17 sierpnia 2019, sobota

Trochę Gombrowicza

Redakcja

Trochę Gombrowicza 10

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, fragment 10




 

 

1958

III

 

Piątek

 

 

Dziś ,,byłem zabijającym muchy" to znaczy po prostu

zabijałem muchy drucianą packą.

 

 

W moim pokoju, nie wiadomo skąd (bo okna mają siatki)

biorą się muchy. Co dzień prawie likwiduję je w ten sposób.

Dziś zabiłem około 40. Naturalnie nie wszystkie uśmiercam

od razu — niektóre, silnie pokiereszowane, upadają na podłogę

i co pewien czas odkrywam taką muchę, pozostawiona, sam

na sam z konaniem. Natychmiast ją dobijam. Ale zdarza się,

ze ucieknie w szparę podłogi, wtedy staje mi się ze swoim

bólem niedostępna.

 

 

W młodości dręczyłem zwierzęta. Przypominam sobie jak

w Małoszycach zabawiałem się z chłopakami wiejskimi.

Siekliśmy batami żaby. Dziś boję się — oto właściwe słowo —

cierpienia muchy. I ten strach z kolei mnie przeraża, jakby

w tym zawierało się jakieś okropne osłabienie wobec życia,

ja rzeczywiście lękam się tego, że nie mogę znieść bólu muchy.

W ogóle z wiekiem dokonała się we mnie ewolucja, której

tragicznego i groźnego charakteru nie chcę ukrywać, owszem,

chciałbym jak najsilniej uwydatnić. I twierdzę, że jest właściwa

nie tylko mnie, ale całemu memu pokoleniu.

 

 

Zanotuję jej poszczególne punkty:

 

 

1. Dewaloryzacja śmierci. — Śmierć staje się dla mnie coraz

mniej ważna — ludzka, czy zwierzęca. Coraz trudniej mi zrozumieć

osoby, dla których pozbawienie życia jest największą

karą. Nie rozumiem zemsty, która zabijając znienacka wystrzałem

w tył czaszki cieszy się — jakby tamten coś uczuł. Na

śmierć prawie zupełnie zobojętniałem (nie mówię o własnej).

 

 

2. Intronizacja bólu. — Ból staje się dla mnie punktem

wyjściowym egzystencji, doznaniem zasadniczym od którego

wszystko się zaczyna, do którego wszystko się sprowadza.

Egzystencjaliści ze swoim ,,życiem dla śmierci" nie zadawalają

mnie, ja życie ustawiłbym tylko wobec bólu.

 

 

3. Ból jako ból, ból sam w sobie. — To jest najważniejsze.

To jest dopiero zmiana odczuwania naprawdę groźna i okropna

i olbrzymia. Polega na tym, iż coraz mniej obchodzi kto cierpi...

Myślę, że współcześnie istnieją w tym względzie dwie

szkoły. Dla ludzi dawniejszej szkoły ból kogoś z rodziny jest

najokropniejszy po własnym; ból dygnitarza ważniejszy od

bólu chłopa; ból chłopa ważniejszy od bólu chłopca; ból

chłopca ważniejszy od bólu psa. Przebywają w ograniczonym

kręgu bólu. Ale dla ludzi nowszej szkoły ból jest bólem gdziekolwiek

by się pojawił, równie straszliwy w człowieku, jak

w musze, wykształciło się w nas doznanie czystego cierpienia,

piekło nasze stało się uniwersalne. Mnie, na przykład, niektórzy

uważają za nieczułego, ponieważ trudno mi ukryć, że ból

najbliższych nie jest bynajmniej najbliższym mi bólem. I cała

moja natura jest nastawiona na odkrywanie cierpienia tamtego

— niższego.

 

 

Te bogobojne rodziny — przypominam sobie z dawnych

czasów — we dworze wiejskim przy podwieczorku, gwarzące

poczciwie, niewinne... a na stole był lep, na lepie muchy

w sytuacjach okropniejszych niż potępieńcy na obrazach

średniowiecznych. To nikomu nie przeszkadzało ponieważ

w zdaniu ,,ból muchy" akcent padał na ,,mucha" nie na

„ból". A dzisiaj — wystarczy naflitować pokój żeby chmary

drobnych istnień zaczęły się wić — i nikt się nie przejmuje.

 

 

Tak. Ale jak pogodzić to moje odkrywanie powszechnego

cierpienia z tym, co zanotowałem wczoraj — z niechęcią ową

do uznania świata pozaludzkiego, niższego? To jedno z najdziwniejszych

rozdarć we mnie. Przeraża mnie niższa męczarnia

i całe moje jestestwo jest nastawione na odkrywanie jej. A jednak

lodowata nuda, senność nieomal mnie zdejmuje, gdy chcę

zrównać się z tymi stworzeniami w egzystencji i próbuję przyznać

im pełne prawo do istnienia. To myśl nużąca i ospała —

czy dlatego ze przekracza moje siły? Do czegóż więc doprowadziła

mnie ewolucja, którą zawarłem w powyższych trzech

punktach — mnie i wielu jak ja? Jesteśmy bardziej mętni —

i bardziej niepewni wobec natury niż ludzie dawniejsi, którzy,

trzeba przyznać, mieli w tym więcej od nas stylu.

 

 

 

Fragment pochodzi z:
Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, Wydawnictwo Literackie
Ilustracja: Andrzej Bobrowski

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.