23 września 2019, poniedziałek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Richard Brautigan

Upadek sombrera. Opowieść japońska




Richard Brautigan, pisarz amerykański, popełnił samobójstwo w 49 roku życia. Napisał "Łowienie pstrągów w Ameryce" i parę jeszcze rzeczy - wśród nich "Upadek sombrera" - które nie odniosły już sukcesu, co może dziwić, bardzo.


Przeczytaj fragmenty:





Richard Brautigan, Upadek sombrera. Powieść japońska, Wydawnictwo Tenaten, Warszawa 1992, przekład Jan Zieliński


fragmenty

str. 5 - 9
Sombrero


Sombrero spadło z nieba i wylądowało na głównej ulicy miasteczka tuż przed burmistrzem, jego kuzynem i pewnym bezrobotnym. Ostre pustynne powietrze wygoliło dzień do czysta. Niebo było błękitem ludzkich oczu, które na coś czekają. Nie istniał najmniejszy powód, żeby sombrero miało spaść z nieba. Nie przelatywał akurat samolot ani helikopter, nie przypadało też tego dnia żadne święto religijne.


Pierwsza łza uformowała mu się w prawym oku. To oko zawsze pierwsze zaczynało płakać. Po nim ruszało lewe. Uznałby, że to ciekawe, gdyby wiedział, że prawe oko pierwsze zaczynało płakać. Lewe oko przystępowało do płaczu tak szybko po prawym, że nie wiedział, które zaczęło pierwsze, ale to było zawsze prawe.


Był wprawdzie bardzo spostrzegawczy, nie na tyle jednak, żeby wiedzieć, które oko pierwsze zaczęło płakać. Jeśli w ogóle na podstawie tak drobnej informacji można budować definicję percepcji.


- Czy to sombrero? - spytał burmistrz. Burmistrz zawsze mówi pierwszy, zwłaszcza jeśli nie uda mu się osiągnąć w polityce wyższej pozycji niż burmistrz małego miasteczka.

- Tak - odparł jego kuzyn, który sam chciałby zostać burmistrzem.

Bezrobotny nic nie powiedział. Czekał, z której strony zawieje wiatr. Nie

chciał się wychylać. Być bezrobotnym w Ameryce to nie żarty.

- Spadło z nieba - powiedział burmistrz, spoglądając na nieskazitelnie czyste błękitne niebo.

- Tak - powiedział kuzyn burmistrza.


Bezrobotny nic nie powiedział, ponieważ miał nadzieję na pracę. Nie chciał zaprzepaścić choćby najniklejszej szansy. Będzie lepiej dla wszystkich, jeśli tylko grube ryby będą się wypowiadać.


Trzej mężczyźni rozejrzeli się wokoło w poszukiwaniu powodu, dla którego sombrero miałoby spaść z nieba, ale nic nie znaleźli; bezrobotny też nie znalazł żadnego powodu.


Sombrero było nowiutkie.

Leżało na ulicy, dnem skierowane ku niebu. Rozmiar: 18,5.


- Dlaczego kapelusze spadają z nieba? - spytał burmistrz.

- Nie wiem - odparł jego kuzyn.


Człowiek poszukujący pracy zastanawiał się, czy kapelusz byłby dla niego dobry.

Teraz łzy płynęły z obojga oczu.

O, Boże...


Sięgnął ręką do maszyny do pisania, jakby był przedsiębiorcą pogrzebowym, co zapina rozporek nieboszczykowi leżącemu w trumnie i wyciągnął kartkę, zawierającą wszystko, co powyżej napisano, z wyjątkiem własnego płaczu, z którego zresztą nie zdawał sobie sprawy, ponieważ płakał ostatnio tak często, że było to jakby wypicie szklanki wody, co nieraz robi się odruchowo, nie będąc nawet spragnionym i czego się potem nie pamięta.


Podarł kartkę zawierającą wszystko, co przed chwilą przeczytaliście na temat sombrera. Podarł ją starannie na wiele malutkich kawałków, które następnie rzucił na podłogę.


Następnego ranka zacznie pisać od nowa o czymś, co nie będzie miało nic wspólnego ze spadającym sombrerem.


Jego praca polegała na pisaniu książek. Był znanym amerykańskim satyrykiem. Trudno znaleźć księgarnię, która by nie miała co najmniej jednej jego książki.


Dlaczego więc płakał?

Czy sława nie wystarcza?

Odpowiedź jest całkiem prosta.

Jego przyjaciółka, Japonka, odeszła.

Po prostu go porzuciła.


Taki był powód jego łez, jakie zaczęły płynąć, już nie pamiętał z którego oka, powód płaczu, jaki stał się jego chlebem powszednim, odkąd porzuciła go ta Japonka.


W niektóre dni płakał tyle, że myślał, iż mu się to śni.




Japonka


Kiedy Yukiko spała, jej włosy spały obok, długie i japońskie. Ona sama nie wiedziała, że jej włosy śpią. Proteina też potrzebuje odpoczynku. Yukiko o tym nie myślała. Jej myśli były w zasadzie bardzo proste.

Rano czesała włosy.

To była pierwsza rzecz, jaką robiła po przebudzeniu. Zawsze czesała je bardzo starannie. Czasem na czubku głowy, zgodnie z japońską tradycją, robiła sobie kok. Czasem zostawiała włosy rozpuszczone, sięgały jej wówczas do pupy.

W San Francisco było parę minut po dziesiątej wieczór. Krople deszczu znad Pacyfiku uderzały w szybę koło łóżka, ale ona ich nie słyszała, pogrążona we śnie. Z reguły spała wyśmienicie i potrafiła sypiać bardzo długo, dwanaście godzin albo i dłużej, lubując się w tym, jakby naprawdę robiła coś innego, spacerowała albo gotowała obiad. Jeść też lubiła.

Kiedy on darł kartkę papieru, zawierającą słowa o spadającym z nieba sombrero, ona spała, a jej włosy spały obok niej - długie i ciemne.

Włosy śniły, że jest rano i że ona starannie je czesze.

Jeszcze kilka fragmentów, Klick!!!




Duch

 

Spojrzał na leżące na podłodze skrawki papieru o sombrerze, spadającym z nieba bez widocznego powodu, a widok ten nie wiadomo dlaczego wzmógł jego płacz.

Z kim ona śpi, pomyślał, podczas gdy w jego oczach odbywał się wyścig łez, które pędziły na wyprzódki, ścigając się po obu policzkach, jakby brały udział w olimpiadzie płaczu z wizją czekających na nie złotych medali.

Wyobraził ją sobie w łóżku z innym mężczyzną. Ten, o którym myślał jako o jej kochanku, nie miał określonego kształtu ciała, koloru włosów, ani rysów twarzy. Jej wyimaginowany kochanek był bez kości, bez ciała, bez krwi. Mężczyzna, którego umieścił z nią w łóżku, był przypominającą ducha czystą energią, obdarzoną członkiem.

Zapewne płakałby jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle możliwe, gdyby wiedział, że Japonka śpi sama. To by go znacznie bardziej zasmuciło.





 

Żeglarz

 

Jak miał spędzić resztę tej nocy? Była 10.15, listopad. Nie chciał oglądać wiadomości o jedenastej. Nie był głodny. Nie miał ochoty na alkohol. Wiedział, że gdyby spróbował czytać, strony mogłyby pływać w jego łzach.

Tak więc myślał o tym, że ona pieprzy się z innym. Myślał o tym drugim mężczyźnie, o bezimiennej twarzy z wchodzącym w nią członkiem. Myślał o tym, że ona jęczy i wije się pod ciężarem fujary innego mężczyzny. Takie myśli nie były dla niego najlepsze, ale chwytał się ich kurczowo, jak tonący żeglarz chwyta się deski na środku bezkresnego oceanu.

A potem spojrzał na leżące u jego stóp skrawki papieru. Dlaczego sombrero miałoby spadać z nieba? Podarte kawałki papieru nigdy mu już tego nie powiedzą. Usiadł wśród nich na podłodze.

 




 str. 15 - 19

 

Burmistrz

 

Dlaczego kapelusze spadają z nieba? - spytał burmistrz.

- Nie wiem - odparł jego kuzyn.

Człowiek poszukujący pracy zastanawiał się, czy kapelusz byłby na niego dobry.

- Sprawa jest poważna - stwierdził burmistrz. - Pokażcie mi to sombrero.

Wskazał na kapelusz, a jego kuzyn rzucił się zaraz, żeby go podnieść z ulicy, ponieważ sam chciał pewnego dnia zostać burmistrzem i uważał, że fakt podniesienia kapelusza może mu się jakoś przydać w przyszłości, kiedy jego nazwisko znajdzie się na liście kandydatów.

Może nawet burmistrz poprze go i na wielkim wiecu wyborczym powie:

- Byłem dobrym burmistrzem, wybieraliście mnie sześć razy, ale wiem,

że obecny tutaj mój kuzyn będzie wspaniałym burmistrzem, kultywującym

tradycje uczciwości i przywództwa w naszej społeczności.

Tak, to był dobry pomysł, żeby podnieść sombrero. Zależała od tego jego przyszłość na stanowisku burmistrza. Byłby idiotą, gdyby powiedział:

- Sam je sobie podnieś. Chyba ci woda sodowa uderzyła do głowy?! Nie

po to mnie matka urodziła, żebym ci sombrera podnosił!

 








Jagody

 

Chociaż panował upał, sombrero było lodowate. Kiedy kuzyn dotknął kapelusza, natychmiast cofnął rękę, jakby dotknął prądu elektrycznego.

- Co się stało? - spytał burmistrz.

- To sombrero jest zimne.

- Co takiego? - zdumiał się burmistrz.

- Zimne.

- Zimne?

- Lodowate.

Bezrobotny wpatrywał się w sombrero. Jego zdaniem nie wyglądało na zimne. Ale cóż on mógł wiedzieć? Był bez pracy. Może gdyby miał pracę, i dla niego sombrero wyglądałoby na zimne. Może właśnie dlatego nie miał pracy. Nie umiał dostrzec, że sombrero jest zimne, kiedy na nie patrzył.

Miesiąc temu skończył mu się zasiłek dla bezrobotnych, musiał teraz ograniczyć się do jedzenia jagód, które zrywał na pobliskich wzgórzach.

Jagody już mu się przejadły.

Łaknął hamburgera.





 

Hamburgery

 

W głowie bezrobotnego zrodził się błyskawiczny plan. Sombrero wciąż leżało na ulicy. Kuzynowi burmistrza nie udało się go podnieść. Przy pierwszej próbie odskoczył, jakby użądliła go pszczoła.

Sombrero wciąż tam leżało.

Może gdyby bezrobotny podniósł sombrero i wręczył je burmistrzowi, burmistrz dałby mu pracę, a on mógłby przestać jeść jagody i zamiast tego opychałby się hamburgerami.

Spojrzał ponownie na leżące na ulicy sombrero i do ust napłynęła mu ślina na samą myśl o smaku hamburgera z cebulą i keczupem.

Nie przegapi takiej szansy.

Może już nigdy nie otrzyma pracy, jeśli teraz nie podniesie sombrera i nie wręczy go burmistrzowi.

A co pocznie, jak się skończy pora jagód?

Co za okropna myśl.

Koniec z jagodami.

Bo choć chwilowo nie znosił jagód, były stanowczo lepsze od niczego. Co pocznie, kiedy się skończą?

Leżące na ulicy sombrero to może jego ostatnia szansa.






 

Kariera

 

Ja panu podam to sombrero, panie burmistrzu - powiedział, pochylając się nad kapeluszem.

- Nie, ja je podam - oznajmił kuzyn burmistrza, który nagle uświadomił sobie, że może nigdy nie zostać burmistrzem, jeśli nie podniesie sombrera.

Jakim prawem ten bezrobotny pętak ośmiela się sięgać po sombrero i rujnować jego szansę na urząd publiczny? Czy sam ma zamiar zostać burmistrzem? Nawet gdyby sombrero miało być przeraźliwie zimne, nie pozwoli, żeby ten sukinsyn je podniósł i został burmistrzem miasteczka.

Dlaczego od razu go nie podniosłem?, pomyślał kuzyn. Wtedy do niczego by nie doszło. Lodowate sombrero nie może nikomu wyrządzić krzywdy. Po prostu dał się zaskoczyć. To wszystko. Nie spodziewał się, że będzie zimne i dlatego odskoczył. Każdy by się dał zaskoczyć i postąpił tak jak on.

I nagle kuzyn burmistrza znienawidził sombrero za to, że zrobiło z niego głupca. Musiał wręczyć je burmistrzowi, jeśli sam chciał kiedyś zostać burmistrzem. Cała jego kariera polityczna skończy się raz na zawsze, jeśli nie poda sombrera burmistrzowi.

Przeklęte sombrero!




 

Praca

 

Kiedy bezrobotny zauważył, że kuzynowi burmistrza wielce zależy na podniesieniu sombrera, wpadł w panikę. Wiedział już na pewno, że nigdy więcej nie dostanie pracy, jeśli nie wręczy tego sombrera burmistrzowi.

Dlaczego kuzyn burmistrza tak bardzo chciał podnieść to sombrero?

On już przecież ma pracę.

Jego ręce nie są poplamione jagodami.




str. 26 - 27

 

Przyszłość

 

- Ja panu podam to sombrero, panie burmistrzu - powiedział bezrobotny, pochylając się nad kapeluszem.

Była to dla niego ostatnia pod słońcem szansa na uzyskanie pracy, a w Boga nie wierzył. Nie, żeby miał coś przeciwko niemu, po prostu wiedział, że w niebie nie czeka na niego żadna praca, ponieważ nie ma nieba.

Leżące na ulicy sombrero było jego ostatnią szansą.

- Nie, ja je podam - oznajmił kuzyn burmistrza, który nagle uświadomił sobie, że może nigdy nie zostanie burmistrzem, jeśli nie podniesie sombrera.

Nie zrobi kariery politycznej. Prezydentura Stanów Zjednoczonych odpłynie w siną dal. Nie otrze się o grube fisze w Waszyngtonie, a 4 lipca w swoim miasteczku nie wygłosi przemówienia.

Sombrero było kluczem do całej jego przyszłości.

Burmistrza rozbawiła nieoczekiwana gorliwość obu chcących mu się przypodobać mężczyzn, aczkolwiek nie znał kierujących nimi motywów. Burmistrz był tylko wielkim małomiasteczkowym politykiem.

- Nie! - krzyknął bezrobotny. - Ja podniosę sombrero!

- Nie waż się dotknąć tego sombrera! - odkrzyknął kuzyn burmistrza.

Obaj sięgający po sombrero mężczyźni nagle się zatrzymali, zdumieni własnym zacietrzewieniem, i patrzyli na siebie przez dobrą chwilę. Burmistrz miał zamiar powiedzieć:

- Przestańcie, wy dwaj. Co się z wami dzieje? Obaj do szczętu zgłupieliście? To tylko sombrero.

To by z miejsca ukróciło sprawę. Życie jest takie proste - nie trzeba by było wzywać Gwardii Narodowej, ani ściągać czołgów, nie mówiąc o osłonie lotnictwa.

Prezydent nie musiałby wygłaszać orędzia telewizyjnego, potępiającego mające zajść wypadki, a specjalny komitet koordynacyjny krajów Trzeciego Świata nie musiałby oskarżać Stanów Zjednoczonych na forum ONZ.

A przede wszystkim nie doszłoby do światowego napięcia pomiędzy Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej a Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Tak, świat nie znalazłby się na krawędzi zagłady nuklearnej, gdyby burmistrz powiedział:

- To tylko sombrero. Cofnijcie się obaj, sam je podniosę, nawet jeśli jest lodowato zimne. Sombrero nikomu nie może zrobić krzywdy.

 

(...)

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.