myślisz o Nelli Doder?

Krążył po swym wielkim gabinecie (przycisk na biurku, okucie lampy, safes w kącie pokoju — wszystko z kruppowskiej stali!), uśmiechał się, za­cierał ręce.

— Powiem ci coś brutalnego, mój drogi! Nelli jest moją asystentką i nigdy nie patrzyłem na nią pod tym kątem. Dopiero twój pomysł przypomniał mi, że mamy do czynienia z samicą i że samicę tę nawet pokazywano Führerowi na wrocławskim stadionie. Mój Boże, wyobrażam sobie, że nawet Führer pomyślał wtedy coś grzesznego... Nie gorsz się mój drogi. Masz całkowitą rację. Nelli musi rodzić, i to rodzić dużo! Nie, nie dostaniesz jej. Oddamy ją wpierw do Domu Matki, tam jest jej właściwe miejsce! Gdybyś się zechciał przeciw temu buntować, dowiódłbyś niedopuszczalnego egoizmu.

Zdrętwiałem. Dom Matki! Słyszałem o tych nowych placówkach „Lebensbornu”, gdzie w luksusowych warunkach, pod czułą opieką lekarzy, najpiękniejsze dziewczęta z BDM oddawały się bezustannie procesowi zapładniania przez anonimowych ojców. Wciśnięty w skórzany fotel, patrzyłem rozszerzonymi oczyma na ruchliwą postać rektora i znów — w mniejszym może stopniu, ale przecież wyraźnie — poczułem ową niechęć, jaką żywiłem do umysłowości Achima von Arnim w pierwszych dniach naszego zetknięcia. Pewne formy brutalności, fanatyzmu, jakimi częstował mnie rektor, wciąż jeszcze — jak się okazało — bulwersowały moją wrażliwość.

- Dziękuję ci, że mnie odwiedziłeś. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku potrafię ci się zrewanżować i obejrzeć tajemnicze Glückauf. Ta ro­bota nie jest chyba nużąca?

Coś bąkałem w odpowiedzi, a on zacierał ręce, raz po raz spoglądał radośnie za okno, gdzie pieniło się morze Tiergartenu. Był w euforii.

- No cóż! Dzisiaj Nelli jest na wsi, u przyjaciół, ale na wszelki wypadek możesz do niej napisać. Mimo że będę namawiał ją na Dom Matki, bardzo możliwe, że ona zechce ciebie. Czy jednak cię jeszcze pamięta?

Czy jeszcze mnie pamięta? Ekspres wiozący mnie do Gluckaüf szedł po szynach chropowato i z męczącym hałasem. Siedziałem zamknięty w sobie, starając się uciszyć ohydny ból głowy. W bufecie na stacji nie odpowiedziałem na życzliwy uśmiech pani Knothke. Nie chciałem też iść pieszo przez osadę; zatelefonowałem, by przysłano mi auto. Kiedy wjeżdżałem w obręb drutów, więźniowie zgromadzeni byli na placu apelowym: wyglądali obrzydliwie, tak obrzydliwie, że jakaś drobna represja przyniosłaby mi prawdziwą ulgę. W biurze siadłem przy stole i zauważyłem, że w kałamarzu jest pleśń. Teraz już na pewno kochałem Nelli Doder; jej obraz w niebieskiej sukience, jej radosny bezwstyd w podziwie dla własnego ciała. Achim von Arnim tkwił w mej wyobraźni pod postacią złowrogiego pająka. Wiosna na chwilę przygasła, powlekły ją szare cienie.

Czując potnienie palców, z gardłem zaschniętym z rozpaczy, na krawędzi buntu, nadziei i samoudręczenia (a może rzeczywiście jestem egoistą?) pisałem ten list pięć, sześć razy, wreszcie na poprawkach i uzupełnieniach strawiłem całą noc. Było to dokładnie 30 maja.



List do Nelli Doder


Gluckauf, 30. V. 1940

Miła Nelli, droga Przyjaciółko,

epistolografia zapewne nie zna takich miłosnych listów. Dziękujemy Opatrzności, że czasy nasze są do tego stopnia prostsze i pozbawione hipokryzji. Będę pisał do Ciebie otwarcie i rzeczowo, jak Niemiec do Niemki, jak nacjonalista do wrażliwej uczennicy Führera. Może nie spodziewałaś się tego, ale nie powinno to cię zaskoczyć: chcę, abyś została moją żoną. Właściwie nic nie było między nami poza koleżeństwem i szacunkiem; nie chodziliśmy pod księżycem, nie wymienialiśmy ukradkowych pocałunków. Zwracam się do Ciebie, zdrowej i mądrej kobiety, ja, silny i zdrowy Niemiec: miejmy razem dzieci, wychowujmy je na uczciwych Niemców. Zdaję sobie sprawę, że namawiam Cię do po­rzucenia kariery naukowej, a co wiele gorsze: do rozstania się z Twoim wspaniałym pedagogiem, profesorem Achimem von Arnim. Zapraszam Cię w pobliże obozowych baraków, skąd często do Twych delikatnych uszu dobiegną odgłosy chłosty. Twoje błękitne oczy nie unikną widoku twarzy napiętnowanych nałogami, przekleństwem urodzenia i jawną przestępczością. Zasłonię ci ten brudny świat kolorowymi firankami, ale jego żółte światło nieraz przedrze się do Twego pokoiku. Moja biedna Nelli! Oskarżam Cię o męstwo — powodując się tym dumnym oskarżeniem, ośmielam Cię prosić, abyś zajęła miejsce przy moim boku. Nie wiem, czy kiedykolwiek patrzyłaś na mnie jako na mężczyznę, może mój fizyczny obraz wydaje Ci się co nieco mglisty. Biorąc to pod uwagę, przesyłam Ci dwa zdjęcia: jedno, gdy jestem w mundurze, drugie — zrobione na pływalni. Nie chełpię się, ale nie jestem chyba odrażający. Śliczna, dobra Nelli! Rozważ moją propozycję w swym maleńkim serduszku, a potem przedstaw ją Profesorowi. To, co on powie, choćby nawet na moją niekorzyść, powinno być dla nas obojga święte. Odpisz mi szybko (są pewne ponaglające okoliczności) tylko: tak albo nie. Jeżeli mi nie odmówisz, nie chcę Twoich uzasadnień, bo wiem, że zrobisz to dla ważnych racji, a dopiero potem dla mnie. Jeżeli odpiszesz „nie”, domyślę się, że tak doradził Ci Profesor, a jego mądrości nie mam nic do przeciwstawienia. Jeszcze raz błagam, wejdź w moje położenie i zechciej odpisać chociażby nawet ekspresem.

Oddany Ci

(podpis)


List od Nelli Doder

Berlin, 2. VI. 1910


Ekspres.

Tak.



...ciąg dalszy nastąpi
   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

(0)~Porter, 2013-05-22 00:36:54

Since many internet dating sites on the web more quickly than you will planning to galleries, standing around at night clubs or even trying to find good advice on how people perceive you. Both have the same laws of attraction, regardless of their pertinence to your current lifestyle. Even though you will find out you are having a relationship and set about finding it in a totally playful way.

Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.