17 grudnia 2017, niedziela

2017

Gostyńska 36

W drodze, i z powrotem (opowiadanie)






Hotel z różowymi murami wydawał się nierealny w blasku wschodzącego słońca.

W opustoszałej sali balowej fryzjer Andreas wciąż tańczył zapamiętale, obejmując mocno swoją zmęczoną tęgawą małżonkę. Wielki cień jeszcze płynął za nimi po ścianach, niezmordowanie powtarzając gesty. Dwie godziny później uprzątnięto to miejsce i podano  tam śniadanie hotelowe. Wybrałaś pleśniowy ser, winogrona i pomarańcze, ja wyjadłem bekon z jajecznicy, do tego herbata i papieros. Spakowaliśmy rzeczy, uregulowaliśmy rachunek, odpaliłem auto. Byliśmy w drodze nad morze.


Zwolniłem do setki, zaraz jeszcze bardziej; na trawiastym leśnym poboczu leżał lis. Wyglądał jak żywy, ale był martwy. Idealnie rude futro z białym krawatem pod zastygłym w uśmiechu pyskiem. Powiedziałem, że o tej porze roku nikogo nie osierocił, ale to cię nie pocieszyło.


Pomyliłem drogę, więc musieliśmy wrócić do rozjazdu. Lisa już nie było przy drodze. Kawałek dalej stał robotnik podparty na łopacie i przyglądał się nam. Jak wszyscy robotnicy, interesował się wszystkim tylko nie robotą. Uśmiechnęłaś się do niego, ale on czujnie nie odpowiedział. Przyspieszyłem do setki.


Nad morze dojechaliśmy szczęśliwie. Przez pięć dni nie pobito nas, nie sponiewierano, nie poniżono inaczej; prawdę mówiąc nie widywaliśmy prawie nikogo poza serwisem i uprzejmymi sprzedawcami pamiątek. Szóstego dnia, wyposzczeni brakiem wrażeń spakowaliśmy rzeczy, uregulowaliśmy rachunek, szczęśliwie odnaleźliśmy auto na parkingu.


W drodze powrotnej zwolniłem we wiadomym miejscu. Lisa wciąż nie było, a robotnik dalej stał oparty na łopacie. Prawie pokłóciliśmy się o to, czy to ten sam robotnik; ja obstawałem przy tym, że to był on, ty twierdziłaś że zupełnie inny, bo ten się do ciebie odśmiechnął, a co jak co, ale zapamiętujesz twarze, które pogardzają twoim uśmiechem. Byłem już skłonny przyznać ci rację, ale się powstrzymałem, żebyś nie uznała tego za pójście na łatwiznę. Podtrzymywałem więc pozory sprzeczki. Wkrótce przestało być ważne kto miał rację.


Co to w ogóle znaczy mieć rację? Miałem ją tak często, że chętnie bym się jej pozbył, tak już mnie zmęczyło jej posiadanie.


Dojechaliśmy do domu w zdrowiu, z wielkiego orzecha wrony strącały już orzechy. Zielone kulki staczały się po stromiźnie dachu, by stukając w twarde łby bruku podjazdu rozprysnąć się na środek i skórkę.



Rysunek: Andrzej Bobrowski


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.