17 września 2019, wtorek

Projekt Grochowiak

Stanisław Grochowiak

Trismus, cz. 3, ciąg dalszy

Tagebuch

Ślub nasz odbył się w Boże Narodzenie 1940 roku. Przypominam, że w listopadzie zwróciłem się o oficjalne zezwolenie do „Lebensbornu”, a więc wszelkie formalności załatwiono nadzwyczaj szybko i życzliwie.





Było to tym bardziej miłe, że rodzina Nelli pochodziła z zagranicy – i to z Danii – co akurat w tym okresie komplikowało sprawę politycznie. Tak przychylne i wyrozumiałe potraktowanie mego małżeństwa słusznie chyba zaliczyłem na poczet specjalnie korzystnej opinii, jaką cieszyłem się u kierowników Rzeszy. Potwierdziły moje mniemanie osobiste depesze gratulacyjne od Reichsführera, Achima von Arnim, dra Grawitza, obergruppenführera Eicke, ministra Fricka. Przy rozjarzonej tradycyjnej choince odczytywał je uroczyście mój ojciec, a wielu z gości (zwłaszcza panie, z mateczką na czele) miało łzy w oczach. Niezależnie od tego, co miało się wydarzyć później, a właśnie może dlatego – chcę tutaj z całą powagą oświadczyć, że wspomnienie tego wieczoru przechowuję w najczulszej pamięci. Była jakaś wielka cisza, niewysłowienie słodki spokój, który emanował zewsząd. Żeby nie psuć nastroju zezwoliłem, aby nawet w obozie – w rozsądnych granicach – zapanowała atmosfera odświętności. A więc kilka małych choinek, kilka tradycyjnych potraw na kolację, drobne upominki dla wyróżniających się więźniów. Po kolacji, suto zakropionej wiśniówką, sprowadziłem kwartet Odillo Zaka i masoni, na wypożyczonych z ogniska muzycznego instrumentach, wykonali szereg utworów Mozarta i, zdaje się, Brahmsa. Był to upominek dla mojej złotej mateczki, zaprzysiężonej miłośniczki muzyki. Zresztą wszyscy słuchali z najwyższym wzruszeniem: ta muzyka – w roku nieograniczonych zwycięstw niemieckiego oręża – zwiastowała tak nam osobiście, jak i całemu światu erę wielkiego ładu i wszechogarniającej kultury. W pewnym, szczególnie przejmującym momencie zauważyłem, że mateczka wpatruje się z zachwytem w twarz Nelli. Tak, Nelli Doder była piękna. Główkę miała spowitą w biały welon, a łagodny blask świeczek przydawał jej owalnej twarzyczce nieomal religijnego wyrazu. Myślałem wtedy, że zachłysnę się łzami. Te dwie twarze: pierwsza – twarz starej kobiety, szlachetnej żony i matki Niemców, druga – młoda, dopiero jaśniejąca tajemnicami życia, które za kilka godzin miały się przed nią otworzyć, te dwie twarze właśnie w tak czułym momencie rozwarły przede mną nowe perspektywy problemu rasy, perspektywy najbardziej serdeczne, własne, moje.

Po koncercie, kiedy więźniowie usunęli się na teren obozu, ojciec i ja wygłosiliśmy przemówienia. Przemawiali również bürgermeister Leibt oraz Buchwald jako przedstawiciel oddziału politycznego obozu. Leibt – o ile pamiętam – mówił dość zabawnie, z typową bawarską prostodusznością, która nie unika nawet dwuznacznych aluzji. Jakkolwiek nie lubię atmosfery jawnie seksualnej, mgliste wrażenie, jakie mi pozostało po oracji Leibta, jest raczej przyjemne. Przemówienia Buchwalda nie pamiętam w ogóle. Przypuszczam, że mimo najlepszych intencji Buchwald nie wyszedł poza styl artykułów ze Schwarze Korps, stare komunały zaprawiając płaską aktualizacją. Chcę tu jednak przytoczyć przemówienie mego ojca, oczywiście nie bez zniekształceń, a być może podświadomych przeinaczeń, do których jesteśmy tak skłonni, gdy wspominamy bliskich. Praca ta nie ma być autobiografią, a więc o charakterze mojego domu rodzinnego, o postaciach moich rodziców czytelnik może wywnioskować tylko z kilku drobnych napomknień. Jednakże nie dla uzupełnienia tej luki przytaczam pełny tekst wypowiedzi mojego ojca, ale ze względu na pełny obraz czasu i społeczeństwa, w którym toczyły się opisywane wypadki. Ojciec mój reprezentował mentalność pruskiej szlachty, miłującej mundur i surowe zasady. Moje stosunkowo wczesne przystąpienie do ruchu narodowo-socjalistycznego bynajmniej nie wywołało u ojca entuzjazmu. Przez wiele lat wykazywał niechęć tak wobec narodowych socjalistów, jak i wobec osoby Adolfa Hitlera, upatrując w koncepcjach rewolucji upadek dyscypliny, żołnierskiego ducha i staroniemieckiej tradycji. Przemówienie ślubne, które wygłosił, ma więc zasadnicze znaczenie dla zrozumienia procesu, który dokonał się w narodzie niemieckim i który doszedł do szczytu właśnie u schyłku 1940 roku. Jeszcze raz zastrzegam, że mogłem coś przeinaczyć, i już dość – budź się moja pamięci!


Ślubne przemówienie ojca

Moi kochani, kiedy brałem ślub z obecną tu wierną towarzyszką mojego życia (dziękuję ci, Trudi!), ojciec mój wygłosił przemówienie według odwiecznego, prastarego kanonu. Tak jak i jego dziadowie, porównywał małżeństwo do statku na wzburzonym morzu, który omijając skały i zasadzki, zmierza do cichej przystani starości. Niekiedy musi stawić czoło burzom i sztormom, za którymi najczęściej kryją się zamachy na prawa ojczyzny i narodu. Prędzej czy później – jeśli żeglarze kierują się na gwiazdę prawdy i obowiązku – spotka ich nagroda i spoczynek w cichej zatoce dobrobytu. Takie przemówienie wygłaszał mój ojciec i jak powiedziałem, był w tym posłuszny starym tradycjom. A oto ja dzisiaj muszę okazać się krnąbrny. Co za hańba! I jakież niebywałe szczęście! Ale powiedzcie sami, czy przystojna byłaby dziś ta metafora o nieokreślonym morzu i przestarzałym żaglowcu, skoro do Rzeszy należy i należeć będzie tysiąc mórz? Czymże jest małżeństwo młodych Niemców w takiej zawarte chwili? Osiemnastowieczną fregatą, która pod pełnymi żaglami spieszy do przystani? A któż by się dzisiaj ośmielił marzyć o spoczynku? A jakaż to może być przystań, w której Niemcy szukałyby schronienia? Niemcy zwycięskie, Niemcy Wielkiej Krucjaty, Niemcy, które po raz pierwszy skutecznie zbawiają świat. Wybaczcie mi więc dostojni dziadowie, to odstępstwo, które tu popełniłem. Jestem dumny, że przemawiając do mego syna i jego ślicznej małżonki nie mogę, nie mam wręcz prawa wskazywać im spokojnych celów, umiarkowanych wizji szczęścia. Wszystko albo nic! Albo opanujecie cały świat i uczynicie go sobie poddanym, albo ten świat zdruzgoce naszą ojczyznę, a wraz z nią i wasze stadło. Więc nie do oporu wobec żywiołów was wzywam, ale do ataku! Wy sami macie być żywiołem, to was niech nazywają nawałnicą! Droga Nelli, teraz mówię do ciebie. Przybyłaś do nas z północnej ojczyzny Wikingów, pod twoją białą cerą płynie krew burzliwa i szlachetna. Dlatego jako córkę przytulamy cię do piersi. Wiesz dobrze, gdzie się znajdujesz, wiesz, co kryją te mroczne baraki. Bóg, jeśli powołał cię na to miejsce, to widocznie pragnie, abyś dopiero na końcu rozliczała się z cnoty litości. Są bowiem cnoty wyższe, a to: cnota odwagi, sprawiedliwości i pokory wobec zarządzeń państwa. Kto wie, czy nie powinnaś ich pielęgnować nawet przed cnotą małżeńskiej miłości. Miłość sama się rodzi, gdy małżonkowie stają naprzeciw siebie z jasnymi czołami. Dlatego tak ja, jak i wasza wspólna mateczka będziemy zawsze z czułością i ufnością patrzeć na wasz związek, a to dopóty, dopóki pozostaniecie wierni nadrzędnym celom. Niech was Opatrzność ma w swojej opiece!


• Gwiazdy – niezwykle wyraziste i liczne – stały na wigilijnym niebie, kiedy odprowadzaliśmy gości mieszkających w mieście do bram obozu, a nawet poza nie. Rodzice moi pozostali w domu (zapewne z delikatności, chcąc nam umożliwić kilka chwil uroczego powrotu we dwoje), Nelli była w sukni ślubnej, okryta tylko krótkim futerkiem z szynszyli. Delikatny tren sukni muskał śnieg, srebrne pantofelki migotały własnym światłem. Światło! Kiedy czytam przed chwilą napisane słowa, widzę wyraźnie, że to ono jest najistotniejsze w moim wspomnieniu. Tak jakbyśmy je wnieśli do naszej poślubnej sypialni (obok delikatnego zapachu mrozu), tak właśnie siedliśmy na łóżku, nie potrzebując zapalać lamp. A może baliśmy się je zapalać? Ponieważ spisuję kronikę szczerą, muszę wyznać, że osobiście obawiałem się widoku rozbierania, odsłaniania szczegółów bielizny, nagłej, a z lekka trywialnej poufałości. Przez długą chwilę (może to były minuty, może kwadranse) nie dotykaliśmy się również. I w takim nastroju, który wydawał mi się nieomal święty, Nelli zapytała:

– Myślisz, że nie podsłuchują?

Zaśmiałem się:

– O czym ty mówisz, Nelli?

Nelli nagle zrzuciła futerko (usłyszałem to).

– Będę na pewno krzyczeć!

Jeszcze nie rozumiałem. Musiałem pozbierać myśli.

– Że moi rodzice podsłuchują? O tym myślisz, Nelli?

Podniosła się – był trzask zapinek, sztywny szelest gorsetu.

– To się podobno zdarza. Ja bardzo krzyczę, królu!

Leżałem koła niej nagi, ale jakby zamrożony od wewnątrz. Czego się spodziewałem? Może wielu godzin zażenowanego bezruchu, milczenia, niezdejmowania odzieży, odnajdywania się powolnego i pełnego bolesnego napięcia? Może. W każdym bądź razie nie tej rzeczowej namiętności, która wydała mi się co najmniej nieprzystojna. To bolesne, ale tej pierwszej nocy nie potrafiłem uczynić Nelli Doder moją żoną.


• Mam jednak pisać dzieje małżeństwa. Mam silić się na literaturę tym bardziej skomplikowaną, że przecież nie mogłaby to być ani pochwała, ani nawet relacja z żywota spokojnego. Jakżebym potrafił literacką frazą przemierzyć ten cały obszar trudny i zawikłany, aby logicznie doprowadzić do końca, spiętrzonego w jednym rozbłysku – straszliwym i gorzkim? Przypominam, że prócz zawodu żołnierza miałem zawód architekta, a więc przyuczony byłem do sprawozdawczości raczej aniżeli do psychologizowania, do faktów raczej niż motywów. Sięgam więc znowu do dokumentu, choć, jak żaden inny, ten najtrudniej mi udostępnić wiedzy publicznej. Nie tylko dlatego, że jest wstydliwy jak każdy pamiętnik, ale również dlatego, że bez przyzwolenia wprowadzam tu drugie autorstwo. Tagebuch pisaliśmy z Nelli na przemian, jeden dzień ja, jeden – ona. Często prowadziliśmy specyficzne polemiki, co czytelnik zapewne zauważy. Czytelnik dostrzeże także, że notatki Nelli są również jakby bardziej intymne, aż po granice bezwstydu. Nie usunąłem ich jednak. Bez tej odrębności tonów (w moich notatkach i w zapiskach Nelli), bez tej polemiki uczuć, zarysowanej od samego początku, historia nasza byłaby przynajmniej o stopień mniej zrozumiała. Nie mogę sobie na to pozwolić.

I co jeszcze w tym wstępie? Pominąłem wiele dat. Te jednak, które ocaliłem, zostawiłem bez najdrobniejszego uszczerbku lub skreślenia. Przynajmniej w początkowych partiach (potem życie nasze coraz nieznośniej przesuwa się z kręgu domu na teren obozu) czytelnika mogą śmieszyć pedantyczne uwagi o urządzeniu mieszkania, o kuchni, o drobiazgach codziennego pożycia. Śmiem tu podkreślić nawet pewną programowość mojego zamysłu w ocaleniu tych śmiesznostek. Tę książkę pisze Niemiec, a w ogromnej nadziei liczy na czytelników Niemców, i to młodych. Jeżeli chcemy lub chcecie powrócić do ideału społeczeństwa wojowników, to pamiętajcie, że już nawet w Sparcie pojęcie domu i rodzinności było czymś świętym. Historia nie zna piękniejszych powrotów nad te, kiedy osmalony walką wojownik wkracza pod opiekę rąk kobiecych, w ten uroczy kołowrót rzeczy małych, jak kubek lub naparstek, czynności drobnych, jak zmywanie lub szycie. Tu w doskonałej harmonii splata się odpoczynek wojownika z kwileniem dzieci, z radosną pieśnią wiernej żony. Mieszczańskie? Pojęcie mieszczaństwa wymyślili komuniści, by uświęcić wieczny chaos, poparli ich w tym dziele dekadenci, by rozgrzeszyć swą niestabilność i chęć próżniaczego używania. Fanatyczny wręcz kult dla rodziny ze strony Reichsführera (który starałem się podkreślić i w pierwszej części tej pracy) był kultem żołnierza. I jako żołnierz z największą tkliwością odnajduję w Tagebuchu właśnie te drobne, a jakże bolesne — z perspektywy dalszych wydarzeń – świętości. Gdy czytam je jeszcze raz, przywodzą mi na pamięć obraz mojego dzieciństwa. Może właśnie o nie tak kłóciłem się z Nelli. Szorstka pilśń na pikielhaubie ojca w zestawieniu z koszyczkiem od robót ręcznych mojej matki, woń tej pilśni (woń koszar i dymu) oraz zapach ciepłej wełny w motkach, zapach rąk, ust, włosów matki. Bo przecież sens naszej walki był również i po to. Również po to.


Styczeń 1941


P i s a ł e m j a:

Miodowy miesiąc! Jeszcze dzisiaj na idiotycznych melodramatach filmowych pokazują nam parę szczęśliwych trutniów, która natychmiast po ślubie wsiada do pociągu i żegnana przez rozpłakaną rodzinę podąża – powiedzmy – do Palermo. Nie mamy na to ani czasu, ani ochoty. Nigdy nie lubiłem Włochów, a teraz jeszcze mniej. Przez cały grudzień gazety donosiły o ich kolejnych porażkach w Afryce, porażkach niegrzecznych i wstydliwych. Zawarliśmy z Włochami sojusz idei, ale czy kiedykolwiek stanie się on sojuszem krwi? Nie, nie pojedziemy z Nelli do Palermo. Bawarska kotlina, zasypana śniegiem, wypełniona skrzętliwą pracą niemieckiego ludu, jest nam stokroć bliższa. Zwłaszcza że natknęliśmy się na tyle ciepła. Od dwóch dni porządkujemy prezenty ślubne i – wstydzę się wyznać, ale większość pracy w obozie zwalam na Buchwalda, aby tylko mieć więcej czasu na przyglądanie się Nelli, gdy w perkalikowym fartuszku uwija się wśród tych sprzętów i zamienia mój dom w małe niebo.


Dopisek Nelli:

Trzeba zapisać prezenty. To taka sama pamiątka jak welon...

1 Zegar stojący od Papy.

2 Dwie puchowe pierzyny od Mamy.

3 Roczna prenumerata Baukunst od Achima von Arnim.

4 Stalowe przedmioty na biurko od załogi obozu.

5 „Telefunken” (dziewięciolampowy) od organizacji NSDAP.

6 Biblioteczka drewniana z kompletem broszur „dla szczęśliwej matki” od NS Frauenverein.

7 Fuzja myśliwska z lunetą i trzema pudełkami naboi od organizacji HJ.

8 Cała masa garnków, czajników i rondli od organizacji BDM (dostarczono w olbrzymiej skrzyni!).

9 Agawa (bardzo piękna) od państwa Leibt.

10 Żelazko elektryczne od państwa Ratke.

11 Żelazko elektryczne od państwa Siebel.

12 Żelazko elektryczne – zapomniałam od kogo.

13 Zegar kuchenny (z pejzażem) od pani Knothke (chociaż nie była na przyjęciu).

14 Stolik do szycia (z włóczką, przędzą do cerowania, kompletem igieł) od Buchwalda.

15 Obrus, własnoręcznie wyszywany przez kochaną panią Müller.

16 Album familijny, sporządzony przez fotografa Klotza (bardzo komiczny fotomontaż przedstawiający nas jako gołąbki!).

17 Ścienny młynek do kawy ktoś przysłał z miasta, ale nie wiadomo kto.

18-30 Wazony z kwiatami, kosze z kwiatami, kaktusy, paprotki, kanarek w klatce.

31 Laurka od więźniów obozu.


P i s a ł e m j a:

A jednak dostałem propozycję czternastodniowego urlopu z opłaceniem kosztów podróży do dowolnej miejscowości na terenie Rzeszy. Trochę spóźniony, a jednak miły prezent od centrali „Lebensbornu”. Bardzo się zdziwią, kiedy otrzymają moją odmowną odpowiedź. Ależ, na Boga, nigdy nie miałem takiej ochoty do pracy, do pozostania w dotychczasowym otoczeniu i trybie życia. Nelli bowiem odmieniła wszystko!... Rano budzę się, czuję ucisk złocistej główki na ramieniu, ileż wkładam w to czułości, aby wyswobodzić ramię bez budzenia mojej małej żony! Cicho zakradam się do kuchenki, nastawiam mleko na gazie i dopiero potem otwieram okno, aby zabrać się do porannych ćwiczeń. Nigdy nie byłem tak sprawny fizycznie. Mógłbym powtórnie, bez żadnego przygotowania, zdobywać wszystkie kolejne odznaki sportowe SS. Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie ulegam jednak złudzeniu, gdy zapewnię, że pod względem nerwowym jestem wyśmienity. Odkryłem dzisiaj w czwartym baraku ślady świadczące o próbie podkopu. Jeszcze kilka miesięcy temu wpadłbym we wściekłość; która by mnie oślepiła. Dzisiaj jednak postępowałem chłodno, z niezwykłą jasnością umysłu, dzięki czemu już po godzinie wykryłem sprawcę (Buchwald był wprost oszołomiony. Biedny Buchwald, powinien się czym prędzej ożenić!). Otóż mały Żydek-intelektualista, którego naszedł z nagła dziwny pomysł buntu, też skorzystał na moim małżeństwie. Ukarałem go jedynie godzinną stójką pod zimnym prysznicem. Obiad jest punktualnie o pierwszej w południe. To wielka tajemnica, w jaki sposób (i kiedy) pani architekt Nelli Doder nauczyła się tak wspaniale gotować!

Bałem się eintopfów, ale – jak się okazuje – ograniczymy je tylko do ostatniej niedzieli miesiąca, tak zresztą, jak nakazuje Winterhilfsverein. Jemy obiady trzydaniowe, skromne, ale wykwintne. Dzisiaj: zupa grzybowa (cóż z tego, że z ersatzu!), ziemniaki w sosie musztardowym i jajko, na deser pudding z kaszki manny.


P i s a ł a N e l l i:

Cały dzień bolał mnie ząb! Stałam w kolejce do Meinla i musiało mnie zawiać. Potem poskarżyłam się mojemu królowi, a on: „Natychmiast do dentysty!” A ja mówię, że się boję. To on: „Narodowa socjalistka boi się dentysty?” To ja mówię, że jestem również kobietą. I miałam rację. Wcale nie potrzebowałam dentysty. Zmusiłam mojego króla, żeby mnie leczył. Po słodkiej nocy wstałam rano zdrowa już i wesoła. Król był trochę naburmuszony i niewyspany, ale co mi tam! Pod tym względem jestem egoistką. Zresztą zastanawiam się, jak ja żyłam przed ślubem! Kto mi odda tamte wszystkie noce, te zmarnowane godziny! Kto? Śmieszne pytanie...


Luty 1941


P i s a ł e m j a:

Szybko przepisuję z komunikatu radiowego: „...130 tysięcy żołnierzy i oficerów, 19 generałów włoskich w niewoli. Straty w zabitych, rannych i zaginionych też ponad sto tysięcy!” Cóż więc się stało z armią włoską? Ale czy taka armia istniała? Banda tchórzy, wydrwigroszów, śmierdzących gadułów, rządzonych przez może i genialnego, ale w końcu tylko demagoga. Zresztą cóż on robi dalej, ten Mussolini? Samowolnie, bez uzgodnienia z Führerem, zaplątuje się w jakąś aferę na Bałkanach, marzy mu się Grecja, traci resztki swej siły w Epirze. W tej chwili najbardziej współczuję Führerowi. Wiem, jak bardzo pogardza tym swoim sojusznikiem, ale wiem też, że będzie go za wszelką cenę ratować. Tak musi być – i my, Niemcy, nie wycofamy się ze swoich zobowiązań. Nie, nie ma narodu, który byłby nas godny, któremu jak równy z równym moglibyśmy podać rękę!


Dopisek Nelli: Z urodzenia jestem Dunką...


Dopisek mój: Przepraszam, Nelli. Pisałem w oburzeniu!


P i s a ł a N e l l i:

Młoda żona w czasie wojny nie ma łatwego zadania. Mężczyznę zdobywa się również i drogą przez żołądek, a kolejki u Meinla nie maleją. Ale młoda żona, która kocha swojego męża, jest sprytna. Wpierw sprytna, a potem dumna! Zdobyłam u Leibtowej wspaniałą receptę na... marcypany! Zapisuję ją w Tagebuchu, żeby było uroczyściej:


2 funty gotowanych kartofli

1 funt cukru

1 olejek migdałowy

Cukier wsypać do parujących kartofli, silnie ucierać, dodając olejek migdałowy. Tak powstałą masę – dopóki jest gorąca – można dowolnie kształtować w kulki, a nawet w pionki szachowe.


Król wrócił z obozu lekko zdenerwowany jakąś korespondencją z Gestapo, zaraz jednak po wejściu zaczął węszyć. Olejek migdałowy! Nie mogłam dłużej ukrywać tajemnicy. Król obwiązał się ręcznikiem i pomagał mi kształtować marcypan. Z rumieńcami na twarzy, całkowicie pochłonięty ulepianiem różnych zwierzątek (najpiękniejsze: koguty!), był tak śliczny i chłopięcy, że musiałam go pocałować.

Potem zaparzyłam mocnej herbaty, figurki z marcypanu ustawiliśmy pośrodku stołu i obgryzając im łebki, zabawialiśmy się w kanibalów. Pocztylion Kramer przywiózł przed południem ostatni zeszyt Baukunst, więc nasyceni marcypanem, siedliśmy w głębokim fotelu (ja – królowi na kolanach, chociaż wiem, że tego nie lubi...) i przeglądaliśmy pismo. Opublikowano kilka naprawdę pięknych planów i makiet. Byłam urzeczona zwłaszcza willami górskimi, znakomicie wkomponowanymi w krajobraz. Nie wiem: może jakiś cień żalu za porzuconą architekturą, może tęsknota za takim samotnym i wesołym domkiem, zawieszonym prawie pod pułapem nieba? Coś mi zamgliło oczy, a król nagle począł się denerwować: „Nie powinno się dzisiaj wydawać takich pism! Ich propozycje są sprzeczne z losami narodu!” Zapytałam: „Więc zostały nam tylko koszary?” Król zepchnął mnie z kolan i zepsuliśmy sobie nastrój. Ale nie. Kiedy tak się rozpisuję, król już śpi, rozchylił wargi (bardzo mokre), mam ochotę poczuć jego gorąco. Młode małżeństwo powinno się czasem kłócić, żeby była okazja do słodkiej zgody.


P i s a ł e m j a:

U Leibtów na mauszlu. Nie lubię tej gry, choć tak charakterystyczna dla niemieckich rodzin, poza tym bürgermeister zaprosił nowego dowódcę garnizonu, krótkowzrocznego wehrmachtowca, który seplenił. Sepleniąc, zwracał się do mnie z nieznośną ironią tzw. człowieka o czystych rękach. W tym swoim świńskim anielstwie posunął się aż tak daleko, że zapytywał Nelli, czy rola żony komendanta obozu nie jest dla niej zbyt uciążliwa. Współczuł. Flirtował. Potem siadł do pianina, grał tanga i śpiewał sznapsbarytonem. Co najgorsze, musiałem kilkakrotnie molestować moją żonę, aby zechciała wrócić ze mną do domu o uczciwej godzinie. Trudno powiedzieć, abym czuł się zadowolony!


Dopisek Nelli:

Głuptasie, jesteś zazdrosny!


Dopisek mój:

Nie pisałem o tobie, ale o Wehrmachcie.


Kwiecień 1941


P i s a ł e m j a:

Wiosna! Wiosna! Papa Eicke zwykł mawiać, że gdyby mu powiedziano, iż Adolf Hitler nie miał rodziców, ale po prostu wyniknął wprost z wielkoniemieckiej ziemi, to przyjąłby tę hipotezę bez wahania. Cenię obergruppenführera Eicke za prawość charakteru, energię i swoisty patos, mniej za intelekt i dar poetycki. Tym razem jednak papa trafił w sedno. Budzi się wiosna, z gór ruszają wezbrane wody, Führer – niesyty zwycięstw – przystępuje do ataku. Anglik Wavell w przeciągu pięciu dni rozgramia Włochów, trudno, nie można mu było odmówić zasług. Ależ walczył tylko z Włochami! Rommel w przeciągu tego samego czasu (może kilka dni różnicy) wydziera wszystkie zdobycze Wavella, staje w progach Egiptu! A jak długo potrwa wojna z Jugosławią, wojna, którą też podjęliśmy dla ratowania honoru sojuszników? Dwa czy też trzy tygodnie? Dzisiaj – zaraz po wysłuchaniu pomyślnych komunikatów – pobiegliśmy z Nelli do miasta i kupiłem jej kilka kuponów na wiosenne suknie. Wszystkie desenie wyprowadzone z kształtu kwiatów. Kwiaty dla Führera! Kwiaty dla Führera!


P i s a ł e m j a:

Dwa, trzy tygodnie? Wojna jugosłowiańska trwała dziewięć dni. Zdążyliśmy zjeść dziewięć obiadów, odbyć dziewięć wieczornych spacerów – i oto dwieście pięćdziesiąt tysięcy królewskich żołnierzy rzuca broń pod nasze nogi. Kazałem wydać załodze obozu duże porcje sznapsa. Buchwald wyżywa swoją radość w swoisty sposób. Pijany (ale chyba bardziej radością) wygonił penitencjariuszy z baraków i odbywa z nimi jakąś dziką musztrę. To raczej taniec, a nie musztra! Kłęby kurzu wzbijają się nad placem apelowym, słychać gwizdek Buchwalda, śpiewy chłopców z Trupich Główek, posapywanie Żydów. Co prawda rzecz nie bardzo odpowiada re­gulaminowi, ale kto by dzisiaj przestrzegał regulaminów!


P i s a ł a N e l l i:

Dzisiaj, w tydzień po upadku Jugosławii, skapitulowała Grecja. Mojego króla nie ma w domu (rzadko go teraz widzę!), a ja nie potrafię się otrząsnąć. Mamy całą Europę u swoich stóp – Führer dotrzymał słowa. Ale dlaczego to mnie przeraża? Muszę być szczera: coraz bardziej czuję się małą zagubioną mieszczką. Boli mnie na przykład, że gdybym teraz nagle umarła, nie zmąciłoby to niczyjej radości. Widzę coraz wyraźniej, że muszę jeszcze dużo nad sobą pracować. Często siadam naprzeciw portretu Führera i oglądam go. Jest piękny i mocny. Straszliwie mocny!...


P i s a ł e m j a:

Nelli wstała po kilkudniowej chorobie. Lekarze stwierdzili, że to uczulenie wiosenne, związane z pyłkami kwiatów. To, że nigdy przedtem nie odczuwała podobnych dolegliwości, o niczym nie świadczy. Po prostu po raz pierwszy spędza wiosnę w Bawarii, która – jak każda kraina geograficzna – ma swoje niepowtarzalne okazy flory. Ten kierunek myślenia wydaje mi się prawidłowy i napawa nadzieją, że po odkryciu rośliny, na którą Nelli jest uczulona, lekarze wymyślą na przyszłość odpowiednią terapię.

Choroba Nelli sprawiła mi wiele kłopotu, bo wypadła w okresie wzmożonych obowiązków kancelaryjnych. Sukcesy niemieckiego oręża wpłynęły wybitnie pobudzająco na rodzinę i przyjaciół moich zacnych penitencjariuszy. Wywiązała się ożywiona korespondencja na temat okupu, a w kilku wypadkach doszło nawet do transakcji, co, jak zawsze, wymaga kontaktu z monachijskim Gestapo, biurami ministra Ribbentroppa, kolejnictwem. Nie wspominam już o przeobfitej sprawozdawczości pod adresem Reichsführung i RSHA.

Nelli skazana więc była na długie godziny samotności, na szczęście wypełniała je żarliwie lekturą pism Chamberlaina. Przy brudniejszych posługach, jak: mycie podłogi, rąbanie drzewa, palenie w piecu wykorzystałem więźniarki. Oczywiście, i tu dbałem o pewną higienę, a więc zwracałem baczną uwagę na aparycję, wewnętrzną kulturę i zdyscyplinowanie tych kobiet.

W końcu przychodziła wyłącznie mała Astrid Grakchus jako najmniej szpetna. Teraz już Nelli jest całkiem zdrowa i nawet się uśmiecha. Bardzo potrzebowałem tego uśmiechu, bo tylko uśmiech jest odpowiednim wyrazem dla tego, co się dzieje wokół.


Maj 1941


P i s a ł e m j a:

Nie, nie mogę ochłonąć z oburzenia. Na dobrą sprawę powinienem raz na zawsze pozbyć się tego cymbała Buchwalda. Zostawiłem mu obóz na trzy dni – i wystarczyło, aby tylko cud uratował nas przed skandalem. Zapisuję wypadki zimnym, telegraficznym stylem, boję się bowiem, że zbytnia emocja mogłaby wpłynąć fatalnie na kronikarską wartość tej notatki. A więc w punktach:

1°. Wyjechałem na trzy dni do Berlina, aby dogadać się z obergruppenführerem Pohlem w sprawie jego szalonego pomysłu, według którego Aktion Glückauf należy wykorzystać jako gigantyczną hodowlę pieczarek. Pohl jest tak ogarnięty manią gospodarzenia, że nie dostrzega groteskowości własnych pomysłów. Bardzo się zdziwił, kiedy mu oznajmiłem, iż ani ja, ani moi więźniowie nie nadajemy się na producentów przysmaków dla berlińskiej gastronomii. Gdy już zrezygnował z pieczarek, wyskoczył z propozycją wykorzystania obozu kolejno jako: szwalni, kliniki lalek itp. itp. Dla niego wojna już się skończyła, nie ma problemu pertraktacji z emigracją żydowską, jest zagadnienie drobnych warsztatów. Dopiero telefon do Reichsführera – podjęty przeze mnie jako ostateczność – przechylił sprawę na moją korzyść. Nie, ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że pomysły Pohla mogą być wyrazem ogólniejszego nastawienia do mojej pracy, ale przyznam się, że irytacja moja była jednak podszyta pewnym niepokojem.

2°. Wracam późnowieczornym pociągiem i już po zachowaniu kierowcy, który podprowadził mój „Volkswagen” na stację, widzę, że stało się coś niedobrego. No i rzeczywiście! Podjeżdżamy do obozu, a tam pełna iluminacja, ruch, auta urzędników z miasta. Podczas mojej nieobecności nadpalił się barak Grakchusów. Pożar nie był groźny, zwęgliła się jedna prycza, obsypał niewielki fragment sufitu, popękały szyby w oknach, stary Grakchus opalił sobie rzęsy. Powód: też banalny. W czasie kiedy Grakchusowie zajęci byli pastowaniem podłóg, do baraku wszedł podpity SS-man Engel i cisnął niedopałek tak nieszczęśliwie, iż iskra trafiła w łatwopalną plamę świeżo wylanej z butelki cieczy. Oczywiście rzecz karygodna, ale jeszcze nie skandaliczna. Skandal zaczyna się w chwili wkroczenia do akcji mego nieocenionego adiutanta. Buchwald wpadł w panikę. Miast ugasić pożar za pomocą załogi i więźniów, zaalarmował całe miasto. Kiedy pojawiłem się w obozie, kancelaria była również rzęsiście oświetlona i wypełniona tłumem postaci w mundurach. Ale to już punkt trzeci.

3°. Widok był następujący: na moim biurku siedział naburmuszony Buchwald i bawił się rewolwerem. Na krzesłach albo stojąc pod ścianami umieścili się ludzie z Gestapo i Kripo. Tworzyli coś na kształt wieńca, pośrodku którego, z rękoma sztywno złożonymi na kolanach, siedział Hans Bidka, przezywany też Kohlenklau, syn gospodarza Bidki, znany powszechnie z nieszkodliwego debilizmu. Skąd go Buchwald wytrzasnął, trudno dociec. Intencja tej ponurej farsy była jednak aż nadto przejrzysta. Wobec zażenowanych przedstawicieli policji Buchwald usiłował dowieść, że to Hans Bidka, podjudzony przez wrogów Rzeszy, dopuścił się aktu sabotażu. Gdybym przyjechał o dwie godziny później, Bidka siedziałby w podziemiach Gestapo, a prokurator Siebel, wyrwany z pościeli, smażyłby akt oskarżenia na użytek procesu w trybie doraźnym. Do Berlina poszłyby sążniste raporty, a Buchwald zapewne wypiłby bruderszaft z Reichsmarszałkiem Goeringiem. Nie wiem, co się ze mną działo, ale kiedy wróciłem do domu, moja koszula była mokra. Nawet nieszczęsny Bidka otrzymał ode mnie solidnego kopniaka, a stosunki z miejscową Gestapo mam zepsute co najmniej na okres pół roku.

4°. Gdyby tylko to. Pożar wybuchł w przeddzień mojego przyjazdu. Przez jedną noc lokatorzy fatalnego baraku znaleźli się pod gołym niebem. Ostatecznie część można było upchać w pomieszczeniach gospodarczych, mężczyźni mogli nocować na dworze. Tegoroczna wiosna jest wyjątkowo ciepła i pogodna. Takie rozwiązanie nakazywała logika. Ale ktoś, kto dla ratowania własnej skóry chce w Glückauf powtórzyć historię pożaru Reichstagu (och, kretyn, kretyn!), nie może mieć nic wspólnego z jakąkolwiek logiką. Buchwald dopuścił do ogólnej paniki i chaosu, w którym stała się możliwa sytuacja wręcz niewyobrażalna. Zaintrygowana wydarzeniami w obozie, Nelli opuściła mieszkanie i tknięta dobrym sercem (?) czy też karygodną naiwnością (?), samowolnie sprowadziła do naszego mieszkania tę małą Żydówkę, Astrid Grakchus. Przystoi mi tylko ubolewać, że moja żona posunęła się aż tak daleko, iż Astrid nie tylko przebywała w domu komendanta obozu, ale i nocowała w nim. Że pościelono jej w sieni? No, oczywiście, mogła przecież nocować w moim łóżku! Kiedy rozum zawodzi, milkną wszelkie prawa i nakazy zwykłej przyzwoitości. O, Nelli, Nelli, nie piszę tych gorzkich uwag jedynie przez wzgląd na obowiązującą ideologię. Ale gdzie podziało się twoje niezawodne wyczucie estetyki? Żydówka, nocująca pod naszym dachem, który tak często zmieniał nam się w niebo rozjarzone gwiazdami! Cieszę się, że tak szybko, bez sprzeczek, zgodziłaś się spalić prześcieradło i koc po tym obrzydliwym gościu. Bo wierz mi, że ten mały pożar brudnych szmat był dla mnie stokroć ważniejszy niż płomienie w obozie. Dla mnie? Dla nas obojga...


Dopisek Nelli: O królu, królu...!


P i s a ł e m j a:

Niebo jest poprzecinane białymi pasmami chmur (meteorolodzy nazywają je cirrusami), wiatr idzie wysoko i jest widoczny. Ale ten stan pogody nie usprawiedliwia niepokoju, jaki ogarnął nas wszystkich po wysłuchaniu radia. Obserwuję przez otwarte okna kancelarii, jak ludzie z załogi wartowniczej, pod pretekstem odpalenia papierosa, gromadzą się w grupy, jak wymieniają na pewno niezbyt cenzuralne uwagi. A co się dzieje za drewnianymi ścianami baraków? Powinienem natychmiast opuścić gabinet, wyjść naprzeciw tej niebezpiecznej, bo nieokreślonej atmosfery! Ale jeśli przesadzam, jeśli to tylko ja doszukuję się drugiego dna dzisiejszego komunikatu? Wiadomość podana przez OKW była zdawkowa: otóż sekretarz i zastępca Führera, Rudolf Hess, wybrał się pojedynczo samolotem i wobec niepomyślnej pogody należy liczyć się z nieszczęśliwym wypadkiem. „Wybrał się pojedynczo...” Przypuszczam, że chodzi raczej o to, iż wybrał się s a m o w o 1 n i e ! Ale w takim razie cóż by to oznaczało? Próbę zdrady, usiłowanie ucieczki? Pamiętam Hessa z Parteitagów, zawsze sprawiał na mnie wrażenie człowieka fanatycznie przywiązanego do idei i osoby Adolfa Hitlera (inna rzecz, że był to fanatyzm wyłącznie emocjonalny). Nie, nie wolno mi uwierzyć! Lecz kto z nas, młodych, mógł uwierzyć! w zdradę braci Strasserów, Röhma czy Edgara Junga, na którego książce uczyliśmy się alfabetu ideologii? A jednak to byli zdrajcy! Führer od lat dźwiga na sobie brzemię okrutnej samotności, tak zresztą jak geniusze wszystkich epok. Na pewno może zawierzyć tylko Reichsführerowi, tak, chyba tylko jemu. Nie chcę w ten sposób przekreślać nieocenionych zasług innych osób z kierownictwa Rzeszy, ale raczej wyrażam najgłębsze moje przeświadczenie, że w pełni nie ufam nawet sobie. Mam chwile słabości, tak jak ma je Nelli... (Wypadek z Astrid). Ale odstąp, melancholio! Hess słynął z namiętnej skłonności do pilotażu i zapewne jeszcze dzisiaj wszelkie obawy okażą się płonne. Odwołajmy się w końcu do zdrowego rozsądku: kto poważyłby się na akt zdrady w stosunku do wodza, stojącego u szczytu sławy i potęgi?


P i s a ł e m j a: Hess zdradził.


P i s a ł a N e l l i:

Przed chwilą wróciłam od dra Gebhardta. Przy sposobności okazało się, że to on przysłał ścienny młynek do kawy, który umieściłam w spisie prezentów ślubnych, nie podając ofiarodawcy. Byłam zawstydzona. Popełniliśmy gruby nietakt, przegapiając staruszka przy ustalaniu listy weselnych gości. Co prawda doktor najdrobniejszym nawet gestem nie dał mi odczuć, że ma jakieś pretensje, ale wprawiło mnie to w tym większe zażenowanie.

Niestety, nie jestem jeszcze w ciąży, co na pewno niezmiernie zmartwi mojego króla. Gorzej: doktor Gebhardt miał wyraźnie zatroskaną minę po przeprowadzeniu badań. Ni stąd, ni zowąd zaczął narzekać, że nerwowy okres wojny nie pozwala mężczyznom poświęcić więcej czasu na sprawy miłości i pożycia małżeńskiego. Z tego wywnioskowałam, że ze mną nie jest tak prosto. Poprosiłam dra Gebhardta o szczerość, ale (będąc widocznie człowiekiem starej daty) odwzajemnił mi się tylko kilkoma receptami i gorącą poradą, abyśmy udali się z królem na urlop.

Zabawny staruszek! Jak pięknie zachwalał urok gór i lasów, wczesnego udawania się na spoczynek i śniadania spożywanego w łóżku.


Dopisek mój: O nie, Nelli. Nie tylko to. Gdy przypadkowo spotkałem doktora, w godzinę po twojej wizycie, podał mi nawet adres. Przepisuję z notesu: Otto Klingel, Berchtesgaden. Gebhardt spędził tam już kilka urlopów, a dwa lata temu wysłał do Klingla swojego syna Richarda z synową. W dziewięć miesięcy po urlopie synowa powiła doktorowi wspaniałego wnuka. Jeszcze dzisiaj piszę do Berlina w sprawie urlopu. Nawet jeśli podczas mojej nieobecności Buchwald dopuści do trzydziestu pożarów...


Czerwiec 1941


P i s a ł e m j a:

Mam tyle do pisania, ważę w dłoniach pióro, raz po raz zanurzam w atramencie, ale stalówka obsycha, a ja boję się dotknąć papieru. Już po wszystkim, już przesypał się w klepsydrze złoty piasek upalnego czerwca... Od czego jednak zacząć? Może od tych kilku niezapomnianych godzin, spędzonych w zadumie na skałach, obrzeżających bladoniebieskie oko Obersee? Nie mogę sobie darować, iż w młodości tak mało poświęcałem uwagi poezji. Na szczęście w biblioteczce naszych gospodarzy znaleźliśmy tomik Schillera i nad Obersee nie byliśmy tak bezbronni jak ja – w tej chwili. No trudno: spróbuję. Jezioro jest otoczone dzikimi, porywistymi górami, przypominającymi gotycką architekturę. W kontraście do skał woda leży miękko, łagodnie jak pieszczota. Jeśli skały wywołują uczucie dumy, patosu, a nawet pewnej agresywności, to tafla jeziora natychmiast rozrzewnia, pogrąża w jakichś doznaniach miękkich i bezradnych. Do czego to porównać? Może do muzyki Wagnera? Och, tak, może... Widzę Nelli siedzącą trochę powyżej, na wierzchołku wielkiego głazu, widzę jej bose stopy i złociste, opalone łydki. Siedzi tak, w białej bluzeczce haftowanej w tyrolski wzór, w szerokiej spódnicy w kratę, mały kapelusik trzyma w ręku, czasami wachluje nim rozpaloną twarz. Nie potrzebujemy słów. Odpoczywamy po bezlitosnym naporze piękna, po wspomnieniu wierszy, które starałem się czytać szeptem, możliwie poufnie... Ależ to tylko kilka godzin, kilka szkiełek w rozjarzonym kalejdoskopie. Poprzedniego dnia był wieczór, niezwykle czysty i chłodny. Dobry chłód, bo zmusił Nelli do założenia swetra, a niczego tak nie lubię (nic tak nie przywołuje mych wspomnień dzieciństwa), jak kontrastu wełny i kobiecej skóry, która wylania się z dekoltu, złoci się za granicą rękawów! Szliśmy wesoło, niekiedy przekomarzając się, niekiedy nawet pozorując ucieczki i gonitwy. Nie domyślaliśmy się jednak, że Obersalzberg jest aż tak blisko Berchtesgaden. Muszę oddać mojej żonie sprawiedliwość: to ona pierwsza zauważyła Dom. Widok osypywał się kaskadą: najgłębiej w tle, ale i najwyżej wznosiły się fioletowe zarysy gór. Fioletowe? Może raczej w kolorze wrzosu, ciepłe w istocie i pastelowe. Ściana lasu (bliżej) odcinała się od tego delikatnego tła zdecydowanym granatem. I oto, wsparta o głęboką ciemność lasu, wieczorna biel Domu. Mury wydawały się świecić. Także zygzakowata wstążka szosy, biegnącej do Domu, nasycona była fosforem. Staliśmy w milczeniu, przytuleni, bojąc się poruszyć. Wiedzieliśmy od Klinglów, że od czasu zajęcia Polski Hitler rzadko przebywa w swej posiadłości w Obersalzbergu (w istocie, okna były ciemne), ale przecież nie śmieliśmy nawet żywić nadziei na spotkanie. Wystarczało nam oglądać te miejsca, które są azylem tak rzadkich chwil odpoczynku Führera. Zapadł zupełny zmrok, nad głowami gór zabłysły gwiazdy, a ściany Wachenfeldu nadal świeciły własnym światłem. Nie potrafiłem pocałować Nelli w usta. Tu, na wprost śpiącego Domu, najgorętszą pieszczotą mógł być tylko pocałunek w czoło...

(…)


CDN

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.