4 grudnia 2022, niedziela

Dariusz Łukaszewski

Słońce wzeszło (9)







Przecieram oczy ze zdumienia, bo z mgły wyłania się Millerowa.




Wchodzi na scenę ze swoimi strzykawkami, w słynnej kiedyś na okolicę prostopadłej torbie sanitariuszki. Staje zagubiona, rozgląda się zmęczonymi oczami spracowanej pielęgniarki, uśmiecha skąpo kontrolnym uśmieszkiem starej panny; na wszelki wypadek, gdyby akurat ktoś jakimś cudem zwrócił jeszcze na nią uwagę. Cud nie następuje, jak zawsze – do czego przyzwyczaiła się przez lata oczekiwania na cud – więc jej postać przyodziana w popielaty, niebrudzący płaszcz, przykryta szarym beretem, może już zejść z pola widzenia. I Millerowa – kiedyś postrach wszystkich chorych dzieci w okolicy, do których wzywano ją na zastrzyk ratujący zdrowie – schodzi ze sceny, rozpływa się we mgle. Pozostaje po niej zupełnie puste miejsce, bez cienia jakiegokolwiek śladu.


Goni za nią ciocia Andzia (zrodzona w minionym wieku z matki Józefy, ojca Józefa):

- Czekajcie siostro! Weźcie choć tego kokotka na rosołek za ten zastrzyk dla tej mojej małej rybeńki - woła ciocia Andzia, trzymając za nogi kurę zwisającą krwawym kikutem szyi w dół.

Nikt nie odpowiada.

- Może trza było sparzyć i oskubać?... – ciocia Andzia spogląda na drgającego jeszcze ptaka. - A ja głupia, nie oskubałam, no!... - puka się w zafrasowane czoło dłonią, która jeszcze przed chwilą trzymała siekierę.

- Nie pamiętam, co mam teraz powiedzieć - odzywa się gryzoń. - Zapomniałem normalnie... - przerywa, bo wtem zajeżdża bryka z prędkością pędzącego rydwanu. W niej wuj Antek, ściąga lejce i kasztanka staje prawie dęba przed ciotką.

- Wskakuj Andzia, migiem! Ojca twojego Józefa kuń pacnął w samą łep! Jadziem ratować!
- Bój się Boga, Jantoś, jakże to tak?... - ciotka załamuje ręce, nie puszczając kury.

- Mówią, że na skrzypicy poszed grajać ludziom na jarmrek i rwoł kuniowi włosie zes łoguna do smyka, a kuń gu auratnie kopytem w samom łep pacnył, że się obolył prawie na śmierć. Tyla wim.
- Jezusie! Maryjo Przenajświętsza!... - ciotka wskakuje, na koźle obok męża zasiada, kurkę nogą do podłogi przyciska, żeby nie spadła, bo Antek kasztankę batem podcina, że mało dyszli nie wyrwie, tak gna do przodu.

I znikają w ścianie mgły, pędząc na ratunek. Nie wiedzą jeszcze, że już tylko po nieboszczyka jadą, ale ja wiem, bo znam tę historię dziadka Józefa, którego nigdy na oczy nie widziałem. Muzykantem był, i tak przez naród lubianym, że za to jego muzykowanie niezwykłe wybaczano mu wiele, a nawet wszystko. A było co, bo Józef na wiosnę, jak tylko słonko przygrzało, wychodził z chaty ze skrzypcami i wracał dopiero jesienią mocno już chłodną. Przez zimę majstrował swojej Józefie kolejnego dzieciaka, a z wiosną znowu wyruszał ze skrzypkami w świat. Dwanaście takich tourne odbywał i dwanaście dzieciaków po nim zostało, w tym ciotka Andzia, a i mój ojciec też. Na tourne trzynastym, koń świeżo podkuty na jarmarku, podkowę mu na czole odcisnął na wieki wieków amen. Skrzypiec przy trupie Józefa nie było, chociaż ciotka Andzia szukała i przepytywała tłum otaczający leżącego; nic dziwnego, o tych skrzypkach Józefa marzyli wszyscy muzykanci z rozległych okolic.

Zafalowało coś wysoko we mgle, ale może mi się tylko zdawało, bo niczego nie widać tam w górze. Za to tutaj...? Wychodzi na scenę moja mama, śmieje się z czegoś, za nią ojciec, coś parodiuje, zabawia. Nie słychać dobrze głosów, ale od razu widać, że są na randce. On i jego jedyna. Nigdy nie myślałem o nich jako o dziewczynie i chłopaku, a oni teraz jeszcze nawet nie przeczuwają mojego istnienia. On wkrótce zadba o dobre perspektywy, zostanie szefem dużego koncernu mięsnego; dużo pieniędzy, duży ładny dom. Wielu będzie zazdrościło, w tym koledzy; zwłaszcza chętnie zamieszkaliby w tym dużym domu z moją ładną mamą. W pracy ciągłe kontrole zawistnych komuszych inspektorów i konieczność łagodzącej wódki z nimi.

Na stole parzone kiełbasy białe i czerwone. Wędzone szynki, wódka rozlewana do szklanek. Za oknem wyładunek transportu byków. Ulicą nadchodzi gromadka powracająca ze szkoły z tornistrami na plecach. Kolejny toast podrywa napełnione szklanki w górę. Ojciec wypija nie odrywając wzroku od widoku za oknem. Coś poszło nie tak, wielki byk, rozwścieczony torturą wyładunku, zrywa się z metalowego pierścienia więżącego nozdrza i okaleczonym łbem wali we wszystko, co znajdzie się w zasięgu. Plac pustoszeje. Rozjuszone zwierzę stoi i wyczekuje. Gromadka dzieci hałaśliwie się przekrzykuje w jakimś sporze. Pierwszy zrywa się ojciec, łapie w pędzie wielki pamiątkowy topór ze ściany gabinetu. Gdy rusza byk, ojciec przepuszcza go bokiem i wali toporem za mijającymi go rogami; byk pędzi dalej, bo nie wie jeszcze, że już nie ma głowy. Osuwa się na uliczny chodnik tak blisko dzieci, że dwoje najbliższych obryzguje krew wciąż sikająca z byczej szyi. Ja jestem już wtedy na świecie, a za trzy lata pójdę do szkoły, ale w innym mieście. To będzie już po tym wypadku samochodowym, który zrobi z ojca inwalidę a z mamy siwą kobietę w ciągu jednego dnia. A świat będzie się po prostu dział dalej dookoła.

Jedne rzeczy się lepiej pamięta, a inne mniej.

Ze wspomnień wyciąga mnie głos. To Gryzoń zwraca na siebie uwagę, bo lubi zwracać na siebie uwagę:

- Znowu nie pamiętam, co miałem tu teraz powiedzieć?
- A co właściwie miałeś powiedzieć?

- No nie pamiętam, co miałem powiedzieć.
- A skąd wiesz, że w ogóle miałeś coś powiedzieć?

Zostawiam Gryzonia z otwartymi ustami.

- Myślę, że po prostu zapomniałem tekstu - Gryzoń znów zwraca na siebie uwagę.
- Jakiego tekstu?

- Tego, co mam tu teraz powiedzieć.
- To mów cokolwiek.

- Ale co?
- Co bądź!

- A jak ja nie mam nic do powiedzenia?!
- To siedź cicho.

- Sam sobie siedź cicho! Mam dosyć siedzenia cicho! Jestem pewien, że miałem tu powiedzieć coś bardzo ważnego.
- Ale co?

- No przecież mówię, że nie pamiętam!
- Gryzoń, u ludzi jest tak, że facet przed czterdziestką nie powinien się w ogóle odzywać, bo nie ma jeszcze nic do powiedzenia od siebie. I tylko pieprzy bez sensu, co podsłuchał tu i tam.

- A czy u ludzi też jest tak, że przejmujecie się tym, co powiedzą inni?
- Ludzie wyłącznie przejmują się tym, co powiedzą o nich inni, Gryzoń. Zwłaszcza ci, którzy uparcie twierdzą, że się nie przejmują. Najbardziej na świecie ludzie przejmują się tym, co powiedzą o nich inni, właściwie przejmują się wyłącznie tym, i to jest motyw ich działań i zahamowań. Jeżeli ktoś mówi, że ma w dupie, co inni o nim powiedzą, to albo jest dziecinnie niedojrzały, albo łże w żywe oczy.

- Czyli boicie się jedni drugich, a drudzy pierwszych. I to jest takie ważne?
- W życiu ważne są miłość i ropa naftowa oraz dobry popis na fejsbuku, Gryzoń. I żeby dzieci były grzeczne, a chleb dobry.

Ciąg dalszy jutro.


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.