21 listopada 2018, środa

Trochę Gombrowicza

Redakcja

Trochę Gombrowicza 2

 

 

 

 


Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, fragment 2.


1958
IV

 

 

 

Wtorek

 

 

Zdarzyło mi się wczoraj... Coś jak dalszy ciąg psa w estancji...

Gdybym powiedział, że nic nie może się równać pod

pewnymi względami, w pewnym znaczeniu, ohydzie dylematu,

jaki przeżyłem... Że znalazłem się tam gdzie człowieczeństwo

musi wymiotować... Mógłbym to powiedzieć. Mogę też

dręczyć się tym — lub nie dręczyć — to właściwie ode mnie

zależy.

 

Leżałem w słońcu, sprytnie zaszyty w łańcuchu górskim,

jaki tworzy piasek naniesiony wiatrem na krańcu plaży. Są

to góry piaskowe, wydmy, obfite w przełęcze, zbocza, doliny,

labirynt obły i sypki, gdzieniegdzie porosły krzakiem wibrują -

cym pod nieustannym parciem wiatru. Zasłaniała mnie spora

Jungfrau, szlachetnie kubiczna, wyniosła — ale o dziesięć

centymetrów od mojego nosa rozpoczynał się wicher, sieczą -

cy bez wytchnienia Saharę, paloną słońcem. Żuki jakieś —

nie wiem, jak je nazwać — pracowicie snuły się po tej pustyni

w celach niewiadomych, I jeden z nich, nie dalej niż na odległość

mojej ręki leżał do góry nogami. Wiatr go przewrócił. Słońce

piekło mu brzuch, co zapewne było wyjątkowo nieprzyjemne

zważywszy, że ten brzuch zwykł zawsze pozostawać w cieniu —

leżał przebierając łapkami i wiadomo było, że nic innego

mu nie pozostaje jak tylko to monotonne i rozpaczliwe przebieranie

łapkami — i już omdlewał, po wielu może godzinach,

już konał.

 

Ja, olbrzym, niedostępny mu swoim ogromem, który to

ogrom czynił mnie dla niego nieobecnym — przyglądałem się

temu machaniu... i, wyciągnąwszy rękę wydobyłem go z kaźni.

Ruszył naprzód, przywrócony w jednej sekundzie życiu.

 

Zaledwie to uczyniłem, ujrzałem trochę dalej identycznego

żuka, w identycznym położeniu. I wymachiwał łapkami. Nie

chciało mi się ruszać... Ale — dlaczego tamtego uratowałeś,

a tego nie?... Dlaczego tamten... gdy ten?... Uszczęśliwiłeś

jednego, drugi ma się męczyć? Wziąłem patyk, wyciągnąłem

rękę — uratowałem.

 

Zaledwie to uczyniłem, ujrzałem nieco dalej identycznego

żuka, w identycznym położeniu. Przebierającego łapkami.

A słońce paliło mu brzuch.

 

Czyż miałem przemieniać moją sjestę w karetkę Pogotowia

dla konających żuków? Ale zanadto już zadomowiłem się

w tych żukach, w ich wymachiwaniu cudacznie bezbronnym...

i chyba zrozumiecie, jeśli już zacząłem to ratowanie, nie miałem

prawa zatrzymać się w dowolnym miejscu. Byłoby zbyt straszne

wobec tego trzeciego żuka — zahamować akurat na progu

jego klęski... zbyt okrutne i niemożliwe jakieś, nie do popełnienia...

Ba! Gdybyż pomiędzy nim a tymi, których wybawiłem,

była jakaś granica, coś co mogłoby upoważnić mnie do zaprzestania

— ale właśnie nie było nic, tylko dalszych 10 cm

piasku, ciągle ta sama przestrzeń piaskowa, ,,trochę dalej"

wprawdzie, ale tylko ,,trochę". A przebierał łapkami tak samo!

Jednakże rozejrzawszy się, ujrzałem ,,trochę" dalej jeszcze

cztery żuki, wymachujące i palone słońcem — nie było rady,

wstałem w całym ogromie swoim i uratowałem wszystkie.

Poszły.

 

Wtedy oczom moim ukazał się stok lśniąco-gorąco-piaszczysty

sąsiedniego zbocza, a na nim z pięć lub sześć punkcików

wymachujących: żuki. Pośpieszyłem z ratunkiem. Wybawiłem.

I już tak sparzyłem się z ich męką tak bardzo w nią wsiąkłem,

że widząc opodal nowe żuki na równinach, przełęczach, w wą.-

wozach, ową wysypkę torturowanych punkcików, jąłem po tym

piasku ruszać się, jak oszalały, z pomocą, z pomocą, z pomocą!

Ale, wiedziałem, to nie może trwać wiecznie — wszak nie tylko

ta plaża, ale całe wybrzeże, jak okiem sięgnąć, było nimi usiane,

więc musi nadejść moment, w którym powiem ,,dość" i musi

nastąpić ten pierwszy żuk nie uratowany. Który? Który?

Który? Co chwila mówiłem sobie ,,ten" — i ratowałem go

nie mogąc się zdobyć na tę straszną, nikczemną prawie arbitralność

— bo i dlaczego ten, dlaczego ten? Aż wreszcie do-

konało się we mnie załamanie, nagle, gładko, zawiesiłem w sobie

współczucie, stanąłem, pomyślałem obojętnie ,,no, dość tego",

rozejrzałem się, pomyślałem ,,gorąco" i ,,trzeba wracać",

zabrałem się i poszedłem. A żuk, ten żuk, na którym przerwałem,

pozostał wymachując łapkami (co właściwie było mi już

obojętne, jak gdybym zraził się do tej zabawy — ale wiedziałem,

że ta obojętność jest mi narzucona przez okoliczności

i niosłem ją w sobie, jak rzecz obcą).

 

 

 

 

Czwartek

 

 

Cukiernia na ,,rambli" (molo), gdzie o tej godzinie wieczornej

odbywa się dancing i rozigrana samba, dyskretnie

elegancka, bije z okien wraz z blaskiem na nieruchomość wód

szemrzących... aż do bieguna, aż do Australii. Sumampa. Takie

egzotyczne nazwy czają się za mymi plecami w głębi lądu,

w interiorze, pełnym jeszcze języka Indian tak niedawno wymordowanych.

 

Kelnerzy. Młodzież roztańczona. Refrescos i helados.

...Gdybym powiedział, że to, z tymi robakami, ze to było...

kompromitujące? I ,,nikczemne"? A przede wszystkim ,,podłe

bezsilne". Mogę tak to określić. To ode mnie zależy. Mogę

teraz, na dancingu, oddać się hańbie, ale mogę też poprosić

o jedną jeszcze porcję lodów i zbyć to jako głupi incydent

z robakami.

 

Tak, przerażeniami, zgrozami mymi, ja sam zawiaduję. Co

ma być dla mnie straszne? Muszę naprzód kiwnąć na diabla —

wtedy mi się ukaże. Zbyt często może kiwam... i, co więcej,

uprawiam pewien gatunek strachu, o którym wiem, że należy

raczej do przyszłości — to są strachy dopiero w zalążku, które

dadzą się naprawdę we znaki dopiero dziś dojrzewającemu

pokoleniu.

 

Ilość! Ilość! Musiałem abdykować ze sprawiedliwości,

z moralności, z ludzkości — gdyż nie mogłem sprostać ilości.

Za dużo ich było. Przepraszam! Ależ to równa się stwierdzeniu,

że moralność jest niemożliwa. Ni mniej ni więcej. Gdyż moralność

musi być ta sama w stosunku do wszystkich, w przeciwnym

razie staje się niesprawiedliwa, a więc niemoralna.

Ale ta ilość, ten ogrom ilości, skoncentrował się na jednym

jedynym robaku, którego już nie wybawiłem — na którym

przerwałem. Dlaczego on akurat, a nie inny? Dlaczego ten

jeden musi płacić za to, że ich miliony?

 

Litość moja, kończąca się akurat w tym momencie — nie

wiadomo dlaczego akurat na tym robaku, takim samym, jak

wszystkie. Jest coś nieznośnego, nie do przełknięcia, w tej

nieskończoności nagle skonkretyzowanej — dlaczego akurat

ten? — dlaczego ten?... W miarę rozmyślania nad tym moje

samopoczucie staje się jakieś dziwne; mam wrażenie jak gdybym

dysponował tylko moralnością ograniczoną.... i fragmentary -

czną... i arbitralną... i niesprawiedliwą... moralnością, która

(nie wiem, czy to jasne) jest z natury swojej nie ciągła, ale

ziarnista.

 

 

Fragment pochodzi z:

Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, Wydawnictwo Literackie

Ilustracja: Tomasz Bohajedyn

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

hej (0)~bandziol20, 2013-11-08 12:32:55

hej to jest dobre ! wiele sobie nie obiecywałem, szukałem czegoś o gombrowiczu (fragmentu), ale masz dobry styl ! pisania "gombrowiczem"; wszystko nasycone, z nerwem :)

Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.