22 sierpnia 2017, wtorek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Ludwik Cichy

Uwolnienie skrzatów (opowiadanie, 2008 rok))


W tym samochodzie i z naszym wyglądem mogliśmy uchodzić za ludzi, którzy mają przed sobą wszystko. Wyglądaliśmy na parę jadącą do jakiegoś dobrego miejsca, gdzie czekają na nas cuda tego świata.
Klick!!!




Uwolnienie skrzatów

W tym samochodzie i z naszym wyglądem mogliśmy uchodzić za ludzi, którzy mają przed sobą wszystko. Wyglądaliśmy na parę jadącą do jakiegoś dobrego miejsca, gdzie czekają na nas cuda tego świata.

Prowadziłaś ty, w ciemnych okularach. Jak zawsze pewnie, ale bez brawury. Jeździło się z tobą luksusowo. Zadzwonił telefon komórkowy i zwolniłaś, żeby odebrać. Wyprzedziła nas wielka ciężarówa z piętrową paką, wyładowaną klatkami, w których tłoczyły się jakieś szare zwierzęta, chyba nutrie. Skrzaty po przegranej bitwie jadą na rzeź, przeleciało mi przez głowę zdanie i przez chwilę rozważałem, czy mógłbym je gdzieś wykorzystać. Kiedy odkładałaś telefon, ciężarówa oddaliła się, malejąc do małego punktu. Zmieniłaś bieg, a potem jeszcze raz, i przydrożne drzewa zaczęły wyrywać do tyłu z szybkością ekspresu.


Na zakręcie wyniosło nas na środek jezdni, ale wprawnie skorygowałaś tor jazdy i wróciliśmy na prawy pas. Sięgnąłem po paczkę cameli i pochyliłem się, by włączyć zapalniczkę. Najpierw rzuciło mnie do przodu, a dopiero potem usłyszałem pisk hamulców i gwizd dartego asfaltu. Samochód zatrzymał się kilkanaście metrów przed ciężarówą leżącą na boku w poprzek jezdni. Po prawej stronie, na końcu korytarza w zmiażdżonej ślizgiem kukurydzy, koła leżącej na dachu niebieskiej osobówki młóciły powietrze. Kiedy dopadałem do niej, ty wykręcałaś numer pogotowia.


Stara kobieta, której pomogłem wygramolić się z wraku, nie krwawiła, nie była połamana, ani w szoku.
- Potrzebuję zapalić - powiedziała. - Zaraz!
Pobiegłem po papierosa i przypaliłem zapalniczką z naszego auta.
- Mocne - wypuściła dym z najdalszych zakątków płuc. - Ale dobre - pochwaliła. A potem ruszyła pewnym krokiem w stronę kierowcy ciężarówki, który siedział na poboczu i płócienną chustką tamował krew płynącą z rozbitego nosa. Stanęła nad nim i bezceremonialnie trzasnęła go dłonią w twarz. Rozległo się plaśnięcie klapsa, a potem jej głos:
- Ty cholerny szoferaku!
Kierowca bez słowa zasłonił się ręką przed drugim ciosem, ale kobieta już straciła zainteresowanie jego, osobą.
- Jedziecie do Poznania?!
- Tak.
- To ruszajmy!
- Ale pani samochód!... Ubezpieczanie, policja, pogotowie?...
- To już nie jest mój samochód.


Spojrzałem na ciebie.
- Nic tu po nas - oceniłaś. - Jedziemy.
- OK - zgodziłem się. - Wsiadajcie do auta, zaraz do was dołączę.
Podbiegłem do wielkiego, piętrowego więzienia i paroma kopniakami zwolniłem trzy zasuwy blokujące wyjścia z klatek. Gdy ruszaliśmy, widziałem, że niektóre skrzaty rzuciły się do szalonej ucieczki w las dwumetrowej kukurydzy, a inne jeszcze nie. Ale miały szansę. Spojrzałaś na mnie ludzkim wzrokiem, z wdzięcznością, tak jak się patrzy na dobrego człowieka. I uśmiechnęłaś się. Słychać już było narastający głos zbliżających się syren. Zmieniłaś bieg, i jeszcze trzy razy. Krajobrazy wyrywały do tyłu jak zawsze, jakby nic się nie stało.


- Poproszę na pierwszy postój taksówek - powiedziała kobieta.
- Chętnie podwieziemy dokąd pani chce.
- Wystarczy na postój. I tak już przerwałam wam podróż. Poczuję się lepiej, gdy się mnie pozbędziecie, naprawdę. I nie próbujcie tego zmieniać. Niech chociaż wam się wszystko udaje; tylu ludziom się dzisiaj nic nie udaje; pozwólcie mi myśleć, że spotkałam szczęśliwych ludzi i tylko odrobinę im zabrałam czasu, ale nie za wiele. Poproszę na postój.



Zatrzymałaś samochód przed rzędem taksówek przy wjazdowym rondzie.
- Dziękuję za wszystko. Za to, że poświęciliście starej kobiecie swój czas, i życzę wam wszystkiego, bo wyglądacie na takich, którym wszystko się należy od życia. I myślcie o sobie wyjątkowo, odświętnie, jak najczęściej i bez zahamowań. To ważne, wierzcie starej kobiecie. Mam nadzieję, że moje życzenia będą miały siłę sprawczą - powiedziała starsza pani tonem notariusza pewnego swych racji i wysiadła.
- Dziękuję! - krzyknąłem przez pospiesznie opuszczoną szybę. Ale ona szła dalej i nie odwracając się, zrobiła tylko ręką gest: szerokiej drogi!



Zamknąłem okno. Wrzuciłaś bieg, potem niespiesznie drugi i trzeci. Nie mieliśmy się dokąd spieszyć. Nasza sprawa rozwodowa miała się rozpocząć za kwadrans, niecały kilometr od tego miejsca. Pomiędzy nami wszystko było już uzgodnione, nic nie wymagało pośpiechu: po prostu - dwoje dorosłych ludzi, którzy mają kwadrans na przejechanie kilometra, w celu znanym, uzgodnionym i nieodwołalnym.

 

rysunek: Andrzej Bobrowski

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.