29 września 2022, czwartek
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Lato szczytuje, żniwa (opowiadanie)


Ryba ma właśnie wyskoczyć ponad wodę w pogoni za ważką. Na rzekę opadają dwie lądujące kaczki. Ryba nie wyskakuje; spłoszona spływa na głębinę pod kępę wodorostów.

 

Ważka nie ma poczucia istnienia ryby; kontynuuje swój lot godowy rozdając zalotne blaski i lśnienia ważkowym samicom, uzbrojonym w uwodzicielską obojętność.


Rzeka nieustannie płynie, tocząc się teraz przez bezkres pola, z którego zjeżdżają żniwujące całą noc kombajny i traktory. Rumor już cichnie, zaczyna przypiekać poranne słońce.

 





Wśród walcowatych snopów skoszonego zboża pojawia się lis. Ruda plamka poruszająca się po jednolitym słomiastym tle wielkiego pola.

Tak widzi go myszołów, bezszelestnie zakreślający koła pod bezchmurnym niebem.

 

W domu, na końcu podziemnego korytarza, tuż pod szczeciną skoszonego zboża budzi się polna mysz.

Czyści futerko, jak każdego ranka i wychodzi na powierzchnię.

Przeciera oczy ze zdumienia:

Tam, gdzie wczoraj kładł się przyjemny, bezpieczny cień gęstego lasu metrowych łodyg żyta, teraz jest płaska patelnia przypiekana słońcem.

Świat myszy przestał istnieć z dnia na dzień, ale życie toczy się dalej: lis nieruchomieje, zasadzając się na zdezorientowaną mysz.

Myszołów też dostrzega łatwą zdobycz. Składa skrzydła, by błyskawicą spaść z wysokości na ofiarę.

Dlaczego atak nie następuje?

Ptak widzi z wysokości nową, czerwoną plamę, jaka pojawia się w dole na słomiastym tle. Czerwona, zbliża się do plamy pomarańczowej, która nagle zaczyna się szybko oddalać, aż znika z pola widzenia.

Mysz nigdy nie dowie się, że to, co ją uratowało, ma na imię Alicja.

Alicja tańczy po nasłonecznionym rżysku z dużym czerwonym balonem na sznurku. Nie ma świadomości istnienia myszy, lisa, ani myszołowa. Korzystając, że nie jest widziana przez nikogo, śpiewa i ćwiczy ruchy modelki. Alicja marzy, żeby zostać gwiazdą.

Dopiero za 40 lat, gdy już będzie miłą, zmęczoną starszą panią, Alicja zrozumie, że nie ma nic bardziej pospolitego, niż chęć zostania gwiazdą.

Teraz Alicja ma cztery lata, na urodziny dostała czerwony balon. Który za kwadrans pęknie. Ale my już tego nie chcemy widzieć.

 

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Czekając na gnu (opowiadanie)











Mieszkaliśmy w naszym domu na pustyni. Nikt nie musiał nas ratować i my nie musieliśmy ratować.



Za oknem było widać piasek i słońce, czasem czuć było wiatr, w nocy przychodził księżyc. Powiedziałaś, że musimy coś zrobić. Poszedłem do szopy i przyniosłem farby i pędzelki. Na wielkiej ścianie naszej sypialni namalowałaś trawy sawanny, baobab, akacje, żyrafę, czarnego tukana z żółtym dziobem i rzekę z krokodylami gotową na przeprawę gnu. Usiedliśmy na podłodze i czekaliśmy aż gnu nadejdą. Całymi tysiącami, jak mają w zwyczaju. W nocy znów przyszedł księżyc, ale gnu nie przyszły.

Rano domalowałaś dla zachęty trzy zebry, jednak gnu nie pojawiały się. Za oknem słońce smażyło piasek na patelni pustyni, bo było już południe. Wyjęłaś z lodówki arbuza i pokroiłaś go na zimne, przyjemne, różowe półksiężyce. Usłyszeliśmy rumor, i przez otwarte okno wskoczył do pokoju lew.

Widywaliśmy go już wcześniej, ale tylko przez lornetkę, jak na granicy zniechęcenia wciąż próbuje wytropić coś, czego na pustyni nie ma. Prawdopodobnie, wyposzczony monotonią pustki, uległ pokusie twojego soczystego obrazu oczekującego nadejścia gnu. Przysiadł na podłodze obok i dyszał nieprzyjemnie, aż spiorunowałaś go wzrokiem i przestał. Zapadło długie krępujące milczenie. Nieznośne.

Powiedziałaś żebym coś zrobił. Poszedłem do szopy po sztucer Remingtona. Wróciłem i znacząco odbezpieczyłem karabin. W dodatku oświadczyłaś, że nie brzydzę się przemocą. Lew spojrzał na mnie, a gdy potwierdziłem skinieniem głowy tę oczywistą nieprawdę, odbił się od podłogi i wskoczył w obraz.

Usłyszałem jego ryk, ale nie wiem czy pod baobabem, czy wśród akacji, spojrzałem na brzeg rzeki, tam, gdzie maiły nadejść gnu, ale już nic nie zobaczyłem, bo chlusnęłaś na ścianę wiadrem białej farby i obraz zniknął zanim nadeszły.

Wyjęłaś ze skrytki brązowy odkurzacz Zelmer i posprzątałaś po lwie. Potem, jak nigdy nic, zjedliśmy zimne, przyjemne, różowe półksiężyce arbuza i poczekaliśmy na księżyc. Nie zawiódł. Przyszedł wieczorem, jak zawsze. Księżyc nigdy nie zawodzi.

Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Ty i ja (opowiadnie)



Niektóre drzewa żyją aż trzy tysiące lat. Osobiście nie udało mi się wyhodować żadnego drzewa, które żyje tak długo. Za oknem wiatr uformował kupkę z paru liści a potem ją rozwiał. Po obiedzie przestało wiać zupełnie. Wszystko działo się jak miało i nic nie wskazywało że będzie inaczej; słońce wzeszło rano na wschodzie i miało zajść wieczorem na zachodzie, jak zawsze.


Powiedziałeś mi, że musimy się rozstać. Nie zniesiesz już dłużej takiej miłości z mojej strony, nie chcesz być tak kochana, obraża cię to, że ci na wszystko pozwalam, wszystko jest dozwolone, a nawet oczekiwane i od razu zachwycające; obłęd! Chcesz mieć normalne życie, nie chcesz dłużej występować w roli mojego idealnego wyobrażenia na temat twojej osoby, tylko chcesz być tą osobą! Z wszystkimi wadami, skłonnością do przeciętności, tęsknotą do modnych ciuchów na wysokim obcasie, bywania w towarzystwie, gdzie ludzie raczą się bzdurami, i chcesz oglądać telenowele jak wszyscy normalni ludzie, więc musimy się rozstać, natychmiast.


Poszedłem do łazienki. Ogoliłem się, obciąłem paznokcie u nóg, u rąk i włosy w nosie, sprawdziłem czy nic nie wystaje z uszu. Spojrzałem na człowieka w lustrze. Uczesałem mu włosy, natarłem twarz kolońską, polukrowałem balsamem i ubrałem go koszulę na niedzielę. Wyglądał nieźle, i naprawdę trudno było się do czegoś przyczepić. Wróciliśmy do pokoju.


Siedziałaś na podłodze przed telewizorem. Usiadłem obok. Telewizor pokazywał wiadomości z prawdziwego świata. Powiedziałaś że ludzie protestują na ulicy przeciwko czemuś, albo manifestują za czymś, a nas tam nie ma! Niektórzy głodują! Nawet giną gatunki całe, na przykład niektóre motyle, a my zachowujemy się tak, jakby to się nie działo. Powiedziałem że możemy pojechać do miasta i poprotestować trochę razem z tymi co są przeciwko, albo z tymi, co są przeciwko tym, którzy są przeciwko. Nie jeść też możemy przez jakiś czas, skoro to takie ważne. Zatrzepotałaś powiekami jak człowiek niemogący złapać powietrza. Wyszedłem do szopy.


Już miałem wrócić z szopy, kiedy przez szparę w deskach zobaczyłem dwóch bydlaków. Skradali się do naszego okna. Przylgnęli plecami do ściany domu i nasłuchiwali. Potem, pozostając niewidocznymi z wewnątrz, obserwowali co dzieje się w środku. Nałożyli kominiarki na łby. Wsunąłem za pasek spodni mały półkilowy toporek, wziąłem do ręki kij obły dobrze wyoblony i wyskoczyłem. Tego, który nie zdążył uciec, związałem powrozem i zaciągnąłem nieprzytomne ciało do szopy.


Pozostał problem, jak ci o tym powiedzieć. Kiedy wszedłem do domu, dalej siedziałaś przed ekranem, a telewizor wciąż podrzucał ci nowe fabuły z prawdziwego świata. Postanowiłem poczekać na chwilę, aż świat zatrzyma się na moment i nic nie będzie się działo. Usiadłem obok.


Rysunek: Anka Cięciel

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Początek lata





Pewnego dnia obudziliśmy się i nie byliśmy już młodzi. Powiedziałaś, że jest początek lata i wszystko może się zdarzyć, ale wiedzieliśmy, że nam zdarzy się już tylko kawałek wszystkiego. Wziąłem kluczyki z parapetu. Przejechaliśmy samochodem przez trzy kraje. Benzyna skończyła się nad samym oceanem. Wysiedliśmy. Porzuciliśmy auto i przeszliśmy przez wydmy. Usiedliśmy na pisaku bezludnej plaży. Byłem ciekaw, co jeszcze może się zdarzyć, ty też. Gdzieś daleko, ciemny błękit wody łączył się z jaśniejszym niebem i powracał rozsłoneczniony nad nasze głowy. Szara plama wiekości kropki widziana z odległości pozostawała w miejscu, głucha i nieruchoma; najpewniej jakiś stutysięcznik wypełniony pasażerami, muzyką i atrakcjami, pruł ocean z prędkością czterdziestu węzłów. Dla ludzi na statku nie bliśmy nawet punktem na plaży, więc nie mogli mieć świadomości naszego istnienia, dla nas ich obecność zredukowała się do szarej plamki na megaekranie błękitu; obojętność wzajemna, nie zobowiązująca, doskonała.

Nadleciały mewy, i jeszcze większe mewy. Te duże miały żółte dzioby, a mniejsze – czerwone. Wszystkie darły się wniebogłosy. Trwało dłuższą chwilę zanim pojęły, że jesteśmy niejadalni i odleciały. Kiedy znów spojrzeliśmy w miejsce, w którym była szara plama, jej już nie było. Wymazała się z błękitu.


Zjawił się jakiś człowiek. Wyglądał jak syn sprzątaczki, w dodatku pijącej. Jednak w niczym nie przypominał chama z wyboru. Miał w sobie tragiczność przypadkową, jaka może stać się udziałem każdego. Może los zakpił z niego, każąc pokochać dziewczynę, która miała go za nic, czyniąc z niego to, na co teraz wyglądał? Zapytał czy mielibyśmy dla niego dwa euro. Zdziwiłaś się, że nie ma dwóch euro. Wyjaśnił, że jest zawodowym bezrobotnym, ćwiczącym się w byciu upokarzanym i pomiatanym. Daliśmy mu dwa euro. Zaproponował, że w zamian wyrecytuje z pamięci nasz ulubiony fragment twórczości J.L. Borgesa. Nie mieliśmy ulubionych fragmentów Borgesa. Powiedział, że nic nie szkodzi, zaprezentuje kilka przykładowych na próbę. Usiadł obok na piasku i zaczął prezentować, mimo iż musiał wiedzieć, że psuje nam dobry uczynek:

- Jest bezsporne, acz tajemnicze, że osoba, która wyświadcza przysługę, w jakiś sposób stoi wyżej od tej, która z tej przysługi korzysta. To z opowiadania POJEDYNEK – zawiesił głos by zebrać pochwały, i choć pochwały nie nastąpiły, niezrażony zamierzał ciągnąć swój popis dalej.
- Panie Borgesie, damy ci jeszcze dwa euro, jeśli już sobie pójdziesz – przerwałaś mu propozycją, na którą przystał. Daliśmy człowiekowi jeszcze dwójkę, a on wywiązując się z umowy zniknął z naszego pola widzenia.


- Są życia wspaniałe, i są życia nędzne, ale słońce świeci tak samo dla ludzi spełnionych, jak dla nędzników – powiedziałaś, a ja próbowałem do czegoś podczepić tę myśli. Zanim to mi się udało, z oceanu wyszedł tygrys. Otrzepał się z wody i ruszył w głąb lądu znikając za wydmami. Usłyszeliśmy narastający warkot łodzi motorowej, a potem zobaczyliśmy jak dobija do brzegu i wyskakuje z niej trzech byków w moro i ciemnych okularach. Uzbrojeni w agresywną pewność siebie, pokrzykujący, zbliżali się do nas. Stanęli groźni, napompowani, domagający się. Zorientowałiśmy się, że nie chodzi o nas, a o tygrysa.

- Nie było tu żadnego tygrysa, przecież byśmy tak nie siedzieli, gdyby tędy przechodził – skłamaliśmy, bo już umiemy, bo nie jsteśmy już młodzi, więc wiemy jak się zachować w słusznej sprawie.
Wyglądali na rozczarowanych, z napompowanych torsów uszło ciśnienie. Mieli już zawrócić w stronę łodzi, gdy jeden dostrzegł trop. Znów napakowani działaniem ruszyli wzdłuż odcisków wielkich łap na piasku. Jeden niósł kuszę, drugi sztucer, trzeci filmował wszystko kamerą. Zniknęli za wydmami. Tuż przy twojej nodze czerwony krab pożerał mniejszego, pomarańczowego. Fale oblizywały brzeg białą pianą. Zza wydm dobieł pomruk wielkiego kota. Padł strzał. Czerwony krab nie przerywał uczty, wepchnął w siebie ostatnie drobiny pomarańczowego odwłoka, oblizał szczypce i ruszył w stronę wody, żeby spłukać z siebie resztki. Trzech przerażonych ludzi wybiegło zza wydm i gnało na złamanie karku do łodzi. Nie mieli już ani sztucera, ani kuszy, ani kamery. Silnik zawarczał na najwyższych obrotach i łódź uniosła z sobą przerażonych na ocean. Na szczycie wydmy stanął tygrys. Mógł zejść po piaszczystym zboczu w stronę oceanu albo w stronę lądu. Wybrał tę drugą możliwość.


Słońce zaczęło już schodzić z zenitu, kiedy przyszła ta para. Usiedli na piasku, jak starzy znajomi. Ona okazała się dobrze wytrenowana do roli niekrępującego tła, a on mówił to, co - wydawało mu się - jest dla nas interesujące. Gdy popisywał się przemówieniami, ona przez cały czas starała się wyglądać na osiemnaście lat, jakie kiedyś miała. Nie potrafię powiedzieć w szczegółach na czym to polegało, ale wyglądało właśnie tak. Zapowiadało się długie, męczące popołudnie. Gdy jemu skończył się popis, wstali, podali nam ręce i sobie poszli.


Już mieliśmy stąd pójść, żeby zobaczyć co takiego robimy w innym miejscu, gdy z oceanu wychynął peryskop i bez skrępowania zaczął nam się przyglądać. Potem wynurzył się kadłub obrośnięty brodami wodorostów i z otwartego włazu wyłoniła się głowa. Zapytała czy chcemy się przejechać łodzią podwodną. Nie chcieliśmy. Głowa zniknęła pod pokrywą włazu, kadłub rozpoczął zanurzanie. Ocean zamkął się nad nim zacierając ślady.

Zapytałaś czy to mógł być Hemingwy, powiedziałem że na sto procent Gorillaz, bo Hemingway nie żyje od pół wieku, a oni wciąż dychają jeszcze, jak wiele podstarzałych gwiazd, usiłując zwrócić na siebie uwagę wariackimi pomysłami.


Już wstawaliśmy, bo nam się znudziło obserwowanie wątpliwych fabuł na megaekranie błękitu oceanu i chcieliśmy stąd gdzieś pójść, ale nie bardzo wiedzieliśmy dokąd, gdy nadleciał duży, żółty motyl. Postanowiliśmy ruszyć jego śladem. Prowadził nas do końca wydm porośniętych skarlałymi iglakami, i gdy zapowiadało się, że ma jakiś zamiar w tym prowadzeniu, nadleciał lelek kozodój i go zjadł. Bezceremonialnie, bez entuzjazmu, w locie, nawet nie przystając. Z zarośli wystawiło łeb zwierzątko - prawdopodobnie cyweta – zobaczyło nas i czmychnęło w krzaki, zostawiając nas samych. Dwoje ludzie na plaży w słońcu. I wtedy mówisz:

- Zostawiłam w łazience krem do buzi, zamiast zabrać.
- Ludzie myślą, że cyweta należy do kotkowatych, tymczasem ona wcale nie należy do kotkowatych, tylko do łaszowatych! - słyszę swój głos, a potem znów twój:


- Wiesz, nudzi mnie już ta opowieść, myślisz, że ktoś to jeszcze czyta?

- Właśnie miałem kończyć - odpowiadam i stawiam ostatnią kropkę.

Rysunek: Andrzej Bobrowski

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Łapanie szczęścia

Miron Białoszewski komentarzy: 0

...

Antek Wajda komentarzy: 0

Niespodzianka wyborcza

Sławomir Mrożek komentarzy: 0

Nuda, nic się nie dzieje, czas na Mrożka

Gostyńska 36 komentarzy: 0

W domu (opowiadanie)

Powiedziałaś przy śniadaniu, że nasz dom cię przytłacza, że wygląda jak opustoszały: przestrzenie, szkło, nikiel, marmury, porcelana, obrazy; nieprzyjemne muzeum, sterylne laboratorium. Powiedziałaś, że chcesz mieć jakieś zwierzątko. Zapytałem jakie. Chciałabyś mieć kreta, z matowym, puszystym futerkiem i różowym noskiem. Dojadłem bułkę z krakowską podsuszaną, dopiłem herbatę. Bułkę z dżemem żurawinowym na razie zostawiłem, może poczekać.




Założyłem buty, polazłem do szopy i wyjechałem z niej taczką. Na taczce miałem łopatę i kilof. Przywiozłem z łąki czarną, wilgotną ziemię na mieszkanie dla kreta w naszym mieszkaniu. Usypałem duży kopiec na marmurowej posadzce i dojadłem bułkę z dżemem żurawinowym. Podałaś kawę w najlepszym serwisie od mamy. Potem wsiedliśmy do auta, zapaliliśmy papierosy i zaciągaliśmy się. W dobrych nastrojach jechaliśmy do zoo sklepu.

W sklepie nie mieli nic z kretów. Wyjaśnili, że krety są jeszcze pod ochroną, więc w najbliższym czasie nie spodziewają się dostawy. Uprzejmie zaproponowali rybki. Nie chciałaś rybek. Próbowali zainteresować cię papużką, lecz im się nie udało. Wtedy pojawił się sam kierownik sklepu i przyniósł pudełko. Otworzył wieko i wyjął gekkona. Zachwalał go jako jaszczurkę, którą, jak się puści na mnóstwocalowy ekran telewizora, to łazi po nim z góry na dół i z powrotem, bo ma przyssawki na łapach. Nie mieliśmy telewizora, więc nie wzięliśmy gekkona, żeby się nie męczył nie mając po czym łazić.

Wróciliśmy do domu, zjedliśmy obiad. Wziąłem z szopy łopatę, poszedłem na ogród i zasadziłem się w warzywnych grządkach. Do wieczora nic się nie działo, potem zresztą też nic. Dopiero o świcie usłyszałem lepki ślizg uciekających przed czymś dżdżownic i pojawił się on. Poczekałem aż podje i zacznie usypywać kopczyk, wtedy podważyłem ziemię łopatą i przeniosłem bezbronnego kreta do nowego domu w naszym mieszkaniu. Błyskawicznie zniknął w kopcu usypanym na marmurowej posadzce. Gdy się obudziłaś już go nie było widać.

Siedziałaś przed kopcem cały dzień, ale kret się nie pokazał. Zapytałaś czy on na pewno tam jest, czy tylko żartuję. Przez następny dzień też do ciebie nie wyszedł. Zapewniłem, że kret jest w kopcu na sto procent, ale nie wiem czy mi uwierzyłaś. Rozumiałem, że jest inaczej niż miało być. Miało być zwierzątko z matowym, puszystym futerkiem i ruchliwym różowym noskiem, a jest tylko nieruchomy, nudny kopiec ziemi.

Każdego dnia pytałaś, czy kret tam ciągle jest, a ja zapewniałem, że tak. Po tygodniu miałem dosyć twoich podejrzeń i postanowiłem ci to udowodnić. Zacząłem rękami rozkopywać kopiec ziemi i rozkopałem go do ostatniej grudki, aż do marmurowej posadzki. Kreta nie było.

Nie miałem odwagi spojrzeć ci w twarz. Nic nie powiedziałem, bo o nic nie zapytałaś. Poszłaś spać do swojego pokoju.

Do dzisiaj nie rozumiem, jak to się mogło stać.

Rysunek: Anna Cięciel