31 lipca 2021, sobota

Szczepan Twardoch

Sprawy bieżące według Szczepana




W krainie snu

Najważniejsi aktorzy polskiej polityczności nie są obywatelami rzeczywistości, lecz snu. Jest ich wielu, tutaj tylko dwa przykłady.

Czytaj dalej, KLICK!!!






Przykład pierwszy: we śnie żyje minister Czarnek.

Ministrowi Czarnkowi nie podoba się protestująca dziś młodzież nieskażona polskością rodem z gomułkowskiej czytanki, lub z nauk przedślubnych w salce przy parafii, za to jakby wprost z "Euforii", zanurzona raczej w dylematach globalnej popkultury, nie w sporach Dmowskiego z Piłsudskim, Wałęsy z Mazowieckim, Tuska z Kaczyńskim, mówiąca niezrozumiałym dlań językiem "Kuców z Bronksu". Mnie się akurat podoba, ale rzecz nie w tym, co się komu podoba, oceńmy działania ministra wewnątrz paradygmatu, w którym sam się porusza. Załóżmy, że minister chce zmienić rzeczywistość, w końcu od tego są politycy, od realizowania swojej agendy. Chciałby więc Czarnek zamiast "julek" z fioletowymi włosami widzieć wśród młodzieży hoże dziewczęta, opatrujące rany bohaterskim powstańcom, tudzież, jeśli akurat historia chwilowo nie wymaga powstań, to rodzące Polsce hurtowo kolejnych patriotów. Pewnie w tej fantazji jest coś jeszcze o czystych łonach, o których opowiadał w swoich pogadankach, ale tutaj nawet mojej pornograficznej wyobraźni nie starcza. Jakimi zatem środkami minister chciałby osiągnąć ten arkadyjski stan rzeczy?


Otóż minister w środku pandemii, przy szkołach zamkniętych zajmuje się rewizją podręczników szkolnych, badając, czy aby treści w nich przekazywane nie są gdzieś skażone tak zwaną "pedagogiką wstydu" (co oznacza jak wiemy jakikowliek inny niż bałwochwalczy ton w mówieniu o polskiej historii) czy dość wyraziście prezentują polski punkt widzenia. Oraz jeszcze więcej Jana Pawła II. Zatem według ministra Czarnka to wszystko wina szkoły, która w jego mniemaniu nie dość jest patriotyczna i katolicka. Gdyby tylko dzieci czytały więcej JPII, to zdaniem Czarnka zamiast blanta, mefedronu i seksu wybierałyby raczej rekolekcje, adoracje i pogadanki profesor Dudziak. Bo jak wiemy peerelowska szkoła na przykład wychowała samych przykładnych komunistów i miłośników Polski Ludowej. Zaś paździerzowe, patriotyczne kocopały Konopnickiej, którymi katuje się dzieci w polskiej szkole sprawiły, iż jest to ukochana pisarka wszystkich, którzy ukończyli podstawówkę i do dziś nie schodzi z list bestsellerów.


Dla ministra Czarnka tu wyjaśnienie: to tylko figura literacka. Tak nie jest. To się ministrowi tylko śni. Wpisanie pisarza na listę lektur to morderstwo na pisarzu i jego idei, cieszyć się może z tego Wencel, który tylko dzięki przymuszaniu do lektury dziatwy szkolnej miewa czytelników, więc czy będzie to JPII, Konopnicka, Prus, Gombrowicz czy Miłosz, pisarz w szkole przymusowo przerabiany, to pisarz zniszczony i zohydzony. Przymusowa lektura to lektura niechętna, przykre ćwiczenie, takiej lekturze nie sposób ulec, nie sposób przyjąć idee z niechętnie czytanego tekstu. Każda ideologia topornie propagowana za pomocą szkoły wywoła wśród młodzieży najżywszy sprzeciw. Zróbcie Urbana minstrem edukacji, a po roku na Marszu Niepodległości będą dwa miliony. Zróbcie Czarnka i sami widzicie. W szkole dzieci nie wzrastają zgodnie z programem szkolnym, lec z raczej przeciwko temu programowi, przynajmniej w takiej ponurej, pruskiej szkole, jaka ciągle panuje w Polsce i jaka – co odkrywam raz za razem – w swoich rudymentach nie zmieniła się od ćwierć wieku nic a nic. Minister Czarnek jednak jest obywatelem snu. Minister wierzy że wystarczy chcieć i już się stanie to, czego się chce, jak w śnie. Rzeczywistość zaś oporna jest wobec marzeń.


Ale przecież nie jest jedyny.


Marta Lempart i Klementyna Suchanow, opowiedziały ostatnio o tym, jak widzą organizację polskiego życia politycznego po rychłym w ich mniemaniu końcu PiS, ja zaś, zapoznawszy się z tą odpowiedzią widzę, że i one nie są obywatelkami rzeczywistości. Sen, który śnią i którego nie chcą lub nie potrafią oddzielić od jawy, nie jest oczywiście ponurą fantazją ministra Czarnka, jednak również one wydają się w swoim śnie zanurzone całkowicie, jakby zrezygnowały z rzeczywistości.


Zacznijmy od tego, że wcale nie jest jeszcze po PiSie, którego klęska dla Lempart i Suchanow jest tak oczywista, że sam proces odsunięcia PiS od władzy nie zajmuje ich wcale, jakby sprawa była już załatwiona. Ja też tej klęski wyglądam, bo są to rządy z jednej strony gnuśne i nieudolne niczym PO w najgorszych latach, lecz przy tym jednocześnie niszczące państwo zarówno od wewnątrz, jak i na zewnątrz, no ale nie zauważyłem, aby pod wpływem gniewu pani Lempart i pani Suchanow jakiś pisowski minister przerażony uciekł z ministerstwa. Nie wystarczy powiedzieć, że "PiS się boi", aby naprawdę się bało. Wstępem do urządzania świata po PiSie powinno być wpierw pozbawienie tegoż PiSu władzy – chyba, że kierujemy się logiką snu, który w całości jest tworem naszej wyobraźni i woli.


Lempart i Suchanow mówią, że jest rewolucja i że nie należy szukać rozwiązań w tradycyjnej polityce. Rewolucja? Wspaniale, tylko na razie żadnej nie widać. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie mam wielu ciepłych myśli o tym państwie i jego ustroju, będącym emanacją panśtwowotwórzczej energii polskiej inteligencji, balansującym gdzieś między neoliberaliną, kompradorską fantazją, konserwatywną dystopią i fajno-polackim marzeniu o europejskości. Rewolucję, która zmiotłaby polską klasę polityczną, wszystkich zawodowych polityków i publicystów, co w życiu dnia uczciwie nie przepracowali, przyjąłbym z radością, chociaż bez nadziei na lepsze, bo taki już ze mnie ponurak. Miałbym jednak frajdę z patrzenia na to, jak tych wszystkich zastałych dziadów borowych odrywa się od stołków, do których się przykleili dawno, nawet wiedząc, że ci co przyjdą po nich, nie będą ani wiele lepsi, ani też wiele gorsi, po prostu radowałbym się z poczucia karmicznej sprawiedliwości. Na nic lepszego nie zasłużyli, obawiam się jednak, że sprawiedliwość ich nie spotka.


Rozumiem więc tę rewolucyjną emocję, o rewolucji przyjemnie jest fantazjować, fantazja pozostaje jednak fantazją, nawet tak szlachetna, w której immanentne zło świata zostaje pokarane i przynajmniej w danym wycinku rzeczywistości przywrócona zostaje sprawiedliwość.


Protesty przeciwko wyrokowi TK były moim zdaniem protestami w słusznej sprawie, podobnego zdania była też większość obywateli, jednak z rewolucją nie miały nic wspólnego nawet w tym krótkim i pięknym momencie, w którym były ogólnopolskie i masowe, poruszając mieszkańców prowincji, którzy swoją polityczność okazywali dotąd rzadko lub wcale. Tym bardziej żadnej rewolucji nie ma teraz. Rozumiem i poniekąd podzielam jej pragnienie, lecz rzeczy nie dzieją się tylko dlatego, że bardzo byśmy tego chcieli.


Nie były te protesty rewolucją, bo ani na chwilę nie zagroziły instytucjonalnej ciągłości państwa, nie zmieniły niczego w strukturze społecznej, nie zmiotły władzy ani aparatu przymusu, były za to masowym protestem, który osiągnął sukces, bo wyroku pod społeczną presją ciągle nie opublikowano, protestem, ukazującym społeczne niezadowolenie, które doprowadziło do widocznego w sondażach tąpnięcia poparcia dla PiS. Które bardzo możliwe że władzę straci w wyborach, albo za trzy lata, albo w przyspieszonych, ale tych wyborów nie wygrają przecież pani Lempart i pani Suchanow, ani ich Rada Konsultacyjna, tylko raczej to, co powstanie gdy połączyć masę upadłościową gnuśnego PO, pozbawiony treści projekt polityczny próżnego Hołowni i pewnie nawet umiarkowane skrzydło PiS, jeśli się PiS rozpadnie. Być może z Lewicą na koalicyjną doczepkę.


Czy to będzie władza ludzi, którzy "nie chcą żyć w kraju dziadersów", jak piszą autorki? Nie, nie będzie. Czy powstanie "rząd techniczny", "pod kontrolą obywatelską, nie partyjną"? No jasne, że nie powstanie, bo niby jak? A gdyby nawet powstał (ale nie powstanie), to w jaki sposób, jak mieliby być wybierani ministrowie, wskazywani przez Radę, czy może na wiecach, jakie niby miałyby być mechanizmy tej "obywatelskiej kontroli"? Co to w ogóle znaczy, wiece poparcia lub sprzeciwu dla każdego rozporządzenia? Referenda? Obawiam się, że nie znaczy to nic, albo niewiele, tak samo jak wielokrotnie deklarowana rewolucja, której poza deklaracjami jednak wcale nie widać.


Pozostańmy więc dalej w paradygmacie tekstu Lempart i Suchanow, skoro już uczyniliśmy wcześniej tę uprzejmość ponuremu reedukatorowi z ministerstwa. Jakie środki mają autorki aby tę rewolucję, której bez wątpienia jeszcze nie ma, wywołać? Czy pod wpływem masowych protestów sprzed miesiąca, a które dziś nie są już ani ogólnopolskie, ani masowe, pojawiły się jakiekolwiek pęknięcia w aparacie władzy? Nie pytam tutaj o zwykłą dla PiSu nieudolność w rządzeniu, ani o walki frakcyjne, ani o kartonowość polskiego państwa. Czy jest coś więcej? Czy policjanci, tak empatycznie zachęcani do zrzucenia munduru i przeproszenia matki, czynią to masowo i niedługo już zabraknie ludzi aby bronić ministerstw? Po tym, jak policja objawiła demonstrującej klasie średniej to, jak zwykle i od lat w Polsce wygląda konfrontacja obywateli z policją, na konferencji prasowej Lempart opowiadała, że nie ma już policji, są tylko przestępcy w policyjnych mundurach, sugerując zupełnie jednoznacznie jakąś "opcję zero", po zwycięskiej rewolucji komisje jak z "Psów"? Wątpię by tym mogła zjednać sobie policjantów. A co może im przeciwstawić? Jak wejść do tych bronionych przez nich ministerstw? Czy może jakaś zinfiltrowana przez Strajk Kobiet brygada pancerna tylko czeka aby przejść na stronę organizatorek? A może jakaś inna energia, pokojowa, tylko gdzieś drzemie w ludziach, aby wybuchnąć i zaraz pójdzie marsz dwóch milionów Polek i Polaków na Warszawę, albo wybuchnie strajk generalny, który sparaliżuje to udręczone pandemią państwo i Morawieckiego wyniosą na taczkach wściekli, głodni ludzie?


No cóż, nie sądzę. Może to ja jestem ślepy na społeczne nastroje, a może z zamkniętymi oczami, we śnie pozostają panie Lempart i Suchanow. Nawet ucieszyłbym się, gdyby okazało się, że to jednak ja nie rozumiem w ogóle społeczeństwa tego kraju. Przypominam sobie jednak wywiady, jakich Suchanow udzielała przy okazji promowania swojej znakomitej skądinąd biografii Gombrowicza, a z których wynikało jasno, że polskiego społeczeństwa nie rozumie, nie lubi i nie chce mieć z nim nic wspólnego. Nie odmawiam jej prawa do tej antypatii, sam w ogóle mało kogo lubię – kwestionuję jedynie to, czy ktoś tak konsekwentnie ignorujący rzeczywistość społeczną i vox populi może skutecznie poprowadzić jakąkolwiek rewolucję. Nie sądzę by mógł. Trybun ludowy nie musi ludu szanować, ale musi go słuchać i rozumieć, dlatego żadnej rewolucji tutaj na razie nie będzie, poza tą, która wydarza się w krainie snów, deklaracji i okładek z nagimi modelkami, dumnie dzierżącymi stadionowe race.


Na pocieszenie dodajmy, że patriotyczna reedukacja ministra Czarnka również pozostanie w tej sferze, tylko okładki będzie miała inne, gorsze.


Klick!!!

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.