22 września 2019, niedziela

Jakobe Mansztajn

W chwale



Drodzy Państwo, parę dni temu wracam autem do domu, jest dzień wolny, ulice puste, nigdzie się nie śpieszę. W radio Rihanna, w sercu cisza i spokój. I gdy tak toczę się powoli do świateł, obok mojego auta coś spada. To spada piłka. Na pustym ryneczku po prawej, z pięć metrów od ulicy, kilku kolesi kopie sobie w gałę. A że stetryczały już ze mnie człowiek, to myślę coś w stylu: "Ależ nieroztropne zachowanie!". Dosłownie tak myślę, chociaż sam jak pajac drę w aucie ryja do Rihanny.


W każdym razie jeden z kolesi wbiega na ulicę, i "wbiega" to może nawet nie jest najlepsze słowo, bo raczej wtacza się slalomem tym swoim wielkim cielskiem zakończonym groźną głową, niezdarnie chwyta piłkę i z całej siły wykopuje przed siebie. I "przed siebie" to też nie jest najlepsze słowo, bo zamiast do przodu - piłka leci do tyłu, odbija się od budynku i trafia w moje auto.


A ja wtedy czuję imperatyw. Taki moralny imperatyw, żeby wyjść z auta i powiedzieć: "Człowieku, no kurwa, masz boisko sto metrów stąd, a napierdalasz przy samej ulicy. Czy ty jesteś poważny?". Coś takiego mniej więcej mówię w swojej głowie, ale jednocześnie coraz bardziej obawiam się o swoje życie, bo typ nie dość, że na oko tak ze sto dziesięć kilo, to jeszcze ewidentnie jest na imprezie. A ja kiedyś chciałbym mieć rodzinę, też grać ze swoim synem w piłkę, raz do roku jeździć na all inclusive do Tunisu i ogólnie być żywy, a nie zabity na ulicy. Ale jak ktoś piłką lutuje, nawet przypadkiem, w moją złotą kobrę, to czuję, że nie ma innego wyjścia. Że wyjście jest tylko jedno. Biorę więc głęboki oddech, odpinam pasy, powoli otwieram drzwi i zanim zgaśnie światło, koleś mówi: "Przepraszam". Na co ja: "W porządku, nic się nie stało". I odjeżdżam. W chwale.

Źródło, Klick!!!


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.