23 października 2019, środa

Projekt Grochowiak

Stanisław Grochowiak

Trismus, cz.2, ciąg dalszy




Obóz w Glückauf

Nie spowiadam się jedynie z faktów i czynów, ale – co jest dla mnie dużo istotniejsze – spowiadam się z ducha.


Ze słowem "wolność" ludzie potrafili już ponawyczyniać wiele rzeczy, a w czym śmielszych pogrążali się złudzeniach, tym bardziej mogli liczyć na pomniki swej chwały. Jakiś zmysł śmieszności (?) czy wstydu (?) powstrzymywał ich jednak na tyle, że słowo anarchia, które przecież w konsekwencji winni czcić i apoteozować, umieścili ostatecznie między pejoratywy. Winniśmy choćby za to dziękować Opatrzności. "Wolność dla wszystkich. Giniemy za wolność. Najwyższą wartością człowieka jest wolność". Chyba tylko wrodzone poczucie złego smaku pozwoliło ludzkości na aż tak natrętne nadużywanie nic nie znaczącego liczmanu. Dodajmy do tego, że w imię tejże wolności, owszem, więziono, gilotynowano, brano w jasyr całe narody. I tu jak w wielu innych sprawach – narodowy socjalizm położył kres hipokryzji i poetycznym złudzeniom. Kto chce rządzić, musi ograniczać wolność, musi prześladować i więzić. Prawdziwy humanizm (niech już będzie, wyjdę wam naprzeciw z tym obiegowym słowem) polega właśnie na uświadomieniu sobie tejże konieczności. Myślę o uświadomieniu zimnym i trzeźwym, a czym będzie ono okrutniejsze, tym więcej przyniesie dobrodziejstw. Ten, kto wie, że więzić musi, będzie więzić celowo i w sposób zorganizowany, dbając o logikę więzienia i jego głęboko skryte piękno. Gdyby nie konieczności wojny, zwierzęcy upór nieprzyjaciół, uczuciowa świadomość krzywd wyrządzonych narodowi niemieckiemu wszędzie, gdzie tylko to było możliwe, gdyby – powtarzam – nie rosnący z dnia na dzień gniew i chęć zemsty, obozy koncentracyjne przeszłyby do historii jako niczym nie skalane krynice społecznego zdrowia. Oczywiście wyłączam z tych rozważań Żydów wraz z ich haniebnym losem, ale czy ktoś może wyobrazić sobie ludzkość piękną i szczęśliwą, gdyby choć jeden Żyd deptał ziemię swymi miękkimi podeszwami?


• Obóz w Glückauf jako miejsce, jako pewien zestaw prowizorycznych budynków powstał całkowicie przypadkowo. Pod koniec 1935, a może na wiosnę 1936 roku odbywał się właśnie w Glückauf Schulungslager dla bogatszego bawarskiego chłopstwa. Małe miasteczko nie było przygotowane na taką imprezę, i to w okresie, gdy nie można było korzystać z udogodnień noclegowych, jakie zazwyczaj w tych wypadkach daje szkoła. Sam kiedyś byłem instruktorem wojskowym w Schulungslager, który odbywał się w dużej pruskiej szkole. Sprawność i wygoda wprost nadzwyczajna – boisko, sale wykładowe, stołówka we dnie, a w nocy wspaniałe koszary. Przez pełne dwadzieścia cztery godziny słuchacze-cywile mogli nasiąkać atmosferą wojskowej karności i kolektywnego ducha. Więc istotnie, przy pewnym wysiłku, sprowadzeniu autokarów można było ostatecznie rozmieścić gdzieś poczciwych chłopów w samym Glückauf i okolicach, a we dnie gromadzić ich choćby w sali sportowej lub teatrze. Nie byłby to jednak Schulungslager w pełnym tego słowa znaczeniu, a raczej jakiś żałosny piknik lub zjazd koleżeński. Na taką prowizorkę nie pozwalało ani znaczenie, jakie Führer przywiązywał do szkolenia, ani narodowo-socjalistyczne poczucie rzetelności w wywiązywaniu się z zadań. I oto dla tych przyczyn na południowym skraju Glückauf, w oparciu o szerokie skrzydło lasu, pobudowano małe drewniane miasteczko z wszystkimi cywilizacyjnymi i militarnymi wygodami. Chłopi przyjeżdżali tam jeszcze na dwa lub trzy turnusy, raz korzystała z baraków NS Frauenverein przeprowadzając ćwiczenia strzeleckie, potem troszczył się o baraki bürgermeister Leibt. W listopadzie 1938 roku von Arnim wręczył mi wszystkie dokumenty abiturienta wydziału architektury Politechniki berlińskiej i był to listopad pamiętny pod jeszcze jednym względem. Międzynarodowe żydostwo pozostawiło piętno krwawej ręki na drzwiach ambasady niemieckiej w Paryżu. Cały świat nie mógł się otrząsnąć z oburzenia i wstrętu, którym przejmować musiał haniebny zamach na szlachetną osobę attaché ambasady, Ernesta von Ratha. Łajdacki czyn, który miał zaważyć na moim życiu i dalszym losie drewnianych baraków w Glückauf. Kiedy po raz pierwszy w życiu jechałem do tego nie znanego mi nawet z nazwy miasteczka, nie zdawałem sobie jeszcze w pełni sprawy, że klepsydra czasu odwróciła się nieuchronnie. Jakkolwiek zaskoczyło mnie trochę, że pierwsze zawodowe zadanie otrzymałem nie za pośrednictwem Politechniki (co było w zwyczaju), ale poprzez wezwanie do SS – Wirtschaftsamtu, i to z całym zachowaniem partyjnego ceremoniału, to jednak nie rozmyślałem nad tym wiele. Cieszyłem się raczej, że pierwsza praca (od której tak wiele zależy w państwie surowym dla każdej nieudolności) okazała się prosta i łatwa: adaptacja postarzałych baraków dla nowych celów. Obóz koncentracyjny? Nie powiedziano tego otwarcie. Raczej miejsce odosobnienia, kwarantanna, nie nazbyt surowa, ale przecież także nie przeznaczona dla normalnych rekonwalescentów. Siąpił dokuczliwy deszcz, błoto kląskało pod butami, kiedy wreszcie stanąłem w tym drewnianym czworoboku i pozwalając wodzie spływać po policzkach, meldowałem swoje przybycie wysokiemu, zgarbionemu mężczyźnie o pozlepianych siwych włosach. Hauptsturmführer Werker trząsł się z zimna, z niecierpliwością wysłuchiwał mojej prezentacji, dużymi wyblakłymi oczyma toczył po okolicy, jakby ze zdziwieniem. Już w tym pierwszym momencie wydał mi się człowiekiem starym i zmęczonym, mężczyzną, który o niczym tak nie marzy, jak o emeryturze i zacisznym gospodarstwie nad Renem. Kiedy skończyłem, wziął mnie pod pachę i podprowadzał do kolejnych grup robotników, zajętych różnymi czynnościami.

– Światło – wyjaśniał cichym zawstydzonym głosem. – Trzeba wszystko od nowa. Kable przesiąkły na szmelc. Urządzenia sanitarne należy rozszerzyć, nawet zasadniczo, ale teraz zrobimy je prymitywniej, po prostu latryny. Budujemy pewne urządzenia specjalne, represyjne nawet – przełknął ślinę – ale wszystko w granicach... etyki.

Przy ostatniej grupie ośmiu robotników, których strzegli SS-mani z wilczurami u boku, Werker nie udzielił żadnego fachowego wyjaśnienia. Przyglądał im się w milczeniu i miał w twarzy smutek wyżła. Robotnicy także patrzyli na nas z dziwnym wyrazem melancholii.

– Pierwsi... – westchnął Werker, szybko się odwrócił i znowu ujął mnie pod pachę. Gabinet urządził sobie w zupełnie nowym baraku, gdzie wszystko pachniało sosną, a w rogu buzował mały żelazny piecyk. Nie był to gabinet oficera SS, był to kąt starego safanduły.

– Słyszał już pan o von Rathcie?

Wzruszyłem ramionami. Nie potrafiłem się uchronić przed tym bezczelnym gestem, ale i pytanie Werkera było obraźliwe. Nie dalej jak dwa dni wstecz dr Goebbels zdemaskował winowajców w porywającym przemówieniu radiowym, a Reichsmarszałek wydał specjalne rozkazy, ba, cała Reichsführung przestawiała się na zupełnie nowy etap działalności, w fabrykach i biurach urządzano wiece i masówki, a ja nie miałbym wiedzieć. Na jakim świecie żył ten poczciwota o wyblakłych oczach starego psa?

– No więc właśnie. Zabieramy się... – zakasłał, zakrył ręką usta, jakby sam zrozumiał śmieszność takiego sformułowania w jego wydaniu – ostro... Zabieramy się ostro do Żydów... Ale nie tylko. I teraz udzielę panu wyjaśnień najściślej tajnych.

Piecyk buzował coraz radośniej, zapach sosny działał podniecająco. Usiadłem.

• Obóz w Glückauf jako instytucja nie był typowym obozem koncentracyjnym. Przeczytałem to zdanie i roześmiałem się: jakże dalece pewne slogany stylistyczne wyprowadzają nas na manowce. W żadnym piśmie służbowym (o ile pamiętam) nie użyto w stosunku do Glückauf określenia Konzentrationslager, pisało się wyłącznie Lager Glückauf albo najczęściej Aktion Glückauf. Obozy koncentracyjne miały za zadanie wpływać na więźniów (w pismach służbowych omijaliśmy słowo: więźniowie, używając wyrazu: penitencjariusze) albo poprzez pracę i rygor, czasami poprzez represje i kary, w ostateczności drogą biologicznej likwidacji. To był cel główny kacetów. Glückauf nie służyło tej sprawie, a jeżeli i my stosowaliśmy pewne zabiegi wychowawcze, w wyłącznie dla potrzeb wewnętrznych albo i zgoła idealistycznych. Osobnicy odosobnieni w Glückauf nigdy nie mieli wrócić na łono Rzeszy; jeśli niekiedy otwierały się przed nimi drogi wolności, to z reguły wiodły one poza granice kraju. Trudno, abyśmy się troszczyli o moralność obywateli obcych społeczności. Ci, dla których zagranica była zamknięta, mieli pozostać w Glückauf na dożywocie, dożywocie spokojne, niczym nie przyspieszone, spędzane w warunkach bardziej zakonnych aniżeli więziennych. Kim byli więźniowie traktowani aż tak pobłażliwie? Otóż zanim przedstawię kilka najbardziej typowych sylwetek – tych, które najwyraźniej utkwiły mi w pamięci, dam pewien zarys ogólny, przy którym znowu nie obejdzie się bez koniecznych dywagacji etyczno-światopoglądowych.

Pierwszą, najliczniejszą grupę (około 35 osób) stanowili Żydzi, napływający do obozu w grudniu 1938 i styczniu, lutym 1939 roku. W tym czasie przemysł rdzennie niemiecki wyzwolił z rąk żydowskich wiele czynnych obiektów. Również niemiecka finansjera przechwyciła takie instytucje żydowskie, jak Berliński Bank braci Bleichröder i braci Arnhold, jak Bank Mendelssohna itd. itd. Są to rzeczy ogólnie znane i ogólnie źle interpretowane. Mówi się o grabieży. Czy jest grabieżą przywracanie sobie przedmiotu, który nam uprzednio ukradziono? A z czego powstała potęga takiego Hirscha, jak nie z grabieży najżywotniejszych sił niemieckiego robotnika, jak nie z niemieckich łez, potu i krwi? Do obozu w Glückauf przychodzili więc nie ludzie ograbieni i wywłaszczeni, ale grabieżcy – żydowskie wampiry, jeszcze bardziej złowrogie i godne wytępienia niż pacjenci Eichmanna. To, że Führer nie dążył do ich unicestwienia, a nawet dał im możliwości wykupu i emigracji, to i tak było łaską. Zbliżała się jednakże wojna, konieczność zbrojeń wzrastała z chwili na chwilę i opanowując najwyższy wstręt, musieliśmy sięgnąć po żydowskie dolary. W prawie sanatoryjnych warunkach czekali więc owi magnaci na wykup z zagranicy. Było też kilku Żydów o sławnych nazwiskach – z inteligencji twórczej, z rodzin o historycznej przeszłości. Ci jednak bawili przelotnie, w końcu – jak na przykład siostra Freuda – trafiając do Treblinki, gdzie (trzeba to zaznaczyć) umierali śmiercią wyjątkową i łatwą.

Niewielką grupę pod względem liczebności stanowili arystokraci niemieccy, zdegenerowani i haniebni. Po zlikwidowaniu lewicującego puczu Röma, Führer raczej sympatyzował z niemiecką arystokracją, ceniąc jej wyjątkowe tradycje w orężu i kulturze. Nie wolno jednak zakrywać oczu na fakt, że pewna część arystokracji – przeżarta kosmopolityzmem – zdegenerowała się biologicznie i duchowo. Pederastia, onanizm, niekiedy wprost sodomia – zboczenia najbardziej przerażające i nieprawdopodobne – oto owoc posępnego procesu rozkładu. Normalnych zboczeńców bez pardonu wysyłano do Dachau, a potem nawet do Oświęcimia. Glückauf miało być aktem miłosierdzia wobec zboczeńców – arystokratów. Nie trzeba udowadniać, jak dalece humanitarny był ten azyl, skoro nawet rodziny (często wręcz rodzice) w najwyższej tajemnicy wydawały swych krewnych w nasze ręce.

Resztę stanowili przedstawiciele niemieckiej inteligencji twórczej (?) i naukowcy (?), którzy przed rewolucją lub już po niej (korzystając z nieuwagi czy też karygodnej pobłażliwości działaczy politycznych i instytucji kulturalnych) przeszczepiali na grunt niemiecki poglądy i idee, sprzeczne z duchem narodowo-socjalistycznym. Rozpiętość tych idei, a niekiedy i form (na przykład w malarstwie żydowsko-kosmopolityczny kubizm) była ogromna: od sentymentalnego humanizmu, głoszącego rzekomą równość ras, poprzez bolszewizm i klerykalizm, aż po pornografię, hedonizm, dekadencję.

• Obiecałem, iż przedstawię kilka charakterystycznych sylwetek spośród penitencjariuszy obozu Glückauf. Uczynię to, wszakże z jednym zastrzeżeniem: nie przyjmując do wiadomości ostatecznej klęski idei narodowego socjalizmu, czuję się w pewnych dziedzinach nadal związany nakazami i zarządzeniami moich przełożonych, choćby nie należeli już oni dziś do grona żywych. Czuję się więc związany obowiązkiem tajemnicy w zakresie nazwisk moich byłych "wychowanków" i podaję tu nazwiska lub pseudonimy całkowicie zmyślone, tylko źródłosłowem lub klimatem podobne do oryginału. Uczyniłem wyjątek z siostrą Freuda, ale jej los tak czy owak jest powszechnie znany, a ponadto – jak wspomniałem – z akcją Glückauf był związany krótko i przelotnie.


• Rodzina Grakchus otwiera ten pochód cieni nieprzypadkowo. Okaże się to z dalszego ciągu tej kroniki, a przypuszczam, że ów ciąg dalszy usprawiedliwi również moje szczególne, osobiste zaangażowanie, jakie czytelnik odczuje właśnie w stosunku do rodziny Grakchus. Leopard Grakchus – były właściciel dwóch banków i licznych akcji przemysłowych – był wysokim, srebrzyście siwym Żydem. Przezwyciężając osobistą odrazę, muszę powiedzieć, że jego oliwkowa cera zderzona ze srebrnym połyskiwaniem skroni, jego długie, wypielęgnowane ręce, wreszcie szeroki tors, wysoki wzrost daleko odbiegały od potocznego wyobrażenia Żydów. Piękna też była jego żona, Sylwia Grakchus. Nie zapomnę tycjanowskiego odcienia jej bujnych włosów. Ale rodzice ani mogli się równać z urodą trzynastoletniej (w chwili śmierci) Astrid Grakchus, dziewczyny o wyglądzie egzotycznego zwierzęcia. W obozie nadal mówili między sobą po francusku, a nawet najostrzejsze restrykcje, zarządzone przeze mnie właśnie odnośnie rodziny Grakchus, nie potrafiły ich wyprowadzić z równowagi, którą zaznaczali aż przesadnym przestrzeganiem dobrych manier. Wyrażam nadzieję, że czytelnik znając jedynie moje przekonania, a nie przeczuwając nawet dalszego rozwoju wypadków – zdobędzie się na zrozumienie uczucia nienawiści, jakie wzbudzały we mnie te trzy perwersyjne kukły. Otóż świadomi swojej aparycji (którą jakże w ogromnym stopniu zawdzięczali dostatkom, powstałym kosztem łez i potu niemieckich robotników), swej powierzchownej i błyskotliwej kultury (ile niemieckich dzieci musiało zrezygnować z dalszej nauki, by Astrid władała trzema językami?), świadomi tego wszystkiego, każdym swoim gestem, każdym bardziej wyszukanym zwrotem prowadzili bezustanną i złośliwą walkę z teorią ras. Bywały momenty, że nie wyobrażałem sobie większego szczęścia, jak móc upokorzyć te trzy oblane marcypanem gówna. Rozpuścić ten lukier, ten wyuczony i wykradziony wyższym rasom fałsz, sięgnąć do ich żółtej, żydowskiej nagości, obnażyć ten obrzezany napletek, wydobyć z ich miękkich trzewi odwieczne "ajewaj". Niestety. Stanowisko w Glückauf nie było z rzędu łatwych, każdego dnia obfitowało w nowy dramat, dramat niemieckiego sumienia. Mój dramat z rodziną Grakchus polegał na bezustannej samokontroli, wciąż musiałem pamiętać, że może zdarzyć się dzień, kiedy Grakchusowie opuszczą Glückauf i Rzeszę, aby gdzieś za granicą rozpuszczać języki. O, wtedy nie szukaliby wytwornych zwrotów, uderzyliby w prestiż Rzeszy z brutalnością żargonu. Więc cóż mi pozostawało? Najbardziej szczerbate miski, najbardziej znoszone i niezdarne kombinezony, najdłuższy pobyt w łaźni pod okiem chłopców z Totenkopfs (któryś powiedział, że ta samka – Sylwia Grakchus ma nawet szeroko rozstawione piersi). Ale i to ustało (przynajmniej w pewnym sensie) po przybyciu Nelli Doder i jej zbliżeniu do Grakchusów. Lecz nie wyprzedzajmy faktów – mam przecież pozostać spokojny, aż do ostatniej kropli goryczy.


• Baron von S. nie wzbudza we mnie gniewu, ale raczej ciche obrzydzenie, które – jeśli to w ogóle możliwe – stoi na krawędzi melancholii. Był największą nadzieją zacnej i zasłużonej w dziejach rodziny. Wykształcenie odebrał w elitarnych szkołach o zdrowym, pruskim profilu. Podobnie jak i ojciec sposobił się do służby wojskowej. Niestety, jakieś przekleństwo (dziwnie niesprawiedliwe, jak na ród tak czysty i szlachetny) przekreśliło te złudzenia. Przez lata wychowywany w internatach, popadł najpierw w nałóg onanizmu, potem zetknął się z kolegą o podobnych upodobaniach. Choć umysłem wspaniały, a wrażliwością uczuć predysponowany nieomal na geniusza, już nigdy nie miał się wyleczyć ze zboczeń. Zamknięty przez rodziców w domu (powiedzmy nawet w areszcie domowym), pędził przez lata życie miałkie i rozpaczliwe. Jeszcze wtedy (gdzieś w dwudziestych latach) baronostwo S. nie dla przyczyn ideologicznych izolowali syna, ale raczej w obawie skandalu. Po rewolucji jednak sprawa się odmieniła. Baron von S. senior zbliżył się do NSDAP, a nawet do osoby ministra Fricka. Baronowa S., czcigodna niemiecka matrona (choć jakże dotknięta przez los!), coraz bardziej podlegała urokowi Führera, aby w końcu stać się jego gorącą czcicielką. Swój nowy światopogląd wcielała w życie, patronując wielu imprezom, a nawet instytucjom – zawsze najgorętsza z gorących. Atmosferę tego pięknego stadła psuł, niestety, nienormalny syn, którego haniebna przypadłość doprowadzała do sceptycyzmu, a nawet nihilizmu. Baronowa von S. żaliła mi się kiedyś osobiście, że wypowiedzi jej syna o nazizmie i osobie Führera były w końcu tak skandalicznej natury, iż biedna kobieta musiała pilnować się, aby nie powiedzieć lub nie uczynić czegoś, co by stało w konflikcie z odwiecznym instynktem macierzyństwa. Jeśli chodzi o barona von S. seniora, to między ojcem i synem doszło wreszcie do zajść tak gorszących, jak wzajemne opluwanie, a nawet rękoczyny. W tej sytuacji wiadomość o utworzeniu azylu w Glückauf, którą przyniósł do domu w listopadzie 1938 baron von S. senior, była jak powiew świeżości. Baron von S. junior po próbie samobójstwa (w ubikacji) nie opierał się już prawie wcale, a w obozie był osobnikiem całkowicie zrezygnowanym i żałosnym. Oglądając go na codziennych apelach, rozmawiając z nim krótko i raczej niechętnie, nieraz popadałem w zadumę. Z jednej strony usposabiało mnie refleksyjnie okrucieństwo Opatrzności, z drugiej – nieuleczalna głupota starych społeczności, które na siłę chciały zachować w swoim łonie (często za cenę nieobliczalnych szkód) jednostki tak wyzute z praw natury. Racjonalizm i naukowość narodowego socjalizmu szły tu w parze z ideą higieny w jakimś najwyższym sensie.


• Rybakow był pewnego rodzaju rarytasem na terenie obozu w Glückauf. Przychwycony w 1939 roku przez Abwehrę, a potem poddany długotrwałym badaniom w Gestapo, okazał się wybitnym agentem Kominternu. Niski, w drucianych okularach, przypominał do złudzenia Trockiego. Ale z trockistami miał niewiele wspólnego, za to wszystko ze Stalinem. Jego osobą i śledztwem w tej sprawie Führer interesował się osobiście. Początkowo zanosiło się na rozległy proces pokazowy na miarę procesu o podpalenie Reichstagu, potem jednak odstąpiono od tego zamysłu. Rybakow trafił do Glückauf w charakterze zakładnika "na wszelki wypadek". Był też więźniem, z którym najczęściej rozmawiałem, niekiedy przez kilka godzin. Przyznam się szczerze, czyniłem to z próżności. Cieszyło mnie w czystej dyskusji brać górę nad tym bez wątpienia inteligentym sowietem. Rybakow, obok pani Freud, jedyny nie doczekał ostatecznej likwidacji Aktion Glückauf (oczywiście z wyjątkiem tych, którzy się wykupili). Został rozstrzelany w zimie 1942/43, publicznie, na rynku w Glückauf. Otóż kiedy przyszedł rozkaz z kancelarii Rzeszy, byłem niemal zaskoczony. To nie znaczy, abym choć przez chwilę potępiał tę decyzję, nie, zdumiała mnie raczej, a właściwie zaskoczyła. No cóż, było to trochę tak, jakbym miał rozstrzelać swojego partnera do szachów. Wydaje mi się, że postąpiłem wtedy godnie; ani przez moment nie zakwestionowałem moralnie rozkazu, a wobec Rybakowa wykazałem maksimum lojalności i człowieczeństwa. Wraz z Buchwaldem (pełnił obowiązki adiutanta obozu) poprosiliśmy Rybakowa do mojego gabinetu i odczytaliśmy mu decyzję z Berlina. Wysłuchał jej na stojąco, ja też stałem. Jedyny Buchwald zachował się jak zawsze nonszalancko i półkretyńsko. Potem oświadczyłem Rybakowowi, że sam będę dowodził egzekucją, a on mi podziękował. Na Rynku nie dopuściłem do żadnych ekscesów wśród widzów, a nawet zgodziłem się uczynić zadość życzeniu skazańca i pozwoliłem mu zdjąć opaskę z oczu. On w zamian za to zobowiązał się nie wznosić żadnych okrzyków. Umierał nieomal bez zarzutu. Piszę "nieomal", bo gdy zbliżyłem się do niego po raz ostatni, nie mógł sobie jednak darować pewnego frazesu. Powiedział:

– No i co, panie komendancie, na koniec znalazł się definitywny argument.

Wydało mi się to okropnie teatralne i chyba nawet się skrzywiłem. Choć to może drobiazg, przypominam sobie, że w sprawie czaszki Rybakowa pisał do mnie osobiście Reichsführer. Oczywiście niezwłocznie poleciłem przesłać ją do Instytutu.

• Odillo Zak niech posłuży za okaz typowy wśród kilkuosobowej trzódki moich masonów. Wspomniałem już o tych pozornie groteskowych figurach w pierwszym rozdziale tej kroniki, gdy charakteryzowałem postać Gizelli Ratke. Po przywiezieniu grupy tych panów do Glückauf, odebrałem ich na dworcu z rąk monachijskiego Gestapo i musiałem przeprowadzić przez miasto. Masoni przybyli jako jedni z pierwszych do obozu, zaraz po pierwszej partii Żydów. Nastrój społeczeństwa był wtedy szczególnie żarliwy, korzystano z każdej okazji, aby zamanifestować swą miłość do Führera i nienawiść do jego wrogów. Dowiedziano się jakoś o nowych penitencjariuszach obozu i gdy prowadziłem masonów, wiodłem ich w szpalerze rozkrzyczanej młodzieży. Rzucano zgniłymi owocami, pluto w twarze więźniów. Pozwoliłem sobie nazwać ten incydent "szpalerem opluwania". Choć nie pochwalam aż takich metod, muszę przyznać, że po Żydach i komunistach masoni budzili również i we mnie żywe uczucie nienawiści i odrazy. Jestem człowiekiem wykształconym, nie wierzę w wulgarne wersje o czarnych mszach, ale jako narodowy socjalista nie jestem na tyle naiwny, by nie widzieć, do jakich to zbrodni gotowi są podobni panowie. Podobni na przykład do Odillo Zaka.

Na oko skromny aptekarz nieokreślonego pochodzenia (nazwisko wskazywałoby na rodowód słowiański), był to człowiek niezwykle zamożny i wpływowy. Urządzał przyjęcia, posiedzenia, konferencje, rzekomo natury ściśle intelektualnej. Kiedy jednak Gestapo zdołało przemycić swego agenta na jedną z owych biesiad, agent ten mógł się osobiście przekonać o intelektualnych zainteresowaniach pana Zaka i jego gości. Cały wieczór poświęcono natrząsaniu się z ułomności dra Goebbelsa, tuszy Reichsmarszałka, rysów twarzy Führera. To oczywiście była czysto zewnętrzna działalność aptekarza z Monachium. Ścisłe i poufne zebrania (już w charakterze masońskim) odbywały się pod pozorem amatorskiego kwartetu. Ten kwartet – jak udowodniło Gestapo – prowadził ożywioną korespondencję z Londynem. Czyżby również na tematy muzyczne?

W obozie Odillo Zak grał rolę uciśnionej niewinności. Niemniej korzystał z papieru i kopert, aby do tego Londynu słać błagalne wołania o pomoc (niby do rodziny). Nie wykupiono go. Ani jego, ani żadnego z jego komilitonów.


• Obóz w Glückauf był więc swoistą menażerią, w której rola pogromcy nie była bynajmniej nieskomplikowana. Osoba hauptsturmführera Werkera – tak jak ją przedstawiłem w obrazku z pierwszego naszego spotkania – wyglądała na tle zadań związanych z Aktion Glückauf raczej humorystycznie. Toteż dalsze wypadki nie zaskoczyły mnie. Kiedy po ukończeniu prac przy przebudowie byłego Schulungslager nie odwołano mnie. do Berlina, wręcz przeciwnie: powołano na stanowisko adiutanta komendanta obozu, przyjąłem to jak rzecz oczekiwaną. W partii miałem opinię jednostki ideowo twórczej, w SS – dzielnego żołnierza, a w tzw. kręgach cieszyłem się przyjaźnią samego Achima von Arnim. Jeszcze przed decyzją wiedziałem, że stary Werker jest jedynie efemerydą, po nim ma nadejść właściwy okres w dziejach obozu, za który ja będę odpowiedzialny. Oczekiwanie na ten moment kosztowało mnie aż nazbyt wiele. Hauptsturmführer Werker był nie tylko niedołężnym safandułą, ale, co gorsza, jednym z tych starych SS-manów, którzy wstąpiwszy do organizacji, nigdy nie mieli zrozumieć ani jej celów, ani jej ducha. Siedząc w swej pachnącej sosną dziupli, kierował obozem tak, jak stara pruska matrona – internatem. Żadnej pasji, żadnych żywych uczuć, a owszem: sporo karygodnej dobroduszności i sentymentalizmu. Dochodziło do tego, że nawet z Żydami wchodził w stosunki nieomal towarzyskie. Pamiętam gorzką noc nad pierwszym donosem. Nazywam to pismo tak bez ogródek, mimo że mógłbym je nazwać (dużo zgodniej z prawdą) raportem. Ale niech będzie donos, słowo tak drażliwe posłuży nam bowiem jako dobry pretekst do krótkiej dygresji. Wiem, że znowu wychowuje się młodzież na zasadach skautowskiej moralności, według której donosicielstwo jest samo w sobie zbrodnią. Napisałem również, że książka niniejsza ma stanowić coś w rodzaju pamiętnika duszy. Otóż więc zajrzyjmy do otchłani tej trudnej nocy, gdy pisałem pierwszy donos, jeszcze zrozpaczony taką koniecznością, ale już zdeterminowany. Było to chyba po dwugodzinnej dyskusji z Werkerem, który namawiał mnie, aby po cichu zignorować pewne zarządzenia represyjne (zresztą stosunkowo łagodne, jak wszystkie polecenia dla Aktion Glückauf), które otrzymaliśmy za pośrednictwem obergruppenführera Eicke. O ile się nie mylę, zarządzenia dotyczyły tajnej konfiskaty paczek przysyłanych dla więźniów, a zwłaszcza przychodzących z zagranicy. Intencja tego rozkazu była jednoznaczna: chodziło o obcięcie wszelkiej innej pomocy dla naszych penitencjariuszy poza jedną: szybkim i obfitym wykupem. Zarządzenie miało więc charakter ściśle ekonomiczny, obliczony na korzyść skarbu Rzeszy. Możliwość nadsyłania paczek rozgrzeszała sumienia nadsyłających i wytwarzała fałszywe poczucie u adresatów, że w Glückauf można będzie jakoś przetrzymać, przeczekać (nadzieja na klęskę Rzeszy nigdy w nich nie gasła). W ten sposób akcja wykupu szła leniwie, a był nawet moment, że koszty utrzymania obozu lekko przewyższyły zyski. Oczywiście absurd, którego rozmiarów nie trzeba chyba tłumaczyć żadnemu ekonomiście. I oto w tej sytuacji bladooki Werker wyskoczył z jakimś zakurzonym, dziewiętnastowiecznym humanitaryzmem, z jakimiś mętnymi pojęciami o rehabilitacyjnej roli więziennictwa itp. Nasz dialog wyglądał groteskowo: oto ja, świeżo upieczony obersturmführer SS, wykładałem alfabet najprostszych prawd politycznych weteranowi rewolucji. Ale safandułowaty Werker miał dziwne momenty (w których zaznaczała się nawet pewna logika), gdy safandułowatość ustępowała przed czymś, co dałoby się określić jako "ośli upór". Była to broń żałosna, polegająca na kilkakrotnym powtarzaniu tych samych wykopaliskowych sloganów przy równoczesnym wyłączeniu wszelkich władz myślowych. Dyskusja trwała dwie godziny, komendant miał dość czasu, aby się nawet rozpalić. I oto powoli zaczęła ogarniać mnie zgroza: ideologia Werkera była wstrętną, niechlujną rupieciarnią, ale rupieciarnią szkodliwą. W ostrym błysku uświadomiłem sobie, że Werker jest zdolny podważyć nie tylko zarządzenie o konfiskacie paczek, ale wszelki sens funkcjonowania obozu. Może nie wynikało to z wrogości (do dziś nie posiadam na ten temat zdania), ale obiektywnie godziło w najżywotniejsze interesy partii i narodu. Udałem się do swojego pokoju całkowicie roztrzęsiony – nie myślcie, że idee skautowskie wygasają u nas łatwo i całkowicie. Kiedy kilkakrotnie brałem pióro do ręki, a potem je odkładałem, na ciemnym ebonicie tłuszczyły się krople potu. Pisać donos to nieestetyczne? Zapewne. A czy jest estetyczne tak dbać o abstrakcyjną estetykę swego wnętrza, aby kosztowało to nawet nasz naród i nasze najświętsze cele? Tej nocy – tej bezsennej nocy – przeszedłem Rubikon po raz wtóry. (Przypominam, że jako pierwsze przejście traktuję ciężkie i patetyczne rozmowy z Achimem von Arnim.) Napisałem raport wprost do Reichsführera, za miesiąc drugi, po pół roku trzeci. Ograniczałem się do faktów, do gołych wypowiedzi, unikałem wszelkiej interpretacji. Dzisiaj uważam to za bardzo uczciwe. W październiku 1939 (a więc niespełna po roku urzędowania) Werker zawezwał mnie do sosną pachnącego gabinetu. Był blady, a gdy podawał mi pisemko z nominacją, drżały mu ręce.

– Od jutra pan będzie pełnił obowiązki komendanta obozu. Przypuszczam, że gdy doczeka się pan awansu na hauptsturmführera, nie będzie żadnych przeszkód, aby został pan komendantem nominowanym. Gratuluję panu.

Patrzyłem na niego obojętnie i bez współczucia, Rubikon miałem już poza sobą.

– A pan?

Werker sprawiał wrażenie, że za chwilę wybuchnie płaczem.

– Ktoś podłożył mi świnię. Ale kto? Napije się pan?

Kiedy przytaknąłem, nalał mi szklankę sznapsa, pachnącego lasem, a raczej igliwiem. Tak jak cały jego gabinet.

– Jadę do Polski. Pan wie, że to jest piekło?

– Piekło?

– Żyć w otoczeniu samych wrogów, wrogiej hałastry... Ja mam sześćdziesiąt lat.

Uśmiechnąłem się z przymusem.

– To nie jest groźny naród. Gdy się go przygniecie...

– Pan zna moją naturę.

– Ale pan zna obowiązki SS-mana.

Znowu mówiliśmy do siebie z dwóch przeciwległych brzegów, nigdy niezdolni się porozumieć. Tym bardziej mierziło mnie, że Werker szuka u mnie otuchy, składa mi głowę na piersi. Gdy więc zatrzasnąłem za nim w dwa dni później drzwi od pociągu odchodzącego do Monachium (szkoda, że nie od razu na wschód), odetchnąłem. Przyjąłem gratulacje oficerów ze służby wartowniczej, pozwoliłem sobie wysłuchać z niejaką życzliwością przemówienia Odillo Zaka, który witał mnie w imieniu więźniów. Dziwne uczucie. Radość i lekkość po odejściu Werkera, a zaraz potem ponury ciężar podjętej odpowiedzialności.


• To Führer, to Adolf Hitler miał odegrać w tym miejscu rolę pokrzepiciela i natchnienia. Nie potrafię chyba w pełni wyrazić mojej rozpaczy, że ze względów czysto konstrukcyjnych jedno z najważniejszych przeżyć na przestrzeni całej mojej egzystencji ma być potraktowane tak zdawkowo. Niestety, wrodzona pedanteria i wykształcenie architektoniczne nie pozwalają mi na zakłócenie zamierzonych proporcji. A więc dobrze. Opisujmy fakty. Było to w Sylwestra 1939 roku. Właśnie na dzień 31 grudnia otrzymałem wezwanie do Reichsführung, aby już osobiście z Reichsführerem omówić całą złożoność planu Glückauf, z ukochanym wodzem SS, co było samo w sobie wystarczającym przeżyciem, zwłaszcza że chorowity z natury Himmler był tego dnia we wspaniałej kondycji i nie ograniczał się tylko do spraw służbowych. Tego dnia chciał rozmawiać, i to nie bez filozoficznych dygresji. Pamiętam, że pokazując śnieg za oknem, powiedział nagle jakoś smutno i surowo:

– Czy chwilami nie chciałby pan być czymś tak drobnym i bezmyślnym jak śnieg? Bo tylko wtedy można być aż tak czystym...

Miałem prawie łzy w oczach słuchając tych głęboko ludzkich słów, bo i ja, oczywiście w znikomej skali, doznawałem już podobnych przypływów melancholii. Obcując z Himmlerem zawsze odczuwałem jakieś ciepłe fale, które zdawały się emanować z jego głosu (oczywiście, gdy nie przemawiał), z jego gestów, z łagodnych oczu, ukrytych za szkłami. To był człowiek do rdzenia dobry. I właśnie jemu idea powierzyła zadania najbardziej twarde, bezwzględne, często wręcz takie, że wzdragało się przed nimi serce. Drobna uwaga czy też aforyzm o śniegu nabierał w tym kontekście przeraźliwej głębi, dramatyczności. Ale Reichsführer nie miał zwyczaju użalać się, już po chwili był cały wychylony w moją stronę. Pytał o moje samopoczucie, rozrywki, lekturę i wtedy (dlatego wspominam o tym tak szczegółowo) po raz pierwszy zapytał, czy interesuję się jakąś kobietą. To było tak delikatne, w takim stopniu wstydliwe, że nie pojąłem intencji. Idiota. Nie potrafiłem zsynchronizować owego napomknienia ze sprawą "Lebensbornu", której właśnie w tym czasie (czasie totalnej wojny) Reichsführer poświęcił tyle serca i myśli. Odpowiedziałem, że nie, sprawy sentymentalne są dla mnie obecnie jeszcze bardziej odległe, a Himmler zbył to uśmiechem. Zresztą nie pamiętam dobrze jego reakcji w tamtej chwili, bo za moment miała paść pamiętna propozycja spotkania z Führerem. To była lampka wina – sylwestrowy poczęstunek w Kancelarii Rzeszy dla dość wąskiego grona najmłodszych dygnitarzy SS, SA, NSDAP. Przyznam szczerze, że z zakresu dekoracji i statystów niewiele pamiętam. Widzę głównie jak w filmowym powiększeniu – postać Adolfa Hitlera, która zbliża się do mnie. Führer był w ciemnych spodniach i w brunatnej marynarce ze swastyką. Wydawał mi się dziwnie schludny, jakby żaden pyłek nie śmiał tknąć jego osoby. Twarz raczej blada, zmęczona, z lekko sinawą smugą zarostu. Oczy oprawione w mięsiste fałdy (nie twierdzę tego w żadnym przesadnym uniesieniu) miały moc magiczną, hipnotyczną. Podeszli razem z Reichsführerem i gdy zdrętwiałem z wrażenia, Hitler wyciągnął rękę.

– Więc to pan jest naszym dobroczyńcą z Glückauf?

Zaśmiał się, a ja albo coś bąknąłem, albo milczałem. Hitler zwrócił się do Reichsführera.

– A kto tam był poprzednio?

– Werker.

Hitler znowu się zaśmiał.

– Ach, racja. Stara kwoka.

I nagle popatrzył na mnie z niezwykłą mocą.

– A pan jesteś orzeł. Proszę pamiętać. To zobowiązuje. To powiedział Führer.

Nim zdążyłem podziękować, odszedł do innej grupy gości i znowu się śmiał swoim krótkim, rzeczowym śmiechem. "A pan jesteś orzeł. Proszę to pamiętać. To zobowiązuje. To powiedział Führer". Może wnioski, jakie wyciągam z mojej drogi do najwyższych wtajemniczeń narodowego socjalizmu, są zbyt megalomańskie. Czyż ktokolwiek, kto by usłyszał takie zdanie z ust Führera, postępowałby z mniejszym męstwem, z mniej upartą konsekwencją (mimo zaskakujących zrządzeń losu), niż ja to czyniłem? Być może dokazałem jeszcze zbyt mało dla autounicestwienia, dla uwolnienia się od przyzwyczajeń, emocji, nakazów ślepej natury. Jeżeli tak, to niech będę po tysiąckroć razy przeklęty. Ale nie uprzedzajmy waszego sądu – niech trwa.


• Obóz w Glückauf – opowiedziałem o nim chyba wszystko, co jest niezbędne, aby stawić rusztowanie do dalszych wydarzeń. Zresztą niniejszy rozdział nie jest niczym innym, jak obszernym streszczeniem tego, co zreferowałem Nelli Doder, gdy wkrótce (chyba w miesiąc) po swej twierdzącej odpowiedzi na mój list pojawiła się wraz z przyjaciółką w Glückauf. Oczywiście nie mogłem jeszcze wtedy znać końca na przykład takiego Rybakowa czy też losu innych penitencjariuszy z obozu. W tym czasie byłoby to snuciem proroctw. Nelli poznała samą zasadę obozu, miała ją bowiem akceptować jako cząstkę swojego przyszłego życia... Nie powiem, aby w tej pierwszej chwili zetknięcia wykazała dostateczny stopień zainteresowania dla sprawy bądź co bądź tak ważnej. Owszem, słuchała moich objaśnień życzliwie, ale przy zwiedzaniu zabudowań była trochę speszona (mniej jednak niż jej przyjaciółka, która z trudem strzegła się przed popadnięciem w popłoch). Wybaczam jednak całkowicie Nelli jej wstrzemięźliwość, a to z dwóch względów. Przyjechała do Glückauf już jako moja narzeczona, tymczasem, prawdę mówiąc, nie widzieliśmy się jakieś dwa lata. Stąd zapewne, dla natychmiastowego skonfrontowania swoich wrażeń, uzbroiła się w tę przyjaciółkę. Odczuwałem nieomal namacalnie, jak wzrok obu kobiet nie schodzi z mojej twarzy, a jeżeli – to by wędrować po całej mojej postaci. Czułem się trochę jak żywiec wystawiony na sprzedaż, mógłbym się nawet obrazić, gdybym nie złapał się na tym, że odpłacam Nelli z nawiązką. Oglądałem ją co najmniej równie łapczywie. Och, muszę spędzić z oczu ciemne, posępne obrazy, pewne raz na zawsze utrwalone urazy i uprzedzenia, aby choć na chwilę wskrzesić w pamięci ten obraz jasny i ten zachwyt bezwzględny. Był skwarny lipiec – Nelli miała na sobie sukienkę choć przyzwoitą, to jednak bardzo swobodną. Nigdy już potem nie odczuwałem tak silnie jej kobiecości, jej ciała odmiennego, pachnącego innym potem, smakującego inną słonością. W pewnej chwili zauważyłem, że z radością przyjmuje zazdrosne spojrzenia chłopców z Trupich Główek, a nawet więźniów. To jedno. Po wtóre musiałem darować Nelli jej umiarkowane zainteresowanie dla obozu wobec entuzjazmu, z jakim zwiedzała nasz mieszkalny domek. Obie z przyjaciółką (dziewczyny od dzieciństwa wychowane w internatach, bursach, na obozach) biegały po tych dwóch pokoikach i kuchence jak po kościele – z modlitewnym zachwytem. Sprawiło mi to ogromną przyjemność. Jak się okaże, sam byłem zdecydowanym domatorem i radość Nelli podziałała bardzo budująco na moje uczucia. Udało mi się sprowadzić Buchwalda i wpakować mu przyjaciółkę-brzydulę w ramiona. Poprosiłem, by poszli do miasteczka po zakupy na podwieczorek. Buchwald oczywiście ani myślał rozstać się ze swoją gruboskórnością, a więc, nic nie pojmując z sytuacji, bronił się jak mógł za pomocą jakichś mętnych obowiązków. Wreszcie przecież pozostaliśmy sami. Posadziłem Nelli na skórzanej kanapie, sam usiadłem zaraz obok. Objąłem ją i chciałem pocałować, ale uchyliła głowę. Patrzyła na mnie rozszerzonymi oczyma, a skrzydełka jej nozdrzy poruszały się niedostrzegalnie. Spytała:

– Kim właściwie jesteś?

– Nelli – powiedziałem – pokochasz mnie. Zobaczysz: wszystko będzie dobrze.

Znowu zbliżyłem wargi do jej ust i znowu poczułem opór. Była silna, sztywna, badawcza.

– Nie zrobisz mi nigdy krzywdy?

– Nelli, ubóstwiam cię. Mam tutaj sześćdziesięciu uzbrojonych ludzi, kilkanaście groźnych psów. Któż by odważył się ciebie dotknąć?

Ani przez mgnienie nie uśmiechnęła się.

– Ty.

Powoli zluzowałem uścisk, odsunąłem się nieco i spuściłem głowę. Istotnie: zachowałem się jak tuzinkowy Don Juan, czułem, jak rumieniec zalewa mi policzki.

– Przepraszam cię, Nelli.

I stało się coś nieoczekiwanego, coś, co wtedy zaskoczyło mnie, ale niewinnie, a dzisiaj zawsze wprowadza mnie w stan przygnębienia i lęku. Oto Nelli roześmiała się (śmiech pozornie beztroski, ale niepokojąco wysoki, raptowny) i aż do krwi ukąsiła mnie w ucho. Kiedy siedziałem trzymając rękę na małżowinie, ona podeszła do okna i wesołym wzrokiem spenetrowała majaczące za szybą baraki.

– Podoba mi się tutaj. I ty również.

A więc wzięła ten los na siebie.

(…)

CDN

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.