7 maja 2021, piątek

Teatr rozmowy

W zasadzie eks-aktor

Kwadrans z Janem Nowickim. Klub Alicji B. Toklas, przed spektaklem „W misterium drogi krzyżowej”, Teatr w Lesznie. Na scenie mistrz Jan, panujący nad widownią; doprowadzający do salw śmiechu, to znów do refleksyjnego skupienia


O Mamucie i Piotrze Skrzyneckim
Przejeżdżałem często przez Leszno. Jadąc... Zostaw mi tutaj te papierosy... (do kogoś z obsługi usiłującego oczyścić scenę z tytoniu – red.). Natomiast nigdy tu nie byłem, jestem pierwszy raz i mieszkam w hotelu „Mamut” – najwyższe piętro na świecie chyba. Tam coś borują, montują… I słuchajcie: ledwie przyjechałem, od razu wlazłem do pokoju, zimnego jak cholera. Ale przyszedł Marek Stryszowski, podkręcił i zrobiło się ciepło. Ja bym na to nigdy nie wpadł, że tak można zrobić. Przypomina mi się Piotr Skrzynecki, mój przyjaciel. Kiedyś wszedłem do niego rano – on mieszkał przy ulicy Worcella w Krakowie – a on, taki stary Żyd, tak siedzi na łóżku, prawie zapłakany, a w pokoju potwornie ryczy telewizor. Mówię: „Panie, co to tak ryczy?” A pan Piotr mówi do mnie: „Panie Janie – bo my byliśmy per pan – to tak ryczy od trzech dni”. Ja mówię: „No to wyłącz pan”. A on: „To nie takie proste, wie pan”. Pytam: „No, a nie masz pan pilota?” „A pan mówi o tym takim prostokątnym? Mam”. I podał mi pilota i mówi: „Widzi pan, ja tak naciskam, a tu nic, ryczy i ryczy”. Ja zaglądam, patrzę i ani jednej bateryjki nie ma. Mówię: „Cholera, nie ma baterii!” A pan Piotr pyta: „A to konieczne?” Ja mówię: „Pewnie, że konieczne.” Ja tak się patrzę, bo też jestem antytalentem absolutnym i nagle widzę – taki dupny kabel wystaje ze ściany. Wyciągnąłem to. A Skrzynecki tak się na mnie patrzy i mówi: „Panie, ale ma pan zdolności politechniczne! Że ja też na to nie wpadłem, przez trzy dni nie śpię, ledwie zipię, a on trzy doby mi tu wyje”.
No więc, przyszedł Marek, włączył mi ciepło i mam ciepło.



O gazecie „Fakt”
Ledwie wlazłem do tego pokoju, to od razu trzy telefony. Pierwszy telefon z redakcji gazety „Fakt”: „Panie Janie, czy to prawda, że pan w poście nie pije?”. Ja w istocie nie piję w poście, kompletnie. Bo mi zaimponowali byli piłkarze Wisły, Adaś Musiał, Szymanowski, Sarnat – to są moi koledzy – oni zawsze w post nie piją. I myślę sobie, to ja też nie będę pił. No co to, muszę? Chociaż życie bez alkoholu jest filmem czarno-białym, to jest zupełna głupota. Pan Bóg wiedział, co robi, że zamienił wodę w wino, a nie odwrotnie. Ale skąd oni się dowiedzieli, że ja nie piję w post kompletnie, to ja nie mam pojęcia. To jakiś… aż się wystraszyłem, normalnie, jakby diabeł do mnie zadzwonił, jak Boga kocham.



O przymierzaniu
Drugi telefon – zadzwonił mój kolega, Janek Stankiewicz z mojego rodzinnego Kowala i powiedział, że umiera. Oświadczył mi to tak spokojnie. Ja mu powiedziałem, żeby się nie wygłupiał, że to jeszcze nie czas, ale on mówi: „Czas”. A trzeci telefon, że zakładają szkołę filmową w Krakowie i czy ja bym z Martą nie objął patronatu i czybym nie uczył tam. Więc zobaczcie, jedna godzina na trzecim piętrze i trzy telefony. Mam nadzieję, że Janek przesadza, on miał zawsze skłonności do tego, a poza tym, tego już mu nie mogłem powiedzieć, bo nie wypada, że w świetle tego, co twierdzi Jan Twardowski – śmierć jest szczytem życia. To się dobrze czyta. Ale gorzej, kiedy się to realizuje w życiu. Trzeba mieć ogromną odwagę i wielką klasę, żeby odejść godnie i żeby umieć po sobie posprzątać. Dlatego że żyć każdy potrafi, każdy głupek. Natomiast, żeby umrzeć pięknie, to trzeba być prawdziwym dżentelmenem. Ja się do tego przymierzam od paru lat...



O podkładaniu nogi
Stąd też moja korespondencja z Piotrem Skrzyneckim, między niebem a ziemią. Ona się, po pierwsze, wzięła z tęsknoty, bo zmarł mi ogromny przyjaciel, w zasadzie to był najbliższy człowiek. Żadna kobieta, tylko on, a przecież nie byliśmy żadnymi pederastami, skąd, normalna przyjaźń. No i zmarł mi któregoś dnia. Nie mogłem się z tym pogodzić. Bo co można zrobić z takim faktem? Zacząłem pisać do niego do nieba, a potem z nieba odpisywać na ziemię. To trwało jakieś cztery i pół roku. Jakoś mi łatwiej było sobie poradzić z tą tęsknotą. Ba, nawet nie pamięcią, pamięć to za małe słowo. Ogromna tęsknota, aż mnie bolało, że go nie ma. Wszystko przestało mieć sens, łącznie ze smakiem piwa. Nie było rozmów o Dostojewskim, nie było poczucia humoru, które ja u niego uwielbiałem zupełnie, bo pan Piotr miał jedyne poczucie humoru, które mnie bawi, to znaczy czarny humor. Jak ja widzę komików, to od razu mi się spać chce. Te wszystkie kabarety, to wszystko, to jest tak śmiertelnie nudne i głupie, natomiast pan Piotr naprawdę miał poczucie humoru. Własne, czarne. Taka próbka: Po Budapeszcie chodziła taka facetka, którą nazywali Księżniczką. Trzymała w prawym ręku taką elegancką torebkę, haftowaną, z koralików, ale głowę miała przy samym chodniku, tak była zgarbiona, wygięta w pałąk. I tak się posuwała po tym świecie. I idziemy za nią z panem Piotrem i ja mówię: „Panie Piotrze, niech pan zobaczy, jaka ona biedna.” A pan Piotr mówi: „Dlaczego?” „Jak to dlaczego, no to nie widzisz pan? Słońca nie widzi”. A pan Skrzynecki mówi: „Jak się podłoży nogę to zobaczy!”.



O logice
On był niesamowity. I jak już umierał i przychodził do tego „Vis a Vis”, miejsca, gdzieśmy się spotykali, no to ja, który całe życie z nim popijałem wódeczkę, mówię: „Panie Piotrze, może jakieś ziółka panu przynieść?” A on wstaje i powłócząc tak krok za krokiem, mówi: „Nie! Ja sam. Zademonstruję krzepę”.
Ja mam dwójkę dzieci. Od dwóch kobiet. Tak się zdarzyło. No i jedna kobieta się nie chciała pogodzić z drugą, trzeba było jakiś porządek z tym zrobić. Dzieci są moje, i żeby się nie spotykały? Żeby się nie poznały? Zwłaszcza że jedna była dyrektorką muzeum w Kozłówce, duży park, więc te dzieciaki mogły tam biegać, ale jedna się uparła, że jednak nie. Nawiasem mówiąc, ani jedna ani druga nie była moją żoną. Ja się nigdy nie ożeniłem, długo by mówić, dlaczego. No i kiedyś napisała matka córki, żeby dzieci się zobaczyły, bo jak nie, to może zdarzyć się i tak, że spotkają się dopiero nad moim grobem. I powiem wam, że mi dreszcz przeszedł po plecach. I chodziłem z tym problemem ładnych parę dni. I kiedyś jedziemy do Budapesztu i chyba naszedł mnie jakiś szczególny i widoczny smutek, bo pan Piotr mówi: „Co się dzieje, coś pan jakiś taki osowiały?” Ja mówię: „Panie Piotrusiu, bo otrzymałem jakiś taki dziwny list, nie mogę sobie z tym poradzić.” I on mówi: „Tak? To zjedźmy na bok. Może pan mi przeczytać?” Mówię: „Proszę uprzejmie”. No i czytam ten list z tym fragmentem: Drogi Janku, jeżeli się dzieci nie spotkają to może dojść do sytuacji następującej, a mianowicie takiej, że się spotkają dopiero nad twoim grobem. Skrzynecki się podrapał po głowie i mówi: „Panie Janie, proszę jej odpisać, że może się równie dobrze stać odwrotnie”.
Co za logika, jak Boga kocham.



O obowiązkach
Co ja mogę o sobie powiedzieć? W zasadzie rozmawiacie z eks-aktorem. Jestem człowiekiem, jak to się mówi, starym i wcale nie zamierzam przestać nim być. To jest coś rozkosznego, zupełnie – być starym. Oczywiście, pod warunkiem że się ma trochę zdrowia. Do końca tego zdrowia nie mam, ale udaję, że mam. Nie mam nic przeciwko temu. Rzadko mi się zdarza, niestety, bardzo rzadko, że ktoś mi zwalnia miejsce w autobusie. To ja korzystam od razu. Nie czuję żadnego obciachu… Jeszcze kiedyś taki byłem dowcipny, że siadałem i zachęcałem: „A teraz dziecko, siadaj na kolana! Siadaj, proszę. A teraz nie. Ma mi normalnie zwolnić; od tego jest młoda dziewczyna, żeby zwolniła miejsce starcowi. Poza tym, z tego co obserwuję w życiu, to nic się nie zmieniło poza tym, że w pewnych kontekstach – o których nie wypada w tak bogobojny wieczór wspominać – poza tym, że damy wykazują większą inicjatywę i to tylko tyle. A cała reszta jest ciągle tym samym, rozkosznym obowiązkiem.



O sianokosach
Kiedyś miałem taką scenę w „Tulipanach” z Małgosią Braunek, która od pewnego momentu odżywia się tylko trawą suchą, coś ze Wschodu do niej dotarło… Budda czy coś, nie znam się na tym specjalnie, nie chcę nikogo obrażać, tyle że Małgosia pachnie trawą, ziołami, no… rozkosznie zupełnie. I mieliśmy scenę łóżkową. Ja uwielbiam sceny łóżkowe w filmie, dlatego że tekst mam pod poduszką. Włażę do łóżka, oni tam to światło ustawiają, przeciągi jakieś tam wyczyniają, co mnie to obchodzi. Wchodzę do tego wyra i przysypiam normalnie, i czekam, kiedy zaczną mnie fotografować. A jej nie ma i nie ma. Wreszcie, opatulona w jakieś koce, wsmyknęła się do tego łóżka. Świetnie wygląda, ja to przy niej wyglądam jak łachudra, a ona od tego prosa, jęczmienia wygląda pięknie, tyle że pachnie sianokosami. Wskoczyła do tego… w zasadzie wślizgnęła się do tego łóżeczka. I taka tam, scenka… phi… nie wiem, czy widzieliście film. Ja tam ją obejmuję, i tam jakiś pocałunek taki na pół gwizdka. A ona mi tak jakoś półszeptem: „Janku, ale czy to czasami nie jest śmieszne?”. A ja mówię: „Słuchaj, jeżeli dla ciebie to jest śmieszne, to jest twój problem. Dla mnie to ciągle jest poważne. Bardzo”.



O wyrzucaniu cioci za okno
Teraz niedawno się pocałowałem, bo człowiek nie ma co robić, to nawet już w „Magdzie M” gra, cholera jasna. No i gram ojca tego głównego bohatera. Jakaś gazeta podała, że ci, którzy mówią, że nie oglądają seriali, to udają. Czyli presja jest tak ogromna, że nawet człowiekowi nie wierzą, że nie ogląda. Otóż ja nie oglądam nic kompletnie, nawet swoich filmów nie oglądam. Nic, w ogóle. Ja w telewizji tylko sport i o zwierzętach. Natomiast te wszystkie seriale, to jest coś tak głupiego!… Zawsze jak się z młodzieżą spotykam, wybaczcie państwo, wybaczcie drogie damy, ale młodzieży mówię, wyrzućcie w ogóle telewizor przez okno, a jak ciocia ogląda, to razem z ciocią wyrzućcie. Te wszystkie głupoty, „M jak miłość”, „M jak Magda”, „G jak gówno”, co oni w ogóle kombinują? Kiedyś byliśmy wychowani na teatrze poniedziałkowym, gdzie był Gogol, Szekspir, Fredro, a teraz jakieś kretyństwa lecą, ludzie to oglądają, jakiegoś Zakościelnego chciały fanki zadeptać w Kielcach. Nas nikt nie chce oglądać.



O strzelaniu koniaków
A ja zrobiłem bardzo poważny film z moją Martą, o 56 roku na Węgrzech. Zagrałem Imre Nagya, chyba najlepszą rolę w moim życiu. W ogóle nie miał premiery. Pokazali w telewizji o wpół do pierwszej w nocy. Nawet moja największa fanka, czyli maszynistka Marta Warchał w Krakowie wypiła siedem kaw, strzeliła trzy koniaki i w połowie zasnęła. Mówi: „Janek, to jest nie do wytrzymania, żeby o wpół do trzeciej oglądać film, nawet z tobą”.



O Magdzie
Więc w tej „Magdzie M” też wymyśliłem – coś się chyba dzieje ze mną niedobrego – wymyśliłem scenę pocałunków, z Magdą Zawadzką tym razem. Nie wtajemniczyłem jej na początku, myślałem, że tak na żywca ją wezmę. Z reżyserem się umawiałem, Maciek Dejczer to reżyseruje, mówię: „Maciek, ale może jakiegoś kaskadera atrakcyjniejszego za mnie weźmiesz”. Ale, niestety, musiałem sam to zagrać. A wymyśliłem to, bo taki despotyczny ten ojciec, taki suchy prokurator, którego gram, więc chciałem go zmiękczyć nieco. No i przewróciłem ją na śnieg, baru-baru było. Ale szlag by trafił to przewrócenie w śnieg! W górach żeśmy kręcili, śnieżek taki piękny i ryp na ten śnieg. I słuchajcie, tyle spadło tego miękkiego, dwa centymetry, a pod spodem beton! I to nie robi się jednego dubla, tylko cztery, pięć razy trzeba było to walnąć. A jeszcze trzeba było wstać, co jest najgorsze. I jeszcze udawać, że człowiek może lekko wstać i że go nic nie boli! Magda, oczywiście, jak wszystkie kobiety, wytrzymała, ona jest mniejsza, młodsza o jakąś dekadę i scenę pocałunku żeśmy zrobili jak trzeba, nawet powiedziałbym, za wyraziście.



O całowaniu profesjonalnym
Kobiety zresztą dziwnie się całują w filmie. Jedna taka aktorka, znakomita Izabell Peer, i ja się z nią całowałem w jednym filmie, i czuję, że ona jakby się z gitarą całowała. Ona cofnęła język. Gdzieś do wnętrza. Chyba chciała mi dać do zrozumienia, że był to pocałunek profesjonalny, zawodowy, a nie autentyczny. Takie francuskie, małe, ryże pokurcze – ona myśli, że gdyby mi nie zapłacili, to bym ją całował… Dobra była stawka, to mógłbym ją całować dzień i noc.



O pracy ukrzyżowanej
No i ani się obejrzałem, i mam 67 lat. Kiedyś przed snem próbowałem sobie przeliczyć te wszystkie lata: raz, dwa, trzy, cztery… i tak gdzieś przy 37. zasnąłem. Jak liczyłem, to już mnie znudziło to. Ale trzeba pracować. Po pierwsze dlatego, że jest to zabawne. Po drugie, trzeba z czegoś żyć. Skurwysyny by zagłodzili zupełnie – ja mam 1400 złotych emerytury. Przecież tyle to ja na telefony wydaję! Jak oni to wykombinowali, to ja nie wiem. Ja mam wszystkie możliwe krzyże świata, łącznie z węgierskimi. O! Jakiś ambasador węgierski jakiś mi teraz wręczał medal, to myślałem, że zemdleję z wrażenia. On jakiś krzyż oficerski, z czymś, z jakimiś wstęgami, a ja byłem w koszuli, to mi prawie podarł tę koszulę, bo się nie chciało przypiąć do tego. Komandorski, Bóg wie z czym, z gwiazdkami, kurczę blade, i gdyby, nie daj Bóg, Pan Bóg odebrał zdrowie, to ja bym zdechł z głodu normalnie. Wyprzedawałbym książki, tak po kolei, a potem bym połknął wiadro z głodu. Tak jak to było z Górskim Kaziem, też państwo się zebrali, bo się okazało, że dziadek nie ma z czego żyć. Tu nie chodzi o to, żeby mieć dużo ale, żeby mieć wystarczająco. Na szczęście Marta moja – tam na Węgrzech jest trochę lepiej – Marta, moja staruszka, ma 2000 euro emerytury, to już jest parę groszy. I jest z czego żyć. Według oficjalnych danych ona ma 75 lat. Oj ,nie! – według tego co mówi. Bo oficjalne dane spłonęły, w Kirgizji… Co jej nie przeszkodziło, żeby sześć lat temu nauczyć się siódmego języka. To jest tajemnica kobiet. Jak one to robią. To jest jakaś niewyobrażalna płeć zupełnie, kobiety, jaka siła niesłychana, ta moc, i nadzieja. Jak Marta mi opowiada, jaki film będzie robić, to ja nie wiem, o którym ona mówi, bo sześć ma na uwadze, które będzie robić. Niesłychana siła. Prowadzi auto, do kolacji wypija butelkę wina, bez śladu jakiegokolwiek.



O mówieniu nawiasem
Nawiasem mówiąc, jak ja wyczytałem, że człowiek, który codziennie pije, jest alkoholikiem, to wpadłem w dziki popłoch. Dlatego że ja przez całe życie codziennie piję. Gdy dzwonię z teatru do Marty, żeby zapytać, co jemy na kolację, to ustalamy, czego się napijemy do tego. Czy to będzie wino białe czy czerwone, czy piwo, czy kieliszek wódki. No, jak można zjeść kolację i się nie napić? Teraz nie piję, bo post, ale widzicie, jak wyglądam…



O różnym bywaniu
No i tak, nikt nie pisze dla aktora w moim wieku ról; nikt nie pisze takich ról, jakie się pisze dla Jacka Nicholsona czy dla Anthony’ego Hopkinsa – ja nie widzę najmniejszego powodu, żeby się czuć od nich gorszym, czy od Dustina Hoffmana – dlatego musi mi ktoś napisać rolę. A nie jakiegoś wuja, który siedzi pod piecem i mędrkuje. Im się wydaje, tym młodym, że jak ktoś ma 67 lat, to to już są zwłoki. Więc grywam czasami, żeby nie zaśniedzieć, w jakichś tam bzdetach. Teraz nakręciłem film z Bajonem, zagrałem nawet główną rolę – jakoś przez pół roku nie chcieli mi wypłacić pieniędzy. Był bankiet pożegnalny, i mówi mi producent, Grek, że na razie nie ma pieniędzy, ale Włoch przyśle. To ja mówię: „Ty, słuchaj Lambros, jeżeli Grek mówi, że przyśle Włoch, to ja mam przegwizdane kompletnie”. I w istocie, czekałem pół roku. „Tulipany” – wspomniany przeze mnie film, mieszkanie przy ulicy Wilczej 36, w mieszkaniu reżysera, pokoik z kuchnią, bez firanek i bez prześcieradła. Po tygodniu zaprotestowałem, jak przystało na gwiazdę, że życzę sobie prze-ście-ra-dłooo!… To było mieszkanie Jacka Borcucha, który był wtedy w stanie wolnym, bardzo młody człowiek, w związku z czym możecie sobie wyobrazić, w jakim stanie był tapczan z kolei. Gdzie on wtedy mieszkał, nie wiem. Tam mieszkałem, jadłem tuszonkę, piłem piwo „Królewskie”, nawet mi za pociąg nie zapłacili. A przecież wyszło diwidi, sidi z tego. Ktoś to jakoś tak pokombinował, że młodzi, zapaleni, więc jak im nie pomóc? Więc to różnie bywa, czasami się zarobi, czasami się nie zarobi, ale per saldo jest OK.



O pisaniu
Nie trzeba dużo, w ogóle to nie ma sensu, żeby mieć za dużo, bo po co? Komu to jest potrzebne? U mnie na wsi – gdyby nie to, że ja jeżdżę i działam, i muszę mieć na komórkę i na benzynę - koń mnie kosztuje 70 złotych miesięcznie, bimber mam darmo, ryby mam darmo, mięso mam darmo, jajka mam darmo. Ja w ogóle nic nie potrzebuję. No nie – na papieroski potrzebuję, na nie muszę wydawać. Piszę i na dobrą sprawę mógłbym nawet z tego się utrzymać, bo mam godne stawki, ze względu na to, że… medialny gość ze mnie, czytany jestem. Książki… książeczki, które wydałem – bo książki to pisał Lew Tołstoj, a nie Jan Nowicki i Magda Zawadzka – są czytane. Teraz mam zamiar wydać, już nawet mam złożony materiał książeczki pod tytułem „Świat pełen wróbli”. Z piosenką, którą napisałem, i do której muzykę napisał Zygmunt Konieczny. To wydam i czuję, że to będzie czytane, bo to są takie listy, które ja pisałem w… „Zwierciadle”. Wymyślałem sobie pytania od kobiet i na nie odpowiadałem. Aż raz mi jedna odpisała, że jest mi wdzięczna za to że. jej tak dobrze poradziłem, bo jej życie uratowałem. Zbaraniałem. Teraz piszę do „Gazety Krakowskiej”. Dwa teksty zrobiły ogromną karierę. W obydwu przypadkach nawet miałem rodzaj satysfakcji. Mówię rodzaj, bo ja nie umiem się niczym cieszyć do końca, już taki facet jestem. Ani rolami, ani tym, co mi się uda. Powiem nawet więcej, jak mi się coś uda, to nie lubię iść za ciosem. Jak mi się już raz udało, to po co ma mi się udawać jeszcze raz?



O długim kręceniu
Może nakręcę film ważny, niebawem. Trochę okoliczności są przykre, bo czuję się jak nekrofil artystyczny. Jacek Borcuch, reżyser dokumentalista, napisał wspaniały scenariusz pod tytułem „Lili”. O starych aktorach, rzecz będzie się rozgrywała w… chciałem powiedzieć – w Oświęcimiu, przepraszam – w Skolimowie. Rola była napisana specjalnie dla Leona Niemczyka. Ale on zmarł. Jacek Borcuch dostał dość duże pieniądze na to, to ważne, że duże, bo trzeba będzie długo kręcić, bo tam będzie wielu aktorów, którzy mają kłopoty z pamięcią. Może tam już nie będę proponował pocałunków…





O zawodzie amatora
Słuchajcie, uwielbiam występować z moimi kolegami, z panami Markiem, z Tomkiem jednym, drugim, z Czarkiem. Uwielbiam tę włóczęgę po Polsce. To jest niewyobrażalnie męczące. Zdzichu jest wprawdzie świetnym kierowcą ale, że mamy taki samochód jaki, mamy, i pokonujemy nieraz po 500, 600 kilometrów to jest to naprawdę męka fizyczna. Ale jednocześnie jest w tym coś tak urokliwego, że jedzie się w poszukiwaniu widza. Że ma się poczucie… Leszno to jest duże miasto, ale przecież w małych ośrodkach, małych wsiach prawie, w kościołach – ma się to poczucie, że nie przyjeżdża tam wesoły autobus i zgaduj-zgadula, jakieś głupoty, tylko prawdziwi, profesjonalni muzycy. Przecież to są poważni panowie, to jest najwyższa półka, że z czymś takim się występuje. Tak jak to kiedyś bywało w teatrze elżbietańskim. Zawód artysty jest zawodem wędrownym, a te wszystkie aktorskie larwy, które sobie pokupowały jamniki i spacerują po Plantach, i mówią, że są AKTORKAMI TEATRU STAREGO!!!, prawda, albo ktoś pije kawę w „Czytelniku” i ON JEST ATOREM!!!, a spadaj ty, dziadu! Trzeba jeździć, jeździć, szukać, namawiać widza i zarabiać ciężko parę groszy. Świętej pamięci Barbara, matka mojego syna, ona była znakomitą sprinterką i paru rzeczy mnie nauczyła, w tym najpiękniejszej i najważniejszej. Zawsze mówiła: „Pamiętaj, lepiej zarób stówę pięknie niż tysiąc byle jak”. W naszym fachu to są rzeczy podstawowe. Słuszne. No to wiecie, będzie książeczka, będzie jakiś film, będzie „M jak miłość”. Po drodze walnąłem „Apetyt na miłość”. Zobaczcie, jakie tytuły... No same te tytuły… To jest tak jak z tymi aktorami dzisiaj: Cichopek… Mroczek… Zwróćcie państwo uwagę, ja już nie mówię o zawodzie, oni nawet nazywać się nie umieją. Gdzie tu jeszcze miejsce na zawód? Zresztą, w związku z tym, nasz zawód jest w defensywie kompletnej. W zasadzie nikt nie wie, co to jest aktor. Na takiego człowieka jak Zapasiewicz to patrzą jak na idiotę. Albo Trela jakiś?... Teraz jest jakiś Morczek, Cichopek. Dwa Mroczki, prawda. Zakościelnego chcieli ponoć zadeptać w Kielcach. Piszczały i chciały go zadeptać. Niestety, bez skutku. O jednego amatora byłoby mniej. Ale taki się porobił świat i będzie coraz gorszy.



O duperelach
A jakżeż nie?! Przecież będzie tak jak na całym świecie. Tylko teatry impresaryjne, w których od czasu do czasu pokazuje się coś wspaniałego. Jest, na przykład, ten mój film, „Niepochowany” – nie miał premiery. Wcześniej zrobiłem „Małą Wilmę”, kręciliśmy w Kirgizji – też nie miał premiery. Wydali na to półtora miliona dolarów. Polacy, Węgrzy, Słowacy. Powstało coś i dlaczego to nie ma premiery? Z bardzo prostej przyczyny, podobno nikt tego nie chce oglądać. Oni, ci spryciarze, zrobili sondaż i są zorientowani, ci dystrybutorzy, że nie ma co reklamować, bo się pieniądze nie zwrócą. Dlatego że naród permanentnie ogłupiany w rezultacie składa się z mało wymagającego widza. Komuna miała to do siebie – w ogóle komuna była najrozkoszniejszym okresem dla sztuki; nie ma nic lepszego dla sztuki niż okres zniewolenia i biedy – że paradoksalnie kreowała zapotrzebowanie na sztukę. To chyba jasne, że nie powstałby najwspanialszy kierunek literacki w Polsce, jakim był romantyzm, gdyby nie było niewoli. Przecież „Dziady” ze zniewolenia się wzięły. A teraz święci triumfy głupota, oczywiście z ogromną premedytacją to wszystko jest czynione; tak samo jak głupi jest przeciętny Amerykanin czy Japoniec, który do tego jest przygotowywany w życiu, żeby był śrubką w znakomicie funkcjonującej maszynie ekonomicznej. W przypadku pokoju. W przypadku wojny, żeby stał się mięsem armatnim. Rządzenie mądrym narodem jest trudniejsze. Zobaczcie, co się teraz wyprawia, jak oni się dziwią, że paru inteligentnych, mądrych ludzi powiedziało, że nie będą mówili, że są niewinni, jak są niewinni, że ustawa lustracyjna, która jest wbrew konstytucji, która wyklucza domniemanie niewinności. A przecież w świetle konstytucji nie ma złych i dobrych, brzydkich i ładnych. Wszyscy są jednakowi. Mało tego, co to znaczy działać w imieniu prawa? Przecież już nazizm nas nauczył, że działając w ramach prawa, czy nakazu prawa, można także zakładać obozy koncentracyjne. Trzeba umieć prawu się przeciwstawić, co na przykład w znakomity sposób zrobili aktorzy w czasie stanu wojennego – zbojkotowali środki masowego przekazu. Wbrew prawu, bo przecież aktorzy muszą pracować, muszą występować. A oni powiedzieli, że nie i władza nie wiedziała, co z tym fantem zrobić, bo raptem aktorzy powiedzieli – nie. Ja nie będę mówić, że jestem niewinny, skoro jestem niewinny. Tak nie wolno; nie wolno wprowadzać poczucia zagrożenia dla narodu. Oczywiście trzeba znaleźć przestępców, od tego są specjalnie służby, środki, prokuratura itd., wyłowić ich, ale dać święty spokój ludziom! Ludzie jeszcze, poza biedą, mają się bać?! Ale człowiek, który się boi, znowu jest łatwy do kierowania. I znowu łatwo nim manipulować, i znowu może się łatwo pojawić następny Lepper, i znowu duperele opowiadać. Ale o to chodzi. W tym szaleństwie jest metoda. Mili państwo, 15 minut miało być, pierwsza wizyta nie może trwać dłużej.


Realizator nagrania: Dawid Wojciechowski

Fot. Jacek Wojciechowski

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.