22 lipca 2018, niedziela

Czytelnia człowieka dla ludzi

Ingeborg Bachmann

Trzy drogi do morza

 

I  Picasso,   Chagall,  Strawiński, Julien Huxley,  Hemingway,  Churchill prze­stawali być dla niej tylko nazwiskiem, a za­mieniali się w znajomych i w osoby, które się nie tylko fotografuje, ale idzie z nimi jeść albo które nawet do człowieka telefonują.

Klick!!!
 


 

 

 

 


Ingeborg Bachmann, fragment opowiadania „Trzy drogi do morza” z tomu „Symultanka”, wydanego przez „Czytelnik” w 1975 roku, przekład  Anna M. Linke

 

 

   Gdy wyjechała do Wiednia i rozpoczęła tam pracę, odczuwała już jednak gorączkę przestrzeni, żywą niecierpliwość, niepokój, i pracowała wówczas aż tyle i tak dobrze, gdyż pracowała na cud: cud dalekiej podróży, zra­zu nie było nawet pewne, czym zostanie, ale przy swej energii osiągnęła tyle, że pozwolo­no jej pisać na maszynie i załatwiać telefony w jednej z redakcji owych szybko powstających po wojnie pism ilustrowanych, które okazywały się efemerydami, niebawem pisy­wała już drobne reportaże, nie wiedziała tyl­ko, że nie ma wybitnego talentu do pisania, lecz nikt tego nie zauważył, bo inni też nie więcej potrafili. Jej promienny zapał był na­tomiast tak przekonujący, że uznano ją za zdolną i dzięki temu poznała mnóstwo ludzi, biegała z fotografiami, harowała nad jakąś story lub tekstem do zdjęć, poznawała coraz więcej ludzi i lubiano ją. Nie nauczyła się niczego porządnie i niekiedy myślała rozpa­czliwie, że przecież powinna iść jednak na studia, ale było już za późno, a wiara w cud była w niej tak przemożna, że chwytała wszy­stko z wielką bystrością i dlatego uchodziła za inteligentną, mimo posiadania nader po­wierzchownych wiadomości ze stu dziedzin; właśnie chwytała wszystko, co było aktualne i o czym kilku jej przyjaciół naprawdę coś wiedziało. Potem pojechała przypadkowo pierwszy raz z fotografem, który zachorował w drodze, więc w obawie o tę tak ważną sto­ry zaczęła sama fotografować i znów tak szybko to opanowała. Ten przypadek nastawił niejako przekładnie na tor jej życia, bo foto­grafowała lepiej, niż pisała, a tego przecież nie mogła wiedzieć ani nawet przypuszczać, że daleko na tym zajedzie, i to bardzo daleko!

 

 

   Zresztą ostateczne rozstrzygnięcie nastą­piło  dopiero,  kiedy  pewien  niemiecki  foto­graf, Willy Flecker, mający już wówczas re­nomę, a od pewnego dnia już jej nie mający, przyjechał do Wiednia i po krótkiej współ­pracy zabrał ją z sobą do Paryża i niejednego nauczył; przez niego poznała Duvaliera, który był jedynym wybitnym fotografem światowej sławy  przez  dziesiątki  lat,   i  spodobała  mu się mała Tyrolka, jak ją żartobliwie nazywał. Elisabeth, przybyła z nicości, z jakiejś dyletanckiej redakcji w Wiedniu, zaczęła nieba­wem podróżować ze starym panem jako asy­stentka,  uczennica,  sekretarka,  a potem już jako niezbędna współpracownica, i dziecinne marzenie, jakie śniła w Wiedniu, przestało być marzeniem, przedzierzgnęło się w rzeczywi­stość,  która  oszołomiła    zrazu.  Jechała  z Duvalierem do Persji, do Indii, do Chin, a kie­dy wracali do Francji, by przygotować jego następną książkę, poznawała - mimo że był on najbezwzględniejszym pracodawcą, jakie­go zdarzyło jej się oglądać, wyzyskującym i ją nielitościwie - otóż poznawała ludzi, któ­rych pan Matrei obejmował określeniem „zna cały  świat".  I  Picasso,   Chagall,  Strawiński, Julien Huxley,  Hemingway,  Churchill prze­stawali być dla niej tylko nazwiskiem, a za­mieniali się w znajomych i w osoby, które się nie tylko fotografuje, ale idzie z nimi jeść albo które nawet do człowieka telefonują. I po odebraniu pierwszych udziałów, przyzna­nych jej przez oględnego, a może nawet ską­pego Duvaliera, od razu zrozumiała, że sto­sowniej jest mieć trzy suknie od Balenciagi lub innego wielkiego krawca - który póź­niej przez czas krótki znajdował w niej inne upodobanie, studiując i podkreślając jej genre - aniżeli dwadzieścia tanich. I chociaż by­ła opętana robotą i nie myślała o niczym in­nym, tylko aby się coraz bardziej doskonalić, wyrobiła sobie jednak styl, „klasę", jak ma­wiał jej niemiecki przyjaciel, bo nosiła już wyłącznie i czyniła wyłącznie to, co najlepiej do niej pasowało. Z chudej i długiej małej Matrei, która jako dziewczyna nie mogła się w Wiedniu specjalnie podobać, paryżanie zro­bili „typ", który przyjął się dopiero znacznie później jako interesujący i urodziwy. Dlatego też był to jej pech, że w Wiedniu ją tylko lubiono, ale mężczyźni widzieli ją jako coś nijakiego. Kiedy więc przekroczywszy dwa­dzieścia trzy łata pozostawała wciąż miłą przyjaciółką znakomitości, nie wywoławszy raz bodaj zazdrości w żonach i przyjaciółkach tych ludzi, postanowiła położyć kres temu przykremu stanowi rzeczy.

 

 

  Wahała się krótko pomiędzy Leonem Jordanem - lekarzem roz­poczynającym karierę, a Harrym Goldmannem, który nie był wprawdzie lekarzem, lecz któremu przypisywano tłumy kobiet, po czym zdecydowała się na Goldmanna, bo jej się bardziej podobał. Było to spokojne, chłodne postanowienie i po paru miesiącach usłysza­ła wskutek niedyskrecji, ale bynajmniej się nie przejmując, że aktorka X opowiedziała swojemu przyjacielowi Y, który powtórzył to panu Z, wielbicielowi Elisabeth, iż jest ona najzupełniej frigide, chociaż to urocza osoba. Zastanawiała się nad tym zdziwiona, przypuszczalnie była to nawet prawda, bo choć nie posądzała o tę gadaninę Goldmanna, lecz in­nego, owszem, jednego z tych, z którymi rów­nież spróbowała kiedyś, ale przecież owi mę­żczyźni nie mogli wiedzieć, że szła do nich, jak się idzie na salę operacyjną, by sobie usu­nąć wyrostek robaczkowy: bez znaczniejsze­go niepokoju, ale przecież i bez entuzjazmu, z ufnością, że doświadczony chirurg, jak w jej przypadku doświadczony mężczyzna, już sobie poradzi z takim drobiazgiem. Nie będąc bynajmniej komediantką, zachowywała się potem wobec tych mężczyzn, Goldmanna i in­nych, z neutralną serdecznością, przyjaciel­sko, nie taka z niej dziewczyna, która rujnuje małżeństwa i przyjaźnie albo czepia się ko­goś z roszczeniami i uczuciami; bo w dzień nie istniało już dla niej nic z tego, co się zda­rzyło ubiegłego wieczora czy popołudnia, i dopiero kiedy w Paryżu poznała Trottę, od­mieniła się tak całkowicie, że przestała w ogóle pojmować swoje czasy wiedeńskie i swoje tam zachowanie się. Nie mogła już so­bie nawet wyobrazić, że obojętnie kładła się do jakiegoś łóżka, by - jak sądziła - dostar­czyć  danemu  mężczyźnie  przyjemności,  nie wątpiąc nawet, że przyjemność sprawia. Gdyż już od pierwszej godziny pragnęła się podo­bać Franzowi Josephowi Trotcie i obawiała się, i trwożyła po kobiecemu.

 

 

   Zaczęła mobili­zować wszelkie środki, aby go zdobyć i za­trzymać, poniechała wszelkiej gry, bo jakże mogłaby zainteresować sobą tego dziwnego, wyniosłego człowieka, skoro nagle sama wy­dała się sobie zgoła nieinteresująca i nie wie­działa, co oznacza jego ironiczne zachowanie się, które przez pięć minut tłumaczyła pomy­ślnie dla siebie, a przez następne pięć - jako niepomyślne.   Pierwsze   dnie,   kiedy   szukała Trotty i uciekała przed nim, a on szukał jej i uciekał, były końcem czasu jej dziewiczego, początkiem jej wielkiej miłości. I chociaż pó­źniej, zależnie od każdorazowego, chwilowe­go  punktu widzenia,  sądziła, że jakaś  inna wielka miłość była jej wielką miłością, to je­dnak przecież Trotta, po przeszło dwu dzie­siątkach lat na górskim szlaku numer jeden, był jeszcze raz jej największą miłością, naj­bardziej   niepojętą,   najtrudniejszą   zarazem, obarczoną nieporozumieniami, kłótniami, nie­możnością dogadania się, nieufnością; ale przynajmniej była  naznaczona  przez  niego, nie w zwykłym znaczeniu tego słowa, że ją uczynił kobietą (bo do tego czasu mógł był to uczynić ktoś inny), lecz że za jego sprawą, dzięki jego pochodzeniu uświadomiła sobie wiele rzeczy, i że on, autentyczny wygnaniec i straceniec, zamienił ją - awanturnicę ocze­kującą Bóg wie czego od świata - w wy­gnankę, bo dopiero po swojej śmierci z wol­na wciągał ją w zatracenie, oddalał od cudów, dał jej poznać obczyznę jako przeznaczenie. To było najważniejsze w ich stosunku, lecz ponadto było coś jeszcze. Zawsze bowiem wszystko zależy od tego, gdzie się szuka tej najważniejszej sprawy, a Elisabeth nie zwa­żała wówczas na wszystkie wypowiedzi Trot­ty, syna tego bajecznego rodu, który nigdy „nie przebolał", wiedziała od niego także o jego ojcu, że i ten przestał kiedyś rozumieć swoją epokę i pytał w końcu: Gdzie mam się teraz podziać, ja, Trotta? Gdy świat skończył się ponownie dla Trotty w roku 1938; dla je­dnego z tych, co musieli raz jeszcze zejść do Krypty Kapucynów i wiedzieli tylko, co zna­czy „Boże, chroń nam", choć przedtem czynili wszystko, by obalić dynastią Habsburgów.

 

 

  Najważniejsze było, że Trotta odbierał Elisa­beth pewność w robocie, kiedy po śmierci Duvaliera pracowała dla najlepszego pisma ilustrowanego Francji, a on zatruwał ją, z wol­na zmuszając, by zastanawiała się nad swoim zawodem. Gdy raz przyszła do niego, płacząc bezradnie, bo jeden z jej przyjaciół (którego niezbyt dobrze znała, ale zawsze miała wszę­dzie tylu przyjaciół) zginął podczas walk uli­cznych w Budapeszcie fotografując, wykrwa­wił się z aparatem w ręku, Trotta pozwolił jej płakać, milczał krnąbrnie. Później straciła - i ona, i redakcja, a przede wszystkim ta lep­sza, sumienniejsza Francja - trzech fotogra­fów i jednego   reportera   w   Algierii,   dwu dziennikarzy w Suezie,  wówczas Trotta po­wiedział: Więc  wojna,   którą  fotografujecie dla innych do śniadania, i was samych nie oszczędza. Nie wiem, nie potrafię przelać ani jednej łzy po twoich  przyjaciołach.   Jeżeli ktoś skacze w ogień, żeby przywieźć do domu parę drobnych zdjęć o umieraniu innych, to może przy tym sportowym hazardzie sam stracić życie, nie ma w tym nic szczególnego, po prostu ryzyko zawodowe i nic więcej. Elisabeth była zdumiona, wszystko, co wówczas robili, wydawało się jej jedynie słuszne, lu­dzie muszą się dokładnie dowiedzieć, co się tam dzieje, i muszą zobaczyć te zdjęcia, żeby nimi   wstrząsnęły, „obudziły". Trotta rzekł tylko: Tak, naprawdę muszą?  A czy chcą? Obudzeni bywają przecież tylko ci, którzy po­trafili sobie to wyobrazić bez was. Myślisz, że musisz mi pofotografować zburzone wsie i trupy, żebym sobie wyobraził wojnę, lub te hinduskie dzieci, żebym wiedział, co to jest głód? Cóż to za głupia zarozumiałość! A ktoś, kto tego nie wie, będzie przeglądał te wasze udane sekwencje zdjęć jako esteta albo po prostu z obrzydzeniem, ale to ma chyba zale­żeć od poziomu fotografii, tak często przecież o tym mówisz, jaki ważny jest poziom, czyż nie dlatego cię wszędzie posyłają, że twoje zdjęcia mają wysoki poziom? pytał z lekkim szyderstwem. Elisabeth argumentowała, zapal­czywa, rozsądna jeszcze w pierwszej bezra­dności, ale też po raz pierwszy ktoś jej usu­nął grunt spod nóg, powiedziała tedy prze­kornie: I żebyś wreszcie zrozumiał, że to dla mnie poważna sprawa, pójdę teraz i z przeko­nania - z przekonania - poproszę, żeby Andre mnie wysłał do Algierii, dotychczas był temu stale przeciwny, ale nie rozumiem, dla­czego ma mi to zostać oszczędzone, a mężczy­znom nie. Przecież w innych dziedzinach nie jest tak już od dawna!

 

  Wówczas Trotta przeżywał z nią okres szczytowy: kochał ją jak kogoś, kogo ma się utracić, rozpaczliwie i trwożnie, z zatroska­niem, z jakim ona go zazwyczaj kochała, i prosił ją, by nie odjeżdżała. Nie jedź: to nie jest słuszne, ja wiem, co masz na myśli, ale to nie ma przecież sensu, sama z czasem doj­dziesz do tego wniosku. Ani ty, ani twoi przy­jaciele nie zakończycie tym wojny, wszystko odbędzie się inaczej, a wy nic nie zdziałacie. W ogóle nie mogłem nigdy zrozumieć ludzi, którzy potrafią patrzeć na te szablony, ach, nie, na tę rzeczywistość zamienioną w najlichszą imitację, przecież nie ogląda się umar­łych dla podniesienia ducha. Kiedyś, było to w Sudanie, nie  rzuciło  mi  się w oczy nic prócz rozplakatowanego wszędzie napisu dla białych, bo jedynie oni nie   znają   uczucia wstydu, że zabrania się pod surową karą fo­tografowania „human beeings". Zapomniałem o Nilu i o wszystkim innym, tylko nie o tym zakazie. I chociaż Elisabeth nadal upierała się przy doniosłości tego, co czyni ona sama i inni, jak dyskutują i jak postępują, by chro­nić wszystkich narażonych na ataki, przerzu­cać Algierczyków w bezpieczne kraje, przede wszystkim do Włoch - zaczęła niepostrzeże­nie  widzieć swój zawód  w  innym  świetle, gdyż mając głowę stale pełną aktualnych wy­darzeń nie zastanawiała się była dotychczas nad co drażliwszymi odcieniami prawa i bez­prawia, jak Trotta. Powstało w niej też po­dejrzenie, iż w pracy jest coś ubliżającego i że Trotta nie mając słuszności ma ją prze­cież w jednym  punkcie: cóż  bowiem różni znów tak bardzo zdjęcia upadku z okna, kata­strofy  kolejowej, płaczących matek i straszliwych slumsów od fotografii nadsyłanych ze wszystkich widowni wojen? I gdyby tylu fotografów nie fotografowało tego rzeczywi­ście, wówczas można by te zdjęcia równie zręcznie montować, jak umiejętnie fałszuje się oryginały obrazów,  nie wystawiając się na niebezpieczeństwo niepowodzeń i nie mając innego celu nad udane fałszerstwo. Serie zdjęć, jakie reprodukowano, nie były prawie nigdy sfałszowane, ale Elisabeth inaczej na nie obecnie patrzała, zwłaszcza zaś na ostatnie prace młodego Pedrizzi, który wkrótce potem z kilku Algierczykami i jeszcze jednym Francuzem (tych wspominano tylko ubocznie, bo prasa znała jedynie Pedrizziego i uczyniła go bohaterem kilku wzmianek pośmiertnych) zginął wysadzony w powietrze. Trotta podrwiwał ciągle z jej młodej niewzruszonej wiary. Ludzie powinni przecież czytać, poza tym wiedzą wszystko i tak, jeszcze nim przeczytali. Ty także czytasz, jakbyś nie wiedziała o tym, wszelkie sprawozdania o okrucieństwach, jedno do drugiego podobne, a ty czytasz i wiesz, że to nieludzkie, że musi się to skończyć, a potem chciałabyś to jeszcze może sfotografować, żeby setki tysięcy mogły także zobaczyć, jak się torturuje. Bo wiedzieć to nie dosyć!  Elisabeth rzuciła w niego książką, którą właśnie czytała, głęboko poruszona, lecz nie trafiła w głowę i książka spadła mu ukosem na ramię. Trotta wziął Elisabeth w ramiona i potrząsnął. Ależ ty nic nie rozumiesz, a tobie, tobie nie wolno źle rozumieć! Mówię tylko, że to bezczelność, że to poniżenie  i podłość  pokazywać jednemu człowiekowi, jak  inni  cierpią.  Bo naturalnie w rzeczywistości jest inaczej. Więc robić to tylko po to, żeby ktoś na moment odstawił kawę i szepnął: ,,co za okropność", a kil­ka osób oddało nawet głosy innemu stronnic­twu podczas wyborów, zresztą i tak zrobiliby to - nie, moja droga, to nie ja uważam ludzi za z gruntu złych i niezdolnych pojąć cokol­wiek, i na zawsze straconych, to ty tak są­dzisz, bo inaczej nie myślałabyś, że prócz kil­ku przykazań potrzebny im jest jeszcze repor­taż, „surowiec", jak to nazywa twój Willy

Elisabeth rzekła: Powiadam ci jeszcze raz, ale po raz ostatni, że to nie jest mój Willy, a ludzie muszą wreszcie dojść do rozumu! Zrobię w tym celu wszystko, co będę mogła, chociaż to bardzo mało.

O, do jakiego, do jakiegoż rozumu, skoro przez wieki do niego po dziś dzień nie doszli! Czego potrzeba, aby ich doprowadzić do roz­sądku, żeby ciebie doprowadzić do rozsądku!

Ależ ja podziwiam wszystkich, wszystkich Francuzów, którzy razem z nimi za wolność i niepodległość... bo myślę, że dla Algierii naj­ważniejsza jest wolność... Ponieważ Trotta się śmiał, zaczęła się jąkać z wściekłości i bezsil­ności, on zaś rzekł: Nie zapominaj, że sam je­stem Francuzem i nie widzę w tym nic godne­go podziwu, ty dzieciaku, poszedłbym natych­miast, bo z przyjemnością wybielę sobie rę­ce przy pomocy tych Francuzów, którzy są przedmiotem twego podziwu, bo je zabrudzi­łem. Ale z pewnością nie chcę być za to po­dziwiany. A wolność, taka wolność, co nadejdzie i będzie trwała jeden dzień — jest nieporozumieniem!

Bo ty nie jesteś Francuzem, rzekła Elisa­beth znużona. Nie rozumiesz ich dramatu ani ich samych.

Nie. Nie rozumiem ich, bo wcale nie chcę. Kto może ode mnie wymagać, żebym ich jesz­cze rozumiał! Wystarczy, że stałem się jed­nym z nich i znów muszę mieć udział w dzie­dzictwie, którego sobie nie wybierałem.

Nie żyjesz we współczesności, rzekła roz­goryczona. Nie mogę przestawać i gadać z kimś, kto tylko zabłąkał się w czasie, a nie żyje w nim.

Ja w ogóle nie żyję, nigdy nie wiedziałem, co to jest życie. Szukam go w tobie, ale nie mogę sobie nawet wyobrazić, że potrafiłabyś mi je dać. Ty stwarzasz tylko pozory życia, bo włóczysz się i zadręczasz gwoli czemuś, o czym za parę lat nie będzie już prawie wiado­mo, po co to było!

 

 

   Rozstali się tuż przed zakończeniem wojny algierskiej. Kiedy wszyscy inni przeszli już nad nią do porządku dziennego, Elisabeth pa­trzała jeszcze, w co się wyradza owa wolność, i wróciła z Nowej Algierii przygnębiona, roz­powiadając jednak ostentacyjnie, że to sza­lenie ciekawe; pisała z ostrożnymi zastrzeże­niami różne pochwały i godzinami odczyty­wała swoje teksty do fotografii, zanim je ode­słała - pierwsze przekroczenie granicy kłamstwa, z czego zdawała sobie sprawę; ale nie mogła już rozmawiać z Trottą, gdyż ten opu­ścił pewnego dnia swój hotel, nie pozosta­wiając adresu. O wiele później wpadł jej przypadkowo do rąk esej „O torturze" jakie­goś autora o francuskim nazwisku, który był jednak Austriakiem mieszkającym w Belgii; i wtedy zrozumiała, co miał na myśli Trottą: gdyż było tam wyrażone to, czego nie mogła wyrazić ani ona, ani inni dziennikarze, czego nie zdołały wypowiedzieć ocalone ofiary, któ­rych zeznania publikowano w kreślonych na­prędce dokumentach. Chciała napisać do tego człowieka, lecz nie wiedziała, co mu powie­dzieć ani dlaczego chce mu coś powiedzieć; bo najwidoczniej potrzeba mu było wielu lat, by przedrzeć się skroś powierzchnię ohy­dnych faktów; aby zrozumieć te stroniczki, które mało kto będzie czytał, trzeba by cze­goś więcej aniżeli mały przelotny strach. Bo ten człowiek próbował zgłębić to, co się z nim stało w ruinie ducha, a również to, w ja­ki sposób człowiek zmieniwszy się żyje dalej w głębokim zniweczeniu.

 

 

Nigdy nie zdobyła się na napisanie tego li­stu, nie przyjęła tylko kilku zamówień. Andre spytał raz ubawiony: Czy się boisz, Elisabeth? Odpowiedziała unikając jego wzroku: Nie, ale nie mogę i nie potrafię wytłumaczyć tego. Może mi to przejdzie, ale mam wątpliwości, dzisiaj to chyba byłaby hańba.

Andre, trzymając już znów słuchawkę tele­fonu i nie dosłyszawszy o tej hańbie, dodał jeszcze po rozmowie, straciwszy poprzedni wątek: Najlepiej wypocznij sobie, bo jeżeli chciałabyś raz przypadkowo usłyszeć moje zdanie, ale zapomnij od razu, co ci powiem, żebyś mi nie wpadła w zarozumiałość, jesteś znacznie odważniejsza od naszych panów, którzy udają odwagę, a są tylko chciwi albo sobie w ten sposób dodają otuchy. A tobie to minie: zanadto cię ostatnio zawaliłem ro­botą, wiesz, że ze mnie kanalia, która wyzy­skuje jak może, ale przynajmniej wiem o tym, a gdybym taki nie był, jak wyglądałoby nasze sławetne pismo?

Dziękuję ci, kanalio, rzekła Elisabeth z uśmiechem. Wiem już od dawna, że nią je­steś, ale ja właśnie lubię pracować dla takich kanalii jak ty, tylko nie wiem, czy powinnam teraz właśnie wypoczywać. Prześpię noc i ju­tro dam ci odpowiedź!

(...)
 

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.