24 kwietnia 2019, środa

Teatr rozmowy

Dariusz Łukaszewski

Agnieszka Duczmal

DŁ: -Nie jest trudno pójść na koncert zespołu pop, to jest proste: rytm, trzy proste rymy, odrobina melodii, taki pulsujący miks, do tego trochę kolorowych świateł, dymów i błyskotek na scenie, i już można się pokiwać, poczuć uczestnikiem tego show. Ale zderzenie normalnego człowieka z Mozartem, to już inna historia, to wymaga jednak jakiegoś przygotowania…
AD: – Nieprawda! To, co pan powiedział, to jest właśnie wmawianie ludziom, że tak jest.


(rozmowa z 2008 roku) Klick!!!




Dariusz Łukaszewski: – Pewnego dnia, całkiem niedawno, pierwsze strony gazet obwieściły, że kobieta nie będzie prezydentem największego państwa świata. Hillary Clinton nie zostanie najważniejszym człowiekiem na Ziemi; świat znów zachował się konserwatywnie, znów nic się nie stało, znów rządzą faceci. Czy taka informacja nie uruchamia w Pani solidarnościowego żalu, że kobieta nie będzie prezydentem Ameryki?

Agnieszka Duczmal: – Nie, ponieważ nie odbieram polityki płciowo. Odbieram ją – jak mówimy wśród muzyków – w C-dur, czyli dla mnie polityka to walka o władzę, i nie tyle ma znaczenie, kto się bije o nią, ale co sobą reprezentuje i co może zdziałać dla świata.

Co to znaczy „w C-dur”?

– C-dur jest pierwszą, najbardziej jasną, prostą i klarowną tonacją. Nie zawiera żadnych dodatkowych znaków, ani bemoli, ani krzyżyków. Wyznacza środek klawiatury na fortepianie, jest taką podstawą, czyli „w C-dur” oznacza: mówiąc wprost.

Mówiąc wprost?!

– Tak. W C-dur.

Mówiąc w C-dur, mam poważny problem…

– Poważny problem?

Tak. Natknąłem się w Internecie na strony z recenzjami i opiniami o Pani i o Pani orkiestrze: bardzo poważne światowe tytuły, rozchodzące się w milionowych nakładach, bardzo poważne autorytety, i bardzo dużo tych recenzji. Wszystkie one prześcigają się w rzeczowych pochwałach Pani, jako osoby, jako artysty, jako szefa zarządzającego orkiestrą.

– Cha, cha, cha, i to jest problem?

Tak, bo jestem w takiej sytuacji, rozmawiając z Panią, że albo mogę startować w zawodach na najciekawszą pozytywną opinię o Agnieszce Duczmal i o dokonaniach orkiestry „Amadeus”, albo próbować coś skrytykować. Pochwalić lepiej – nie sposób, a do krytyki brakuje jakiegokolwiek pretekstu formalnego.

– I co pan zrobi?

Opowiem Pani pewną historię. Mogę?

– Proszę.

Otóż kupiłem sobie zegarek. O, mam go na ręce, proszę spojrzeć.

– Tak, rzeczywiście, ma pan zegarek

Razem z paskiem kupiłem ten zegarek. W normalnym sklepie, nie od rosyjskich, i zapłaciłem za niego, proszę uważać… 19 złotych. Mówię o tym, bo to jest mój pierwszy zegarek za 19 złotych i chwalę się nim kolegom, bo żaden z nich nie ma zegarka za 19 złotych. Do czego zmierzam? 19 złotych, to jest mniej, niż kosztuje pół litra wódki, prostego produktu, który potrafi wytworzyć analfabeta z delty Nilu. A tutaj mamy skomplikowaną maszynerię, wyrafinowany wytwór trwającej stulecia ewolucji mózgu. Czy nie doszliśmy do takiego momentu w dziejach, że najbardziej złożone, misterne rzeczy są mniej warte niż te najprostsze i prymitywne? Czy i Pani obserwuje takie przewartościowania? Jako osoba dorosła, jako obserwator świata, który już wszędzie był – bo łatwiej wymienić miejsca na Ziemi, w których Pani jeszcze nie koncertowała, niż te, z których pochodzą wspomniane, entuzjastyczne recenzje…

– Nie przesadzajmy z tą moją światową wszechobecnością…

Czy z Pani punktu widzenia świat się zmienia, burzy się hierarchia wypracowanych przez pokolenia wartości; czy nie zaczynamy włazić z powrotem na drzewo?

Nawiązując do pana zegarka, mogę użyć takiego porównania: więcej zapłacimy za bilet na koncert znanego zespołu popowego niż za bilet na koncert muzyki symfonicznej czy kameralnej. To oznacza, że za coś, co ma większą wartość, co wymaga nieporównywalnie większego nakładu pracy, świat jest gotów zapłacić mniej niż za prosty produkt popowy. A przecież muzycy grający w orkiestrach uczą się od dziecka, przeżywają katorgę rezygnowania z normalnych dziecięcych przyjemności, a potem przez całe życie, też pełne wyrzeczeń, muszą ćwiczyć, żeby osiągnąć mistrzostwo i móc… utrzymywać się z pensji poniżej średniej krajowej, i pracować na emeryturę, która jest minimalna. Z kolei zespoły rozrywkowe, które często – choć nie zawsze – tworzone są z amatorów, pojawiają się jako gwiazdy sezonowe, a cała ich kariera budowana jest na marketingu, a nie na wartościach muzycznych czy wirtuozerii muzyków – tak te gwiazdorskie kariery są budowane, czego nadzwyczajnym przykładem jest Ich Troje…

Albo Doda.

Albo Doda. Działają, dopóki nie wyczerpią formuły marketingowej, a potem zastępują ich nowi amatorzy, kreowani do rangi gwiazd. Na szczęście również w każdym rodzaju muzyki rozrywkowej spotykamy wspaniałych artystów, których z całego serca podziwiam.

Czy w Pani głosie nie zaczyna pobrzmiewać nuta zawodu? Akurat Pani czuje się niedoceniona?!

– Nie, skądże! To nie jest nuta zawodu; ja staram się po prostu skupić i poważnie odpowiedzieć na pana pytanie. Nie narzekam na to, że tak jest; ja tylko stwierdzam stan rzeczy, zastrzegając sobie co najwyżej prawo do zastanowienia nad tym, że muzycy grający w takim znakomitym zespole jak nasza orkiestra, nie są odpowiednio doceniani i wynagradzani przez tych, którzy powinni to robić. Pamiętam, że przez całe moje życie spotykałam się ze stwierdzeniem: ona sobie poradzi. Bo przecież muzyk może sobie dorobić. A to nie o to chodzi, żeby muzyk chałturzył i dorabiał, tylko żeby miał możliwość prezentowania najwyższego poziomu, ograniczanego co najwyżej tylko przez zasoby talentu, a nie przez konieczność rozdrabniania się z powodów egzystencjalnych. To nieporozumienie, żeby oczekiwać od mistrza instrumentu najwyższego poziomu, okupionego codzienną pracą, i jednocześnie nie zapewnić mu warunków rozwoju do poziomu, jakiego się od niego wymaga. Od dziecka towarzyszy mi przekonanie, że uprawianie muzyki jest misją. Teraz toczy się publiczna dyskusja na temat misji radia i telewizji w Polsce.Nasz zespół jest orkiestrą radiową i cała jej działalność jest misyjna. Za niedorzeczne uważam pytanie, na które muszę raz po raz odpowiadać: a jaka jest misja orkiestry? To pytanie zawsze mnie śmieszy, bo cała działalność zespołu jest przecież działalnością misyjną. Tak samo jak działalność lekarza postrzegam w kategoriach misji – leczy i ratuje życie, czyli działa dla ciała, tak my działamy dla ducha, rozwijamy wyobraźnię, wrażliwość, uczulamy ludzi na piękno (bo przecież słuchamy nie tylko uchem, muzykę chłoniemy też innymi zmysłami), kształtujemy spojrzenie na świat, pobudzamy emocje. I to wszystko jest bardzo ważne, bo gdyby tego działania nie było, gdybyśmy tego w człowieku nie rozwijali, to ludzie przeszliby na pozycje automatów, niezdolnych do odczuć innych niż te podyktowane fizjologią i najprostszym pragmatyzmem.

Pytanie, czy potencjalny odbiorca jest w stanie obcować z Pani twórczością w taki sposób, w jaki Pani chce mu ją przekazać? Bo nie jest trudno pójść na koncert zespołu pop, na przykład przywołanego przez Panią w tej rozmowie Ich Troje, i posłuchać muzyki rozgrywanej w obszarze czystego C-dur, bo to jest proste: rytm, trzy proste rymy, odrobina melodii, taki pulsujący miks, do tego trochę kolorowych świateł, dymów i błyskotek na scenie, i już można się pokiwać, poczuć uczestnikiem tego show. Ale zderzenie normalnego człowieka z Mozartem, to już inna historia, to wymaga jednak jakiegoś przygotowania

Nieprawda! To, co pan powiedział, to jest właśnie wmawianie ludziom, że tak jest. Wielokrotnie mogłam się przekonać, że ludzie, którzy przypadkiem znaleźli się na naszym koncercie, nagle odkrywali muzykę i z entuzjazmem odkrywcy stwierdzali, że przecież tego da się słuchać, że to jest świetne, że od teraz będą przychodzili na koncerty. Wcześniej po prostu na tę muzykę się nie natknęli, nie dano im szansy na takie proste odkrycie. Dowodem na to, że brak edukacji i całe działanie mediów, a telewizji i radia przede wszystkim, to jest przyzwyczajanie ludzi do rozrywki, może być na przykład fakt, że teledyski robione są tylko do muzyki rozrywkowej. Czy naprawdę nie można sobie wyobrazić teledysków – tak zwanej – klasycznej muzyki? Przecież to była kiedyś rozrywkowa muzyka. I ludzi się przy tym bawili, tańczyli, słuchali jej. Ona nie spadła z nieba przeciw ludziom, przeciw ludzkim emocjom, umysłom i wrażliwości. Ona pełniła funkcję taką, jaką teraz spełnia muzyka pop. Ale jeżeli wtłaczamy ludziom tylko rozrywkę, bo przecież tylko te, zwłaszcza komercyjne, radia prosperują, które nadają pop we wszystkich odmianach, jeżeli wychowujemy młodych ludzi tylko na takiej muzyce, to młody człowiek nie zna innej. Mechanizm typu: dziecko i szpinak. Dziecko mówi: Ja nie zjem szpinaku, bo nie lubię. – A próbowałeś? – Nie. Aż kiedyś zjada trochę tego szpinaku, nie patrząc na niego, i stwierdza, że jest całkiem niezły, daje się zjeść. A jak się jeszcze doda do szpinaku trochę czosnku i bitej śmietanki, czyli właściwie doprawi, to nagle następuje odkrycie, że to rarytas prawdziwy. Podobnie rzecz się ma z muzyką. W tej chwili nawet w szkołach nie ma muzyki, niestety. Są takie dziwne połączenia: plastyka i muzyka, i uczy tego jedna osoba, na przykład pani od plastyki…

Albo wuefista…

– Albo – jeszcze lepiej – wuefista. Tymczasem przekonałam się, że dzieci z ogromną łatwością łapią świetny kontakt z muzyką. Od dwóch lat organizujemy koncerty przy okazji Dnia Dziecka w auli UAM w Poznaniu i sala wypełniła się maluchami, i nikt nie wyszedł przed końcem. Oczywiście to trzeba mądrze robić, bo nie można przywieść dziecka od razu na Wagnera, czy na Toscę. Trzeba wprowadzić je do tego świata, zaprzyjaźniać je z nim, muzykę trzeba odpowiednio plastycznie podać. My zagraliśmy Karnawał zwierząt i Afrykę Camille’a Saint-Saënsa, był balet młodzieżowy z dobrą choreografią – tańczył lew z antylopą, co dzieci żywo komentowały, zadawały pytania, były opowieści, no i była muzyka, w którą dzieci „weszły” całe. Dorosłym też czasem warto pomóc, podpowiedzieć im, w jaki sposób wziąć z muzyki maksimum tego, co ona niesie, co ma do zaoferowania, pobudzić wyobraźnię. Brałam kiedyś udział w cyklu koncertów w mniejszych miastach, w czasie których prelegenci opowiadali długie życiorysy kompozytorów, a ludzie siedzieli znudzeni, nikt niczego z tego nie pamiętał, z tego nazbyt poważnego, koturnowego sposobu podawania muzyki. Ludzie zupełnie inaczej odbierają muzykę, jeżeli im się podpowie, w jaki sposób mogą konsumować emocje w niej tkwiące. No, ale mamy taką sytuację, że kreuje się wizerunek muzyki jako czegoś strasznie skomplikowanego i trudnego w odbiorze, i „taktownie” podsuwa się w mediach masowych prostsze produkcje rozrywkowe, podawane w trosce o to, aby przeciętny odbiorca nie musiał doznawać nadmiernych wzruszeń i zbyt głębokich emocji.

W ten sposób może byśmy wyczerpali kwestie związane z edukacją, zasygnalizowane zaledwie, bo przecież my tego problemu nie rozstrzygniemy…

– Niestety.

Podpowiadamy tylko, że można, i że warto. Proponuję teraz przeniesienie się do innego obszaru, do świata ludzi dorosłych i bardo sławnych. Na stronach internetowych bez trudu można znaleźć zdjęcia Agnieszki Duczmal, a w jej towarzystwie pojawia się i królowa, i prezydenci, i Ojciec Święty się pojawia, światowe autorytety przeróżnych dziedzin – słowem świat w osobach swoich najznamienitszych mieszkańców objawia się na wspólnych zdjęciach z Panią. Przypomina mi się zdanie jednego z bohaterów opowiadań Ernesta Hemingwaya, który oczarowany ludźmi bogatymi, miliarderami, przypisywał im szczególny magnetyzm, ponadludzkie właściwości, uważał ich za postaci nie z tego świata, a potem, kiedy ich poznał, i sam stał się jednym z nich, doznał rozczarowania. Skonstatował, że ludzie bogaci różnią się od innych wyłącznie ilością posiadanych pieniędzy, niczym innym. Pani przez wiele lat spotykała najznamienitsze osoby świata, i obcowała z nimi w różnych okolicznościach. Jaki jest ten świat wielkich ludzi, jacy oni są naprawdę, w zwyczajnych kontaktach? Czy jest Pani nimi zachwycona, czy też jak Hemingwayowski bohater rozczarowany – co prawda bogaczami, nie ludźmi wielkimi – dostrzega Pani ich słabsze strony?

– Mnie trudno mówić, jacy są tak naprawdę ludzie, o których pan pyta, bo spotkania, które ja przeżyłam, to nie było przebywanie dniami, tygodniami z daną osobą, tylko to były spotkania, w sensie dosłownym. Te chwile zawsze trwają przez określony czas, i zawsze on się wydaje krótszy niż dłuższy. Na przykład z królową belgijską Fabiolą spotkałyśmy się w przerwie koncertu, która trwała 30 minut. Trudno powiedzieć, czy ona była naturalna, czy po prostu przyjęła na okoliczność spotkania określoną postawę? A była czarująca, każdy członek orkiestry został przedstawiony, z każdym się przywitała. Główną postacią był Henryk Szeryng, genialny skrzypek, solista, i on był bardzo wzruszony rozmową z królową. Pamiętam, że dały o sobie znać niepokorne dusze Polaków. Organizatorzy pouczyli nas przed spotkaniem, że wobec królowej nie należy się odzywać jako pierwszy, a tylko odpowiadać na pytania, a tu któryś z kolegów zawołał: No to zdrowie królowej! Ale ona się uśmiechnęła i widać było, że spodobało jej się to złamanie sztywnej etykiety.

Ojciec Święty…

– Wielka postać. Spędziliśmy z nim godzinę w jego prywatnej kaplicy, przeżyliśmy wspólną mszę świętą. To było wielkie przeżycie, bo ta kaplica jest malutka i byliśmy tylko my i maleńka grupka górali. Ojciec Święty był z nami, klęczał wśród nas. Potem spotkaliśmy się w bibliotece, wręczyliśmy nasze płyty, zostaliśmy obdarowani papieskimi różańcami. Tak, to spotkanie cały czas gdzieś tam we mnie istnieje; Jan Paweł II był postacią, to była osobowość, która zostawia w człowieku ślad; to zostaje resztę na życia.

Powrócimy do muzyki?

– Proszę.

Zaskoczyło mnie, że wśród solistów pojawili się – chociaż nie jestem pewien, w jakim charakterze występowali ci panowie z orkiestrą…

– Ja panu wyjaśnię, proszę śmiało pytać.

…Al Di Meola i Adam Makowicz.

– Byli solistami, po prostu.

I co oni grali z Pani orkiestrą, jazz?

– Tak.

Ale to by musiało oznaczać, że i wy graliście jazz!

 – Tak, graliśmy.

Ma Pani też takie tęsknoty jazzowe? No, nie wiem, co Meola akurat grał: jazz, flamenco czy coś specjalnego przygotował na te koncerty z orkiestrą Amadeus?

Grał swoją muzykę, grał Piazzollę (to jest taka muzyka na pograniczu), a Makowicz swoje opracowania Chopina, i chyba trzy swoje utwory. Ten rodzaj koncertów sprawia mi przyjemność, i myślę, że to jest też droga do tych słuchaczy, którzy nie otarli się jeszcze o muzykę tak zwaną klasyczną, ale mają już rozbudzoną wrażliwość muzyczną na dobrym jazzie. Myślę, że do grania takiego – określę to niefachowo – hard jazzu, to byśmy się nie nadawali, ale muzyka Meoli czy Makowicza to jest taki, no… bardzo romantyczny jazz, prawie klasyka. Meola pierwszy raz w życiu grał z żywą orkiestrą. Namówiłam go, żeby nauczył się koncertu Vivaldiego, a Makowicza na koncert Mozarta.

I poradzili sobie?

– No… tak, poradzili sobie, i myślę, że to było dla nich przeżycie, trudniejsze dla Meoli.

Grał na gitarze elektrycznej?

Oczywiście. Bał się trochę zaimprowizować w tym Vivaldim, był trochę spięty – to było dla niego wyjątkowe wyzwanie. Uległ też moim namowom i posłuchał Kanonu Johanna Pachelbela. Później włączył się do naszej gry, i to było świetne; z koncertu na koncert – a graliśmy trzykrotnie – był coraz odważniejszy, coraz swobodniej się w tym czuł i jego improwizacje stawały się coraz bardziej… urocze wręcz; potrafił świetnie wejść w ducha tej kompozycji.

To były urocze, ale jednak tylko wycieczki w stronę jazzu. Czy taką przygodą był dla Pani i Aleksander Tansman? Polski kompozytor i pianista, o którego istnieniu dowiedziałem się od Łukasza Kuropaczewskiego, młodego i zdolnego gitarzysty, którego koncert, z trzema kompozycjami Tansmana właśnie, zauroczył mnie…

– Kuropaczewski jest świetny.

A do tego pisze dla „Moreli” korespondencję ze Stanów, gdzie nie tak dawno miał swój udany debiut w Carnegie Hall. Ale wracając do Tansmana, czy on wszedł do repertuaru orkiestry „Amadeus” tylko na chwilę i przypadkiem?

– Proszę pana, my jako pierwsi wydaliśmy płytę z kameralnymi utworami Tansmana. To fantastyczny kompozytor.

Ale to nie jest muzyka, która znajduje się w żelaznymrepertuarze Pani orkiestry?

Nie można na wszystkich koncertach grać tych samych utworów, repertuar musi się zmieniać, ale na pewno nie rozstaniemy się ani z Tansmanem, ani z Mozartem, Czajkowskim, Griegiem… Uwielbiam Brahmsa, choć nie pisał utworów stricte na orkiestrę kameralną, ale opracowałam dwa sekstety na smyczki, które świetnie brzmią, Kwintet fortepianowy Brahmsa w wersji orkiestry brzmi także doskonale, jak taka mała symfonia koncertująca. Trudno mi wyliczyć wszystkich kompozytorów i wszystkie świetne utwory, jakie gramy, bądź graliśmy, więc może poprzestanę tylko na tych kilku, bez których nie wyobrażam sobie istnienia orkiestry kameralnej.

Jaka jest zasadnicza różnica pomiędzy orkiestrą kameralną a wielką orkiestrą symfoniczną? Jak się dyryguje pierwszą, a jak tą drugą, i dlaczego Pani wybrała kameralną?

– Orkiestra kameralna, która jest małym zespołem, wymaga trochę innej pracy, w orkiestrze symfonicznej jest krótszy okres przygotowań, bardziej ogólny; w kameralistyce można bardzo szczegółowo dopracować utwór: interpretacyjnie, technicznie, wykonawczo; to jest trochę tak jak z przygotowaniem przez solistę utworu solowego, tyle że instrument jest większy, tak bym zdefiniowała istotę różnicy. No i w obu przypadkach jest zupełnie inny repertuar.

W orkiestrze „Amadeus” gra też Pani rodzina…

– Mój mąż gra.

Jak u Państwa jest ze szczęśliwością? Tak to może ujmę, bo to jest sytuacja, w której Pani jest jednak szefem.

– To jest raczej trudniejsze dla męża niż dla mnie, o ile w ogóle jakiejś trudności można by się dopatrywać, bo na próbach nie ma miejsca dla prywatności, sytuacja jest profesjonalna i jasna: ja jestem szefem orkiestry, w której mąż jest muzykiem. Gramy razem już 39 lat, od drugiego roku istnienia orkiestry, a małżeństwem jesteśmy już ponad 36 lat, mamy troje dzieci, żyjących z nami w wielkiej przyjaźni. I to jest odpowiedź na pana pytanie.

To znaczy, że Pani jest świetnym dyrygentem, dobrym dyrektorem i znakomitym dyplomatą…

– To pan powiedział. W każdym razie, jesteśmy szczęśliwą rodziną.

Jedna z Pani córek jest również dyrygentem.


– Tak. Druga jest wiolonczelistą. Obie nie występują pod nazwiskiem mamy, żeby uniknąć obciążeń z tym związanych. Każda pracuje na własne nazwisko.

Jak Pani ocenia dokonania swoich córek?

– Moja ocena, jako matki, nie może aspirować do rangi obiektywizmu, więc może się powstrzymam.

Ja rozumiem, że dzieci dzielą się na genialne i cudze, ale uwolnijmy się na chwilę od takiego schematu; tak między nami – są znakomite, czy nie?

– No, właśnie – złapał mnie pan w pułapkę! Są znakomite, mają własne wyraziste osobowości, i musi mi pan wierzyć, bo ja jestem Koziorożcem…

Ja Pani wierzę.

– Moi muzycy wiedzą, jak trudno przechodziły mi przez usta pochwały; nawet kiedyś przyszedł do mnie jeden z nich i powiedział: Agnieszko, pochwal nas czasami, i to była wielka nauka dla mnie, bo zdałam sobie sprawę, że rzeczywiście, przez cały czas muzycy słyszeli ode mnie tylko, że trzeba coś poprawić, dopracować, coś zrobić lepiej, a to jest takie ważne – pochwalić człowieka za to, co już zrobił dobrze. Przez cały czas widziałam tylko to, co jeszcze trzeba zrobić, udoskonalić, a nie dostrzegałam ogromu tego, co już przecież zostało zrobione. Tak, to była wielka nauka dla mnie, to: Agnieszko, pochwal nas czasami. Dzisiaj, gdy fraza pięknie zabrzmi na próbie, nie traktuję tego jako rzeczy oczywistej, ale potrafię już powiedzieć: to było świetne! Przez lata całe nie potrafiłam także odnajdywać się w sytuacjach, kiedy ktoś przychodził po koncercie i gratulował znakomitego wykonania, mówił, że było wspaniale. Odpowiadałam, że owszem, może i było świetne, ale jeszcze musimy poprawić parę miejsc, dopracować szczegóły. To nie było zbyt mądre marketingowo, tym bardziej że stale ocieraliśmy się o funkcjonujące w Polsce przysłowie „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Na szczęście, dzisiaj już nie wprawia mnie w zakłopotanie fakt, że gramy dobrze. Pamiętam taki moment, kiedy ktoś zapytał mnie po koncercie: A dlaczego tak szybko gracie?! Odpowiedziałam, naśladując Szpinalskiego: Bo umiemy.

Bardzo ładne!

– Stwierdziłam też, że nie będę się za każdym razem tłumaczyła z rzeczy błahych czy niezawinionych. Na przykład, gdy któryś z obserwatorów dopatrzył się podczas koncertu, że któremuś z muzyków pośliznął się palec na instrumencie, i na tym nieistotnym szczególe oparł swoją recenzję całości, kompletnie nie dostrzegając doskonałości formy, brzmienia, frazowania i precyzji – to przecież jakość wręcz płytowa, co wielokrotnie podkreślają zagraniczni recenzenci. Albo zarzut, że utwór napisany na pojedynczy kwartet smyczkowy wykonujemy w opracowaniu na orkiestrę – to absurd! Jak można nie dostrzec i nie docenić faktu, że sześć osób potrafi grać solowe skrzypce równocześnie, jako jedność? Z takimi recenzjami nie sposób rzeczowo polemizować, nie narażając się na śmieszność.

Pani potwierdza starą prawdę, że najprościej jest coś skrytykować; to potrafi każdy, bo nie trzeba się na niczym znać. Palec się omsknął – i już mamy recenzję, już jesteśmy wielkim dziennikarzem, bo potrafiliśmy zjechać koncert, i to nie byle kogo, bo samej Agnieszki Duczmal. O ileż trudniej jest napisać, że brzmienie znakomite, że forma doskonała, że harmonia absolutna – no, tu już trzeba się trochę znać na materii, i co najważniejsze – trzeba to słyszeć i umieć napisać, znać rzemiosło i swobodnie dobierać środki wyrazu. Stąd taka obfitość tych „dociekliwych”, opętanych prokuratorską obsesją wytropienia palca, który się omsknął. My, w „Morelach”, napotykając na rzeczy niezwyczajne, staramy się ich nie przegapić i je pochwalić. A wie Pani dlaczego?

– Tak?

Odpowiem, naśladując Agnieszkę Duczmal: bo umiemy.

– Cha, cha, cha… Brawo!

Martha Argerich, Misha Maiski, Gary Karr – troje wybitnych solistów, którzy wypowiadają się o Pani bardzo osobiście, bezpośrednio. To także efekt kameralnej atmosfery pracy w niewielkiej – osobowo – orkiestrze?

– To jest tak, jak w życiu – albo spotykamy człowieka i od razu nawiązujemy z nim kontakt, odbieramy na tej samej fali, albo nie.

Właściwie nie mamy o czym dyskutować, bo gramy tak, jakbyśmy się znali od wielu lat – miał powiedzieć wiolonczelista Misha Maiski na waszej wspólnej próbie, podobnie było z kontrabasistą Garym Karrem…

– No właśnie, takie relacje są możliwe w kameralnym zespole. Kiedy dyrygent i solista spotykają się na pierwszej próbie i od razu następuje porozumienie. To znaczy, że tak samo odczuwamy emocje muzyki, wspólnie oddychamy muzyką, mamy wspólne wyczucie czasu, dynamiki, frazowania, barwy… Jednym słowem, jesteśmy jednością w muzyce.

A jeżeli okazuje się, że solista ma inne spojrzenie na muzykę, inaczej ją czuje, to co wtedy? Zdarzały się Pani takie sytuacje?

– Tak, to się zdarza. Rzadko, ale się zdarza. I w takiej sytuacji dyrygent nie może walczyć z solistą. Bo przecież solista ma główną partię i moją rolą jest znalezienie porozumienia, zapewnienie soliście maksymalnego komfortu. Zdecydowanie częstsze są sytuacje porozumienia, czy nawet – jak w wypadku Gary’ego Karra – więzi, prawie rodzinnej. On przyjechał do nas po naszym pierwszym tournée po Stanach Zjednoczonych i jako pierwszy pokazał nam, że naprawdę nie musimy być tak strasznie poważni, grając poważną muzykę, że wcale nie musimy, a nawet nie powinniśmy, tak bardzo skupiać się na nieujawnianiu publiczności naszych uczuć, które się w nas uruchamiają podczas koncertu.

Podobno Karr zrobił coś w rodzaju show?

– Tak, dla niego każdy dźwięk był bardzo ważny, i on to pokazywał; wszystko to przemawiało bardzo plastycznie i sugestywnie, i chwilami bardzo zabawnie; zrobił prawdziwy show. Poruszył wyobraźnię słuchaczy. Oczywiście zrobił to w tych utworach, w których uznał, że można i warto pokusić się o takie prezentowanie czy pokazywanie muzyki. To genialny kontrabasista.

A Martha Argerich?

– Martha Argerich to jest dama numer jeden pianistyki światowej. Koncerty z nią to niezapomniane przeżycie. To specyficzna postać, bardzo, ale świetnie nam się razem grało. I całe godziny przegadałyśmy, oczywiście. Uwielbia wieczorne rozmowy.

Na długiej liście solistów współpracujących z Pani orkiestrą znalazłem nazwisko: Jeremy Menuhin…

– Bardzo dobry pianista.

Ale czy to jest…?

– Tak, to syn słynnego skrzypka Yehudi Menuhina. I jego droga zawodowa była bardzo trudna z powodu uwielbienia, jakim darzono jego ojca. Jeremy żył trochę w cieniu jego sławy. Powiedział mi kiedyś tak: Gdziekolwiek gram, przychodzą do mnie po koncercie starsze panie, fanki taty, i mówią: „Pięknie grałeś, Jeremy, przepięknie, a jak się czuje tato?”. Nigdy nie wiedziałem, czy ja rzeczywiście tak dobrze gram, czy zbieram zachwyty tylko dlatego, że jestem synem mojego ojca.

Wcale nie à propos Jeremy’ego Menuhina, a jedynie na zasadzie wzajemności, chcę Panią zainteresować historią młodego Rockefellera, opowiedzianą przez Gertrudę Stein w Autobiografii nas wszystkich. Otóż na hollywoodzkim bankiecie dla sław do Gertrudy przyczepił się młody człowiek i przez cały czas narzekał, że ma już dosyć życia w cieniu sławy nazwiska swoich rodziców. Dłużej już tego nie zniosę, wszyscy mnie rozpoznają; wiedzą, kim jestem, w ogóle nie mam swojego życia. Nie wytrzymam dłużej takiego stanu. – A kim pan jest, młody człowieku? – zapytała w końcu Gertruda. – Jak to, nie wie Pani?! – oburzył się.Ja jestem Rockefeller! Koniec historyjki pokazującej, że ludzie potrafią mieć odwrotny problem, teraz pytanie: podobno dyrygent to jest taki człowiek, który potrafi słyszeć osobno wszystkie grające równocześnie instrumenty. Czy Pani słyszy każdy, pojedynczy instrument spośród kilkunastu?

– Hm… Siłą rzeczy tak, gdyż one składają się na instrument orkiestry. Ogarniam całość, czasami wyostrzam słuch w kierunku konkretnego instrumentu, grającego ważną partię, lub na grupę instrumentów. Trzeba słuchać wszystkiego i pracować nad proporcjami tak, żeby tworzyły jedną, harmonijną całość. To jest tak jak z fortepianem, tam też jest tak dużo klawiszy, a instrument musi doskonale zabrzmieć. Nie może nagle wyskoczyć jeden dźwięk głośniej czy ostrzej niż pozostałe. Orkiestra jest takim większym, złożonym z wielu, instrumentem.

Na koniec chcę Panią zapytać o przekraczanie granic. Rozmawiam z osobą, która osiągnęła wszystko, co można osiągnąć…

– Nieprawda. Nie ma takiego człowieka.

A co jeszcze takiego istnieje, z czym chciałaby się Pani zmierzyć?

– Jest jeszcze tyle świetnych sal, w których nie zagraliśmy, jest wielu wspaniałych solistów, z którymi chciałabym zagrać, jest tyle arcydzieł do zagrania i tylu ludzi, dla których chcielibyśmy zagrać. My, to znaczy „moi” muzycy, moi wspaniali partnerzy tworzący ten piękny instrument, jakim jest orkiestra „Amadeus”. Dziękuję im za to, że są tacy właśnie, jacy są – wyjątkowi!
O!, i po raz pierwszy dostanę Nagrodę Ministra Kultury.

Ale Pani ma już kilka świetnych nagród!

– Ale ja mówię o nagrodzie polskiego ministra kultury, czyli Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

To pierwszy minister polskiej kultury, który Panią zauważył?

– Tak, i bardzo to sobie cenię.

Gratuluję.

– Dziękuję.


Dariusz Łukaszewski

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

(0)~Aguś, 2012-02-13 10:47:49

Super opisaliście Agnieszkę Duczmal

Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.