24 lipca 2021, sobota

Dariusz Łukaszewski

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 16





Przez ścieżkę przebiega łasica. Nie ma ogona. Najpierw zastanawiam się nad tym, gdzie go zgubiła, a potem myślę, że może odkryłem nowy gatunek. Stawiam na tę drugą opcję i od razu czuję się raźniej w roli odkrywcy, a nie tylko obserwatora.


Rysunek: Andrzej Bobrowski





Telefon:


- Pies wyje za tobą. Gdzie jesteś?!

- Daj mu wołowiny.
- A skąd ja wytrzasnę wołowinę?!
- Stoi w srebrnym garnku na schodach.
- I będę musiała tego dotykać...
- To jest udziec wołowy na marchwi i porach, pyszny. Ja to jem.
- No, tego się mogłam spodziewać po tobie, że jesz psie żarcie. Ale... co tu się dziwić w ogóle, jak otaczają cię źli ludzie.
- Źli?
- Otaczasz się niewłaściwymi ludźmi.
- Posłuchaj, ja nie spotykam już żadnych ludzi. Od lat.


Za sosnami, zakosami biegnie goły chłopiec... Nie, to wiatr hula workiem po cemencie pomiędzy pniami.

 

 

 

                                                            x x x


Znowu pies. A nawet dwa. Duży, czarny z łańcuchem, tak jak oderwał się od budy, i mały wsiowy pikuś podążający za czarnym olbrzymem. Gdzie duży siknie, to on też, gdzie się zatrzyma, co obwącha... mały wiernie powtarza jego zachowania. Dwa szwendające się wiejskie psy, próbujące zrobić coś ze swoją wolnością.


Stary inkasent Łabędzki znał wszystkie psy w mieście lepiej niż weterynarze. I te dobre, i te złe, te koszmary, i Perełki, i Murzynki, Reksy, rottwailery i kaukazy. Naszemu psu - a właściwie psu mojej mamy, którego nikt nie traktował serio - inkasent Łabędzki z rozpędu okazywał najwyższy respekt, natychmiast uruchamiając drzemiącą w nim bestię. To był jedyny przejaw aktywności tego psa: dziko obszczekać inkasenta. Zdarzało się to w czasach, kiedy jeszcze nawet nie przeczuwałem, że na lata najprzyjemniejszym widokiem na świecie stanie się dla mnie zieleń świeżo wydrukowanej studolarówki. Ze strzępów wspomnień wyłania się zmierzły bachor, który wymaga świata do usług – natychmiast chce wszystkiego, co chce.


Kim wydam się sobie za 10 lat? Co pomyślę o człowieku na rowerze, który gapi się na dwa psy oderwane od budy, upajające się sikaniem gdzie popadnie?


Pojęcia nie mam, bo mieć nie mogę – jak zniknął stary Łabędzki. Kiedy umierał nie było mnie już w miasteczku; pewnie już rozmawiałem daleko stąd w dwóch językach, za pensję jak z totolotka.


Ciąg dalszy 6. maja


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.