21 listopada 2019, czwartek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Redakcja

Zygmunt Haupt

Przeczytajcie trzy opowiadania Zygmunta Haupta, jednego z najbardziej oryginalnych pisarzy XX wieku. Za życia wydano mu tylko jedną książkę, i od razu z błędami. Na szczęście „SW Czytelnik”, wydała zbiór opowiadań tego nieprzeciętnego twórcy, opatrzony posłowiem Aleksandra Madygi, stanowiącym nie tylko klucz do pisarstwa Haupta, ale wiele mówiącym o nim samym.




Opowiadania Zygmunta Haupta możecie przeczytać w „Morelach i Grejpfrutach” dzięki życzliwej przychylności Janusza Drzewuckiego (Redaktor Naczelny SW „Czytelnik”), Anny Rucińskiej (Dyrektor ds. sprzedaży i marketingu) oraz Jadwigi Majdeckiej; szanowni wymienieni - za Haupta, proszę sobie wpisać plusik do swoich dzienniczków.



Deszcz

 

Niektóre sprawy zapamiętuje się w życiu na zawsze.

Pamiętam na przykład jeden deszcz. Musiałem być przez jeden dzień w tym miejscu obcym, nie znanym mi dotąd, byłem tam przez cały dzień i deszcz padał przez dzień cały, i zaledwie ustał nad wieczorem.

Kiedy przyjechałem tam rano, wcześnie, to przyjechałem już za tego deszczu. To było lato i ciepło i nic właściwie nie dolegało owego dnia, tylko deszcz. Było zielono: jasna zieleń wczesnego lata, jasna, srebrzysta i dlatego srebrzysta, że była zaciągnięta szarugą tego deszczu. Na stacji kolejowej trzeba było poczekać, może na to, ażeby ten deszcz trochę przestał tak padać, bo nie było nań rady – deszcz ulewny, ciągły. Potem, jak miałem tam pobyć cały dzień, to i przyzwyczaiłem się do tego deszczu, jakby należał on do krajobrazu, jakby tu nie miało nigdy być co innego, tylko deszcz. Bo ani przedtem tam nie byłem nigdy, ani potem. Mogłem sobie domyślać się, jak tam było za sucha, za pogody i słońca, ale wtedy, kiedy byłem, to był deszcz i zielono. Pamiętam zieleń tego miejsca, jakby zieleń ta, jak farba przez ten deszcz rozpuszczona, zafarbowała wszystko na zielono.

Powiedziałem tu przedtem: szaruga. Otóż nie, nie była to szaruga. Było coś świeżego, żywego w tym deszczu: padał prosto, nie zacinał, nie zalewał szyb okiennych ani ścian, ale w jakiś stanowczy, zdecydowany sposób, gdzie tylko było obrócić oczy, leżał pionowo na tym zielonym krajobrazie z zieleni drzew.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Byłem tam wtedy przez cały boży dzień. I było tam pusto, bo i deszcz, więc wtedy ludzie się chowają, i poza tym był to jeszcze półsezon, więc tych ludzi mało. A więc opustoszałe żwirowane chodniki, „deptaki” nie żwirowane, ale wysypane żużlem – to pamiętam, sztachety domów i willi, cienisto od drzew wysadzających te ulice, rynny chlustające wodą deszczową, mokre liście. Czasem przelatywał jakiś milczący ptaszek i to było całe życie: lot skośny ptaka z jednego mokrego schroniska w inne. Nawet nie pamiętam, jakie tam było niebo, bo wszędzie były drzewa i przysłaniały je. Nie było także ani powiewu; może zaciągnęło chmurami i musiały się wypadać, i wtedy nie miało go być więcej, tego deszczu.

Już nie pamiętam, po co wtedy tam byłem, w tym miejscu. To dziwne – pamiętam deszcz, pamiętam tło tego deszczu, a poza tym niczego więcej już nie pamiętam. Więc czemu tak zapamiętałem ten deszcz? Jeden z tysięcy, jakie padały w mym życiu. Może to była jakaś ważna sprawa, z którą wtedy byłem tam, i o tej sprawie zapomniałem, a przez jakiś przeskok myśli, zamiast o niej, pamiętam jedynie ten deszcz.

Może szukałem tam za kimś, kto obiecał mi pieniądze? Obiecał, a coś zaszło, może nie można, nie należało na nim polegać, może fanfaronował, a mnie naraził na poranne tłuczenie się pociągiem i na deszcz? Może nałgał, a może to ja jemu nałgałem i stracił do mnie zaufanie, a może to ja go źle zrozumiałem, może wziąłem jego gadaninę za dobrą monetę? Nie pamiętam.

A może to była ta dziewczyna, co powiedziała mi miesiąc przedtem, że to już ostatni raz i że powinniśmy przejść z powrotem na „pan” i „pani”? A ja nie umiałem się z tym pogodzić i wybrałem się, ażeby jeszcze ją zobaczyć i przypominać, i prostować, bo bez niej było czarno, jak czarno! i nie mogło pomieścić się w głowie, że nie da się przekonać, że nie wyjdzie do drzwi i nie powie, że tamto to tylko nieporozumienie. Wyjdzie i zaśmieje się, wyjdzie i zawstydzi się, a po miesiącu niewidzenia będzie taka sama, przytrzyma ręką kapelusz i z boku będzie patrzyła swym profilem, jak dawniej.

A może wysłali mnie, ażebym zabił człowieka? Może ciążył mi w kieszeni przemoczonego gabardynowego płaszcza pistolet, któremu mechanicznie przesuwałem bezpiecznik z „Safe” na „Fire”? Posłali mnie aż tam, ażebym poczekał, aż będzie wychodził z furtki pensjonatu, i kiedy wystrzelone i usmolone łuski pistoletu będą lśniły na żużlu chodnika, to nawet wtedy nie będę widział twarzy zabitego przeze mnie i leżącego plecami do góry człowieka ze śmiesznie wykręconymi nogami.

Mogły więc to być sprawy bardzo ważne, szczególnie brzemienne w następstwa. A oto z tamtego czasu zapamiętałem jedynie deszcz. Zielony, srebrny, rozpryskujący się jak rtęć, zapamiętałem siwiznę tego deszczu wpośród zieleni, jednostajność i jakąś dziwną świeżość tego deszczu, a niczego więcej nie zapamiętałem.

Potem, wieczorem, ten deszcz ustał. Już była noc, w kałużach wody deszczowej odbijały się latarnie i światła domów, kiedy jeszcze musiałem gdzieś pod mokrymi drzewami czekać na coś po czarnej nocy na powietrzu tak niezmiernie świeżym i deszczowym, a potem wróciłem na stację do pociągu i już nigdy więcej tego miejsca nie widziałem. Zapamiętałem tylko deszcz.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tak sobie ułożyłem to opowiadanie i teraz przyglądam się swemu dziełu. O czym ono ma mówić? Co za wieść cholerną ma nieść w sobie? Czy ma to być tylko rodzaj sygnału, ażeby odbiorca tego dopowiedział sobie kompletniej, czy też opowiadanie to jest moim osobistym, sztucznym językiem, rodzajem volapüku, który jest tylko dla mnie zrozumiały? Czy implikuje ono jakąś... jakieś jedno wzruszenie, które będzie zawsze jednakowo ważne w czasie? Czy będzie zrozumiałe? Czy ma mówić o niedołężności ludzkiego porozumienia, czy o jego bogactwie, które niesie w sobie wszystkie możliwości, wszystkie wariacje? Czym ma być ono? Czy może tylko rodzajem układu elementów, ażeby zakołysało się w jeden rytm albo jedną kompozycję, zadowoliło, połechtało jakieś uwarunkowane, jakieś prawie że fizjologiczne węzły nerwowe czy jak by to nazwać, uderzyło w deskę tego samego rezonansu?

Deszcz, ma z tego zostać tylko deszcz, to znaczy, że niby wszystko jest nieważne, „matajotes matajoton, ta panta matajotes”, aż to sięga po jakiś morał, że co byśmy nie przeżywali, to w obrębie spraw nie liczy się to i że pozostaje tylko deszcz. Tak więc z kompleksu utajonego, anarchii, kiedy zapełniam swoje życie po brzegi wyimaginowaną ważnością transakcji dwudziestozłotowej, unoszącej mnie po prowincji i wpośród deszczu do obgryzania paznokci ze zniecierpliwienia. Albo że bolesny zadzior i przepastna rozpacz tego, że tamta dziewczyna wymykała się z samolubnych objęć teraźniejszości, potrafiłby jeden deszczowy dzień uznać za jedyność godną kolekcji najtragiczniejszych dziań się od stworzenia świata. Albo że był to najaltruistyczniejszy dzień, kiedy w imię czegoś, dla racji takiej a takiej sprawy, w mokry dzień pod zmokłymi liśćmi alei uzdrowiska, pomiędzy sezonami, potrafiłem zabić z tyłu człowieka, którego twarzy nigdy nie widziałem, i patrzeć na swoje ręce, zanim panika poniosła mnie, jak pijaka, by zataczać się pomiędzy ścianami świata.

Nie wiem... Pamiętam tylko, że był taki jeden dzień i skończył się, i że wróciłem na stację do pociągu, i że tego miejsca potem więcej nie widziałem. Zapamiętałem tylko deszcz.

 

[prwdr. „Wiadomości” 1953, nr 26]





 

 

 

 

Pejzaż ze wschodem słońca

i obiektami ze stali

 

Czołgi stały za nami o jakie kilkadziesiąt kroków, jak małe pagórki. Od nich nadchodziło dwu czołgistów, oficerów. Jeden to był kapitan o chudej twarzy urzędnika czy kancelisty, a drugi to był gruby i przysadzisty porucznik o grubych rysach. Ten porucznik był zdenerwowany specjalnym rodzajem zdenerwowania tęgich ludzi. Patrzył tylko ciągle w oczy kapitanowi i przytakiwał mu. Aż mnie uderzyła ta służalczość, ciągle to: „tak jest, panie kapitanie”, „rozkaz, panie kapitanie”, „tędy, panie kapitanie”, aż dziwnie – tu wojna jak cholera, a ten basuje temu swojemu kapitanowi. Ale może to go trzyma, ten stosunek z innego życia, i pewnie to pomaga tamtemu także, że tu wojna, a stara sztampa tak zachowana, jak na placu ćwiczeń.

Obaj mieli na sobie czołgowe kombinezony, grubego porucznika robiło to jeszcze bardziej nabitym, szelki od oporządzenia mieli poprzekręcane i niezgrabnie dyndały się im olstry rewolwerów, mimo że mieli je specjalnym gurtem przypasane do uda prawej nogi, i zuchowato, po kowbojsku wyglądały z nich kolby webleyów i tulejki z zapasowymi nabojami, naszyte na tych olstrach.

Na przedpolu było śmiertelnie pusto i cicho. Dlatego już dawno przestaliśmy kulić się za wrzosem i poruszaliśmy się swobodnie, jak na własnym podwórzu. Czołgi, co prawda, stały na płaskim, pochyłym przeciwstoku i nie było ich widać stamtąd.

Z bliska czołg jest wielki jak cholera i jasnozielonooliwkowy, tylko rury wydechowe ma zasmolone, czerwone, rdzawe, milczące. Dla cywilnego umysłu wyobrażenie o nim jest przesadne i wyolbrzymione, znakomity przykład psychologicznej szarży, ale nie tak jest z tymi, co mają w nich siedzieć. Nasłuchałem się dosyć opowiadań i miałem sporą ilość relacji od fachowców, relacji kończących się zawsze defetystycznym akcentem. Bo, proszę, zawsze jest tu coś źle z nimi. Pamiętam jeszcze vickersy w Polsce, jak je krytykowano słusznie i niesłusznie. Że pancerz. No pewnie, jak ma się siedzieć za tym pancerzem i własna wyobraźnia każe widzieć ryje przeciwpancernych dział wijące się za pokrętłem celowniczego i potem blask i przeraźliwy płomień wystrzału, i goni czerwony, smugowy pocisk, i rykoszetuje w poszukiwaniu pancerza, i kiedy, pomimo że ma się w głowie formuły o chromoniklowych stalach pancernych, stalach twardych, widiach, kiedy pomyśleć o balistycznych fantastycznych szybkościach początkowych tysiąca metrów na sekundę, to co? co się dzieje? Opowiadali mi czołgiści z marsem na czole, nie bojąc się śmieszności, że pocisk taki wyprawia dziwne brewerie. O tym, że nie wywierca, ale wybija korki w ciężkim pancerzu. O tym, jak pod uderzeniem wnętrze wieży pryska w ostre, nieprzewidziane fragmenty, jak instalacja elektryczna rwie się w nieoczekiwane krótkie spięcia, jak rzyga pod wysokim ciśnieniem i pali się oliwa z pomp obracających wieże, kiedy siedzi się w magicznym kręgu magazynu pocisków pięknie i pedantycznie powtykanych w tuleje wokół wieży. Zdradzają zastraszające i defetystyczne sekrety wad shermana, jak to, nie wybalansowany i wysoki, na pochyłości przewraca się od odrzutu własnego działa i nakrywa załogę stalowym, palącym się sarkofagiem. Kiedy od podmuchu pękających obok pocisków artyleryjskich sprężyny otwartych klap nie wytrzymują i zatrzaskują się, miażdżąc ręce i głowy wychylonych z nich ludzi. Ale pancerz był najważniejszy i zaważał na samopoczuciu. Liczyli cale: dwa cale, trzy cale, trzy i pół cala w czole, a z tyłu prawie nic, i tak dalej, i tak dalej. Tak, ci z czołgów to mieli wcale poważne miny, jeżeli przychodzi do tego, że trzeba wpakować się we wieżę i jechać na wskazany kierunek.

Czołgi stały cicho, tylko wydobywało się z nich granie i wycie twornic aparatów radiowych. Była godzina „H” do strojenia. Słychać było monotonny głos radioty, jak powtarzał:

„«Magda Jeden» – mówi «Magda Dwa» – słyszę was – siła: pięć – «Magda Jeden» do «Magda Dwa» – słucham...”

A potem dziwna sensacja, bo słyszę nagle taki głos, jaki już słyszałem. Głos strzelca z przestrzelonym krzyżem na noszach przed ambulansem – było to: „A-a-a... a-a-a...” Takie „a-a-a”, jakie było refrenem do piosenki do usypiania dzieci: „A-a-a, były sobie kotki dwa...” Taki sam głos agonii i bólu, aż mnie wzdrygnęło.

A tu [nie] było to nic innego, tylko radiota rzęził to swoje „a-a-a” do mikrofonu, ażeby samemu się sprawdzić, i patrzył drapieżnym okiem, jak mu wychyla się strzałka amperomierza. A niech go szlag trafi!

Ale jest spokojnie i najniespodziewaniej inaczej, aniżeli ktokolwiek by się spodziewał. Jest wczesny świt. Przed nami jest dosyć faliście, a za nami łagodnie spada w dół i otwiera się w blasku rosnącego dnia daleki, daleki krajobraz. Jest chłodno, trochę bardziej niż rzeźwo, i jest to trochę dokuczliwe. Może dokucza ta niezwyczajna pora, kiedy to właściwie wszystko jeszcze śpi, oddycha snem porannym. A tu jestem już od czterech nocnych godzin na nogach, w ustach mam gorycz i niesmak od wielu wypalonych na czczo papierosów, jest mi nieprzyjemnie od tego, że jestem od dwu dni nie myty i mam dwudniowy zarost. Myślę, że gdybym był ogolony i czysty, to wszystko wydałoby mi się o wiele normalniejsze i prostsze, nawet potrafiłbym myśleć inaczej.

Posłali mnie tutaj jako łącznikowego artylerii i tam, w Brygadzie, wyglądało na to, że wszystko będzie tylko od tej artylerii zależeć, a tutaj jakoś nikt na to nie zwraca uwagi. Owszem, przyjęli mnie ze śladem zainteresowania i pewnie dobrze im to zrobiło, że mają zapewnioną artylerię, ale co by to ona mogła dla nich zrobić, to nie bardzo pamiętają z kursów dowódców, na których im coś kiedyś wykładali. Są drobiazgowo zajęci tym swoim; z jakimś rodzajem, powiedziałbym, małostkowości trzymają się tego swego oślego i upartego szymla, którego, ze złością myślę, sam nie rozumiem. Gonią tymi szymlami – już ja to znam i wiem, jakie to łatwe i bezmyślne. Ale czy to ja sam nie łapię się swoich szymlów, czy nie łapałem się tyle razy?

Jest taka pora rano, to trwa niedługo, ile? dziesięć–dwadzieścia minut, kiedy kończy się noc, a dzień jeszcze się nie zaczął i wszystko jest niezdecydowane i płynne. Jakieś tam dzieją się w górze tragiczne załamania pryzmatyczne światła, bo rozczepia się ono na tak zdecydowane kolory, że dławi w gardle. Słońca nie widać, gdzieś tam już powinno być, ale w tym miejscu walają się chmury, kryją je złowrogą frędzlą i pożyczają z tamtego zbiornika kolorów najbardziej indygowe i fioletowe, ażeby nadać sobie ponurej ważności. Ale zaraz wyżej szarpią się w kłaki i między nimi jest różowo, ale to tak różowo, że do niczego to porównać, potem znów kłaki chmur i jest szafran i jak pozłótka na choince. A potem znów kongregacja chmur, obrzeżone perłowo i perłowo, i potem błękit nieba, i to już ponad głowami, a dalej chmury już białe, a za nimi, ku przeciwnej stronie nieba, seledyn i w nim bledziuchny płatek ubywającego księżyca. Wydaje się, że z tego nieba można doczekać się wszystkiego: że zawiać może palącym wiatrem albo że sypnie zeń śnieżną zawieją, albo że zakręci się to wszystko w apokaliptyczną trąbę powietrzną, albo – rozjaśni majowym deszczem. A jaki koniec tego wszystkiego? Chmury, bo chmury – zostają, rozwłóczą się, światło słoneczne zaczyna spoza nich przesiąkać, białe i apatyczne; co tu mówić, cholera, jest dalej zimno, nieprzyjaźnie i obco, i niedomowo i chciałoby się być daleko od tego i nie mieć z tym nic wspólnego, i nie ma na to rady.

A na dole, co się działo na dole? Wszystko jest widoczniejsze, ale i tak samo, jak było poprzednio: leciutka mgiełka od strony nieprzyjaciela, wrzosy i żółta trawa, i woda w lejach, i opuszczone miejsce, i dalej nic, chyba tych kilka figur ludzkich, co się tu i ówdzie kręcą. Żyć się od tego wszystkiego nie chce.

Jest odprawa dowódców czołgów. Kompania to dziewiętnaście czołgów: cztery plutony po cztery czołgi, czołg dowódcy, zastępcy dowódcy i jeden zapasowy, więc razem dziewiętnaście. Dowódcy czołgów wydrapują się ze swych kopuł, kopuł obwieszonych torbami i dobytkiem na zewnątrz pancerza. Jeden jest wysoki i ma na sobie wyblakły kombinezon mechanika – ubiór kiedyś brązowy, a teraz jasnordzawy. Inny, mały, ma wyświecony od smarów beret z pogiętą blaszaną gwiazdką podporucznika i jest nie ogolony, jak my wszyscy. Ludzie ci mają w sobie coś prostackiego, uczniowskiego. Stoją małym półksiężycem wokoło dowódcy. Dalej czołgi drzemiące w srebrnym świetle dnia. Sterczą tylko ich anteny, jak bicze, na wieżach, tym odróżnia się je od niemieckich w sylwetce, bo tamte mają je na kadłubach.

Dowódca kompanii jest dziwnym połączeniem nieporadności i miękkości – gubią mu się mapy z wielkiego mapnika, pokrytego celofanem. Na tym celofanie ma zarysowane jakieś kreski, strzałki i notatki dermatograficznym, kolorowym ołówkiem.

Widzę niewyspane twarze dowódców czołgów. Na twarzy najbliższego najwyraźniejsza troska nie o natarcie, ale o to, czy mu radiota zgrał się na sieci. Ciągle patrzy w tamtą stronę, a potem nie wytrzymuje i idzie tam z porucznikiem z plutonu łączności. Ten porucznik cały ten świt wisiał na wieżach czołgów z głową w środku i wiszącymi na zewnątrz nogami i coś majstrował tam, i martwił się o te swoje elementy i sieć. Kapitan spojrzał za dezerterami znużonym wzrokiem, ale nic nie powiedział, słychać było tylko ciągle to jego zastępcy: „tak jest, panie kapitanie!”, „rrrozkaz, panie kapitanie!”

Kapitan pokazał coś na celofanie, bąknął coś, co brzmiało, jak: „jesteśmy, o, tu, nasza podstawa natarcia”, potem złamał mu się dermatograficzny ołówek, rozglądnął się bezradnie, ktoś pomacał się po kieszeni kombinezonu, czy nie ma noża, nie miał. I wszystko się rozprzęgło. Potem zobaczył mnie i przyjaźnie kiwnął mi głową, i zaraz zatroszczył się: a co ze mną? No to pan pojedzie z „Magdą Pięć”; nie wiedziałem tylko, który to jest „Magda Pięć”. A tymczasem kapitan gdzieś mi się zagubił – patrzę, a jest już na szczycie wzniesienia, błyszczy mu się celofan w ręku, i jest tam ten jego zastępca, który ciągle przystaje, ażeby stuknąć obcasami, a potem kulejącym krokiem dogania kapitana. Puszczam się za nimi w pogoń, a mój kapral Smolikowski za mną z wielkim trójnogiem lornety nożycowej i innymi aparatami, i moim mapnikiem.

Mijamy schowaną pod kępą wrzosów czatę dragonów – lśni od rosy brengun, obładowani są brezentowymi ładownicami z zapasowymi magazynami do brena i trzech śpi, skulonych jak dzieci, jeden tylko leży i patrzy przez lornetkę w stronę nieprzyjaciela, i tak to go absorbuje, że nie zwraca na nas najmniejszej uwagi.

Przed czatą dragonów jest już tylko no man’s land, jak się to mówiło za tamtej wojny.

Jest bardzo ciężko drałować przez te wrzosy: kruszy się z nich jakieś świństwo i trzeba przymykać oczy, żeby się do nich ten pył dokuczliwy nie dostał. Na dobitek ten zasapany Smolikowski za mną z tą całą lornetą. Pytam go niepotrzebnie:

„Ile Smolikowski ma lat?”

Okazuje się, że jest moim rówieśnikiem.

„To co Smolikowski się tak zasapał? I ciągle zostaje z tyłu?”

„A bo pan porucznik to nie był w łagrze” – on do mnie z tym chłopskim, przemądrzałym, zawsze tłumaczącym argumentem.

Mówię mu:

„A niech Smolikowski zostanie tam, z tymi dragonami...”

To został.

 

[prwdr. „Kultura” 1961, nr 10]





 

 

Pierścień z papieru

 

Od razu poszła o mnie wieść. Na jarmarkach, po zajazdach, dworkach, plebaniach, między chłopami i Żydami. W kuźniach, na targowicy, po wozowniach, stajniach, w bazyliańskich monasterach. Przyjechał...

W czasie odpustów i prażników, przy tołokach, sianożęciu, u pocieni żydowskich sklepów, przed bóżnicą i u wejścia do cerkwi (na górze bania monasteru Bazylianów, do góry biegną ścieżki wydeptane przez pątników, kręte, kapryśne, wpośród wyszczypanej przez gęsi murawy, zbiegają się u furty klasztornej, gdzie podcień i podwórze cerkiewne pachnie w słońcu wapnem i potem świątobliwym, i tu taborem obóz dziadów, chałturów, kalek zawodzących i miamlących modlitwy, pieśni, błagania i prośby: „Hospody, pomyłuj”, „Świataja Preczystaja”, głosy, szkaplerze, różańce, tułowie, grzbiety, garby, kikuty, kule, powykręcane stopy, pokurczone w szpony garście, puste na zawsze oczodoły, ściągnięte zmarszczką skóry, grymasy niezrosłych od urodzenia ust, rachityczne pałąki, małpie twarze, kuternogi, obnażone na pokaz resztki ramion, torby, kije, głowy okutane w szmaty, czasem atletyczny tors obok wyschniętej na szczapy kupy kości ludzkich, a nad nimi, na bielonych ścianach podcieni czarne płótna obrazów z głowami świętych w aureoli, twarze o surowym wyrazie z parą patrzących w słup oczu, którym brwi, rzęsy, oprawę prymitywny malarz zrobił maskarą, jak w salonie piękności, a nad nimi, w wieńcu głagolicy, Duch Święty – Paraklet), w salonach resursy, nad zielonym suknem stołów karcianych, po kancelariach adwokackich, wśród wozów czekających przed młynem albo u przewozów i brodów powtarzano i wyolbrzymiano wieść – niosła się i rozchodziła. Przyjechał...

Wrócił, mówili. Majątek u niego, powiadali, kruszec, dobro – mnóstwo, massa. Przyjechał, mówili, z całym dworem, końmi, psami, a dywany i kobierce, mówili, u niego, srebrne naczynia, makaty, uprząż, rzędy, dywdyki, łańcuchy, stroje. Mówili o mnie, żem stanął w najlepszym, najszykowniejszym zajeździe, żem z kozakami przyjechał, służbą, a konie u mnie – araby, a sfora – charty.

Tym, co mnie spamiętać nie mogli, bo gdzie tam, to były lata temu, to mówili, jaki to ja byłem wtedy, że nie było u nikogo większej fantazji. Że to od moich czasów datuje się pamięć koniarzy, furmanów, zaprzęgów, że to mnie spędzali konie od Azowa, od Mołdawii, z Anatolii i puszty węgierskiej, różne maścią, zbierane po jarmarkach, kradzione za kordonem, spędzane z dalekich stron, uchlastane po kłęby, dosiadywane na oklep przez koniuchów, pławione wśród zarosłych szuwarami stawów, łypiące krwawym okiem wpośród tłumu, zgiełku i kurzu jarmarku końskiego, gdzie każą im iść stępa, kłusa, galopem, gdy wpośród szamotania się i tulenia uszu, z wiszącym u pyska koniowodnym kowal pasuje im do rogu kopyta rozpaloną podkowę, w kłębach gotującej się pary hartowaną.

To o mnie opowiadali, żem na czwórkę dobierał konie nie maścią, nie z wyglądu, ale dla ich wytrzymałości, a im brzydsze były i pokraczniejsze, tym bardziej były pożądane. Że sadziłem się na oryginalność, więc w czwórce z zasady musiał być srokacz, a inne żeby były jak najdziwniejsze: mroziate, dropiate, wilczate, deresze, rzadkich odmastków hamany, a jak który miał szramę po opaleniu w pożarze, to tą szramą wprzągało się go na zewnątrz, a jak miał rybie oko, czyli, jak się to mówiło, „zerkaty”, to tym cenniejszy. A uprząż to mogła być u mnie tylko z surowcowej skóry, kręconej po domowemu, szytej nie dratwą, lecz rzemieniem, uprząż prosta i łatwa do wkładania czy też wyprzęgania naprędce, typu szorowego, ze skóry złożonej we dwoje, mizdrą do środka i licem na zewnątrz, napierśnik i nakarczek, od którego po bokach i wokół biegł pas natylnik z upinaczem natylnika biegnącym grzbietem końskim, od którego podtrzymywały go szelki. To one powstrzymywały rozpędzony wóz, trzymały go konie dyszlowe, natomiast konie przyczepne, orczykowe albo tak zwane „biczowe”, kiedy w czwórce w „porącz”, były wprzęgnięte do orczyków zaczepionych do bocznych posmyków, zahaczonych o szynkle tylnej osi. A już prawdziwą ozdobą uprzęży były uzdy z ich nagłówkami, policzkami, nachrapnikami i rzemieniem biegnącym środkiem twarzy końskiej, nabijanym mosiężnymi tarczami. A zwłaszcza wspaniały, zdobny w klamrę i mosiężne nabijania pas, który przebiegał od nagłówka pod szyję, ganaszowanie, pas, u którego zawieszało się bałabony, kałatały i szeptuny – bałabony lane ze srebra carskich rubli, szeptuny ciągnięte po domowemu z blachy starych pił i kałatały drewniane z dobrze wysuszonego drzewa gruszkowego, kwadratowe, skuwane na spojeniach – w które uderzały serca z drewnianych paciorków, nanizanych na drut.

Ktoś mnie widział na drodze spadającej z Przełęczy Tatarskiej w stronę Rachova, drodze zapchanej kolumnami samochodów, ciężarówek, wozów, platform, sprzętu, ludzi pieszych zapatrzonych w jedną stronę, gdzie wpośród kurzu i tętentu kopyt przepychał się tabun koni gnany od setek kilometrów, stłoczony, ściśniony, fala grzyw i karków końskich, szyi zmydlonych i boków mokrych od potu. Konie były młode – jakaś stadnina z Janowa Podlaskiego? Włodawy? – dwu- i trzylatki, zastrachane i toczące białkami oczu, z rozwartymi chrapami, w tumanach kurzu. Tym razem konie stanowiły jedno z ludźmi. Już nie było tej strasznej różnicy niemych zwierząt i artykułowanego przemądrzania się ludzkiego, nad grzbietami końskimi nie świstał bat ani [nie] przynaglało ich ludzkie przekleństwo.

A potem, wieść szła, miałem pół świata zwiedzić. Mnie, którym znał stadniny Chorostkowa, Czarnokoniec, Jarczowiec, Albigowej, Sławuty, przyszło poznać inne: w Bábolnie na Węgrzech, w Lippiza w Austrii, stadniny Pompadour i Tarbes we Francji, „Royal Mares” w Malmesbury i Tutbury w Anglii. Widziano mnie w Longchamps i u paddocków Newmarket, na przeszkodach w Saumur i w Hurlingham, gdzie grają w polo. Mówili, żem nocował w namiotach wahabitów i ujeżdżałem ich konie, i znałem ich rody, rody słynnej piątki Al-Chamsa – gniade, o podłużnej twarzy i wysokim nadpęciu „kuhailany”, siwe „saklawi” o długich nogach i głębokiej piersi, złotej maści „munighi” o wąskim, wydłużonym tułowiu – żem je po ich chodach, pokroju, odsadzie ogona nieomylnie poznawał. Po czerwonym, krwawym rozwarciu chrap, nerwami przesianej, delikatnej skórze, rżeniu biorących na kieł ogierów, po spadającej grzywie, różowych oczach przybranych w wiązane z czerwonej wełny uzdy klaczy i niecierpliwym szukaniu wymienia źrebaków.

Mówili, żem w Carogrodzie poturczył się, zbisurmanił, żem zaparł się wiary i przywdział turban paszy, i przyjął epolety, krzywą szablę i buńczuk. Powiadali ze zgrozą, że obraz Czarnej Matki Boskiej w monasterze ułaszkowieckim spłynął wtedy krwawymi łzami i pękły carskie wrota w jej cerkwi.

W każdym razie miałem przyjechać. Mniejsza o to, jakim tam obrzezańcem wróciłem, czym rozsiadał się na miękkich „karamani”, perskich „hamadanach” i „sarukach”, modlitewnych „szirwanach”, mniejsza o to, czym gryzł bursztyn cybucha, czy za Firdausim słowik był dla mnie „bulbul”, czym legitymował się firmanem (który, odebrawszy, należy z szacunkiem ucałować), w każdym razie wróciłem.

Powiadali, żem przywiózł ze sobą żonę: obcą, młodą, czarnobrewą, Greczynkę. To pewnie musiało należeć do tego orientalnego bagażu, bo jakżeby inaczej miało być. Taka spod dalekiego nieba, egzotyczna, zakwefiona, ognista, o powłóczącym spojrzeniu spoza welonów miała być tak nieodzowna, jak powymyślane bogactwa: srebra, konie i charty. Wieść po prostu sama zaokrąglała w kompozycję tę historię zapóźnionego powrotu.

Więc kiedy tak, to sobie to jeszcze sam uzupełnię. Każę sobie osiodłać konia, wycudzić, wystroić jak dryganta dla drużby na weselu. Z podwórza w bramę, z bramy drogą, tędy jak kuźnia na skraju wsi.

Strzeż się kowalichy, co w ogrodzie, wśród ostów, burzanów i łopuchów zasiewa anhełycię, dziewanny, rutę, biedrzeniec, tiutiun, rabarbar, rumianek, co zbiera szalej, piołun, kokoryczkę, belladonę, ślaz, co warzy pijanice, Centaurium – dorohozołot, dziurawce, co wie, gdzie znaleźć walerianę, Passiflorę, podbiał, dziką różę, co hoduje miętę, tymianek. Omijaj, unikaj jej oczu, nie patrz na jej nogi, kiedy spódnice zatyka w pasie, kiedy przędzie cieniutko, kiedy niesie wiadra na koromeśle od potoku, kiedy otręby zadaje świniom. To ona, jak podpatrzeć w samo południe, zakrada się do stajni ze stołkiem i skopcem i, usiadłszy u ściany, gdzie na hakach wiszą uprzęże: szleje, uzdy, postronki, naszelniki, ujmuje wiszące końce lejcy, czarownica, i doi je, i strzyka z rzemiennych końców lejcy tych mleko do trzymanego udami skopca, ciur, ciur! „słońce świeci i deszcz pada, czarownica masło składa...”, ciur, ciur! mleko czarownica odbiera krowom ze wsi i doi je z tych rzemiennych lejcy, i z miaukiem ociera się o jej gołe kolana czarny kocur, towarzysz nocnych wypraw wiedźmy.

To na jej zbliżenie się ogiery tulą uszy, przypierają się do ścian klatki, kopią, cofają się, przysiadają na zadach, przestępują kopytami, gryzą i chrapią, stają dęba. To ona może sprowadzić na nie kolkę, ochwat, kulawiznę, parchy, odparzenia, koler, to ona sprawi, że zatratują się, zagwoździ im kopyto i gnić im będzie żywcem, rzuci się na nie nosacizna, ślepota, narowy, zastudzą się, będą chromać, gubić podkowy, płoszyć się u krzyży na rozstajach, czepi się ich dychawica, będą łykawe, ogarnie je błąd i będą po- nosić.

To harap! aż pręgi występują na delikatnej skórze, i w pole!

Stary okop wojenny ciągnie się grzbietem pól – rów krzywą linią biegnący, z jego trawersami, przecznicami i dobiegami, z wysypanym na przedpiersie marglem, który kiedyś, po zasypaniu, będzie znaczył świeżo zorane niwy, jak blizna biała wśród czarnoziemu. Opuszczony okop służy za cmentarzysko końskie. Jest bardzo łatwo, i oszczędza to wysiłku, ściągnąć tu taki zewłok koński do tego rowu i naprędce przysypać go niezdarnie po wierzchu ziemią. Wkrótce psy tam znajdą drogę i tę ziemię będą rozgrzebywać, by dobrać się do ścierwa. Brzuch zapadnie się, sterczeć będą tylko żebra i rozwłóczone golenie, i kopyta końskie. Czerep, głowa z czarnymi oczodołami, wyszczerzone zęby, potężna żuchwa, kręgi szyjne, łopatki, ostre, kanciaste stawy biodrowe, szkielet – zmyślna machina, przeguby jej, anatomia celowa, maszyna obrana z mięśni, cuchnący zewłok koński. Po nocy dźwignie się rozpaczliwie, naprzód na przednie nogi, a potem, z jękiem końskim bólu i rozpaczy, że coś mu jeszcze raz każe powstać, chwiejąc się, poderwie się jeszcze raz z przekleństwem życia, wzniesie puste żebra do oddechu przerywającego się jak spłoszony ptak przez pręty klatki. Po nocy, pośród kłaków chmur straszliwa zjawa zbiegłych do kupy piszczeli końskich, powstałych w straszną karykaturę, ażeby jeszcze raz posłużyć ludziom, popozować do rozbieganej, rozgalopowanej czwórki Głodu, Moru, Wojny, Śmierci, wymyślonej przez ludzi, ozwie się strasznym rżeniem rozlatanego szczęściem wśród łąk źrebaka, by przejść w dziki kwik koni, które w panice i trwodze kosiło na wszystkich polach bitewnych świata.

A my teraz stępa przez dąbrowę, twarde, pożółkłe z jesieni trawy – miotły sztywne w styczniowym powietrzu. Lśnią wpośród grzywy mego konia, szumiącej grzywy, odświętnie wplecione w nią złote krążki, jak cekiny – w warkocz Cyganki. Jest już siny, zimowy wieczór i las przechodzi w granat. Dobrze jest być blisko domu. Śmiało można patrzeć w czeluść świata, głęboko wciągać mroźne powietrze, nastawić mu policzek.

W domu knot naftowej lampy pływa w bursztynowożółtej cieczy, płomień, jak żółte, pawie oko, patrzy uważnie i mądrze na cienie pokoju. W samowarze cieniutko pieje woda i herbata w szklance złoci pozostawioną w niej łyżeczkę pozłótką złotą i aromatyczną.

W świetle lampy widzę swą dłoń, położoną na stole, i na serdecznym jej palcu lśni błyskiem żelaznym pierścień z papieru.

 

[prwdr. „Kultura” 1962, nr 11]


rysunek: Andrzej Bobrowski

 

 

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

(0)~Ola, 2009-02-12 10:13:13
Deszcz. No tak, łatwo sobie tak nie pamiętać o niczym, tylko zwalić wszystko na deszcz. Jakby to była jego wina. Bo dziewczyna odeszła, bo zabiłem wściekły kogoś, bo mam depresję i deszcz tylko pamiętam. Widać deszcz może powodować zaniki pamięci i uśpić sumienie. Chociaż jeżeli bohater był w sanatorium, to sprawa staje się bardziej skomplikowana. Pewnie miał problemy psychiczne. Powinni go bardziej pilnować, nikogo by nie zabił.
ad. Deszcz (0)~KLARA, 2013-10-30 09:53:28

Przecież Z.H. pisze, że go wysłali by kogoś zabił, przecież to była wojna, wyroki itp. a nie zabił, bo chory...to do tego, co wcześniej komentował ... Dlaczego nie wznawia się dzieł Zygmunta Haupta, nigdzie nie można kupić Jego opowiadań albo co najwyżej wściekle drogie np. Baskijski diabeł za 145 zł czy 130zł - jacyś zdziercy oferują

Pierścień z papieru (0)~Maria, 2017-03-20 23:06:10

Encyklopedia wiedzy o koniach, niezgłębiona miłość do nich i rozpacz nad ich losem w służbie człowieka.

Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.