26 czerwca 2019, środa
Jerzy Pilch komentarzy: 0

Trzeci dziennik

16 maja 2019 roku, nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazał się najnowszy "Trzeci dziennik" Jerzego Pilcha.

Fragment pochodzi z serwisu Onet Kultura:


Nigdy nie byłem tak stary, nigdy nie byłem tak chory, nigdy nie zabierałem się do pisania z tak ściśniętym sercem i nigdy moje serce nie było tak wezbrane nadzieją. O tym, że fraza „serce wezbrane nadzieją” (i inne tego typu frazy) była mi dotąd z gruntu obca, nawet nie wspominam. Człowiek zmienia poglądy — pisarz zmienia styl. Od tygodnia siedzę w Wiśle i borykam się z tutejszymi żywiołami: majowym zimnem, psimi szczynami i matczynym niedosłuchem. Maj, początek maja, jest zimny w całej Polsce, jednakowoż w Wiśle Parteczniku szczególnie; znam to zimno i wy także je znacie. Jak idzie o psie szczyny, to owszem, kundle — zwłaszcza ten głupszy — leją gdzie popadnie. Jak idzie o niedosłuch, to przez telefon matula słyszy dobrze, jestem do telefonicznego kontaktu przyzwyczajony, dzwonię do niej z Warszawy praktycznie codziennie; teraz, jak wreszcie możemy pogawędzić face to face, jest mniej wyraźnie. Co robić? Z piętra na piętro tele­fonować? Po aparat słuchowy jeszcze raz odważnie sięgnąć? Tu sprawa nieco się komplikuje, tu działają jakieś ponadczasowe atawizmy, być może tu nieśmiertelnego argumentu genetycznego należy użyć. Matka mojej matki głucha była jak pień, gdy umarła, znaleźliśmy w szufladzie cztery kosztowne aparaty słuchowe najnowszej (ówczesnej) generacji. Babka nie używała, bo nie pasowało. Matka nie używa, bo nie pasuje. Doskonale to rozumiem. Proteza doraźnie pomaga — stan ogólny, zwłaszcza obraz ogólny, psuje. Z różnych powodów, też z takiego, że mam w tym upodobanie — chodzę o lasce. Doraźnie mi to dobrze robi, koi sponiewierany błędnik, koi skołatane nerwy — mam, poza wszystkim, jaki taki oręż w dłoni. Doraźnie mi to dobrze robi — ale stan ogólny psuje. W wizerunku zamęt wprowadza, agresywny upływ czasu sugeruje. To ja już tak stary jestem, że laski potrzebuję? I cóż z tego, że mam model najnowszej generacji, ze srebrną główką i mechanizmem odtwarzającym Postcards from Italy Bei­rutu czy Forever Haimu? Odmłodzi mnie ten zestaw? Raczej wątpię.

Dalej, Klick!!!

Miron Białoszewski komentarzy: 0

...

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Łapanie szczęścia

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

Ruski gangster



Poszliśmy z rodziną do pobliskiej pizzerii. Pizzeria jest w ogóle przednia, nazywa się Trattoria da Maria i znajduje się na ulicy Łokietka w Krakowie, niedaleko wiaduktu. Naprawdę dobrze karmią. W gruncie rzeczy, chyba w całym Krakowie nie ma lepszej pizzy. I jeszcze pod blokiem, no. Lubię tam zajść w niedzielę, zjeść tę pizzę i napić się piwa.


No i siedzimy, gadamy z właścicielką, która jest Włoszką zamieszkałą od dziesięciu lat w Polsce. Sama dogląda knajpki i pewno dlatego jedzenie jest takie dobre. W którymś momencie pyta, patrząc na mnie, czy jesteśmy z Ukrainy. Z jej tonu wnioskuję, że nie chodzi o takiego, co jeździ sobie na Uberze, ale o zupełne inny rodzaj Ukraińca. Takiego groźnego. Jakim cudem powzięła takie podejrzenie? Przecież przyszedłem elegancko odstawiony, w dresowych spodniach, trampkach i skórzanej kurtce, czyli swoim ukochanym zestawie na wiosnę. Do tego z ryja wyglądam kubek w kubek jak Matt Damon. Jak można było posądzić mnie o działalność przestępczą?


A jednak, takie rzeczy działy się wcześniej. Dwa i pół roku przesiedziałem w Kopenhadze. Smutno mi tam było. Bezskutecznie szukałem znajomości. Tylko na siłowni miałem jakichś kolegów. Nie chodziliśmy na piwo, to nie był ten stopień zażyłości, zresztą ci goście byli muzułmanami i chyba nie pili. Ale ćwiczyliśmy razem i zawsze cieszyłem się na ich widok. Piękni byli, młodzi, radośni. Świat należy do nich, tak sądzę. Ale jakąś okrężną drogą dotarła do mnie plotka za kogo jestem uważany. Otóż uchodziłem za rosyjskiego gangstera.


Nie zdementowałem tej plotki, a nawet ją podsycałem, opowiadając to i owo o Moskwie i krakowskim więzieniu na Montelupich (nie odwiedziłem żadnego z tych miejsc, koledzy jednak bywali). Doszedłem do oczywistego wniosku, że lepiej uchodzić za przestępcę ze wschodu niż polskiego pisarza na emigracji. W gruncie rzeczy dalej tak sądzę. Sława bandycka wydaje się bardziej kozacka, czarodziejska, budzi też szacunek i grozę, czego o ludziach pióra nie można niestety powiedzieć.


Orbitowski Klick!!!

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria



HUSARIA

Pańskie Chałupy - 2017/18, strona 1



Czy naprawdę wywodzimy się z kultury łacińskiej i wszyscy pochodzimy od husarii?

Otóż nie wszyscy wywodzimy się z kultury łacińskiej, i nie pochodzimy w prostej linii od husarii.

Mówią, że pierwszy człowiek na świecie miał na imię Mieszko. I przyleciał z kosmosu na meteorycie zabić dinozaury, żeby powstała ewolucja. I zaraz z małpy zrobił się Pan Twardowski, co sprzedał duszę diabłu za koguta i odleciał na księżyc. Potem Święty Mikołaj Kopernik wstrzymał słońce i ruszył ziemię, ale rad – rada nie rada – musiała wymyślić kobieta Skłodowska, i wynaleziono kartofle oraz konia z wozem; tak powstał świat czyli Polska. A przy niej powyrastały stopniowo, w miarę zapotrzebowania: Ameryka, Londyn oraz francuskie winorośle, żeby Polacy mieli dokąd za chlebem jeździć, i powstały Niemcy, żeby produkować mercedesy dla Polaków, ale u nich recesja straszliwa, więc słabo produkują i nie wszyscy w Polsce jeszcze mercedesami jeżdżą. A zaraz potem ewolucja wyłoniła Chorwację, żeby Polacy mogli mieć dokąd pojechać się wykąpać.

- Myśli pan, że Bóg jest przeciwko nam?
- Bóg nigdy nie jest przeciwko nam; on zajmuje się swoimi sprawami.

Słońce znów wzeszło rano i zajdzie wieczorem, deszcz nie pada na ludzi złych, ani na dobrych. Są dni lepsze i gorsze, dzisiaj wiatr nie hula po ulicach, auta jeżdżą elegancko w jedną stronę i w drugą też. Jedni śpieszą się tam, a inni z powrotem. Jednym i drugim śpieszy się równo i bardzo. Rzeczy błahe, jak i te wielkiej wagi, mają zwykle taki sam banalny początek. Żeby była przyszłość, musi być najpierw przeszłość. Historię produkują z dni lepszych i gorszych, ale nie jak leci, tylko według przepisu, żeby było jak należy.

-
Jeszcze nikt nic lepszego nie wymyślił niż rano się najeść, a wieczorem napić, panie Darku.

Z
awsze się znajdzie jakiś dowcipniś, któremu się wydaje, że ma coś do powiedzenia.

Kyrie eleison. Christe eleison. Kyrie eleison. Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas. Ojcze z nieba, Boże - zmiłuj się nad nami. Synu, Odkupicielu świata, Boże, Duchu Święty, Boże, Święta Trójco, Jedyny Boże, Święta Maryjo, - módl się za nami... - papuga hrabini Wrotycz-Nawłociowej klepie Litanię Loretańską. Całą! Ale bez zrozumienia. Za to nie zna kompletnie Ojcze Nasz; widać nie jest w pełni wierząca, co najwyżej się podszywa.

- Na pewno też by nie wiedziała kiedy wstać, a kiedy klęknąć podczas mszy, panie Darku.

- A ty coś za jeden?...
- Bo co?!

- No masz jakieś imię, nazywasz się jakoś, czy jesteś nikim?!
- Ja jestem Tomek z Pańskich Chałup, panie Darku.

- Masz kobietę nieletnią i trójkę dzieci...
- Ten Tomek właśnie jestem.

- I jesteś patriotą?
- A jak!...

-A skąd się biorą patrioci? Powiedz mi tu zaraz!
- Z Pańskich Chałup?... Ja jestem z Pańskich.

- I z czym przychodzisz, Tomek?
- Zwyczajnie, po ludzku przychodzę.

- No, jak po ludzku, to sobie usiądź tam wygodnie, nalej, zapal, odsapnij i udawaj, że cię tu w ogóle nie ma.
- W tej chwiluni, panie Darku.

Człowiek z natury jest dobry. Dla samego siebie.
I potrafi o sobie myśleć wyjątkowo, odświętnie i bez opamiętania, każdego dnia. Spośród wszystkich na świecie najbardziej lubi siebie. Przyozdabia się w krawaty nadające mu zwodniczy szacowny wygląd. I wtedy z wyglądu się składa i z wody, a nawet jak nie tylko z wyglądu samego, to zawsze jakoś przecież wygląda.

- Człowiek się z wyglądu składa? I z wody? Nie rozumiem za bardzo.
- Nie twoja wina, cycu.


- Wciąż nie udaje mi się zrozumieć, a bym chciał.
- Nie przejmuj się, tylu ludziom nic się dzisiaj nie udaje.


Nie jestem jeszcze stary, a piszę już książkę o ludziach. Pyszałkowaty – powie ktoś, i będzie miał rację.
I wszyscy się tym bardzo przejmują, chociaż nikomu nie mówiłem o tym pisaniu. Po prostu wszyscy wszystko wiedzą, a jak nie wszystko, to i tak swoje wiedzą. Dzisiaj ludzie przejmują się wyłącznie tym, co inni o nich powiedzą, więc lepiej na mnie uważać, naprawdę. Mam pięćdziesiąt lat i nie osiągnąłem niczego, więc nie mam nic do stracenia i mogę odważyć się na wszystko, bez obawy, że stracę cokolwiek z tego, czego nie mam.

- A czemu pan pisze, panie Darku?
- Bo nic innego nie mogę już robić.

- A czemu nic pan innego nie może robić?
- Bo piszę.

- A kogoś w ogóle interesuje to pisanie, ktoś się przejmuje tym, co się o nim mówi?
- Ludzie przejmują się wyłącznie tym, co powiedzą o nich inni; nic więcej ich nie interesuje.


- Chyba, że tak.
- I trzeba im powtórzyć dwa albo pięć razy, żeby zrozumieli, że mówi się do nich, a potem jeszcze raz, żeby zrozumieli co się do nich mówi.


- A dlaczego pan, panie Darku, niektóre zdania zaczyna od dużej litery a inne nie?
- Bo umiem.


Zdyscyplinowane słońce znów wstaje wcześniej ode mnie. Gdy otwieram oczy, ono już panoszy się po całym pokoju.
Nieustępliwie. Z ulicy dobiega rumor śmieciary, jazgot motorynek wiozących dzieci do szkoły po jedynki, rozlega się kwik świń transportowanych ciężarówą na rzeź - znak, że miasto już się rozbudziło. Czas i na mnie.

Idę po chleb.

Rysunek: Andrzej Bobrowski