15 grudnia 2018, sobota

Czytelnia człowieka dla ludzi

Zsuzsa Rakovszky

Wielka ciężka łapa


 



- Dziewczynko, sznurowadło ci się rozwiązało! - wyrywa ją z zamyślenia

jakiś głos.




Zsuzsa Rakovszky

Rok spadającej Gwiazdy
w przekładzie Elżbiety Cygielskiej
za Literaturą na świecie, nr 11 – 12/2007
fragment (tytuł fragmentu - red. MiG)



Wielka ciężka łapa

 

(…)

Idzie czas jakiś wzdłuż potoku, dochodzi do mostu, staje przy balustradzie

i patrzy na wodę. I tak nie zdąży już do przedszkola, może nawet

by jej nie wpuścili - najlepiej będzie, jak pójdzie do babci, postanawia.

Wie wprawdzie, że babcia jest w szpitalu, ale na razie odsuwa tę wiedzę,

w jakiś zapadły kąt mózgu, unieważnia.

 

- Dziewczynko, sznurowadło ci się rozwiązało! - wyrywa ją z zamyślenia

jakiś głos. Patrzą na nią życzliwie kpiące, niebieskie oczy, chłopiec

jest ze trzy, cztery lata starszy od niej, na smukłej, opalonej nodze

obutej w sandał długa, biała blizna. Piroska z miejsca się zakochuje.

- Wiem. Nie potrafię porządnie zawiązać - mówi zmartwiona.

- Zawiązać ci? Młodszej siostrze też zwykle wiążę.

- Masz rodzeństwo? - pyta z zazdrością. Wolałaby, żeby ten chłopiec

nie miał na świecie nikogo prócz niej.

- Aha... Zawiążę, tylko potrzymaj! - i wciska Pirosce siatkę, którą

dotąd machał w prawej ręce. Przykuca i mocno wiąże jej sznurowadła,

Piroska widzi czubek jego jasnej głowy.

- Czworo. Ale troje starszych, tylko siostra, ta jest młodsza sześć

lat...

- Ta, której zwykle wiążesz...?

- Aha. Posłali mnie po chleb - wskazuje głową siatkę - ale mały

sklepik jest jeszcze zamknięty, idę do dużego...

- Do dużego? Tędy? - Pirosce świta, że były już kiedyś z Nenne

w tym dużym sklepie spożywczym. - To nie ta droga...

- Tutaj również jest taki - mówi chłopiec i patrzy zamglonym wzrokiem

gdzieś przed siebie. - A ty...?

- Ja idę do babci - oznajmia Piroska, lecz i ona odwraca wzrok.

- Gdzie mieszka?

- Na ulicy Króla Macieja - mówi niepewnie, mając nadzieję, że

chłopiec też idzie w tamtą stronę.


Ruszają chłopiec z roztargnieniem uderza siatką w okna piwnic. Opowiada,

ze starszy brat robi dla niego wędkę i że w niedzielę pójdą na ryby

nad gliniankę. Piroska słucha go z nabożeństwem i myśli o tym, że poprosi

Nenne, by poszły w niedzielę na spacer nad pocegielniane jezioro.



- Czy nie tu powinnaś skręcić, skoro idziesz na Króla Macieja? -

pyta chłopiec przy skrzyżowaniu. Piroska jest zakłopotana.

-I tak nie pójdę, do babci. Zapomniałam, że jest w szpitalu - bąka.

- Pójdę raczej do mamy do biura...

Boi się, że chłopiec zapyta, gdzie jest biuro, ale on pyta ją:

- Nie jesteś głodna?

- Tak, tak, jestem. Nawet nie jadłam śniadania.

- To poczekaj... - Chłopiec wchodzi do jakiegoś sklepiku. Piroska zostaje,
na uginających się nogach stoi w progu: może nigdy nie wróci?



Raz już dzisiaj zrzuciła z siebie ciężar samotności i nie chce go znowu

brać na barki. Ludzie wchodzą i wychodzą, jakaś tęga, przystojna kobieta,

z włosami uczesanymi w koronę, mierzy ją wzrokiem i nim wejdzie do

sklepu, wybucha śmiechem. Inni przechodzą, nie zwracając na nią uwagi.

Cieszy się z tego, bo przyszło jej do głowy, że może Nenne tymczasem się

obudziła i już jej szuka. ,,Czekałaś?", chłopiec patrzy na nią zdziwiony,

w siatce ma cztery rogale. Czuje się urażona: czyż nie powiedziała, że na

niego poczeka? ,,Masz!". Chłopiec podaje jej rogalik i Piroska natychmiast

mu wybacza: pogryzając rogale, idą dalej. Piroska nie może i nie chce

myśleć o tym, co będzie później. Może na zawsze zostaną już razem: zbudują

sobie dom w lesie, będą jedli jagody, myli się w strumyku.

 

Idą pośród niskich domów, chłopiec kopie przed sobą kamień. Ulica

brukowana jest kocimi łbami, ściany połyskują żółtawo, tynk z nich

obłazi, tu i owdzie w bramie stoją oparci o rower mężczyźni i rozmawiają

z kobietami w szlafrokach, kobiety mają braki w uzębieniu i włosy ściągnięte

gumką od weków. Przez niedomknięte bramy można zajrzeć na długie

podwórza: poniszczone przez wiatr, marne różane krzewy, suszące się

na sznurkach pranie, rozłożone na części rowery, od czasu do czasu jakiś

pręgowany kot, który się myje, wyciągając tylną łapę do przodu. Z zasłoniętego

firanką okna na parterze dobiega skrzeczenie radia: ,,lato w Paryżu

jest piękne". Na przemian otwarte i zamknięte bramy, w końcu jakieś

uchylone wąskie drzwi: nieoczekiwany zgiełk, dym i podejrzany mrok

sączą się z nich w jasność panującą na zewnątrz. ,,Nie chce ci się pić?",

chłopiec przystaje przed drzwiami. ,,Napijemy się wody sodowej?". Wchodzą

po czterech schodkach: w środku panuje półmrok, unosi się kwaśny

odór, w sali jest pusto, tylko przy stole obok drzwi siedzi paru mężczyzn

(każdy w rozpiętej pod szyją, kraciastej koszuli, spod której wystaje podkoszulka

i włochata pierś) i jakaś kobieta w rodzaju tych bezzębnych, z włosami

ściągniętymi gumką od weków, a w głębi, przy stoliku w rogu, rozwalona,

ponura postać w berecie. ,,Macie pieniądze?". Bufetowy stojący

za ladą przypomina cyrkowych sztukmistrzów: błyszczące czarne oczy,

uniesione z powątpiewaniem demoniczne brwi i ręka, która uwija się w niewiarygodnym

tempie. Bąbelki wody sodowej przyjemnie kłują w język.


- A wy? Dlaczego nie jesteście w szkole? - Postać w berecie wyrasta

groźnie nad nimi. Glos ma schrypnięty, przekrwione, bycze oczy

wlepiają się w nich ponuro. Wielka czerwona ręka kładzie na bufecie drobniaki.

- Dzisiaj nie ma szkoły! - Głos chłopca jest drwiący, ale w jego

zachowaniu wyczuwa się pewną ostrożność, jakby był gotów w każdej chwili

rzucić się do ucieczki. Facet w berecie patrzy na niego twardo, podnosi

mięsistą rękę, zaraz uderzy go w twarz.

- Ty ze mną nie zaczynaj, bo...! Myślisz, że cię nie znam? To ty

razem z kumplami w zeszłym tygodniu wybiłeś mi szybę w oknie! Poczekaj,

powiem twojej matce!

- Nie mam pojęcia kim pan jest! - Głos chłopca brzmi wyzywająco

ale chłopiec cofa się o krok w stronę drzwi.

- Chodź no tu, pójdziesz ze mną na milicję! - Szerokie ciało groźnie

zasłania sobą wyjście, ciężka, czerwona ręka kołysze się w powietrzu

i spada na ramię chłopca, lecz ten ją z siebie strząsa. Nagle kuca,
przemyka się pod drugą ręką faceta w berecie i już jest na ulicy.
Piroska rusza za nim, ale ciężka czerwona łapa chwyta ją za

przegub i nie puszcza.



- A ty? Twoja matka wie, że się włóczysz z ulicznikami? - Piroska

zdumiona patrzy w nabiegłe krwią oczy: czyżby to matka przysłała tego

człowieka? Nienawidzi faceta w berecie, lecz w głębi ducha uważa za słuszne,

że świat dorosłych po nią sięgnął i chwytając za przegub, próbuje wciągnąć

z powrotem w zwykły porządek rzeczy. To, że wysłannik owego świata

właśnie tutaj, w tym nieprawdopodobnym miejscu na nią czeka, napełnia

ją poczuciem nieuchronności, to zaś, że ją trzyma, tępym spokojem:

nie wierzga i nie gryzie go w rękę, chociaż miałaby ochotę.

(...)

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.