6 października 2022, czwartek

Teatr rozmowy

Dariusz Łukaszewski

Jan Nowicki

Mnie teraz już interesują pory roku, zwierzęta i literatura, którą stawiam i stawiałem zawsze najwyżej spośród wszystkiego. I życie jest absolutnie piękne, piwo jest coraz zimniejsze, kobiet już nie trzeba, wie pan, tylko wystarczy na nie patrzeć – jest wszystko okay. Dla mnie jest wszystko OK. To dla was jest do dupy. Jeżeli oczywiście wiecie, że pewne rzeczy umknęły. Bo może dla wielu, w ogóle nic nie umknęło. Bo niczego nie powąchali. To pan zadając mi te pytania, daje mi do zrozumienia, że pan mówi trochę o raju utraconym, ale przecież niektórzy by w ogóle nie wiedzieli co pan pieprzy.


Dariusz Łukaszewski: - Licho wie, kto to powiedział, zresztą miej ważne kto, a ważniejsze co mówił. Powiedział tak: To właśnie teraz są te dawne dobre czasy, do których zatęsknimy z łezką w oku za dziesięć , dwadzieścia lat. Pan kilka miesięcy temu ujawnił, że nie oczekuje po przyszłości żadnego pozytywnego przełomu, bo może być tylko gorzej. Może dzisiaj patrzy pan radośniej w przyszłość?
Jan Nowicki: - Tak naprawdę, ja wtedy też radośnie patrzyłem, bo nigdy nie jest tak, żeby nie mogło być jeszcze gorzej. Jeżeli pan mnie złapał na jakimś kwadransie słabości, to wcale nie oznacza, że to miało wypaść pesymistycznie. Ja zresztą w ogóle jestem taki smutno-wesoły facet, ja nie lubię śmiesznych rzeczy samych w sobie, one mnie nie śmieszą kompletnie. Nie reaguję na dowcip kabaretowy, sytuacyjny…
A co pana śmieszy? Jak wypadek się komuś zdarzy?
- Coś takiego, właśnie. Dobrze, że pan o tak skrótowo ujął, ale niesłychanie właściwie. To znaczy wtedy jest śmiesznie, kiedy komizm, czy sytuacja farsowa jest wtopiona w dramat. Dlatego na przykład farsa „Kolacja na cztery ręce” o Bachu i o Henglu jest bardzo zabawna, bo tam chodzi o rzeczy bardzo ważne, o twórczość, o ambicje, o dramaty, tam jest śmieszność w sosie dramatycznym, nie odwrotnie. Ja naprawdę tylko przy lekturach mojego ukochanego Dostojewskiego potrafię śmiać się. Głośno. Będąc sam ze sobą. Żaden wesoły prozaik mi tego nie załatwia.
Czy to, co się w Polsce dzieje, co nas otacza i w czym tkwimy chcąc nie chcąc – pytam o całą rzeczywistość, nie redukując jej do obszaru kultury – czy to jest wystarczająco dramatyczne, żeby było dla pana wesołe, czy to jeszcze jest jeszcze wiąż za mało dramatyczne, żeby było śmieszne?
- Dobre pytanie… Niestety, to nie jest wesołe. I nie jest też dramatyczne. To jest obrzydliwe. Najnormalniej w świecie obrzydliwe. Nudne, amatorskie, brzydkie, wykonawcy są nieciekawi, posługują się nieciekawym językiem, rzadko bywają dowcipni. A w tej sytuacji jest się trudno śmiać, bo chodzi o problem narodu, problem kraju, problem milionów, i tutaj już nie ma żartów. My toniemy w takim ogromnym obszarze amatorszczyzny, że ręce opadają. Nie można się śmiać w sytuacji, kiedy bez przerwy i ciągle ma pan do czynienia z amatorami. No, jeżeli mamy do czynienia z prawdziwymi amatorami, jak dzieci występujące w kościele, czy coś z przywieszonymi brodami, to oni są zabawni i uroczy, natomiast, jeśli ma pan starych ludzi, którzy udają, że są ministrami, że są premierami, udają, że mają coś do powiedzenia, a przy tym są nie najlepiej brani… i to wszystko, cała ta ich działalność dotyczy losu… no, w sumie udręczonego narodu, który został postawiony w obliczu kompletnie nowej sytuacji – cała masa starszych roczników jest kompletnie zdezorientowana, zupełnie nie wiedzą co się dookoła dzieje – to ta sytuacja jest nieznośna i obrzydliwa. Ani to nie jest dramatyczne, ani komiczne. No, jak może być komiczny konflikt prezydenta z premierem? Jak to może być dramatyczne? To nie jest ani takie, ani takie…
Czy to jest ciekawe?
- Nie, to nie jest ciekawe…
Nie jest interesujące?
- No pewnie, że nie jest ciekawe! To jest tak, jakby dwóch chłopców bawiło się w piaskownicy, tylko, że tą piaskownicą jest cała Polska, a zabawa rozgrywa się na oczach całego narodu i jej wynik dotyczy milionów ludzi. To jest niepojęte, nie do zniesienia. Nie wiadomo w ogóle, jak na to reagować? Ja mam swój felieton w Gazecie Krakowskiej, i napisałem kiedyś tekst „Spieprzajcie dziady”, który ludzie sobie przesyłali w Internecie i to potem wracało do mnie, ale ja już nie chciałem do tego wracać, i najkoszmarniejsze w tym wszystkim jest to, że nie da się do tego nie wracać. Zostaliśmy tak agresywnie zalani ogromną ilością polityki – w gazetach, w radio, w telewizji, tam jest bez przerwy o tym, i ten przekaz jest tak agresywny i bolesny, że nie sposób się do tego nie ustosunkować. To nas niestety dotyczy, nie ma ucieczki, nie można się schować. Czasem się wydaje człowiekowi, że śni, że to się nie dzieje naprawdę, że to niemożliwe aby coś takiego się działo. A to się dzieje, bezczelnie panoszy i osobiście dotyka i dotyczy. Mnie, pana i każdego. Codziennie. Otwieram gazetę, czytam jakiś tekst dotyczący spraw telewizyjnych, i że jedna pani, wszystko jedno jak się nazywa – jeszcze człowiek te nazwiska, kurwa, musi pamiętać!, to jest coś okropnego, bo przecież ta głowa ma określoną pojemność i po co jej pamiętać, czy to się nazywa Raczyńska, czy coś takiego, czy inaczej – więc ją ma usuwać jakiś pan, ale ona odchodzi na pięciomiesięczne zwolnienie lekarskie. Celnicy są na zwolnieniach lekarskich, przyjeżdża do nich premier i mówi, że jeżeli tylko wrócą do pracy to nie będą wyciągane konsekwencje z ich zwolnień lekarskich. Dookoła pan ogląda codziennie – ja sam ich znam dziesiątki, a w skali kraju to są tysiące - lewych rencistów, czy emerytów. Czyli za tym stoją zwolnienia lekarskie, które są zwyczajnymi fałszerstwami dokumentu państwowego, tego słynnego L4. A do tego wszystkiego dochodzi lekarz, który nie zgadza się na kasę fiskalną i on strajkuje. Przecież ja nie jestem idiotą i wiem, że powinien lekarz zarabiać więcej od sprzątaczki wysoko wykwalifikowanej, tego nikt mi nie musi tłumaczyć, ale niechże on, proszę pana, nie wystawia fałszywych zaświadczeń o stanie zdrowia! O tym się już w ogóle przestało mówić, niech pan zwróci uwagę, że jeżeli jakiś minister dokona przestępstwa, to się go wysyła na urlop, on jest urlopowany… Urlop, przecież, jest słowem świętym, na urlop zasługuje normalny człowiek, obywatel, wszystko jedno w jakim kraju on żyje, który przez cały rok uczciwie pracuje na miesiąc urlopu, a tutaj taki skurwysyn jest urlopowany…
…w nagrodę…
- Tak, w nagrodę niejako, a jak mu się skończy urlop to przynosi w zębach zaświadczenie lekarskie. Jak to się pomnoży przez skalę zjawiska, to się człowiek musi zastanowić, ilu lekarzy, kryminalistów my mamy w tym kraju?
Był taki system, i ja go jeszcze pamiętam – o komunie tu mówię - kiedy ludzie zarabiali marnie, ale było takie przyzwolenie społeczne, że w ich głodowe pensje jest wkalkulowana możliwość dorobienia. Zarabiasz marnie – możesz sobie dorobić, czyli ukraść, zaszfinglować, poświadczyć nieprawdę, na przykład na lewym rachunku, itd. Lekarze zarabiają mało – pan mówi, że nie ma nic przeciwko, żeby zarabiali godziwie – to oni sobie dorabiają lewymi zwolnieniami, rentami…
- To również dotyczy kelnerów, którzy mają niską pensję, a przecież mają… te, no…
Napiwki.
- Napiwki, tak. No to w porządku, zgódźmy się z tym – chociaż nasza rozmowa robi się absurdalna – że mają sobie dorabiać do niskich pensji, to dlaczego wydają fałszywe świadectwa lekarskie?
Tak właśnie sobie dorabiają, próbują radzić ze swoją biedą powszechnie znaną. Ale ja ich nie będę próbował tłumaczyć, bo może nie rozumiem ich złożonej, drastycznie dramatycznej, prawie głodowej sytuacji, zmuszającej do przestępstwa. Nie będę też tłumaczył, bo też nie rozumiem – najwyższego urzędnika zarządzającego tym państwem, czyli premiera, który mówi o strajkujących lekarzach, pielęgniarkach odchodzących od łóżek ciężko chorych, o szpitalach niedostępnych, bo zamykanych, że to nie jest jego sprawa, że on nie jest stroną w tej sprawie, mówiąc kolokwialnie - wali go to i mu to płynie, bo to jest sprawa jakiejś protezy w postaci NFZ-ów, powołanych dla rozmycia odpowiedzialności. Czyli, z jednej strony ten najwyższy urzędnik urzędujący w naszym imieniu i za nasze pieniądze, nie ma nic przeciwko, żebyśmy się w końcu zrzucili i mu ten samolot kupili, żeby mógł sobie do tej Ameryki polatać, ale w dugą stronę to nie działa -jak my coś od niego chcemy, to mówi – idźcie do moich urzędasów, bo ja nie mam czasu, mam ważniejsze sprawy, muszę poboksować z prezydentem…
- Jak panu jest na imię, niech mi pan przypomni.
- Darek.
- Panie Darku, czy my musimy o tym rozmawiać?
- Nie musimy. Ale rozmawiamy.
- No to jest straszne; pan zaczął o tym mówić, ja zacząłem o tym mówić, ja napisałem o tym…
A wie pan dlaczego o tym gadamy, chociaż wcale o takiej rozmowie nie marzyliśmy?
- No?
Bo to tak szalenie nas dotyczy, że wystarczy wrzucić jakiś temat, strzęp z rzeczywistości, i już uruchamiają się emocje, których stajemy się zakładnikami i brniemy w to po uszy. Dobrze, że pan się zreflektował i przerwał ten strumień.
- Bo pan zaczął… Dobrze pan zaczął, od przywołania takiego wspomnienia, kiedy ja finalizowałem pewne emocje, jak gdyby wszystko zmierzało do takiego jakiegoś emocjonalnego końca, do takiego przyglądania się sprawom i sobie z oddalenia, jakby nie czekało mnie już jakieś szczególne wzruszenie, czy przewartościowanie sądów, itd., itd. Okazuje się, że nie. I okazuje się, że coś takiego w ogóle nie następuje w życiu człowieka, nie tylko aktora, nie tylko artysty, w ogóle człowieka. Dlatego, że zawsze się znajdzie coś takiego, co nas nieprawdopodobnie zaskakuje. Jakaś wartość, znana od wieków, i opisana, która nic nie znaczyła, dopóki nie wkroczyła z ogromną dynamiką w nasz krwioobieg, kiedy zaczynamy o tym myśleć, kiedy to się staje naszą wartością, a nie wartością filozofów, czy kogokolwiek. I mam taką rzecz: no, w tym… schamieniu, dotyczącym mojej profesji – nie chcę o tym mówić w kategoriach dramatycznych, bo to będzie odbierane, że stary aktor wspomina stare dzieje – ja pierdolę stare dzieje, proszę pana, one mnie w ogóle nie interesują!, ja nigdy się nie przechwalam swoimi rolami, w ogóle o nich zapominam, interesują mnie drobiazgi, które czekają mnie jutro, a nie tam coś, co było pół roku, czy lata całe temu. To ludzie, to dziennikarze, to studenci do tego się dobierają, a mnie to w ogóle nie interesuje, ja nie czerpię z tego satysfakcji. Staram się nie odcinać kuponów od siebie. A jeżeli to robię, to z ogromną ironią i jakby przy okazji. No więc okazuje się, że zawsze coś się pojawia, i na przykład mi się to pojawiło całkiem niedawno, pod koniec tamtego roku, jeszcze w zasadzie mam jeden dzień zdjęciowy do nakręcenia, stąd też moje długie włosy i broda, bo w każdej chwili możemy pojechać z Jackiem Bławutem dokręcić jedną brakującą nam scenę z Gustawem Holoubkiem, który się na szczęście lepiej poczuł (rozmawiamy na miesiąc przed śmiercią wielkiego aktora – red.). W każdej chwili mogą mnie tam wezwać.
Co to jest?
- To jest proszę pana film, który nakręciłem z zupełnie niezwykłym człowiekiem, z Jackiem Bławutem, który jak pan wie, ma rodowód reżysera dokumentalnego, i to wielkiego, z fantastycznymi dokonaniami. Zawsze się zajmował ludźmi chromymi, chorymi, alkoholikami, ludźmi przetrąconymi przez życie, i on ma jakąś taką nieuleczalną słabość do ludzkiego nieszczęścia, ale jednocześnie tego nieszczęścia nie postrzega jako nieszczęście, tylko za normę. Dla niego alkoholicy to są normalni ludzie, dzieciaki z zespołem Downa to są dałniaki, i nakręcił o nich szereg filmów. Całymi latami kręcił, przyjaźni się z tymi ludźmi, całymi miesiącami montuje itd. itd. Jacek przystąpił do pracy nad filmem, który w końcu będzie miał tytuł „Jeszcze nie wieczór”. Jest nakręcony w całości w Domu Starego Aktora w Skolimowie, a część – nazwijmy ją – plenerowa, kręcona była w Toruniu w więzieniu i przed więzieniem.
Mówi pan o filmie, w którym miał występować Leon Niemczyk?
- Tak, to jest ten film. Połowa pierwszej obsady już nie żyje, bo Jacek z tym projektem nosił się od dziesięciu lat. No i zmarła mu po drodze jedna aktorka, później jeszcze druga i trzecia, i czwarta, i także Leon. Leon miał grać to, co ja w końcu zagrałem. Stąd też, jak on mi zaproponował tę rolę, to go najpierw wyśmiałem – bo mi kiedyś Leon opowiadał ten film, gdy wracaliśmy razem znad morza; z ogromnym zachwytem o tym filmie mówił, że to ma być jakby zwieńczenie jego kariery, i potem Leon zmarł, a Jacek zwrócił się do mnie – powiedziałem mu no co ty?! Ja mam po kimś?, itd., itd., bo trochę mnie to zaniepokoiło, bo jednak jesteśmy kompletnie innymi wartościami – w przypadku Leona byliśmy - dlatego, że Leon był już po osiemdziesiątce, a to jest zupełnie coś innego niż sześćdziesiąt osiem lat, a jak dostałem scenariusz do przeczytania to się przekonałem, że rzeczywiście mam rację, bo to było pod niego pisane, i dla niego, i oni to razem pisali. Skończyło się na tym, że wzięliśmy się za pracę nad scenariuszem, musieliśmy wiele rzeczy zmienić, pode mnie, żeby usprawiedliwić taką obecność jaką ja stanowię, no i tyle, ten film powstał, i ja to zagrałem. Długo by można mówić jak powstawał, w jakich klimatach, a powstawał w klimatach szczególnych, ludzie z dokumentu są jednak o wiele bardziej szlachetni i skromniejsi, niż ci z fabuły, kulturalniejsi i nie mniej utalentowani są, dla mnie nadzwyczajni. Ale chciałbym mówić o tym zaskoczeniu, o tej fascynacji , która mnie spotkała, i o czymś, co na dobrą sprawę ten mój wymiar intelektualny w odbiorze świata - który jest taki jaki jest, bo przecież nie może być za duży, bo w końcu jestem aktorem, a gdybym był człowiekiem mądrym, nie byłbym aktorem, to jest zupełnie jasne - kompletnie przewartościowało, a ja jestem, i od początku byłem zafascynowany przemijaniem - a czym można być jak nie przemijaniem śmiercią? - i to od wczesnej młodości, aż do tej pory. No i…. i co to jest ta starość? Na ten temat przeczytałem szereg książek, niektórych niewyobrażalnie dramatycznych. Już nie pamiętam kto napisał taką książkę „Sceneria zimowa”? O starości. Tam jeszcze był przykład starego Leonarda Davinci. Porażające zupełnie! O takim sakramenckim rozkładzie, już tak ponure, że łeb odpada. A ja pracuję tutaj z moim kolegami, naprawdę starymi: 92 lata, 94, 80 i 87 lat, do tego wszystkiego jeszcze dotkniętymi przez choroby, takie jak Parkinson, Alzhaimer lekki, kłopoty z pamięcią, nogami, z krążeniem – to jakby norma. I stwierdzam rzecz niepojętą - ja to kurwa gdzieś podejrzewałem… - podejrzewałem i mówiłem, że my za mało pracujemy, że my zwłaszcza teraz, kiedy tych możliwości jest więcej, kiedy złotówka zaczęła więcej znaczyć – my się rozleniwiliśmy. A do tego jeszcze doszła kompromitacja naszego zawodu przez całe tabuny pseudoaktorów, którzy się dostali do seriali, mówią tam jakieś role, widownia z kolei, która doszczętnie zgłupiała, na przestrzeni lat wychowywana przez głupią telewizję, zgłupiała kompletnie do tego stopnia, że nie wie co to jest aktor, na dobrą sprawę nikt się na tym specjalnie nie zna – ja kiedyś otworzyłem sobie telewizor i grali chłopcy: Gajos, Radziwiłowicz, ktoś jeszcze w „Nartach Ojca Świętego”, w telewizorze; siedziałem i tak sobie myślałem: kto w ogóle wie, jak oni grają? Kto w ogóle ogląda to? A czy ktoś widzi co ten Gajos przez 5 minut gra?! Czy taki człowiek, który pracuje w telewizji, mieni się, że jest aktorem, czy on w ogóle wie co on widzi?! Jakie on barwy powinien dostrzec, albo – jaka to droga jest przed nim? Do czego on powinien zmierzać…
Czy dostrzega Gajosa, ale co?
- Maestrię! Ja tu o maestrii mówię. O tym jak ci chłopcy grali, jaka oszczędność, jaka maestria, jakie to jest absolutnie wielkie! I teraz tak – patrząc na tych starych ludzi, którzy mnie absolutnie zachwycili, zachwycili mnie do tego stopnia, że ja nawet nie wiedziałem jak mam z nimi grać. Bo oni przestali być aktorami - w związku z tym zaczęli być aktorami. Tak jak dzieci: jeszcze nie zaczęły być aktorami – przez to są aktorami. Wobec tego, prawdziwe aktorstwo, wielkie aktorstwo, w gruncie rzeczy zmierza do formy. Bo proszę pana, mówić naturalnie i zachowywać się naturalnie, to jeszcze nie jest aktorstwo. To potrafią amatorzy. Przetwarzanie naturalizmu w formę – to jest aktorstwo, to jest to, czego wyżyny osiągnął Tadeusz Łomnicki. A oni mają to poprzez fakt, że przestali być aktorami, poprzez fakt, że zapominają , i poprzez fakt, że ich warsztat, a więc ich ciało, ich pojmowanie - się zestarzał, i zmęczył się. Czyli oni grając jakąś postać, a przeważnie grają w tym filmie siebie, oni dokładają do treści niebywałą formę, w której pan wyraźnie dostrzega, jak oni się zmagają z niedoskonałością warsztatu, z niedoskonałością własnego ciała. Jeżeli pan do tego doda twarze, które są zupełnie niezwykłe, dlatego że zanim aktor w średnim wieku cokolwiek zagra, to oni już dawno mają na twarzy, oni już to dawno zagrali, wcześniej, i oni teraz już nic kompletnie nie grają. Ja mówię prosto, ale jeszcze można prościej, proszę pana, aktorami, w ogóle powinni być tylko dzieci i starcy, a ludzie w średnim wieku w ogóle nie powinni być aktorami, o oni wyłącznie starają się mieć sukces, dążą do jakiejś, nie wiadomo jakiej doskonałości, oni się jeszcze teraz wysilają marketingowo, itd., itd. Oni są próżni. Natomiast, dzieci i starcy nie są próżni. I teraz ja widzę, że starość, nawet chora – oczywiście musi ona coś kapować, musi mieć w głowie coś – jest okresem zupełnie nadzwyczajnym. I jeżeli nawet to mówię, bo ona właśnie do mnie stuka, to i tak nie widzę w tym niczego szczególnego, dlatego, że dlaczego właściwie nie miałbym sobie pomóc? Co, mam sobie powiedzieć, że mam 68 lat, to mi się wszystko skończyło? Nie. Ja kombinuję, żeby mi się zaczęło. A baza do tego, żeby przeżyć coś szczególnego – mówię o starości – jest przez to znakomita, że za nią już nie ma nic. Rozumie pan, czyli pan, w zasadzie dobiera się do finału finałów – jeżeli chodzi o życie, jeżeli chodzi o granie, jeżeli chodzi o odbieranie świata, itd. To może, musi, i to jest fascynujące. Ja to zobaczyłem w oczach tych aktorów, przy których ja w ogóle nie potrafiłem grać! No jak pan będzie grał z facetem, który mówi tak: dokąd idziesz Janku… dokąd idziesz… i w oczach ma pytanie, sympatię, albo gniew – wszystko jedno, to jest sprawa roli – a to, że on ma to, no to ma; a dlaczego ma tego nie mieć? Jakie fascynujące było to, jak on żegnał nas, odjeżdżających do więzienia grać Goethego - „Fausta”. On stał i w zasadzie nic nie robił, a wszystko w nim żegnało. To zupełnie nieprawdopodobne jakie twarze mają te kobiety (aktorki w Domu w Skolimowie – red.), jaką twarz ma Danuta Szaflarska, jak ona reaguje, jak ona się zachowuje; jacy oni są niezwykli zupełnie. Oni i te małe dzieciaki z przylepionymi brodami, o których wiersze pisze Szymborska; to są aktorzy, to jest najczystsze aktorstwo świata. Najwspanialsi są. Wiek średni jest okresem ogromnej próżności, nawet pewnego typu maestrii, ale mnie ta maestria nie przekonuje. Zresztą ja od lat o tym mówiłem; to akurat u mnie nie jest nowe – mnie przestały interesować kreacje aktorskie, pomijam fakt, że ich prawie nie ma teraz. Bo kiedyś były. Nawet w średnich przedstawieniach były kreacje aktorskie, był teatr aktora. Teraz go nie ma. Jak ja widzę – a przecież rozmawiam z przyjaciółmi, z moim przyjacielem Trelą, którego wielbię do obłędu - zresztą zawsze myśląc o moim zawodzie, pracując w moim zawodzie, ja zawsze byłem znany z ogromnego dystansu do niego. Ja się nigdy nie potrafiłem w nim zatracić. I z tego powodu piszę. Całymi latami mogę nie grać w teatrze i znakomicie się z tym czuję. Dlatego też nie mam żadnych marzeń aktorskich, w ogóle. Połowa mojej energii szła na to, żeby zagrać rolę, a druga połowa zmierzała w tym kierunku, żeby tej roli nie dać się sponiewierać, rozumie pan? Tak, że mnie jest trudno posądzić o to, że jestem - czy zawistny, czy coś mi się dało, czy coś mi się nie udało; mi się udało w ogóle za dużo. Ja nie oczekiwałem tego rodzaju emocji, tego rodzaju czterech, pięciu ról, które zagrałem, które są godne uwagi, bo nie więcej, i to starczy. Mam jedno marzenie, którego nie chcę realizować, bo jak zrealizuję, to zaraz się okaże, że je zrealizowałem źle – mam taką „Łagodną”. Ale „Łagodna” głównie mnie interesuje – ciągle o niej mówię i wszyscy się ze mnie śmieją w tym kraju – nie jako wyzwanie aktorskie, tylko wyzwanie literackie, pokonanie formy monodramu. Przełożenie formy monodramu na format normalnego teatru, przeniesienie tego w inny czas, itd., itd. Mnie opór materii interesuje, literackiej, intelektualnej, a nie to jak zagrać starego czy młodego lichwiarza. To albo umiem, albo nie umiem, wszystko jedno; to w ogóle nie jest ciekawe…
Pan mówi o tej „Łagodnej” Dostojewskiego, którą zrobił w animacji Piotr Dumała?
- Dumała, w filmie zrobił ją Treliński, francuska była tego wersja, rosyjska też, o tej samej „Łagodnej” mówimy, Fiodora Dostojewskiego, moim zdaniem najlepsze 52 strony w światowej literaturze na przestrzeni wszystkich czasów.
Chcę zapytać teraz o coś, co może i bezpośrednio nie wiąże się z pana opowieścią, ale rzadko mam takiego adresata dla tego pytania, więc zadać je powinienem. Otóż, mamy do czynienia w teatrze z taką „nową falą” reżyserów, którzy działają z wielkim powodzeniem, na przykład: Jan Klata, Wiktor Rubin, Zadara, wcześniej byli na przykład Lupa, Warlikowski, czy Jarzyna, ale ich działania spotykały się z dużym oporem środowiska…
- Co oni pieprzą?! Spotkali się przecież z ogromną akceptacją części krytyków, którzy marzą o tym – jak każde pokolenie krytyków – żeby mieć swojego Konrada Swinarskiego, więc oni szybko – zaczynając od Lupy, który jest z nich wszystkich najlepszy – zajęli się nimi z ogromną pieczołowitością i z ogromną miłością. I ci reżyserzy osiągnęli prawdziwy sukces i w kraju i zagranicą; co oni pieprzą, że ich się nie lubi – wielbi się ich ponad miarę. To czysta kokieteria.
Jan Klata, mimo tych ciosów środowiskowych, o jakich mi opowiadał, że zbierał na „klatę” przez lata całe twierdzi, że dzisiaj jest w Polsce świetne miejsce i świetny czas dla teatru. Nie żaden Luksemburg, nie żadna Austria, gdzie do teatru zachodzi etatystyczna, burżuazyjna publiczność po obfitej kolacji, by dopełnić rytualnego obowiązku obcowania z wielką sztuką, że to w Polsce mamy taki nowy, dobry czas, kiedy nowa, rozbudzona publiczność do teatru przychodzi. Pan też dostrzega takie ożywcze zmiany? Bo przecież pan obserwuje tę zmienioną publiczność…
- No właśnie – nie bardzo. Pan chyba wie, że nie rozmawia ani z kinomanem, ani z teatromanem, co jest bardzo zabawne. Ja lubię bardzo czasami robić teatr i lubię czasami robić film, a nawet w serialu wystąpię, choć nie wiem do końca co to takiego jest, i nie za bardzo mnie to interesuje; coś muszę robić, działać, spotykać ludzi itd.,itd. Dlatego ja nie potrafię tutaj, teraz dokonać analizy publiczności tego teatru… Klata… Mnie to się Klata kojarzy z jakimś komicznym wyglądem, no, ma jakąś taka grzywę na łbie…
Ale on nie występuje, jego w teatrze pan oglądać nie musi.
- No niestety, ciągle jego zdjęcie gdzieś widuję, jakiś taki grzebień na łysej czaszce, raczej brzydactwo…
Teraz ma już więcej włosów…
- Obawiam się… Ludzie chodzą do teatru. Ludzie ciągle chodzą do teatru. Ale kto chodzi, a zwłaszcza, jak odbiera ten teatr - myślę, że to już jest inna sprawa. Zawsze będzie czas na teatr, tu w ogóle nie ma dyskusji, teatr jest arystokratą, bardzo często opiera się na świetnej literaturze, jego baza jest niepodważalna: Gogol, Czechow, Dostojewski… Kino to gorzej, bo rzadko bywa sztuką. Tak więc teatr zawsze będzie. Natomiast, jak ludzie reagują na teatr, i co wynoszą z niego? Bo to, że chodzą do teatru, to jeszcze nic nie znaczy. Zawsze miałem świadomość grając w teatrze, że jak dwie osoby coś wynoszą z przedstawienia to jest sukces. Cała reszta przyszła z różnych powodów na to przedstawienie. A potem opowiada dyrdymały. I stąd się biorą legendy o aktorach, o przedstawieniach; ludzka pamięć kreuje nasze dokonania, po latach są lepsze niż były w istocie. Nie wydaje mi się, żeby to był najlepszy czas dla teatru. Dlatego, że po pierwsze – to jest zupełnie jasne, to jest truizm, że sztuka najlepiej czuje się w okresach zniewolenia, biedy. Jak siadł u nas teatr to słyszałem, że się przeniósł do Litwy, Łotwy, tam gdzie jest ciężko; filmy zaczynają robić w Rumunii, gdzie też jest ciężko. Natomiast my jesteśmy w okresie nieznośnego dla nas dorobku, tu ludzie powąchali pieniądza, giełdy, podróżują, konsumują, a człowiek ma w sobie określoną ilość, zasób emocji, więc nie wydaje mi się, żeby mu jeszcze wystarczyło na wzruszenia na miarę Szekspira, czy Czechowa. Mówię tu ogólnie o widowni…
Ja się zgadzam, że powstała giełda, jest nadobfitość pokus i urągająca przyzwoitości dostępność wszystkiego, można sobie kupić mercedesa albo pojechać na Tajlandię i poczuć się jak panisko wśród Tajów, to już jest w zasięgu ręki. Ale czy to źle? Takie czasy, taki wybór nam dano, że możemy brać to na co mamy ochotę; możemy nawet pójść do teatru. Który na całym świecie podobno jest i musi być subsydiowany, bo nie zarabia. Rozumie pan dlaczego właściwie teatr nie może być samowystarczalny?
- Bo nie może być.
Dlaczego?
- No, proszę pana – burdel jest dochodowy!
Kino jest dochodowe. W Ameryce.
- Bo kino to jest przemysł, to jest industrial.
Z teatru się nie da przemysłu zrobić?
- Nie. No, ile by pan musiał za bilet zapłacić?
Był teatr telewizyjny z masową widownią, a więc z potencjalnym dostawcą ogromnych w swojej masie pieniędzy, ale teatr w telewizji umarł, kiedy z powodu kiepskiej oglądalności reklamodawcy nie kupowali reklam wokół czasu spektakli telewizyjnych…
- No właśnie, ktoś najpierw ogłupił widza, żeby widz nie marzył o teatrze telewizji. Widownia została z cała premedytacją ogłupiona, sprowadzona do parteru. I teraz widownia już nie oczekuje teatru w tym wymiarze wielkim, w tej chwili pan ogląda gwiazdy nieistniejące. Bardzo mądry artykuł jakiegoś speca od tych rzeczy czytałem w „Wyborczej”, bo ja cały czas nie wiedziałem co to są te, kurwa, tańce na lodzie! Mówią mi, że to jest gwiazda, wielka, a ja nie wiem w ogóle kto jest! Ja rozumiem, że skacze tam Tyszkiewicz, to jeszcze od biedy, ale przecież u nas w ogóle gwiazd nie ma, jakieś sierotki tam skaczą i to jest taniec z gwiazdami. To jest wymyślone przez cwaniaków, to są takie sztance, które się kupuje za granicą do ogłupiania masowej widowni. Wie pan, to sparszywiało, ale niech pan nie sądzi, że sparszywiało samo z siebie; to sparszywiało w wyniku koncepcji prowadzenia Polaka
Ja rozumiem mniej więcej co pan do mnie mówi, ale biorąc pod uwagę budżety, jakie trzeba wydać na zrobienie tych Tańców czy innych Milionerów , no nie są małe, to można by za te pieniądze ludzi w drugą stronę ogłupić, wytworzyć snobistyczną modę na teatr a potem na niej zarobić, więcej może niż na Tańcach i na dmuchanych gwiazdach.
-Cha-aaa! Nie kochany! Tu chodzi o to, że Polska jest rządzona przez brudne majtki. Dokładnie chodzi nie o tego, kto kupuje proszki do prania, ale o tego, który kupi po raz pierwszy. W związku z tym program musi być do niego adresowany. I do niego reklamodawca proszków do prania głównie apeluje, rozumie pan, czyli jak oni usłyszą Szekspir, Czechow, to… po pierwsze – w ogóle nie wiedzą co to jest, a poza tym od razu się wycofują, bo w tym nie ma biznesu. Telewizja w dużym stopniu powinna nie być – ale jest – sponsorowana przez reklamodawców, tak, że …. Ja nie wiem do czego nasza rozmowa zmierza?! Zmierza do tego, że tak będzie! No już inaczej nie będzie! Niech pan się w ogóle nie spodziewa, że pan wróci do teatrów, do poniedziałków – puste ulice i oglądają wszyscy we Włocławku, w Kowalu, czy Lesznie telewizyjny teatr poniedziałkowy, z którego wychodzi do normalnego teatru przygotowany widz. Polacy przestają być mądrym narodem po to, żeby być ekonomicznie sprawnym narodem. A sprawny ekonomicznie naród to jest głupi naród, przecież niech pan popatrzy na Japończyków – to są kretyni z aparatami, Amerykanin, jak wie, który jest wiek, to już jest, wie pan, ponadprzeciętny, oczywiście poza wyjątkami. Tak to wygląda. A przecież kraj jest potężny, ma najmocniejszą armię, jest wiodący itd., itd. Tak, że więdnięcie umysłów i więdniecie wymagań to jest parcie do przodu naszego narodu, jest coraz lepiej. A jeszcze do tego mamy takich przywódców, jakich mamy… przepraszam, że się ubieram, ale zaraz będzie występ i ubrać się muszę.
To ja przepraszam, ze tak się z panem zagadałem. Puenta może być chyba taka, że rzeczywiście to właśnie teraz są te dawne dobre czasy, do których zatęsknimy po latach, i łezka nam się w oku zakręci. Bo ustaliliśmy, że może być tylko gorzej.
- Tak, zdecydowanie. To ktoś mądrze powiedział. Może być tylko gorzej. A poza tym, wie pan, niech się pan martwi, to są pańskie czasy.
Ja się martwię. Ale oczekuję rady, co robić, żeby coś dobrego z tego wyszło.
- A nie, kochany, to pan ma to zmienić, albo próbować. Chociażby wydając to, co pan wydaje. Mnie teraz już interesują pory roku, zwierzęta i literatura, którą stawiam i stawiałem zawsze najwyżej spośród wszystkiego. Tych książek jest jeszcze tyle do przeczytania, a poza tym można do nich wracać, bo za każdym razem co innego dla nas oznaczają, i życie jest absolutnie piękne, piwo jest coraz zimniejsze, kobiet już nie trzeba, wie pan, tylko wystarczy na nie patrzeć – jest wszystko okay. Dla mnie jest wszystko OK. To dla was jest do dupy. Jeżeli oczywiście wiecie, że pewne rzeczy umknęły. Bo może dla wielu, w ogóle nic nie umknęło. Bo niczego nie powąchali. To pan zadając mi te pytania, daje mi do zrozumienia, że pan mówi trochę o raju utraconym, ale przecież niektórzy by w ogóle nie wiedzieli co pan pieprzy. (za ścianą rozlega się saksofon, Marek Stryszowski rozgrzewa palce, płuca i mózg przed występem z Janem Nowickim– red.) To jest wielka przyjemność spotkać takich chłopaków jak ci ( muzycy red.). Oni grają, ja tego słucham, jest parę pięknych tekstów do powiedzenia, jedzie się 300 kilometrów w jedną, 300 kilometrów w drugą stronę, śpi się na takim czymś, jak to (średniej /bardzo/ klasy kanapa w pokoju gościnnym w Lesznie), i to jest powrót do korzeni; tak powinien wyglądać aktor. A nie jak larwa siedzieć w Warszawie i Krakowie i wyprowadzać jamnika na planty i mówić ja jestem wielka artystka a wy mnie kochajcie, bo jak nie to się rozpłaczę, bo nic innego nie potrafię. To akurat mi się podoba, że z powrotem się zaczęło jeździć, że to jest znowu wędrowny zawód, że tam za ścianą koś ćwiczy na saksofonie, i że się jest w Lesznie, nie podlizując się. Teraz wreszcie w tym uczestniczę, jestem wolny, nie jestem w teatrze, nikt mi niczego nie każe, wie pan, piszę sobie swoje teksty, głaszczę moje psy, i czytam co rano wiersze Szymbrskiej, po raz setny. Bo to jest moja modlitwa – przeczytać jej wiersze o miłości…
Zdaje się, że pańscy kompani nie tylko ćwiczą, ale już pana wywołują…
- Pewnie tak

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.