22 lipca 2018, niedziela

Czytelnia człowieka dla ludzi

Ludwik Cichy

Zaatakowana


(Opowiadanie, środa 24 października 2012 )




Zaatakowana


Gdy dotarła nad jezioro, mgła rozpuszczała kształty i zjadała całe krajobrazy. Zaparkowała, wypuściła z bagażnika psa i rzuciła mu kij tam, gdzie zawsze była plaża. Pies skoczył za kijem i natychmiast zniknął, jak wszystko. Ruszyła powoli, ostrożnie, a kiedy wyczuła pod butami piasek, poczuła się pewniej i przyspieszyła. Była tu już tyle razy, znała na pamięć każdy kąt. Zdziwiła się, gdy w miejscu, w którym spodziewała się dotknąć nogą wody, piasek był wciąż taki sam, mniej więcej suchy. Powoli przeszła jeszcze parę kroków, ale wody wciąż nie było, choć słyszała ją, chlupoczącą leniwie o filary pomostu. Przystanęła i zawołała psa. Po chwili jeszcze raz. Rozejrzała się wokół, ale wszędzie tak samo nie było nic.


Coś szło za nią. Sprawdziła w kieszeni czy nie ma papierosów, ale musiała zostawić w samochodzie. Znalazła tylko pilnik do paznokci. Zacisnęła go mocno w garści jak nóż. Obróciła się błyskawicznie, bo teraz coś zbliżało się od strony jeziora, stanęła przodem do napastnika.


- Bari, to ty?! – pies nie zaszczekał radośnie, jak zawsze, gdy słyszał jej głos. – Bari, chodź tu! Ale już! – to nie był pies.


- Muszę się ruszać, stojąc stanowię za łatwy cel – postanowiła.

Przebiegła kilkadziesiąt metrów, przykucnęła żeby być jak najmniej widoczną i zaczęła nasłuchiwać. Dotarło do niej, że wciąż zaciska w dłoni pilnik.


- Bożesz, ale się dałam zagonić – wyprostowała się, odetchnęła. – 32 lata, doktorat z ekonomi, trzy języki, od mojego kaprysu zależy czy jutro w mieście ludzie znajdą na półkach to, czy zupełnie coś innego, kariera jakiej mogą pozazdrościć wszyscy… i tak się dałam zagonić w tej mgle, paradne, dobrze że nikt tego nie widzi.


- No, Bari chodź już, wracamy – powiedziała swobodnie, zwyczajnym władczym tonem, wyćwiczonym w tysiącach codziennych sytuacji, jakie przyzwyczaiły ją do tego, że zawsze po zabraniu głosu rzeczy dzieją się jak powinny, jak tego oczekiwała i chciała, i co nauczyła się  uznawać za normalne. Wytłumaczyła sobie, że pies po prostu znalazł rybę wyrzuconą na brzeg i teraz żre ją pośpiesznie i najciszej, żeby ona mu jej nie odebrała i nie skarciła za samowolę. – No chodź, dobry pies, chodź – zachęciła rozgrzeszająco i ruszyła w stronę, gdzie zostawiła auto.


Najpierw usłyszała chlupot opadających z czegoś kaskad wody – i choć mógł to być odgłos wynurzającego się z jeziora monstrum, przytomnie wybrała wariant rybackiej łodzi cumującej po omacku we mgle – ale gdy rozległ się plusk, jakby zrzucono z samolotu czołg, wiedziała już, że monstrum na powrót zanurkowało, najprawdopodobniej by podpłynąć pod wodą. Rzuciła się do ucieczki jak oszalała. Od auta powinny dzielić ją już tylko metry, gdy z impetem rozpędu wpadła do lodowatej wody.


Nie próbowała rozumieć, analizować; czuła jak uzębiona paszcza już, już, już zaciska się na ciele, jak odrywa kawał, który jeszcze przed sekundą był nią, a teraz staje się zaledwie kęsem dla wodnego potwora… obróciła się błyskawicznie i gnała najdalej stąd!

Tym razem udało jej się wybrać dobry kierunek. Jeszcze parę kroków z prędkością pędzącego expresu i w rzednącej mgle zobaczy… swoje rude audi na parkingu i psa warującego przy przednim kole. Na jej widok pies podniesie się i merdając ogonem poda jej kij rzucony tam, gdzie zwykle znajdowała się plaża, którą znała jak własną sypialnię.

 

Foto: sieć, Klick!!!


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.