1 grudnia 2022, czwartek
Lyn Hejinian komentarzy: 0

Romantyczna chwila

 

Romantyczna chwila

 

Po kinie, gdzie wyświetlali dokument przyrodniczy, przez Canyon

                                                                                                           [Road

wchodzimy do centrum handlowego, pełnego galerii i drogich

                                                                                                          [butikow,

 

gdzie w letnie wieczory pachną sztuczne pomarańcze,

a gładkie cegły murów świecą w ciemności jak ciało.

 

To dopiero nasza druga randka, siadamy na ławce,

trzymamy się za ręce, nie patrząc na siebie,

 

a gdybym był pingwinem, przechyliłbym się w tej chwili

i czule zwymiotował mojej ukochanej prosto w usta,

 

a gdybym był pawiem, naprężyłbym mięśnie pośladków,

żeby stanął mi wachlarz z piór, barwny jak cinema city.

 

A gdyby ona była samicą patyczaka, zapewne

wbiłaby mi leciutko podskórne żądło w szyję

 

i wstrzyknęła dawkę hormonów na uspokojenie,

żeby przyczepić mi do piersi torbę z jajeczkami,

 

a gdybym ja był młodym szympansem, odłamałbym gałąź

z pobliskiego drzewa i roztrzaskał szyby wszystkim jubilerom.

 

A gdyby ona była ropuchą mauretańską, swoim imponującym

językiem trzykroć obwiązałaby mi udo

 

i czule trzepnęła mną o powierzchnię naszej sadzawki,

ja zaś dobrze bym wiedział, że jej uczucie jest prawdziwe.

 

Ale na razie siedzimy chwilę i milczymy, wreszcie ona mówi,

ze w porównaniu z zachowaniami żółwia czy iguany

 

samce ludzkie są całkiem przekonujące w wyrażaniu uczuć.

A ja odpowiadam, że doprawdy nie potrafimy docenić,

 

jak w istocie delikatne są samice krokodyli.

Wtedy ona sugeruje, że pora już iść

 

na jakieś lody w rożkach i je zjeść.

 

 

Lyn Hejinian, z tomu Hard Rain 2005, przekład Marcin Szuster, za Literatura na świecie nr 11-12/2010

rysunek: Anna Cięciel

Gostyńska 36 komentarzy: 1

Gdzieś jutro, pod niebem (opowiadanie)








Do naszego domu przylegała pustynia. Za oknem piasek ciągnął się aż po horyzont. Nie rosło tam nic. Mieszkały tylko surykatki, z którymi się nie przyjaźniliśmy, oraz piesek stepowy, który ciągle spał, więc jakby go nie było. Kiedyś żyły tu jeszcze dwa pustynne pająki, ale się zeżarły: najpierw jeden zaczął żreć drugiego, a gdy ten się zorientował, zaczął pożerać pożerającego, i szło im mniej więcej po równo tak, że skończyły równocześnie i... zniknęły. Odtąd mieszkaliśmy sami i nikt nam nie przeszkadzał.


W niedzielę postanowiłaś odwiedzić ciotkę mieszkającą dwie pustynie dalej. Ja wziąłem koszyk i poszedłem na skały nazbierać soli, bo nam się kończyła. We wtorek wyszłaś do fryzjera, żeby zmienić wygląd. Ja zostałem w domu, bo soli nazbierałem już w niedzielę. Leżałem na plecach i liczyłem pory na naszym suficie, gdy przyszła ta dziewczyna. Zapytała, czy mogę pożyczyć jej trochę soli, bo jej się skończyła. Pożyczyłem jej sól, porozmawialiśmy o bzdurach i sobie poszła. W piątek wybrałaś się na fitness żeby schudnąć, chociaż mówiłem, że nie musisz chudnąć. Dziewczyna zjawiła się zaraz po twoim wyjściu, odniosła pożyczoną sól, chyba tę samą, którą jej dałem we wtorek, ale pewności nie mam, bo każda sól smakuje identycznie. Naplotła trochę głupot, więc ja też solidarnie naplotłem, a potem sobie poszła. W sobotę wyszłaś do oazy, wykąpać się w wodzie z minerałami. Dziewczyna długo nie przychodziła, ale w końcu się zjawiła. Od razu przeprosiła za spóźnienie, a ja, żeby pokazać że nic nie szkodzi, dałem jej twoje ulubione jabłko. Pytałaś mnie później, gdzie jest twoje ulubione jabłko, a ja okłamałem cię pierwszy raz mówiąc, że chyba ci się tylko zdawało, że tu było jakieś twoje ulubione jabłko. Przez miesiąc nie wychodziłaś z domu i już prawie zapomniałem o tej dziewczynie, ale kiedy poszłaś do krawcowej po nowy strój, dziewczyna znów się zjawiła, z pieskiem stepowym. Zapytała, czy nie zginął mi piesek, a gdy odpowiedziałem że nie, poszliśmy razem odnieść go tam, gdzie go znalazła. Piesek stepowy był bardzo zaspany i gdy tylko włożyliśmy go do jego nory na pustyni, z jej wnętrza dobiegło chrapanie. Następnego dnia wyszłaś po nowe rzęsy do oczu, chociaż tłumaczyłem, że stare są jeszcze dobre, ale ty uparłaś się że do nowego stroju stare nie są dobre. Wróciłaś wieczorem z katalogiem. Nalegałaś bym go oglądał razem z tobą, a kiedy odmówiłem i poszedłem spać, wpatrywałaś się w kartki przez całą noc. To był katalog nowych nosów. Rano wziąłem koszyk i poszedłem na skały po sól, ale soli nie znalazłem. Wróciłem do domu bez soli, a ciebie nie było. Zostawiłaś kartkę, że wychodzisz po nowy nos i wrócisz późno bo salon z nosami jest o trzy pustynie stąd. Pierwszy raz użyłaś słowa salon. Dziewczyna przyszła jak tylko skończyłem czytać twoją wiadomość. Zapytała, czy nie potrzebuję soli. Powiedziałem, że potrzebuję, więc wyjęła z koszyka, który ze sobą przyniosła, małą grudkę i podała mi, żebym spróbował czy mi smakuje. Spróbowałem, a potem podałem jej i ona też spróbowała. Tak zjedliśmy naszą pierwszą grudkę soli. Wróciłaś dopiero nad ranem, z nowym nosem, który mi się podobał, bo wyglądał jak stary, chociaż był nowy. Z triumfalną miną podałaś mi dwa katalogi z nowymi pępkami. Nie pojmowałaś, jak mogę nie chcieć oglądać nowych pępków, gdy ty bardzo chciałaś je oglądać. Wieczorem, kiedy szedłem spać, ty wciąż nie odrywałaś oczu od nowych pępków w katalogach. Rano odgoniłem trzy surykatki, które chciały ukraść sól z naszej spiżarni. Nakrzyczałem na nie i zagroziłem, że jeśli spróbują jeszcze raz, to pogadamy inaczej. Zdziwiłaś się tą sceną, powiedziałaś że nie miałaś pojęcia, że jestem na tyle staroświecki, żeby rozmawiać ze zwierzętami. Przeprosiłem i obiecałem, że to się więcej nie powtórzy. Była niedziela, a po niej był poniedziałek. We wtorek, gdy jeszcze spałem, wyszłaś z domu nic nie mówiąc, a ja wiedziałem, że udałaś się po nowy pępek. Przez dzień zastanawiałem się, czy już za tym razem odkryjesz katalog nowych marzeń, beze mnie? Dziewczyna zjawiła się dopiero nazajutrz rano. Przybyła na wielbłądzie osiodłanym do drogi. Usiadłem tuż za nią. Zwierzę ruszyło najpierw leniwie, a potem pokłusowało przez piach. Obejrzałem się, żeby zobaczyć nasz dom, ale wydma zdążyła go już przesłonić.


Rysunek: Andrzej Bobrowski

Dorota Masłowska komentarzy: 0

Między nami dobrze jest

Mery Merynos komentarzy: 0

Pomiędzy przed i po



Nudno jest strasznie, gdy jest strasznie i nudno.


Spada jabłko z drzewa na drogę i doznaje potwornych obrażeń.
Ostatkiem sił stacza się z jezdni do przydrożnego rowu, gdzie dogorywuje wprawdzie w męczarniach, ale poza zasięgiem wzroku ludzkich drapieżników uzbrojonych w apetyt aż po zęby.


Nudno jest strasznie, gdy jest strasznie i nudno.

Starając się nie następować na kreski i krzyżyki chodnika, jeden pijak wraca właśnie z wódki, a drugi akurat idzie się dopiero upić. Spotykają się przy śmietniku na osiedlu.

- O! Romek cześć, nie miałbyś czasem oddać moje 40 groszy?
- Już dawno ci chciałem, ale coś cię nie było...

Taką, ciekawie zapowiadającą się rozmowę przerywa rumor w śmietniku.
Trzy czarne wrony przeszukują kosze w poszukiwaniu skarbów, a tu podkrada się do nich bure kocisko. W gruncie rzeczy nie lubi wroniny kocisko; mysinę ponad wszystko przedkłada, zwłaszcza schab mysi i móżdżek. Po co się zatem zakrada? O! Odfruwają już wrony spłoszone głosami się do śmietnika zbliżającymi. Co powodowało kotem, że mu się zachciało nieulubione wrony podchodzić, nie dowiemy się, bo powody zostały przez odfrunięcie zniknięte.


Nudno jest strasznie, gdy jest strasznie i nudno.

W przydrożnym rowie, w alei jabłoni wiodącej do stolicy powiatu rozpala się już prawdziwa wojna o ranne jabłko. Pierwszy odkrywa je szczep wyjątkowo agresywnych drożdżaków, a zaraz potem zwiadowcy grzybów pleśniowych, ostatnie dołączają bakterie gnilne. I teraz te milionowe oddziały mikrobów ścierają się ze sobą w morderczych zapasach o krwawiący słodkawym sokiem wielki skarb.


Nudno jest strasznie, gdy jest strasznie i nudno.

Zasypia pijak umordowany rutyną codziennego staczania się, gdy drugi pijak zasiada dopiero w kompani rozpoczynającej taniec. Jeden jest już po wszystkim, a drugi ma wszystko przed sobą, a jutro będzie odwrotnie, a pojutrze jeszcze odwrotniej, aż się pomyli, bo przecież jeden i drugi są zawsze po i zawsze przed. Tymczasem w rowie, obok śmietnika przy drodze, maleje i gaśnie jabłko pożerane żywcem; zaczyna być po, coraz bardziej, nieodwracalnie.


Rysunek: Andrzej Bobrowski