6 lutego 2023, poniedziałek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Swietłana Wasilenko

Głuptaska

Mąż wsadził w arbuz swój krzywy nóż, przejechał nim dookoła, jakby gardło podrzynał arbuzowi – aż zaczerwieniło się pod nożem, pociekło. Potem rozkroił melon, wyczyścił bebechy. Pokroił na części.

 

 





Swietłana Wasilenko urodziła się w roku 1956 w mieście Kapustin Jar (ZSRR), nieopodal radzieckiego portu kosmicznego. Studiowała w Instytucie Literatury im. Gorkiego w Moskwie. Autorka wielu opowiadań, powieści (m.in. „Duroczka”), scenariuszy filmowych, za które otrzymała liczne nagrody: m.in. Nagrodę Siergieja Eisensteina i Nagrodę Nabokova. Mieszka w Moskwie.

 

Niezwykła, alegoryczna opowieść o Nadźce, wiejskiej głuptasce, która opuszcza rodzinny dom w koszyku, by po latach powrócić na tratwie, jako święta. Bohaterka, niczym Mojżesz, przemierza astrachańskie wody w ucieczce przed złem, w pogoni za własnym przeznaczeniem. Jej życie zatacza krąg, a Nadźka ratuje świat przed wojną atomową. To historia oszałamiająca okrutnością i pięknem, kryształowo przejrzysta językowo, plastyczna, rozedrgana. W szaleńczo wirujących kadrach, niczym w okruchach krzywego lustra, odbija się rzeczywistość radzieckiej republiki. W surrealistycznym obrazie, nie pozbawionym satyrycznego wydźwięku i gorzkiego humoru, mieszają się bestialstwo, pradawne legendy, NKWD, zakopane skarby, pionierzy, atamani, cuda, prawosławne obrzędy. Przerażający brutalnością, urzekający, złożony, tylko pozornie bajkowy odkrywa drugie dno ludzkich odruchów w radzieckich realiach.

Głuptaska, Swietłana Wasilenko

Przekład Jerzy Czech, Wydawnictwo Czarne, 2008

 

Fragment:

(…)

Przyjechali na pole, na basztan.

A dookoła wszędzie takie ogrody-basztany. To tu, to tam leżą arbuzy, olbrzymie jak prosięta. Hanna szła, potknęła się o jeden z nich. Arbuz zatrzeszczał, rozpękł się, rozpadł na dwie połówki. Hanna wgryzła się zębami w cukrowy, jasnoczerwony miąższ, zanurzyła całą twarz w czerwonej słodyczy, utonęła w niej.

– Zostaw ! To przejrzały arbuz! – Kanarka złapała ją za rękę, ciągnęła dalej. – My ci innego harbuza zareżemy!Tego Popatry na nioho, jakyj krasaweć! A melonik! Patrz no, jakyj mełonyk, jakyj słycznyj! To mołodeć, a ne mełonyk!

Mężowi kazała:

Zareż nam tego harbuza i tego melona!

Mąż wsadził w arbuz swój krzywy nóż, przejechał nim dookoła, jakby gardło podrzynał arbuzowi – aż zaczerwieniło się pod nożem, pociekło. Potem rozkroił melon, wyczyścił bebechy. Pokroił na części.

Kanarka przypatrywała się, jak mąż kraje.

        Dobry byłby z ciebie bandyta! – pochwaliła. A Hannę spytała: – Chcesz astrachańskiej zupy?

– Zmieszała w misce chleb z arbuzem. – Masz! – powiedziała. – Jedz!

            Nalała do szklanek.

– Wypijemy, ojczulku! – powiedziała do męża. – Patrz, jakąśmy córkę sobie sprawili! – objęła Hannę. – A tobie się u nas, doniu, podoba?

            Hanna kiwnęła głową.

            – Naprawdę się podoba? To nasz dom! – zakreśliła koło aż po horyzont. Palcem pokazała na niebo. – A to dach – roześmiała się. – Jak się dziury a nim porobią, to deszcz spadnie. Nie zawsześmy tak żyli. – Obejrzała się na pole, szepnęła: - I dom prawdziwy był, i gospodarstwo było, i dzieci. Pięcioro.

            – Cicho byś lepiej była, babo! – powiedział mąż.

            – Przecież jest niema – machnęła ręką Kanarka. – Co powiesz, to w niej zostanie... No więc zaczęli nas zapędzać do kołchozu i rozkułaczać tych, którzy byli bogatsi. Widzimy, że i na nas mają chrapkę. Jednej nocy pozbieraliśmy się i co w domu było, wszystkośmy spakowali na furmankę. Dzieci na wóz, konia do wozu, dom podpaliliśmy – i jazda szukać szczęścia. Swobody, tam gdzie nie ma kołchozów. My nie jacy tacy, myśmy spod Woroneża. Aż do Taszkientuśmy doszli. Mówili nam, że tam nie ma kołchozów. Po piaskach szliśmy, po pustyni. Koniaśmy sprzedali, dobro sprzedali – a kupili tego o, Sulejmana, wielbłąda, żeby przejść przez pustynię. Bo inaczej wóz nie przejedzie, ugrzęźnie w piasku jak w śniegu... Szliśmy długo, szli, szli, przyszli do Taszkentu, a tam kołchoz! No tośmy poszli z powrotem. Po drodze dziatki nam poumierały: od tyfusu umarły, wszystkie pięcioro. – Zapłakała. – Jedno za drugim, dopaliły się jak świeczki... Nalewaj! – krzyknęła nagle straszliwym głosem, wstała, zachwiała się, przewróciła butlę, rzuciła się, żeby ją podnieść. Nalała, podała mężowi. – Pij!

            – Nie chcę.

            – Pij!

            – Nie będę!

            – Pij! – objęła go za szyję, chciała pocałować. Wtedy podszedł wielbłąd, wsadził kosmatą głowę między nich, odpycha Kanarkę od męża.

            – No, patrzcie tylko! – zaśmiała się Kanarka. – Zazdrosny jest! O wszystkich mężczyzn zazdrosny! – poinformowała Hannę z radością, obróciła się do męża i powiedziała: – Jak mnie będziesz krzywdził, to pójdę do wielbłąda. Ty mnie weźmiesz, Sulejman, za żonę? Kochasz mnie, Sulejman? – przymilała się do wielbłąda. – Chodź, to cię pocałuję! – śmiała się, całując go we włochatą mordę.

            Mąż splunął i wyszedł.

            – Ty dokąd? – krzyknęła na niego.

            – Coś się nietęgo czuję – powiedział i poszedł spać do szałasu.

            We dwie z Hanną rozpaliły ognisko. Kanarka położyła głowę Hanny sobie na kolana, rozgarniała włosy, iskała dziewczynkę i mówiła:

            – Będziesz, doniu, żyła z nami. Latem tu, a zimą na Kaspij pójdziemy, w ciepłe kraje. Jak te ptaki przelotne jesteśmy. Ruskie ptaki...

            Hanna patrzyła w niebo. Świeciły na nim gwiazdy.

            Na gwiaździstym niebie, jak na basztanie, leżał wielki, żółty księżyc. Pachniał jak melon.

            Rano Kanarka zaczęła budzić męża.

            – Wyłaź! Słońce już wstało!

            Mąż nic nie odpowiadał. Wtedy sama wlazła do szałasu.

            A tu chłopina leży martwy, nie rusza się. Podniosła lament.

            Ubrała męża w białą koszulę.

            Położyła na zielonej murawie. Leżał tak i wyglądał, jakby spał.

            – Wania! – powiedziała. – Obudź się!

            Zerwała błękitny, polny kwiatek, włożyła mu w ręce zamiast świecy.

            Rozbudziła Hannę.

            – Ojczulek nasz umarł. Jedziemy go pochować!

            Razem z Hanną wciągnęły go na furmankę i pojechały.

            – A mówiłam mu wczoraj: Wania, wypij! Pij, żeby cię zaraza nie chwyciła! – powiedziała Kanarka. – Nie słuchał mnie.

            Zapłakała.

            Na górze, pod wsią, czekali chłopi na koniach; mieli karabiny.

            Krzyknęli z daleka:

            – Ej, Kanarki! Zawracajcie! Bo jak nie, będziemy strzelać! Mówiliśmy wam wczoraj: nie wieźcie zarazy do wsi!

            – Nie wiozę zarazy. Męża wiozę! – powiedziała Kanarka.

            – A co z nim jest?

            – No, umarł!

            – Wczoraj jeszcze żył – nie uwierzyli jej. - Na co umarł? Na cholerę?

            – Nie wiem – powiedziała i jechała spokojnie pod górę. – Może i na cholerę.

– Stój! Dokąd jedziesz? Nie puszczajcie jej, chłopy! – rozdarł się jeden, z czarną brodą. – Ona śmierć do nas wiezie! Przepędzić ją, tę cholerną p...ę!

I strzelił. Kula trafiła Kanarkę w ramię.

– Ach, ty morderco! – krzyknęła, wypuszczając lejce z rąk.

(…)


Ilustracja: Andrzej Bobrowski




Süddeutsche Zeitung”:
„<> jest reminiscencją sztuki naiwnej: jaskrawe kolory, ostry kontrast oraz proste środki stylistyczne posłużyły do opowiedzenia nasyconej nieoczekiwanymi wydarzeniami historii na pograniczu bajki i alegorii”.

Die Welt”:
„<> to wyrafinowana kreacja literacka, rzucająca światło na wydarzenia pozostające w ukryciu przez ponad czterdzieści lat”.
 

Anna Żebrowska:
„Realia epok Stalina i Chruszczowa łączą się w książce Wasilenko ze staroruską legendą, pieśni pionierskie z mitologią religijną. Niezwykły to koktajl”.

Adam Pomorski:

„Przejmująca i piękna to przypowieść. Swietłana Wasilenko – jedna z najgłośniejszych dziś w świecie pisarek nowej Rosji – sceną żywota groteskowej świętej czyni realne miejsce własnego urodzenia. Osiedle wojskowe wokół ulokowanej w betonowym silosie wyrzutni rakiet balistycznych pełni tu obowiązki, pożal się Boże, >>miejsca magicznego<<. W dawnej wsi, zniszczonej w piekle sowieckiego terroru, w oczekiwaniu nuklearnej zagłady nakładają się na siebie wieki, mity, baśnie tygla ludów i kultur, jakim były te astrachańskie stepy.

Odwieczny w literaturze rosyjskiej folklorystyczny wątek drogi przez mękę Matki Boskiej Ucieczki Grzesznych, przywołuje pamięć geniuszy: Dostojewskiego czy Płatonowa. Tytułowa Głuptaska – chore dziecko i >>głupia w Chrystusie<< zarazem – swoją zmąconą świadomością góruje nad szaleństwem współczesności, aż po dziwnie swojskie widmo końca świata. Uniezwyklona narracja mogłaby się polskiemu czytelnikowi kojarzyć z ironicznie infernalną prozą Konwickiego. Ta sama fantasmagoria historii i ten sam znikomy cud doczesnego ocalenia”.


 

 

 



   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.