11 sierpnia 2022, czwartek
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dzień 55.



Dzisiaj znów urodziło się więcej ludzi niż umarło: na świat przyszły 224 tysiące, a zeszły z niego 94 tysiące. Czy nowourodzeni nie będą przeklinać, palić, nie będą pić, tylko od razu zaczną się kulturalnie starzeć? W kadym razie podczas tej pandemii liczba mieszkańców bardzo wzrasta.


Dużo zamaskowanych chodzi po ulicach. Właściwie wszyscy - bez oblicza, pozbawieni urody, charakteru, zdyscypliniowani. Nie wiem co pisać; sytuacja nie jest do pozazdroszczenia.


Przychodzi mi do głowy myśl. Zaraz wychodzi. Wcale jej nie zatrzymywałem.


Przez przejście dla pieszych sunie pijak. Dochodzi do krawężnika, wysuwa jedną nogę do przodu i nie wie co począć z drugą. Trwa to jakiś czas; w końcu podejmuje decyzję – przewraca się.


Może i nie warto tego zapisywać, bo tu nie dzieje się nic porywającego, ale przecież autentyczne życie to nic nadzwyczajnie błyskotliwego, więc trzeba je dostrzec takim jakim jest, w całej codzienności.


Ludzie dalej wierzą, że kto czyta książki, to rośnie mu inteligencja. Mimo, że 40 procent nie rozumie tego co czyta, a może waśnie dlatego.


Nie wiem jak jeszcze bardziej mogę zostać w domu - robię to już na najwyższych obrotach, ekstremalnie, najlepiej jak umiem, a mimo to dręczy mnie świadomość, że nie wykorzystuję wszystkich możliwości. Muszę spróbować docisnąć pedał, wyeliminować wszystkie luki w pozostawaniu. Na pewno znajdę coś do dopchania kolanem.


Wysyłam psa na spacer. - Pójdziesz Topolową, skręcisz w Łąkową i już będziesz nad rzeką, wykąp się na plaży i wracaj pędem. Z nikim nie dyskutuj, na zaczepki nie odpowiadaj – instruuję. - Masz być z powrotem za pół godziny.


Puszczam go za bramą i patrzę jak gna i skręca w Łąkową. Bramę zamykam gdy znika. W ogrodzie randkują kosy, defekują dzikie gołębie, jakiś mały ptaszek, chyba rudzik, wibruje głośniej niż skowronek na łące. Tak cholernie mnie to rozprasza w skupianiu się w ćwiczeniu doskonałości pozostawania w domu, że rozważam zrobienie procy. Na razie odkładam na jutro to barbarzyskie rozwiązanie. Za dużo rzeczy odkładm na jutro.


O jedenastej trzydzieści wychodzę przed bramę z przekonaniem, że pies nie dotrzyma półgodzinnego terminu, ale on tam już jest, oczekujący, cały mokry, wykąpany w rzece. - No, no... - chwalę, głaszczę, drapię za uchem, przytulam i tak dalej...


PS.

Pijak nie leży już na przejściu na pieszych. Pewnie wstał zdziwiony, odnajdując siebie w publicznym miejscu, pozbierał postać w całość, wyprostował na niej odzież, wybrał kierunek i wyszedł z pola widzenia.


Przy mojej bramie zatrzymuje się Tomek, ma niewielki pakunek w ręce i jakąś sprawę najwyraźniej, bo poróbuje otworzyć wrota. Zanim zacznie kopać, wolę zagadać przez otwarte okno.


- Co tam, Tomek?

- A, bo hrabini kazała dać to pana psu – podnosi pakunek.


Wychodzę, otwieram bramę.

- Pani Wrotycz-Nawłociowa powiedziała, że pies ma przegryźć wołowiną, żeby mu to ucho policjanta nie stanęło na żołądku – Tomek wręcza mi pakunek.
- O czym ty do mnie rozmawisz Tomek?! Jakie ucho?


- Pan nic nie wie?... Na Łąkowej policyjni dupnęli młodego Bulińskiego, jak wyszedł z domu na spacer ze synkiem we wózku. Najpierw go złoili pałami, a jak już zaczęli z nim gadać na leżąco przy pomocy paralizatora to nadleciał pana pies - jak kara boska nadleciał, żeby mnie pokręciło jak kłamię. Przeskoczył nad oficermi i trochę nim zakołysało, bo jednemu urwał ucho i pogalopował przez łąki nad rzekę. A oni za nim, we dwa radiowozy, po łące kurwa, psa chcieli autami zaaresztować. I wtedy my cap! Bulińskiego z asfaltu i wózek za bramę hrabini Nawłociowej, i już nam mogli naskoczyć panowie oficerowie. Przyjechało jeszcze tych suk ze trzy na syrenie, ale pies już dawno spłynął rzeką do śluzy i pewnie wrócił na skróty Torową, co?

- Pies jest cały czas w domu – kłamię. - Chodź tu – wołam i pies podbiega merdając ogonem wciąż ociekającym wodą. - Widzisz?


- Niech lepiej go pan wytrze, bo wcale nie jest tak ciepło i się jeszcze przeziębi, a szkoda by było.

- Wiesz co Tomek? Daj tę cholerną wołowinę i zakończmy to nieporozumienie, a hrabini Wrotycz-Nałowciowej powiedz, że wiem o co jej chodzi, ale nic z tego – ja psa mojego na wybory prezydenckie nie wystawię. Sobie szukajcie kandyadta, mnie psa szkoda na takie coś, jasne?!


- Jasne, że jasne. Ale co dał popalić, to dał. Pewnie ma pod sto kilo, nie?

- Jakie sto?! Niecałe 64, kurwa!


- Też myślałem, że musi mieć więcej niż 50, bo jak w locie urwał gnojowi ucho, to tylko nim trochę zakołysało.

- Zapomnij Tomek, a za wołowinę podziękuj; w tym domu się nie przelewa. A! Masz tu ćmika na drogę – częstuję fajką i sięgam po zapalniczkę.


- Dzięki, panie Darku, już mnie nie ma i nigdy tu nie było – Tomek zatyka papierosa za uchem i wychodzi z pola widzenia.


Zamykam bramę, na klucz, na zasuwę i skobel w betonie.


- No, no, i to wszystko zdążyłaś w pół godziny?... - głaszczę psa, który jest suką cane corso italiano i ma na imię Bozia, ale wołam na nią Paszcza, żeby nie ranić wierzących patriotów, a pies to rozumie, akceptuje i wybacza.


Daję psu wołowinę od hrabini, ale mam świadomość, że tę noc spędzimy z uchem policjanta w domu, w brzuchu Paszczy śpiącej jak niewiniatko na posłaniu w pobliżu mojego łóżka. W dodatku jest pełnia. Makabra. Czy oni nie potrafią wybrać tego nowego - starego prezydenta mniej strasznie?


Ta myśl, co mi przyszła do głowy i zaraz wyszła, bo wcale jej nie zatrzymywałem... otóż ta myśl była taka, że ofiarami śmiertelnymi tego Koronusa są zawsze schorowani seniorzy-emeryci – z małymi wyjątkami tylko potwierdzającymi tę regułę – co rozwiązuje napęczniałe problemy ministra od emerytur i ministra od państwowej służby zdrowia, nie tylko w tym kraju.


Zapowiada się kolejny dzień, dobry do poudawania beztroskiego, szczęśliwego życia. W telewizji zapowiadają deszcze. Będzie padało na policjantów i na ich ofiray, po równo. Chciaż na policjantów spadnie mniej wody, bo ofiar jest więcej.

Julio Cortazar komentarzy: 0

Cortazar na dzisiaj

Fragment pochodzi z książki Julio Cortazara „Opowieści o konopiach i famach i inne historie", napisanej w 1962 roku, a później brawurowo przełożonej na język polski przez „prywatną" tłumaczkę Cortazara, panią Zofię Chądzyńską. Książkę wydało „Pomorze Bydgoszcz" w roku 1993.

Ilustracja: Nature Galleries, Klick!!!

 

KROK W PRZÓD I KROK W TYŁ


Wymyślono szkło, przez które mogły przelatywać muchy. Mucha przyfruwała, lekko uderzała łebkiem i pstryk - już była po drugiej stronie. Nieopisywalna radość muchy.


Wszystko zrujnował uczony węgierski, który odkrył, że mucha może wejść, ale nie może wyjść albo też odwrotnie, a to z powodu sknocenia szklanych włókien, które okazały się za bardzo włókniste. Natychmiast wymyślono pułapkę na muchy przy pomocy wkładania do środka kostki cukru i wiele much marnie zginęło. W ten sposób zakończyła się szansa zbratania się z tymi zwierzętami, godniejszymi lepszego losu.

Gertruda Stein komentarzy: 0

O liczeniu, pisaniu, piorunach i orzechach

 

 

Gertruda Stein pozująca Jo Davidsonowi Klick!!!




Nie ma innej różnicy pomiędzy człowiekiem i zwierzę
ciem poza tą że człowiek potrafi liczyć i nigdy jeszcze nie było tyle liczenia co teraz. Wszyscy ludzie liczą liczenie jest głównym zajęciem wszystkich ludzi. A to dlatego że ludzie przekonali się że tylko liczenie różni ich od zwierząt a ponieważ każdy chce mieć pewność że jest człowiekiem, ponieważ każdemu teraz potrzebna jest afirmacja więc wszyscy zabrali się do liczenia.
dalej Klick!!! w zdjęcie

Bohumil Hrabal komentarzy: 0

Piękna rupieciarnia

Fragment książki Bohumila Hrabala „Piękna rupieciarnia”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne.




W ostatnią niedzielę sierpnia chodziłem po lesie z radyjkiem tranzystorowym, nasłuchując wszystkich możliwych wiadomości. Zląkłem się jak diabli, gdy o trzynastej Wiedeń podał, że mnie i jeszcze kilkudziesięciu innych pisarzy pobito i wywieziono w nieznanym kierunku. Prezes Pen Clubu Arthur Miller złożył protest w tej sprawie. A ponieważ przez całe popołudnie nie usłyszałem ani jednej wiadomości, która by zdementowała tę z godziny pierwszej, ba, przeciwnie, podano kolejne szczegóły, że wywieźli nas niezidentyfikowani osobnicy przebrani za sanitariuszy, zacząłem z tego wszystkiego popadać w lekką demencję, nie będąc zdementowanym, dementowałem się sam, że być może spaceruję po lesie, śniąc o tym, że jestem związany w kij i wywożą mnie karetką w nieznanym kierunku, bez klauzuli wyjazdowej, bądź też że uprowadzili mnie fałszywi sanitariusze i teraz leżę na podłodze karetki, śniąc o tym, że spaceruję po lesie. I jak tu się potem dziwić, że w grudniu, w pewnej wsi w Górach Orlickich, nie zdziwił mnie widok kilku świeżo wykopanych grobów. Grabarz wyjaśnił mi później, że w tej okolicy, gdy chwyci mróz, ziemia zamarza na kość, a wtedy kopać w niej to straszna mordęga, dlatego zawczasu wypatruje, kto jest na wylocie, i kopie mu grób, zanim ziemia stwardnieje na amen, obywając się bez klauzuli wyjazdowej w postaci aktu zgonu. A skoro tak, to już zupełnie nie ma się co dziwić, że wczoraj spotkałem przyjaciela, który zdziwił się, że co jeszcze tu robię. Kiedy zapytałem, co ma na myśli, czy to, że jestem jeszcze na tym świecie, czy też to, że jestem jeszcze w kraju, odparł, że wiedział, że jestem cały i zdrów, ale myślał, że już wyjechałem, że, krótko mówiąc, dałem dyla. Powiedziałem mu, że nie mam bladego pojęcia, dlaczego jego zdaniem powinienem był wyjechać. Przyjaciel odparł, że każdy porządny człowiek, jeśli dotychczas nie wyjechał, powinien mieć przygotowaną klauzulę wyjazdową, ponieważ w razie gdyby sytuacja w kraju stała się niepewna jak pogoda w marcu, że w takim wypadku porządny człowiek nie powinien kłaść uszu po sobie, tylko starać się wyjechać.

Całość - Klick!! do źródła

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Lato szczytuje, żniwa (opowiadanie)


Ryba ma właśnie wyskoczyć ponad wodę w pogoni za ważką. Na rzekę opadają dwie lądujące kaczki. Ryba nie wyskakuje; spłoszona spływa na głębinę pod kępę wodorostów.

 

Ważka nie ma poczucia istnienia ryby; kontynuuje swój lot godowy rozdając zalotne blaski i lśnienia ważkowym samicom, uzbrojonym w uwodzicielską obojętność.


Rzeka nieustannie płynie, tocząc się teraz przez bezkres pola, z którego zjeżdżają żniwujące całą noc kombajny i traktory. Rumor już cichnie, zaczyna przypiekać poranne słońce.

 





Wśród walcowatych snopów skoszonego zboża pojawia się lis. Ruda plamka poruszająca się po jednolitym słomiastym tle wielkiego pola.

Tak widzi go myszołów, bezszelestnie zakreślający koła pod bezchmurnym niebem.

 

W domu, na końcu podziemnego korytarza, tuż pod szczeciną skoszonego zboża budzi się polna mysz.

Czyści futerko, jak każdego ranka i wychodzi na powierzchnię.

Przeciera oczy ze zdumienia:

Tam, gdzie wczoraj kładł się przyjemny, bezpieczny cień gęstego lasu metrowych łodyg żyta, teraz jest płaska patelnia przypiekana słońcem.

Świat myszy przestał istnieć z dnia na dzień, ale życie toczy się dalej: lis nieruchomieje, zasadzając się na zdezorientowaną mysz.

Myszołów też dostrzega łatwą zdobycz. Składa skrzydła, by błyskawicą spaść z wysokości na ofiarę.

Dlaczego atak nie następuje?

Ptak widzi z wysokości nową, czerwoną plamę, jaka pojawia się w dole na słomiastym tle. Czerwona, zbliża się do plamy pomarańczowej, która nagle zaczyna się szybko oddalać, aż znika z pola widzenia.

Mysz nigdy nie dowie się, że to, co ją uratowało, ma na imię Alicja.

Alicja tańczy po nasłonecznionym rżysku z dużym czerwonym balonem na sznurku. Nie ma świadomości istnienia myszy, lisa, ani myszołowa. Korzystając, że nie jest widziana przez nikogo, śpiewa i ćwiczy ruchy modelki. Alicja marzy, żeby zostać gwiazdą.

Dopiero za 40 lat, gdy już będzie miłą, zmęczoną starszą panią, Alicja zrozumie, że nie ma nic bardziej pospolitego, niż chęć zostania gwiazdą.

Teraz Alicja ma cztery lata, na urodziny dostała czerwony balon. Który za kwadrans pęknie. Ale my już tego nie chcemy widzieć.

 

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Czekając na gnu (opowiadanie)











Mieszkaliśmy w naszym domu na pustyni. Nikt nie musiał nas ratować i my nie musieliśmy ratować.



Za oknem było widać piasek i słońce, czasem czuć było wiatr, w nocy przychodził księżyc. Powiedziałaś, że musimy coś zrobić. Poszedłem do szopy i przyniosłem farby i pędzelki. Na wielkiej ścianie naszej sypialni namalowałaś trawy sawanny, baobab, akacje, żyrafę, czarnego tukana z żółtym dziobem i rzekę z krokodylami gotową na przeprawę gnu. Usiedliśmy na podłodze i czekaliśmy aż gnu nadejdą. Całymi tysiącami, jak mają w zwyczaju. W nocy znów przyszedł księżyc, ale gnu nie przyszły.

Rano domalowałaś dla zachęty trzy zebry, jednak gnu nie pojawiały się. Za oknem słońce smażyło piasek na patelni pustyni, bo było już południe. Wyjęłaś z lodówki arbuza i pokroiłaś go na zimne, przyjemne, różowe półksiężyce. Usłyszeliśmy rumor, i przez otwarte okno wskoczył do pokoju lew.

Widywaliśmy go już wcześniej, ale tylko przez lornetkę, jak na granicy zniechęcenia wciąż próbuje wytropić coś, czego na pustyni nie ma. Prawdopodobnie, wyposzczony monotonią pustki, uległ pokusie twojego soczystego obrazu oczekującego nadejścia gnu. Przysiadł na podłodze obok i dyszał nieprzyjemnie, aż spiorunowałaś go wzrokiem i przestał. Zapadło długie krępujące milczenie. Nieznośne.

Powiedziałaś żebym coś zrobił. Poszedłem do szopy po sztucer Remingtona. Wróciłem i znacząco odbezpieczyłem karabin. W dodatku oświadczyłaś, że nie brzydzę się przemocą. Lew spojrzał na mnie, a gdy potwierdziłem skinieniem głowy tę oczywistą nieprawdę, odbił się od podłogi i wskoczył w obraz.

Usłyszałem jego ryk, ale nie wiem czy pod baobabem, czy wśród akacji, spojrzałem na brzeg rzeki, tam, gdzie maiły nadejść gnu, ale już nic nie zobaczyłem, bo chlusnęłaś na ścianę wiadrem białej farby i obraz zniknął zanim nadeszły.

Wyjęłaś ze skrytki brązowy odkurzacz Zelmer i posprzątałaś po lwie. Potem, jak nigdy nic, zjedliśmy zimne, przyjemne, różowe półksiężyce arbuza i poczekaliśmy na księżyc. Nie zawiódł. Przyszedł wieczorem, jak zawsze. Księżyc nigdy nie zawodzi.

Rysunek: Andrzej Bobrowski

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dzień 25.



Katar miewa każdy, kto ma nos. Ale teraz miewać nie wolno. Mój pies kataru nie ma. Mój pies jest bardzo rasowy, kulturalny, ma szerokie horyzonty umysłowe, choć żyje bez ojca.


Wysyłam go do piekarni po bułki: dwie z dynią, dwie grahamki, jedną kajzerkę, jedną serową i po rogala z makiem. - Weź bardziej spieczone – mówię i zamykam za nim szczelnie drzwi klamką. Myję ręce.


Pewnie, jak wszystko, robię to najgorzej na świecie, ale za to najlepiej jak umiem. Myję rękę lewą, ręką prawą, a zaraz potem prawą rękę myję lewą ręką. Ubrudzoną myciem prawej, myję znów lewą, brudząc tym prawą, więc zaraz myję ją używając lewej. Myję w końcu i lewą i prawą używając równocześnie tej i tamtej. - Jestem już bliski doskonałości – myślę i włączam radio.


Zapowiadają powrót arktycznego niżu. W dodatku nie z arktyki tylko z tej okropnej Rosji. A za oknem słońce! Radio znów nie brzmi wiarygodnie. Rozgrzany promieniami trzmiel kąpie się w pyłku kwiatów zalewających bielą gałęzie marcowych moreli. Dochodzi południe, słońce świeci za darmo dla wszystkich. Dla informujących i dla informowanych, dla chorych i tych, co dopiero zachorują, dla ratujących i ratowanych.


25. dzień kwarantanny. W radiu mówią, że na świecie wyzdrowiało już 150 000 ludzi, ale zaraz dodają, że w kraju jest 1905 chorych, i wszyscy są zdyscyplinowani.


Pustą ulicą idzie Tomek. Wypija małpkę setkę przy mojej bramie. Bezdotykowo przerzuca przez nią butelkę na moje podwórko. Tomek nie ma jednego zęba. Jak Madonna, jak Mike Tyson. Ale nie wygląda jak Madonna ani jak Mike Tyson. Hrabini Wrotycz-Nawłociowa ma zęby jak perełki, jednak skrywa je za wachlarzem, razem z połową twarzy, w której ma wrota przyciągające Coronusa. Hrabini nie chce się zarazić Chorobą, bo Choroba wyzwala w człowieku miłość do papieru toaletowego. Tę naturalną, skrywaną w normalnych czasach wstydliwie, głęboko i taktownie miłość, która teraz, kiedy perspektywa się skróciła i każdy dzień może być ostatnim i nie ma co czekać na lepsze czasy, bo lepszych może już nie być na ujawnienie miłości utajnionej, to ta miłość wybija bezwstydnie, bez umiaru i opamiętania. Prosta miłość do papieru toaletowego. Oraz wyrafinowana, wyłuzdana, dzika miłość człowieka do drożdży.


Tomek już sobie poszedł. Ulica jest pusta. Nikt nie spieszy się do pracy, ale tutaj nigdy nikt nie spieszy się do pracy, bo przeważnie nikt nie chodzi do pracy; ludzie tutejsi postawili na złom. Jednak nawet złomu już nie zbieraja, tacy zrobili się niezłomni. Taka zmiana. I jeszcze to, że nie łoją już w grupach, nie wyją w przydrożnych krzakach, nie napierdalalają się – teraz piją pojedynczo. Taka różnica. Coronus zmusił do picia pojedynczo, sam na sam ze sobą.


Pies wraca z piekarni. Dał sobie wcisnąć niewypieczonego rogala. W dodatku bez maku! Pierwszy raz to się zdarza. Nigdy jeszcze coś takiego się nie zdarzyło. Czuję, że nadchodzą zmiany. I to cywilizacyjne.

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dzień 35.




Po nocy wstaje dzień. Jak gdyby nigdy nic. Słońce wschodzi na wschodzie i rozpoczyna wspinaczkę, by po południu zacząć opadać w stronę zachodu. Ale teraz jeszcze się wspina. Świeci aż miło, dla wszystkich za darmo, dla ratujących i dla ratowanych, dla ozdrowieńców i dla tych co dopiero zachorują.


Do mojego ogrodu wchodzi kot, obcy. Gapi się, wypija parę łyków z kałuży, a potem kładzie się pod śliwą białą od kwiatów. Pewnie trawi mysie polędwice, schaby, wątróbki... Nie ucieka, więc pies go nie goni. Po co ma gonić, jak on nie ucieka? Tylko policja goni chętnie i zawsze, a im mniejszy powód, im bardziej go nie ma, tym bardziej gotowa gonić. To jej główna aktywność.


Przypomina mi się zasłyszane w odległych czasach dzieciństwa: „O! Jak u was koty łażą surowe luzem, to tu głodu jeszcze nie ma". Fakt, do sklepu wciąż przywożą bułki i kabanosy. Nawet placek i babkę można zamówić na Wielkanoc.


Kot dalej nie ucieka, a pies dalej go nie goni. W radiu mówią, że dzisiaj wypuszczono do obiegu 444 miliony gazet i wysłano 241 miliardów maili. Czy trzeba od razu wierzyć we wszystko, co mówią w radiu? W każdym razie mówią, że wyzdrowiało już 318 tutejszych ludzi. Pies ma to wszystko w nosie. Dosłownie. Węchem odbiera cały swój świat, a wzrokiem i słuchem zaledwie potwierdza to, co wcześniej wywąchał. Informacje radiowe są bezwonne, więc dla psa bezwartościowe.


Kot wciąż nie ucieka, chyba zasnął, pies zresztą też. Ulica jest pusta, tylko pszczoły robią ruch, coraz więcej uwija się pracowicie wśród kwiatów śliwki; drzewo nie będzie przecież kwitło bez końca. W ogrodzie, swoje kotki puściły też wilkinowe bazie, bo zaraz Wielkanoc, ale pszczoły tego roku wolą śliwkę.

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dzień 45.




Po nocy wschodzi słońce i od razu staje się jasno jak w dzień.

Rozlega się rumor monstrualnej śmieciarki żerującej pośród koszy wystawionych na ulicę przed nocą, wieczorem. Patrzę przez okno jak śmieciara chwyta w mocarne łapska kosz pod bramą sąsiada, unosi go nad żelazny pysk, przechyla i wytrząsa do opasłego brzyszyska jego zawartość. Świat jest nieczynny, ale ludzie wciąż produkują śmieci. Po tym poznać, że żyją. Umarli nie produkują śmieci. Zresztą cmentarze są teraz zamknięte, żeby nie zarażać mieszkańców; na pogrzeb można pójść wyłącznie jako nieboszczyk.


Dzisiaj urodziło się 380 tysięcy nowych ludzi, a umarło tylko 159 tysięcy żyjących. Widać żywi wciąż rozmnażają się szybciej niż umarli. Mimo, że medycyna jest na takim etapie, że nie potarfi nawet sprawić, żeby człowiekowi zęby wyrosły po raz trzeci.


Z psem zacząłem rozmawiać dwa dni temu. Ja mówię, on słucha, ale nie odpowiada. W każdym razie razie jeszcze nie zabrał głosu, taki jest kulturalny. Ja to rozumiem. Tylko idiota jest gotów zabrać głos w każdej sprawie i ma zdanie na każdy temat i obwieszcza to tonem człowieka pewnego swych racji wszędzie, gdzie tylko może, przy każdej okazji i bez okazji. Zjawisko zupełnie bez gustu. Ale ludzie pozbawieni gustu nie wiedzą, że są go pozbawieni.


Pies przygląda się jak produkuję żywność. Nożem odkrawam pajdy od bochna, powlekam olejem lnianym, posypuję krojonym imbirem, kurkumą i wzmacniającym efekt pieprzem, gdy daję na wierzch jarmuż, pies traci zainteresowanie.

Wychodzę na rower.


Jadę rowerem, ale dwa metry od siebie, więc wszystko w porządku. A jak się zatrzymam na siku w lesie, to od razu stanę obok w zalecanej odległości.

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dzień 65.

Po południu zaszczekał pies. Znienacka i konkretnie. Wydobył z siebie parę głębokich, mokrych grzmotów i już wiedziałem, że mam nieproszonych gości.

Otworzyłem drzwi dotykając klamki, i - pozostawiając je otwarte - wróciłem umyć ręce, według rządowego przepisu: najpierw umyłem rękę lewą, ręką prawą, a zaraz potem prawą rękę umyłem lewą ręką. Ubrudzoną myciem prawej, umyłem znów lewą, brudząc tym prawą, więc zaraz domyłem ją używając lewej. Umyłem w końcu i lewą i prawą używając równocześnie obu, ufff... Teraz mogę wyjść. Wychodzę.


W moim ogrodzie wylądowało UFO. W klasycznym talerzu o kształcie cygara uchylił się luk i wychynąła z niego zielona kończyna. Wysunęła jeden palec i zgięła go parokrotnie w geście pod tytułem: Chodź no tu bratku! Już miałem podejść, ciekawy, co mają do powiedzenia, ale przypomniałem sobie, że jestem głodny, więc zawróciłem, żeby zjeść.


W tym domu się nie przelewa - znalazłem tylko jedno jajko, mąkę, kwaśne mleko i sól. Zrobiłem naleśniki, dwa dla siebie, dla psa trzy.


- Rozmowa z kosmitami zdarza się raz na tysiąc lat, więc warto być w doskonałej formie – skonstatowałem w progu i jeszcze raz zawróciłem, żeby napić się kawy i w spokoju zapalić dla uzyskania harmonii. Nie znalazłem kawy w szafce, ale nie wpadłem w panikę, wysłałem psa do sklepiku naprzeciwko, a sam rozpocząłem przyrządzać wrzącą wodę. Wrócił z Lavazzą Espresso. Przeliczyłem resztę i zaparzyłem kawę. Wypiłem, zapaliłem, wypłaszczając mózg do pozycji wyjściowej. Byłem gotowy. - Teraz to ja już znam odpowiedź na każde pytanie, zanim jeszcze ono padnie – dodałem sobie animuszu.


Pierszy wybiegł pies, ale wrócił zanim zdążyłem zejść po schodach do ogrodu, wyglądał na rozczarownego. Po UFO nie było już śladu, chociaż kazałem im na siebie czeakć wszystkiego niespełna godzinę.


- Mogli nie mieć do mnie naprawdę ważnej sprawy – wyjaśniłem psu. - Wcale mnie nie dziwi, że odlecieli, tak samo jak mnie nie dziwi, że w ogóle przylecieli – podrapałem psa pod paszczą. - Nic mnie już nie jest w stanie zadziwić, więc dlaczego mieliby kosmici? Na przykład w środku pandemii, w tym kraju umiera dużo mniej ludzi niż umierało w analogicznym okresie ubiegłego, zdrowego roku  i w latach poprzedzających, chociaż powinni padać jak muchy, i tylko mi nie mów, że wirusa poznajemy po tym że go nie widać, więc... - pies przestaje słuchać, idzie w miejsce, na którym wylądowali, a później z niego odlecieli kosmici, obsikuje je, potem okrąża kręcąc się, wiercąc, i wyciska kupę tak ładną, zdrową, elegancką, fejsbukową, że mam ochotę natychmiast zdokumentować ją smartfonem 5G i wrzucić na fesjsa. O tak, z pewnością zyska wiele polubień koneserów, oczyma wyobraźni widzę rosnące setki lajków. Nagle przypominam sobie, że jeszcze nie mam 5G. Zdjęcie zrobione zwyczajną komórką też może byłoby dobre, ale to tak tylko bardzo być może.


„O Matko Boska!!!... - zza gęstego żywopłotu dobiega zbolały jęk sąsiada, który przyjechawszy z pracy odkrył, że jego żona przerwała dietę. Nakrył ją jak podjadała czekoladowe rożki, w dodaku razem z córką. Nie pomogły tłumaczenia, że wszystkie jej posiłki są teraz absolutnie pozbawione przyjemności, a alergia na czekoladę napawa ją wstrętem do tej słodkiej substancji, więc zjada ją dla wzmocnienia obrzydzenia, by szybciej schudnąć.

- Tak ci ufałem... ja tak ci wierzyłem... - użala się nad sobą sąsiad.
- Ale ja to na siłę wciskam w siebie, nic sobie z tego nie robię – popłakuje przyłapana żona, a my czym prędzej
wracamy do domu, żeby nie zakłócać prywatoności.


Zamykam drzwi łokciem, w zasadzie bezdotykowo, ale i tak zaraz dezynfekuję.

Szkoda, że odlecieli ci kosmici, tak zwyczajnie, bez podania pewnych typów na sobotnie losowanie totolotka. Na osłodę pozostaje nadzieja, że kiedyś świat znów będzie czynny i ludzie staną do kas sprzedających poezję, muzykę i paprykarz szczeciński.