17 października 2019, czwartek

Dariusz Łukaszewski

W moim mieście jest 42 wariatów - cz.4


Rysunek: Anna Cięciel-Łukaszewska






W moim małym mieście jest 42 wariatów. Ale ciężko spotkać wszystkich razem. Ta sztuka jeszcze nikomu się nie udała, bo przecież ludziom przeważnie nic się dzisiaj nie udaje. Nawet jak to się łatwe wydaje, a co dopiero jak trudne? Jak oni się ukrywają kamuflują, czynności normalne naśladują lepiej od tych naśladowanych, bo więcej ćwiczą na okrągło, więc i bieglejsi w technice normalności się stają.

Wariata poznajemy po tym, że go nie widać. I bakterię po tym poznajemy, że jej nie widać. Ale wariata nie widać bardziej, bo bardziej uważny wyćwiczony lepiej.

Jak zobaczyć wariata, co go nie widać – to jest sprawa, a jak zobaczyć wszystkich 42 razem, to dopiero sprawa jest osobna skomplikowana, bo oni dodatkowo unikają się jak ognia woda.
42 bakterie poznasz po tym, że je zobaczysz już przez okularu szkło, ale wariatów 42 nikt w mieście razem jeszcze nie widział.

Pod piekarnią za klombem natyka się Konstancja Patrycja Czubkówna na słynnego lokalnie Adzia, który wciąż ma pod sześćdziesionę i wciąż wygląda zaledwie na mocno zużytego szesnastolatka, jakim go życie dorosłe zastało; bezdomność widać służy czasami i niektórym się na coś przydaje. Adziu podszyty starannie za bezdomnego z niemiecką perfekcją precyzją, słynnym jest lokalnie 1 numerem wariata, wiadomym rozpoznawanym przez mieszkańca wyborcę każdego. Stąd szczególnie przez innych wariatów unikane towarzystwo jest jego, w celu posądzenia uniknięcia o braterstwa zażyłość, wspólnotę umysłu stanu. Co łatwym nie jest, bo Adziu przyjaźnie natrętny do wariata każdego i lepiej szybko dać mu co chce dla pozbycia odczepienia się adzinej adoracji osoby.


- Kup mi pół chleba – wyróżnia z tłumu ulicy Konstancję Patrycję Adziu.
- Pół chleba – życzy Konstancja do młodej ekspediującej, ale zaraz otwiera drzwi i dopytuje Adzia: - Pokrojony?

- A co kurwa, dziwne?! - raczy doprecyzować odpowiedzieć, na chwilę tylko odrywając wzrok od patrolowania nerwu miasta.

- Ale pokrojony, jeśli by pani mogła – sugeruje Konstancja łagodnie do ekspediującej, która naciera na wibrującą maszynę tnącą z ostentacją jawną tak, że od razu czuć ile wysiłku kosztuje ją to krojenie, i ten woreczek foliowy jeszcze musi rozszczepić ściany szczepione jego dmuchając płucami swemi aż przez usta, jesuu... jakby noży w domu do mordowania tylko używali, a do chleba naszego powszedniego to już nie wcale. A jakby tak się przerżła, chcąc nie chcąc, w palca tips drogi w studio paznokcia wytworzony za pieniądze albo w tatu dyskretne pod stawem śródręcza, to ciekawe czy by sztuczne oddychanie umieli zrobić pierwszej pomocy, strat uregulować zdośćuczynienie czy by ich było stać?

Adziu chleb odbiera i: - No, to możesz teraz dać ćmika – tak docenia gest chlebowy Adziu, by dobrego uczynku serca Konstacji wagę poszerzyć podnieść jeszcze. Nie ma ćmika jednak ona.

- Oż ty ruro prosta! - beszta Adziu, ale zaraz reflektuje potem: - Nie przejmuj się – klepie w ramię twarz ludzką więcej pokazując. - Nie udało ci się dzisiaj, ale tylu ludziom się dzisiaj nie udaje, a jutro będzie znowu jutro, to się coś może ci uda.

Może sobie już pójść Konstancja Czubkówna Patrycja . I poszła. Aż doszła po knedle po sześć paczkowane, z biedronki mąki. A potem bez przygód szła wracała szczęśliwa , bo przygód prawdziwych za bardzo nie lubiła; wolała w telewizji coś na niby obejrzeć zamiast, co się nie dzieje naprawdę, bo prawda wcale nieciekawa dzisiaj, wcale.

cdn


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.