16 czerwca 2019, niedziela

Projekt Grochowiak

Stanisław Grochowiak

Trismus, cz. 4, ciąg dalszy



Klingel nierzadko widywał Führera, a raz nawet podejmował go zsiadłym mlekiem. Ale zanim dotrzemy i do tych szczegółów, trzeba opisać dokładnie postać i dom naszego gospodarza.



Doktor Gebhardt rzeczywiście nie mógł nam poradzić lepiej. Klingel jest wspaniałym okazem niemieckiego włościanina o krystalicznej duszy i imponującej posturze. Słusznego wzrostu, srebrzyście siwy, krzepi oko swoją czerstwą i piękną twarzą. Przy rumianym obliczu miłe wrażenie sprawia biała, porcelanowa fajka, z którą Klingel się nie rozstaje. Siedzimy oto na drewnianej werandzie, jest wieczór, od gór ciągnie chłodem i wonią nieograniczonych przestrzeni, Klingel pyka fajkę i z pełnym samozadowolenia uśmiechem pokazuje nam fotografie synów. Ma ich czterech – cztery smukłe dębczaki, co mówię, cztery orły górskie. Bawarczycy to jednak piękna rasa, kto wie, czy nie piękniejsza od pruskiej! Mimo że w schematach wyobrażeniowych Bawarczyk zawsze kojarzy się z grubasem popijającym z kufla, prawda jest całkowicie odmienna. Najstarszy z synów Klingla, Klaus, przebywa obecnie w Afryce, razem z Rommlem przegania Anglików. Gdzie mu tam do kufla z piwem! O rok młodszy Otto Klingel pracuje w Gestapo, a służba (nielekka) zaprowadziła go aż do Paryża. Pisuje wesołe listy, zawsze pełne niespodzianek i humoru. Podobno z natury był wesoły, ale – kto wie, może ten frywolny Paryż jest naprawdę tak zaraźliwy, jak o tym piszą dziennikarze? Trzeci z kolei: Thomas – trafił w miejsce całkiem odmienne. Kieruje jakimiś wojskowymi przedsiębiorstwami na wschodzie. Mieszka w Warszawie. Jego listy są już mniej wesołe – Polacy to naród brudny, przykry w bliższym kontakcie, krnąbrny. Thomas skarży się na nostalgię, dręczy go (podobno choroba wśród Niemców w Guberni powszechna!) nacisk wrogiego, pełnego nienawiści otoczenia. Stary Klingel jednak nie narzeka na tę niedolę (zapewne przesadzoną) Thomasa, gdyż biedny zesłaniec pięknie sobie radzi pod względem materialnym. (A propos: m u s z ę  d o w i e d z i e ć  s i ę,  c o s i ę  d z i e j e
z t ą  o f e r m ą  W e r k e r e m!) Mniej więcej raz w miesiącu przychodzą do Berchtesgaden obfite przesyłki z żywnością, a zwłaszcza ze znakomitą polską wódką. Pewnego dnia popiliśmy sobie tak tęgo, że Nelli musiała mnie rozebrać i jak bezradne dziecko ułożyć w pościeli (wyznała jednak, że sprawiło jej to dużą przyjemność). Ale pozostał jeszcze najmłodszy syn Klingla: Winkelried. Kilka nielicznych zmarszczek, które skupiły się wokół oczu starca, zapewne mają rodowód w śmiałej decyzji Winkelrieda. Najmłodszy z Klinglów pływa bowiem w łodzi podwodnej, a tajemnica wojskowa nie pozwala nawet na ujawnienie nazwy mórz, po których łódź Winkelrieda obecnie się błąka. Czterech synów – i oto nieomal cztery strony świata, cztery żywioły! Tak, stary Klingel miał o czym opowiadać Führerowi, częstując go zsiadłym mlekiem! Tak, Führer wiedział, w pobliżu jakich ludzi założyć swoją górską samotnię! Ale oto opisałem (raczej: dałem próbkę opisu) urody pejzażu, podkreśliłem znaczenie, w pewnym sensie mistyczne, bliskości Obersalzbergu, zachwyciłem się tym pięknym okazem niemieckiego ojca, jakim na pewno jest stary Klingel, a umknęła mi sprawa może najważniejsza… Wszak wywalczyłem ten urlop w określonym celu! A czy moglibyśmy próbować osiągnąć ten cel bez niepowtarzalnej wprost atmosfery rodzinności i spokoju, jaką emanowała Hildegarda Klingel? Z jednej strony uosobienie dyskrecji i umiaru, z drugiej: życzliwej zapobiegliwości; z jednej strony anioł czysty i wstydliwy, z drugiej: doświadczona mądra kobieta! Przecież nie otrzymała żadnego dodatkowego wynagrodzenia za to codzienne zmienianie pościeli, za te zawsze świeże kwiaty przy łóżku, za to dopilnowywanie ciszy w domu podczas długich, leniwych poranków! A jak dbała, aby żadna zewnętrzna wiadomość nie zmąciła naszego błogostanu! Na skutek ukrywania przede mną wszelkich gazet nawet wiadomość o wybuchu wojny między Rzeszą a Sowietami dotarła do mnie z jednodniowym opóźnieniem (stary Klingel wyjechał właśnie do rodziny). Dobra pani Hildegarda przynajmniej w tym wypadku przesadziła. Wieść o rozpoczęciu działań tak z gruntu celowych mogła podziałać na mnie tylko pobudzająco. Nelli chyba temu nie zaprzeczy! Czas jednak odłożyć kalejdoskop pięknego czerwca. Malutki Hansie (bo takie będzie twoje imię!), jeśli pojawisz się punktualnie, to pamiętaj przez całe życie, że cały swój świat zawdzięczasz czterem sylabom: BERCHTESGADEN.


Lipiec 1941


P i s a ł a N e l l i:
Pierwszy kaffeeklatsch po powrocie z Berchtesgaden. Spotkanie urządzała pani Siebel (Prokurator wyjechał na dwa dni do Monachium, tak że było towarzystwo czysto kobiece!). Wyborna kawa z paczki, bardzo smaczny placek na śliwkach! Jak zwykle, panie przyniosły druty i wełnę, były chwile, kiedy poruszałyśmy drutami. Tylko Gizella Ratke nic nie przyniosła. Przed tygodniem wróciła z Protektoratu, gdzie zajmowała się działalnością w aparacie BDM. Siedziała koło matki (prostodusznej i wesołej) jakaś bardzo sztywna i nadęta. Nie wiem dlaczego, ale wydało mi się, że mnie nie lubi. Kiedy panie głośno zachwycały się moją aparycją (jestem wspaniale opalona!), Gizella uśmiechała się kwaśno. W pewnym momencie poczyniła niesmaczną i dwuznaczną uwagę o korzyściach stanu małżeńskiego. Spojrzałam na nią zdumiona i zrozumiałam: ta dziewczyna wyzbyła się już wszystkich cech kobiecych. Jakoś tak się zdarzyło, że zaczęłyśmy mówić o problemach macierzyństwa, uczuciach matki do dziecka – i na odwrót. Gizella:
– Gdyby tego wymagała idea, nawet własne dziecko wydałabym na śmierć!
Pani Ratke krzyknęła, ale jakby bała się polemizować… Wszystkie panie zamilkły. Wydało mi się to bardzo niepedagogiczne.
– Pani Gizello – powiedziałam – takich rzeczy nie można rozpatrywać teoretycznie. W każdym bądź razie jest to co najmniej nierozumne. Wyjdzie pani za mąż, urodzi pani dziecko, być może, iż zmieni pani wtedy zdanie.
Gizella jeszcze bardziej wyprostowała się na krześle, potoczyła po wszystkich paniach wyzywającym spojrzeniem:
– Nie wiem, czy panie słyszały o Domach Matki? Tam jest chyba właściwsze miejsce dla aktywistki BDM niż staroniemieckie małżeńskie łoże.
Tym razem nie wytrzymała gospodyni. Ta siwa już kobieta, matka dwóch żołnierzy, całkowicie zbladła z oburzenia:
– Pani nas obraża, pani Gizello! Można mieć bardzo śmiałe poglądy, ale nie na tyle, aby dyskryminować obyczaje i zasługi bliźnich.
Gizella tylko wzruszyła ramionami. Ale mimo wszystko, mimo skrajnego fanatyzmu posądzam tę młodą, coraz bardziej wypraną z płci osobę o nieszczerość. Jest w jej gotowości do legalnego „prostytuowania się” jakaś próba zemsty na życiu, na kolei losów. Czy Gizella liczyła na kogoś? Czy ktoś ją opuścił? Czy może umarł? Chciałabym jej pomóc, ale wobec wyraźnej wrogości, jaką dziewczyna żywi do mnie, jest to całkowicie niemożliwe. Wróciłam z kaffeeklatschu z bólem głowy.


Sierpień 1941


P i s a ł e m j a:
Pogoda gęsta jak syrop. Od dwóch tygodni ani kropli deszczu. Dopiero dzisiaj pojawiły się pocieszające komunikaty, mam nadzieję, że w nocy to wszystko pęknie. Chociaż trudno oddychać, a w kancelarii papiery kleją się do palców, jesteśmy bardzo dobrze usposobieni. OKW podało wiadomość o zajęciu Smoleńska! Natychmiast kazałem sobie przynieść mapy i dygocząc z niecierpliwości, rozwijałem je. Ależ to tylko skok do Moskwy! A na północy trwa blokada Leningradu. Nie ma sensu się wykrwawiać. Po kilku miesiącach (może tygodniach) atmosfera okrążenia, głód, choroby i samoloty zrobią swoje. Leningrad runie!
Nie mogłem sobie darować, żeby nie zajrzeć do baraku Rybakowa. Już wiedział. Siedział na pryczy, blady i zgarbiony, bawiąc się swoimi drucianymi okularami. Na mój widok wstał i próbował się jednak uśmiechnąć (ma swoją klasę!):
– Gratuluję, panie komendancie!
Oczywiście, ja również postarałem się o odrobinę elegancji i złożyłem mu wyrazy współczucia. Gdy jednak zaproponowałem kieliszek francuskiego koniaku, odmówił.


P i s a ł a N e l l i:
Mam mdłości! Król pobiegł do miasta po kiszone ogórki. Żeby mi się tylko nie upił ze szczęścia!


P i s a ł e m j a:
Kupiłem patefon z kompletem płyt, które Nelli najbardziej lubi. Jest Zarah Leander, Marika Rökk, kilka melodii operetkowych z niezrównanym Tauberem. Nelli już śpi, zmęczona tańcem i winem. Oczywiście wina było niedużo; musimy być ostrożni… Tańczyliśmy przy ściszonym patefonie (wkłada się poduszkę w otwór głośnika), ale tylko ja znałem prawdziwą przyczynę tego zabiegu. Wytłumaczyłem Nelli, że tak będzie bardziej intymnie. Prawda jest inna i szczerze żałuję, że już jutro Nelli pozna ją w całej drastyczności. Teraz nie powinna się denerwować. Dzisiaj po południu opuścił nas jeden z penitencjariuszy. Tym razem okup (niespodziewany!) przyszedł wprost z nieba. Co prawda Willi Mündig był sędziwy i schorowany, jednak nic nie zapowiadało gwałtownej śmierci. Zwłoki też nie wzbudziły we mnie zachwytu – jakieś sinawe w kolorze i obrzękłe. Kazałem je natychmiast odwieźć do prosektorium dla przeprowadzenia sekcji. Jeśli okaże się (czego już prawie jestem pewny), że to samobójstwo, postawię jeszcze jedną czarną kreskę Buchwaldowi. Na pewno od dwóch miesięcy nie przeprowadzał gruntownej rewizji w barakach! Kiedy ja się uwolnię od tego Buchwalda? Ostatnio kupił sobie nowe buty i nie przegapi żadnej wolnej chwili, by ich nie pucować nieskazitelnie białą chusteczką.


P i s a ł a N e l l i:
Ledwo jedna błyskawica zgaśnie, już wybucha druga. Na dworze jest zupełnie ciemno, a potem długi, przejmujący błysk, robi się biało i straszliwy huk rozsadza powietrze. Gdy siedzę w tym piekle tak zupełnie sama, po raz pierwszy (od ilu lat?), tęsknię za chłodną Danią. A kiedy otrzymałam ostatni list od brata? Tak, zaraz po ślubie… Nie jestem nikomu potrzebna. Chociaż z dwutygodniowym opóźnieniem, okazało się jednak, że wyjazd do Berchtesgaden nie dał żadnych owoców, a mdłości były skutkiem upałów. Już to rozczarowanie wystarcza, aby król nie odzywał się do mnie ani słowem, a tutaj jeszcze druga katastrofa: epidemia w obozie. Prawdopodobnie zbiorowe zatrucie nieświeżym jedzeniem. Na szczęście poza Mündigiem (który w ogóle chorował na żołądek) inni więźniowie przechodzą chorobę łagodniej i nie grozi im niebezpieczeństwo śmierci. Mimo że to jeszcze powiększy gniew króla i niewesołą moją sytuację, odwiedziłam w baraku małą Astrid Grakchus. Jestem narodową socjalistką, nie lubię Żydów i boję się ich, ale Astrid jest tylko biednym i bezradnym dzieckiem. Czy mamy prawo być aż tak surowi? Nie, nie rozumiem tego.


P i s a ł e m j a:
Dyspozycje dla mojej żony, Nelli Doder:
1°.
Jeszcze dzisiaj udać się do dra Gebhardta i poprosić go o skierowanie do odpowiedniego specjalisty w Monachium lub nawet w Berlinie.
2°.
Bez uzgodnienia ze mną (a w każdym bądź razie podczas trwania infekcji) nie wchodzić na teren obozu, nie odwiedzać baraków. Jedyne miejsca wyłączone spod tego zakazu to:
a) droga wiodąca od mieszkania do bramy wyjściowej
b) biura i kancelaria obozu
c) kantyna dla załogi obozu
3°.
Raz na zawsze zaprzestać kontaktowania się z rodziną Grakchus, a zwłaszcza z Żydówką Astrid Grakchus.
4°.
Bardziej zadbać o formę i ton notatek, zapisywanych w niniejszym Tagebuchu, który jest naszą wspólną własnością.
5°.
Ostrożniej formułować swoje sądy w rozmowach towarzyskich (nawet jeśli to jest kaffeeklatsch), zwłaszcza w obecności osób tak oddanych naszej ideologii, jak Gizella Ratke.
6°.
U Meinla pokazały się cytryny. W drodze powrotnej od dra Gebhardta kupić 2 funty. Pieniądze – jak zwykle – w szafie, pod bielizną.


Wrzesień 1941


P i s a ł e m j a:
Nie chcę wyciągać przedwczesnych wniosków, zwłaszcza że chodzi tu o dziennik, za który może przyjdzie się kiedyś wstydzić przed samym sobą. Stan naszego małżeństwa z Nelli nie jest jednak zadowalający. Niezgodność charakterów? Pamiętam, że dawniej tak się właśnie określało podobne sytuacje. Myślę przecież, że nasze kontrowersje z Nelli są głębszej natury. Nazwać zachowanie się mojej żony krnąbrnością byłoby śmieszne. W tym jest jakiś bunt, ale jaki? Wytłumacz mi, Nelli! Poleciłem przewieźć Astrid Grakchus do miejskiego szpitala, gdzie ze względów oczywistych otrzymała separatkę. To chyba szczyt dobrej woli, jaką niemiecki urzędnik może okazać stuprocentowej Żydówce. Fakt, że żona tegoż urzędnika zanosi Żydówce pomarańcze, że spędza u jej łóżka długie kwadranse, nie jest objawem dobrej woli, ale karygodnej głupoty i nieodpowiedzialności. Tak, niestety, wyglądają fakty. Mimo iż po burzliwym lecie jesień zapowiada się przejmująco pięknie, że tak sprawy służbowe, jak i ruchy naszych wojsk na frontach świata przebiegają pomyślnie, czuję się złamany i zniechęcony. Nie wspominam już o wyraźnych zaniedbaniach w gospodarstwie domowym, o całkowitym rozprzęgnięciu się atmosfery rodzinnej. Po co?


Dopisek Nelli:
Napisano kilka kartek wstecz, że Tagebuch stanowi naszą wspólną własność. Korzystam więc z prawa własności i pozwalam sobie naświetlić wyżej podane uwagi. Jestem kobietą, której codziennie wypomina się jej bezpłodność. Specjaliści z Monachium stwierdzili mimo wszystko coś innego. Jeśli szuka się z kobietą kontaktu jedynie w celu jej zapłodnienia, gdy ona o tym wie i pamięta, być może paradoksalnie nie jest wtedy zdolna spełnić tak gorliwych oczekiwań. Oczywiście taka jest moja hipoteza. Ale dobrze: przyjmijmy, że nigdy nie będę miała dzieci. Czy powinna więc dziwić kogokolwiek moja skłonność do obcego dziecka, choćby nawet urodziła je Żydówka? Ale nie! Astrid nie ma nic żydowskiego. Jest po prostu śliczna i mądra. Zebrała się wokół niej nienawiść świata, której nie potrafię zrozumieć. Mój mąż wydaje mi dyspozycje, zaleca lekturę książek, które już wielokrotnie czytałam… Doskonale! A może jestem nie tylko bezpłodna, ale i chronicznie głupia?


Dopisek mój: Chronicznie bezwstydna!


P i s a ł e m j a:
Znowu jakieś idiotyczne instrukcje z urzędu IV B 4a. Kiedy oni skończą z tym bałaganem w Berlinie? Sto razy już ustalano, że bezpośrednio podlegam tylko Reichsführerowi, a nie żadnemu referatowi od spraw żydowskich! Było jednak rzeczą co najmniej interesującą przestudiować instrukcję w celach czysto poznawczych. O ile mnie inteligencja nie zawodzi, ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej (zwłaszcza na wschodzie) nabiera tempa. Jak to mawiał A. v. A.? „Rzeki tego kontynentu zabarwią się krwią”. A więc nadchodzi ten straszny moment. Ręce stają się ciężkie, serce lodowacieje w piersi. Miał rację wielki Dietrich Eckart, kiedy nazwał nas „pokoleniem tragicznym”. Niełatwo dokonać takiej roboty, a jednak ktoś musi się jej podjąć. Trafiło na nas. Być może, iż wnukowie nie będą myśleć o nas w tonacji sielankowej, ale tylko dzięki nam będą szczęśliwi. Tak, walczymy dla ich dobra, a nie dla abstrakcyjnej wdzięczności. Nelli nie chce tego, niestety, pojąć. Mój Boże, jest ostatecznie kobietą. Piszę tak wyrozumiale, bo wierzę, iż dobra wola może zdziałać cuda. Dzisiaj na przykład było prawie dobrze. Spędziliśmy dwie miłe godziny w kinie („Tonelli” – niezły melodramat z życia cyrkowców), potem udaliśmy się na dansing w Soldatenheimie. Trochę za dużo dymu, kuflów z piwem i grubiańskich żartów (na podłożu seksualnym), ale wieczór zaliczam do przyjemnych. Gdybyśmy jeszcze nie spotkali Buchwalda!


Październik 1941


P i s a ł e m j a:
Półtorej godziny najwznioślejszych uczuć radości i szczęścia! Gdy siedzieliśmy tak skupieni przy radioodbiorniku (prawie cała załoga obozu, nawet panie z obozowej kuchni!), patetyczny głos Führera wiązał nas i formował w jedno ciało, w jedną duszę rozpromienioną zachwytem. Zaczęło się zwyczajnie: inauguracją tegorocznego sezonu Winterhilfe. Ale zaraz potem Hitler przeszedł do naświetlenia sytuacji na froncie (totalny atak na Moskwę!) i uroczyście zapowiedział „ostatnie stadium wojny”! Jeszcze przed nastaniem zimy wróg będzie zmieciony z powierzchni ziemi! Wojna na zachodzie jest w zasadzie wygrana, zdruzgotanie sowieckiego kolosa ostatecznie przypieczętuje sprawę. Po wygaszeniu służbowego radioodbiornika przerwałem urzędowanie i pognałem do domu.
– Słyszałaś?
– Tak.
Nelli słuchała. Rzuciliśmy się sobie w objęcia, aby odtańczyć zwariowany pląs triumfu. Oczywiście dla Nelli najważniejsza była możliwość wybudowania sobie wymarzonej willi w górach! Ale cóż tam! Nie gniewałem się. Musiałem jednak zapytać, w jakich?
– W Alpach czy może na Uralu? A co powiedziałabyś, gdybym zaproponował Kaukaz? A może Góry Kaledońskie? Tam jest znacznie chłodniej.
Nelli podniosła ręce do skroni i udała zawrót głowy. To jednak jest zawrót głowy: imperium bez granic, idea bez kresu!


P i s a ł a N e l l i: *
On śpi. Leży niechlujnie (czego by sobie nie wybaczył!), głowa nakryta mokrym ręcznikiem, żółta twarz w szarym świetle poranka wygląda jak trupia. Mszczę się. Niech sobie to przeczyta. Niech wie, że on też może być ohydny. Upił się dla Gizelli Ratke! Gizella Ratke zgłosiła się do monachijskiego Domu Matki (suka!), a on się upił do nieprzytomności (głupiec!). Ale cóż by mnie to w końcu obchodziło? Jednak ten ponowny atak wściekłości!… „Ty też tam powinnaś pójść! Może kto inny by ci dogodził!” Dogodził! Tak, mój królu przeczysty, tak właśnie się wyraziłeś! Uważam, że po tej sprzeczce (?) powinniśmy się tolerować. I to wszystko. Pozostało kilka miesięcy do końca wojny, te kilka miesięcy możemy jakoś przetrzymać. Czas wojny nie jest odpowiednim okresem dla przeprowadzania rozwodów. Potem jednak będziemy mieli rozwiązane ręce. Nie, nie czuję do Ciebie żalu. Były chwile najwyższego szczęścia, których Ci nigdy nie zapomnę. Dziękuję, królu.



* Relacja Nelli jest całkowicie fałszywa. Istotnie, upiłem się w Soldatenheimie, być może iż również z powodu decyzji Gizelli Ratke, którą oznajmiono mi w sposób wyjątkowo brutalny (Buchwald!). Nie czyniłem jednak żadnych wymówek pod adresem Nelli. Określenia „dogodzić” w ogóle nie znałem i byłem przerażony, że moja żona je zna. Notkę tę jednak przytaczam, aby zobrazować prowokacyjny, agresywny nastrój Nelli w tym przedostatnim okresie. Robię to nie bez bólu.



Listopad-grudzień 1941


P i s a ł e m j a:
List od starego Klingla. Niestety, Winkelried przepadł na zawsze. Szczegóły śmierci, jak we wszystkich takich wypadkach, nieznane. Bardzo współczuję dobrej pani Hildegardzie, chociaż otrzymała wysokie odznaczenie. W obozie spokojnie. Front wschodni bez zmian.


P i s a ł a N e l l i:
Mnóstwo pracy w Winterhilfsverein. Król musi stołować się w kantynie dla załogi. Niech zacieśnia stosunki.


Dopisek mój: Proszę o powagę!


P i s a ł e m j a:
Front bez zmian. W obozie – wykupiono małżeństwo Lichtensteinów. W moim małżeństwie: Nelli-Astrid. Znowu. Notuję to tylko z obowiązku.


P i s a ł a N e l l i:
Dentysta. Bolało. Król w Berlinie.


P i s a ł e m j a:
Front bez zmian. Trochę bliżej Moskwy.


P i s a ł a N e l l i:
Nareszcie list od brata. Jednak bardzo zdawkowy. Znowu dentysta.


P i s a ł e m j a:
Japończycy zaatakowali Pearl Harbour! Tysiące zabitych i rannych. Flota amerykańska chyba przestała istnieć. A więc zaczęło się! Na wschodzie – bez zmian.
P i s a ł a N e l l i:
Dentysta.


P i s a ł e m j a:
Na wschodzie – przejście do wojny pozycyjnej. W obozie – bez zmian. Długa rozmowa Nelli z Sylwią Grakchus. Bezczelna propozycja poprawienia warunków dla Astrid.


P i s a ł e m j a:
Oficjalny komunikat OKW o końcu bitwy o Moskwę. Czyżby odwrót?


P i s a ł a N e l l i:
Rocznica ślubu. Bez gości.


[…]


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.