1 grudnia 2022, czwartek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Jakub Wilkans

3680







Polskie opowiadanie napisane w Afryce.




Jakuba Wilkansa namawialiśmy na pisanie opowiadań jeszcze przed gwiazdką. Poczuł się zmotywowany i napisał.


Jakub Wilkans

3680

Telefon. Jak zwykle bardzo wcześnie. Za wcześnie. Wściekły, głośny dzwonek budzi o jakiejś chorej godzinie. Leży obok głowy. W tym samym miejscu co wczoraj, przedwczoraj, trzy dni temu... nie muszę otwierać oczu żeby odebrać. Jest przy poduszce, tam gdzie zawsze, wszystko na pamięć, odbieram. „Tak... tak... tak... a nie mógłbyś, do kurwy nędzy, raz zadzwonić trochę później?!" Nie słucha. Odkłada jak tylko skończy. „I nie oszukuj." Tak mówi jakbym mógł. Jakby dało się zrobić coś, o czym się nie dowie.

Powoli otwieram oczy. Powolutku, tak, żeby światło nie bolało. Ozdobnie powykręcane kraty rzucają cień na ciemne zasłony podświetlone wschodzącym słońcem. Jest bardzo pomarańczowe. Odcień poświaty na firanach mówi, że jest około szóstej trzydzieści. Tu zawsze słońce ma taki kolor o tej godzinie.

Wyplątuję się spod moskitiery. Siadam na skraju łóżka, gęsta sieć za plecami. Myślę chwilę... Głośno jest, ptaki zagłuszają wentylator. Ptaki, setki ptaków, może tysiące. Pamiętam jak mama mówiła: „posłuchaj jak pięknie śpiewają" i pamiętam jak wkurwiał ją dźwięk dzwonka komórki. Za każdym razem gdy dzwonił miała ochotę roztrzaskać telefon. Ale ptaki nie. To dziwne. Bo mnie denerwują i ptaki i telefon. Codziennie te pieprzone ptaków i codziennie ten pieprzony telefon. Od tylu dni to samo i nieskończone chmary tych pierdolonych... Od ilu dni? Jak coś, czego nie da się policzyć, może być piękne?

„I nie oszukuj!" od czasu gdy chciałem nakierować bieg wydarzeń w nieco bardziej znośną stronę, on przypomina, że nie wolno. Idę się odlać. Wstaję z łóżka, kilka kroków po czerwonej podłodze, wchodzę na białe kafelki i podnoszę klapę. Za oknem łazienki kraty, takie jak w sypialni. Za kratami szyba. Tak. Najpierw kraty, potem szyba. Za szybą mur. Wysoki, tak, że nie widzę co jest w pobliżu. Widzę tylko pień odległej palmy zakończonej chaotycznym wachlarzem postrzępionych liści. Na jednym z nich zawsze siedzi kruk. Zawsze rano siedzi na tym samym liściu i patrzy. Patrzy jak mi leci.

Wyłączam wentylator. Przestaje mieszać powietrze i za chwilę poczuję jak gęstnieje. Jak robi się coraz gorętsze, jak klei się, jak coraz ciężej jest nim oddychać, jakby zamieniało się w jakąś plazmę, rozgrzany żel tlenowy, jakąś bzdurę, która zamiast utrzymywać przy życiu powoli zabija.

W kuchni coś strasznego. Góra naczyń piętrzy się w zlewie, okruchy wszystkiego, co w ciągu ostatnich trzech dni przewaliło się przez blaty i dwupalnikową kuchenkę leży porozwalane po podłodze i wszędzie, gdzie byłem. Wszędzie, gdzie coś kroiłem, nalewałem, jadłem, zrobił się bałagan. Bałagan. Zawsze byłem w tym dobry. Ale dziś trzeba to ogarnąć. Bo czas na sprzątanie kuchni przychodzi raz na trzy dni. Raz na trzy dni sprzątam ją tak, że wygląda jak nowa. A potem, potem jeszcze raz. Śniadania, obiady, kolacje, trzy dni i sprzątanie.

Gorzej z pokojem głównym. Szczególnie dziś jest gorzej, dużo gorzej niż zwykle. Bo dziś jest piąty dzień. Tu sprzątam raz na pięć dni. W kuchni co trzeci dzień i raz na jakiś czas te dwa dni spotykają się ze sobą i splatają w wyjątkowo ciężki, wredny dzień. Dzień, w którym wentylator wędruje z miejsca na miejsce, z jednego sprzątanego pomieszczenia do drugiego, idzie za mną i sprawia, że mogę oddychać zbierając wszystkie zbędne rzeczy z powierzchni stołów i podłogi, ułatwia zgarnianie okruchów, zbieranie resztek i wyrzucanie ich tam, gdzie karaluchy nie będą się nimi interesować.

A na stole stoi pudełko. Małe tekturowe pudełko. Pudełko „nie oszukuj". Nie oszukuj choćbyś się miał zesrać! Ale najpierw śniadanie. Małe płatki i ziarenka, których część unosi się na powierzchni mleka, a część tonie w białej otchłani małej miseczki, a ja zjadam wszystko. Wszystko pod powierzchnią i wszystko co po niej pływa. I kawa. Mocna, czarna, sypana, w dużym kubku, wypijana jednym haustem, gorzka, wykręca mordę i budzi. Budzi tak naprawdę. Nigdy nie sięgam do pudełka przed kawą.

Właściwie nie powinienem sięgać do pudełka przed końcem wszystkich tych porannych pierdół, ale często tak robię. Często tak robię i zrobię tak też dzisiaj. Czemu nie?

„Nie oszukuj!" mówi tak, jakby się dało. Mieszam kartki w pudełku. Wybieram kartonik. Dziś pomarańczowy. Dziś pytanie jest pomarańczowe. Jak to słońce rano. Bo teraz słońce jest już dużo wyżej. Wyżej, goręcej i jaśniej. Rozkładam kartonik. „Jaki jest sens życia?" Nie, tylko nie to. Nie przed zmywaniem naczyń!


fot. "Stone Town" Jakub Wilkans

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.