5 grudnia 2022, poniedziałek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Ludwik Cichy

Kazali mu napisać

 

 

 

 





Majowie zajmowali się głównie obcinaniem głów, w dni świąteczne wyrywali serce.

 

Ilustracja: Sebastian Picker


 

 

Kazali mu napisać. O rabarbarze. Na jego miejsce w redakcji czaiło się co najmniej pięciu.
Więc: - Napiszę – powiedział – co mam nie napisać. – I zaczął pisać:


Według Majów koniec świata nastąpi 21 marca 2012 roku. Jak wiadomo Majowie zajmowali się głównie obcinaniem głów, w dni świąteczne wyrywali serce. Grali też w piłkę i mieli rozwiniętą astronomię i technikę rycia w kamieniu. W kraju Majów nie latały kolibry, bo jak wiadomo kolibry upodobały sobie Jamajkę. Ale to nie te piękne ptaszki o sercu bijącym 2000 razy na minutę noszą sandałki z opony; takie sandałki noszą wyłącznie tamtejsi ludzie, którzy są szczęśliwi, bo żyją w ciepłym klimacie i nie mają odcisków od odśnieżania. Ale na Jamajce też grają w piłkę, najbardziej znanym graczem był Bob Marley. Który grał także na gitarze Gibson, zrobionej dla niego przez nieulubionych Amerykanów. Za to śpiewał dla nich po amerykańsku za dolary, za które kupował marihuanę. Dla siebie, kolegów i dla najbliższych. Ponieważ śpiewał bardzo dużo, mógł kupować bardzo dużo marihuany dla szerokiego grona, aż w końcu wszyscy na Jamajce uzależnili się od szczęścia marihuany i byli bardzo szczęśliwi. Kobiety też starały się wyglądać jak wszyscy weseli ludzie na Jamajce. Ponieważ rabarbar jest praktycznie za darmo, Bob Marley nie mógł go kupować za dolary i się od niego uzależnić. Nie można się uzależnić od czegoś co jest bezwartościowe, do czego nie da się tęsknić ani o tym marzyć. Dlatego w literaturze wartościowej oraz piśmiennictwie rozrywkowym nie znajduje się ani jedna wzmianka o uzależnieniu od rabarbaru. Z tego powodu nie sposób przecenić wartości tej nie cenionej rośliny. Warto ją polecić każdemu, kto chce się odróżnić od ludzi na Jamajce. Rabarbar sprawdza się doskonale jako kwiat doniczkowy albo słoiczek kompotu do postawienia przy chorym. Dodatkowo, praca przy zbiorach rabarbaru na plantacjach działa ogólnie prozdrowotnie: poprawia krążenie, doskonale ujędrnia skórę, może zlikwidować cellulit, rzeźbić pośladki oraz zastępować obowiązkową męczącą aktywność na świeżym powietrzu. Regularna krzątanina przy rabarbarze ewidentnie pozwala zrezygnować z forsownych wizyt na siłowni, które są stresujące dla układu lokomotorycznego z kręgosłupem na czele. Przydomowa uprawa pozwala zaoszczędzić pieniądze na karnet i czas na dojazdy.



Zaniósł artykuł szefowi, którego bali się wszyscy piszący. Szef bał się swojego kierownika działu, ale łatwo udawało mu się ukryć ten strach przed piszącymi, bo oni nie mieli dostępu na takie wyżyny. Zresztą kierownika działu można się było wystraszyć, bo był tak wielki, że bał się jedynie Redaktora Naczelnego.

Nie za ucho, ale prawie, został natychmiast doprowadzony do tego Wielkiego Naczelnego. Ten kazał usiąść i przestał się nimi zajmować. Siedzieli więc i czekali na jakieś skinienie przyzwalające, znak, że można się odezwać. Autor i szef, który przyprowadził go tutaj za artykuł na dywanik.



Na tym dywaniku spoczywały pod wielkim biurem dostojne stopy Nadredaktora, obute w... przeciętne obuwie. Szef autora natychmiast skrzyżował stopy w kostkach i wsunał je pod krzesło najgębiej jak zdołał, usiłując ukryć swoje błyszczące drogą skórą lloydy. Autor też dostrzegł mizerię butów Naczelnego – założył nogę na nogę, kołysząc czubkiem moco zużytego martensa.



- Czy ja panom przeszkadzam – stwierdził Redaktor Naczelny nie odrywając wzroku od miejsca na blacie biura, gdzie zawiesił go przed dobrą minutą. Tym miejscem była kartka z artykułem o rabarbarze. – Dlaczego panowie chcą mi zdemontować krzesła – stwierdzał dalej. - Czy panowie są absolutnie pewni, że chcą mi powiedzieć coś wystarczająco ważnego...
- Ja nie – odpowiedź autora zaskoczyła Nadredaktora. Spiorunował młokosa wzrokiem, ale zaraz się uśmiechnął.
- Cenię szczerość.
Autor też się uśmiechnął.
- Ja właśnie chciałem... - zaczął szef autora, ale nie dane mu było rozwinąć myśli.
- Pan ciągle czegoś chce. Pan ostatnio nie brzmi przekonująco, kolego. Kiedy otwiera pan usta, to nie wiem czy mówi pan do mnie czy tylko pod moim adresem. Proszę to przemysleć, dziękuję panu.



Kiedy za szefem autora zamknęły się drzwi, Nadredaktor przemówił ludzkim głosem:
- Co pan sądzi o człowieku, który nosi takie buty jak pański szef?
- Palant.
- Pan nie ma nic do stracenia?
- Jeszcze nic.
- To dobrze. Przyszedł pan do nas uzbrojony w młodość i odejdzie uzbrojony w młodość – Podniósł się z fotela, wyjął butelkę z szafki i rozlał po koniaku. – Skoro jest pan już tylko gościem, napijmy się młody człowieku.
- Poproszę jeszcze raz – powiedział młody człowiek, bezceremonialnie podsuwając na blacie biura opróżnione szkło.
- Pana szef jest bardzo pożytecznym człowiekiem, właściwie niezbędnym dla tej gazety – Redaktor Naczelny napełnił kieliszek autora i schował butelkę do szafki. – Na świecie nic się w zasadzie nie dzieje, a pana były szef potrafi mimo to wyprodukować codziennie dużo ekscytujących informacji o ważnych wydarzeniach...
- ... które jutro trafią do kosza – wpadł w słowo ośmielony alkoholem młodzieniec niemający już nic do stracenia.
- Jutro wyprodukuje nowe. Jest naprawdę niezbędny, nic by się bez niego nie działo. Kiedy to zrozumie, kiedy pojmie swoją niezbędność, będzie musiał nas opuścić.
- Stanie się zbyt niebezpieczny dla pana? Mogę jeszcze jednego?
- Nie. Nie po to udzieliłem panu lekcji, żeby pan upijając się o niej zapomniał lub zbagatelizował. Powodzenia – Naczelny wstał, dając do zrozumienia, że rozmowa jest skończona. – I niech pan sobie sprawi lepsze buty, bo w tych z opony daleko pan nie zajdzie.
Gdy chłopak wychodząc zbyt głośno zamknął drzwi, prawie nimi trzasnął, Wielki Naczelny pomyślał: „Nic więcej nie mogło mu przyjść do głowy, kompletny brak zasobów". Potem człowiek, który opuścił jego gabinet przestał dla niego istnieć.



Rozległo się pospieszne drobienie wysokich obcasów, wyprzedzane przez esencjonalną aurę nieludzkich zapachów zabijających naturalną woń człowieka – weszła przyodziana w krępująca urodę sekretarka.
- Przepraszam , czy mogę już połączyć – zapytała układając twarz w uśmiech stosowny na tę porę dnia.
- Nie. Proszę nie łączyć.
- Z kim życzy pan nie łączyć? – nie znikała z pola widzenia.
Spojrzał na nią zastanawiając się czy jest taka głupia, czy taka cwana.
- Pani jest bardzo inteligentna dzisiaj, i dowcipna – zdecydował się na tę opcję. – Dziękuję pani.
- Rozumiem.
I znów rozległo się drobienie wysokich obacasów, ale w drugą stronę.
- A jednak się pomyliłem – skarcił siebie i postanowił odpocząć przy muzyce Mahlera, rozmyślając o brutalizującej się rzeczywistości, w której przyzwoitość została zastąpiona przez paragrafy, obyczaje przez procedury, sztuka zamieniona w rozrywkę, a wartości spauperyzowały się. Dostrzegł na biurku kartkę. Przed zgnieceniem jego wzrok machinalnie przykleił się do strzępu tekstu: ...Majowie zajmowali się głównie obcinaniem głów, w dni świąteczne wyrywali serce... Rzucił papierową kulkę w stronę kosza. Nie trafił. Podnósł ją, wrócił na miejsce i wycelował jeszcze raz. Z głośników wciąż sączył się Mahler, a on wciąż nie trafiał. Zgnieciona kartka za cholerę nie chciała wylądować w koszu. Dał za wygraną, rozprostwał papier i przeczytał co było na nim napisane.

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.