22 sierpnia 2017, wtorek
Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

O złości







Mama przypomniała mi niedawno, że ćwierć wieku temu kopałem drzwi windy bo ta nie przyjeżdżała. W dawnych latach wściekałem się zresztą na wszystko: na nieprzyjeżdżający tramwaj, na ludzi w kolejce, na faceta co za długo piwo zamawia i tak dalej. Byłem chodzącą bombą zegarową. Maszerowałem zaciskając pięści w kieszeniach i byłem gotów ruszać do walki ze światem zawsze, o wszystko.


Wściekały mnie też rzeczy grubszego kalibru, na przykład Kościół katolicki, kolejne rządy albo staruszkowie. Uważałem (może nie bez pewnej racji), iż zniszczyli nasz kraj. Dalej przychodził gniew na rzeczy subtelniejsze. Wkurwiała mnie śmierć. Przeklinałem Boga, w którego przecież nie wierzyłem ani przez moment. Wreszcie, wkurwiałem się na bezlitosny los, który skazał staruszków na samotność, nieważność, cierpienie.


Dziś wciąż złoszczę się na nieprzyjeżdżający tramwaj bądź permanentną nieobecność taksówek ale z resztą rzeczy się pogodziłem. Kościół coraz intensywniej uczestniczy w życiu społecznym, a przecież nie ma lepszej drogi do ateizmu niż częsty kontakt z klerem. Postarzałem się troszeczkę i rozumiem, że kiedyś umrę. Trudno, przecież nie zabiję się z tego powodu.


Czasem myślę sobie, że powinienem zacząć się złościć na różne rzeczy, które dzieją się w naszym pięknym kraju. Być może byłoby to nawet przyzwoite. Z przyzwoitością nigdy nie było mi po drodze. Musiałbym jednak nauczyć się złościć na te różne rzeczy.


A nauka mnie złości.


Źródło, Klick!!!

Ilustracja: Lex Drewiński

Tadeusz Różewicz komentarzy: 0

rola światła



Fragment wyjęty z książki Tadeusza Różewicza "Kup kota w worku", Biuro Literackie, Wrocław 2008

Ilustracja: Korehiko Hino
Klick!!!

 

 

 

kiedy „coś” się rusza w świetle napięcie jest mniejsze niż kiedy „coś” się rusza w ciemności to „coś” może w świetle być małe ale to małe „coś” w ciemności rośnie ogromnie i przeraża nas do tego stopnia że ogarnia nas panika lecz nie możemy się ruszyć... „coś” - może to być mucha... komar... osa... jedyną radą na rozładowanie grozy jest zapalenie światła w świetle „coś” okazuje się byle czym ( str.  40)

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Ty i ja (opowiadnie)



Niektóre drzewa żyją aż trzy tysiące lat. Osobiście nie udało mi się wyhodować żadnego drzewa, które żyje tak długo. Za oknem wiatr uformował kupkę z paru liści a potem ją rozwiał. Po obiedzie przestało wiać zupełnie. Wszystko działo się jak miało i nic nie wskazywało że będzie inaczej; słońce wzeszło rano na wschodzie i miało zajść wieczorem na zachodzie, jak zawsze.


Powiedziałeś mi, że musimy się rozstać. Nie zniesiesz już dłużej takiej miłości z mojej strony, nie chcesz być tak kochana, obraża cię to, że ci na wszystko pozwalam, wszystko jest dozwolone, a nawet oczekiwane i od razu zachwycające; obłęd! Chcesz mieć normalne życie, nie chcesz dłużej występować w roli mojego idealnego wyobrażenia na temat twojej osoby, tylko chcesz być tą osobą! Z wszystkimi wadami, skłonnością do przeciętności, tęsknotą do modnych ciuchów na wysokim obcasie, bywania w towarzystwie, gdzie ludzie raczą się bzdurami, i chcesz oglądać telenowele jak wszyscy normalni ludzie, więc musimy się rozstać, natychmiast.


Poszedłem do łazienki. Ogoliłem się, obciąłem paznokcie u nóg, u rąk i włosy w nosie, sprawdziłem czy nic nie wystaje z uszu. Spojrzałem na człowieka w lustrze. Uczesałem mu włosy, natarłem twarz kolońską, polukrowałem balsamem i ubrałem go koszulę na niedzielę. Wyglądał nieźle, i naprawdę trudno było się do czegoś przyczepić. Wróciliśmy do pokoju.


Siedziałaś na podłodze przed telewizorem. Usiadłem obok. Telewizor pokazywał wiadomości z prawdziwego świata. Powiedziałaś że ludzie protestują na ulicy przeciwko czemuś, albo manifestują za czymś, a nas tam nie ma! Niektórzy głodują! Nawet giną gatunki całe, na przykład niektóre motyle, a my zachowujemy się tak, jakby to się nie działo. Powiedziałem że możemy pojechać do miasta i poprotestować trochę razem z tymi co są przeciwko, albo z tymi, co są przeciwko tym, którzy są przeciwko. Nie jeść też możemy przez jakiś czas, skoro to takie ważne. Zatrzepotałaś powiekami jak człowiek niemogący złapać powietrza. Wyszedłem do szopy.


Już miałem wrócić z szopy, kiedy przez szparę w deskach zobaczyłem dwóch bydlaków. Skradali się do naszego okna. Przylgnęli plecami do ściany domu i nasłuchiwali. Potem, pozostając niewidocznymi z wewnątrz, obserwowali co dzieje się w środku. Nałożyli kominiarki na łby. Wsunąłem za pasek spodni mały półkilowy toporek, wziąłem do ręki kij obły dobrze wyoblony i wyskoczyłem. Tego, który nie zdążył uciec, związałem powrozem i zaciągnąłem nieprzytomne ciało do szopy.


Pozostał problem, jak ci o tym powiedzieć. Kiedy wszedłem do domu, dalej siedziałaś przed ekranem, a telewizor wciąż podrzucał ci nowe fabuły z prawdziwego świata. Postanowiłem poczekać na chwilę, aż świat zatrzyma się na moment i nic nie będzie się działo. Usiadłem obok.


Rysunek: Anka Cięciel

Jerzy Pilch komentarzy: 0

O umieraniu (2009 rok)

Szczepan Twardoch komentarzy: 0

Zupełnie pierwsza randka (opowiadanie)




Powiedz jej, że jest piękna, myślę sobie, bo jest ładna, a jeśli jej powiesz, że jest piękna, to na chwilę specjalnie dla ciebie stanie się piękna, nie gadaj o terrorze, weź ją za rękę i powiedz jej, że jest piękna...



Niedziela, prawie wieczór. Dziewczyna całkiem ładna w bojaźliwy sposób, odziana gustownie, niczym urzędniczka bankowa średniego szczebla, która w weekend i na randce chce wyglądać luźniej, jakby ciągle wierzyła, że w jej życiu coś jeszcze może się wydarzyć. Twarz skupiona, usta zacięte, ręce zaplecione i cała jestem nadzieją, że okażesz się kimś, chłopaku, ale prawdę mówiąc, nie liczę na to, zbyt wielu was widziałam. A jeszcze mam czas. Jeszcze mam.


Chłopak, taki w moim wieku raczej, ale chłopak, chudy, T-shirt i trampki, chociaż włos rzednie. Napięty. Żeby ani chwili milczenia, bo niezręcznie. Bardzo się stara, opowiada o historii, demokracji, wojnach prewencyjnych, a ona udaje głupiutką i pozwala sobie tłumaczyć, cóż to takiego ta wojna prewencyjna, że Hitlera zaatakować należało w 1935 r., niemożliwe...? Ale nie zaatakowaliśmy, tak...? Wielkodusznie pozwala mu być mądrym, nie okazując znudzenia.


Powiedz jej, że jest piękna, myślę sobie, bo jest ładna, a jeśli jej powiesz, że jest piękna, to na chwilę specjalnie dla ciebie stanie się piękna, nie gadaj o terrorze, weź ją za rękę i powiedz jej, że jest piękna... On tymczasem o zaletach demokracji, że prawa człowieka i wojna prewencyjna, a dziewczyna w nieskończonej swej cierpliwości pyta go, och, naprawdę w 1935 r. polska armia była silniejsza niż niemiecka?


No bo owszem, jest trochę nudziarzem, ale za to jest też całkiem inteligentny i ładnie pachnie, może jest kimś... Może nie kłamie. Może nie jest zazdrośnikiem, pijakiem, artystą, tchórzem, może nie jest wiecznym chłopcem przerażonym perspektywą kreseczek na teście ciążowym, może ma jakąś pracę, a nie „właśnie pracuje nad projektem", może przy tym jeszcze radzi sobie w łóżku, nie pytając o pozwolenie na to czy tamto, może jakoś to będzie, może nie wyłysieje już bardziej, może zamieszkają razem u niej albo u niego, to się potem dogada, będzie taniej, może kupi jakiś pierścionek, może będzie to dziwne wesele z warszawskimi znajomymi patrzącymi z góry na dalekich krewnych spod Siedlec i Ciechanowa, z wujkiem o czerwonej twarzy żądającym „A teraz idziemy na jednego" i warszawskimi znajomymi ironicznie popierającymi te żądania; potem może jakiś kredyt na większe mieszkanie, no bo dwie pensje, może auto, żeby na wakacje, może w końcu będą kreseczki na teście, a on z kumplami uchleje się ze strachu, a potem rzeczywiście może jakoś to będzie, coś się urodzi i potem się tym urodzonym zachwycą, a potem kolejne albo nie, odsuną się od siebie albo nie, potem może on odejdzie z inną albo może ona pozna kogoś, kto w łóżku zrobi jej takie rzeczy, że ona za te rzeczy odda wszystko, te dzieci, co się urodziły, i tego miłego, łysiejącego chłopaka i jego okulary, T-shirt i trampki, bo przecież kobietom też się to zdarza.


Albo może on zginie w wypadku, albo może nikt nie zginie i nikt nie odejdzie i tak będą sobie żyć razem, a może wbrew wszystkiemu i wbrew znużeniu będą się bardzo mocno kochać i być ze sobą z miłości i płodzić dzieci z miłości i będą się kochać tak długo, jak długo ludzie się zwykle tak naprawdę bardzo, bardzo kochają, czyli ile, dziesięć lat?; a potem dalej będą się kochać, tylko już jakby trochę mniej, ale może nie zdążą się przestać kochać, oboje nie są już młodzi, ona zaraz przed trzydziestką, on już dobrze po, może teraz im się właśnie uda, bo już pozbyli się złudzeń.


„Jestem głodna chyba trochę..." – dziewczyna przerywa opowieść o zaletach demokracji. „W zasadzie... chyba, ewentualnie też bym coś chętnie... chyba przekąsił..." – chłopcu drży głos. „Tylko nie wiem, bo autobus czy tu gdzieś... Jak na Nowy Świat, bo..." .


„To ja przepraszam na chwilę...".


„Tak, ja też muszę do toalety. To ja po tobie..." – niezgrabnie zgadza się chłopiec.


I najpierw ona idzie się wysikać, wraca, potem on idzie się wysikać i wraca. I coś się stało między nimi. Zakładają kurtki, nagle oboje jeszcze bardziej niezgrabni, niezgodni, sztywni, on ją przepuszcza, ona nie wie, więc czeka, on się uśmiecha przerażony, tacy oboje już wysikani. Po co szliście do tej toalety, po co? Tak, długo nudził o tym Hitlerze prewencyjnym, ale mogłaś nie iść do toalety, mogłaś wytrzymać, wszystko jeszcze mogło się udać, gdybyś nie poszła się wysikać, wszystko mogłoby się udać, gdybyś nie poszedł po niej, a teraz, kiedy tak obok mnie przechodzicie naznaczeni dla siebie nawzajem piętnem tego, że właśnie sikaliście, to już pewne, że nic wam się nie uda, idziecie obok tacy sztywni i smutni oboje.


Pójdą dalej do jakiejś nieudanej restauracji, bo akurat stolik, zamówią dziwną kolację, bardzo zwracając uwagę na ceny – żeby nie za drogo ani nie za tanio, ona kieliszek wina, czerwone wytrawne, on wolałby piwo, ale też weźmie wino i nie będzie miał odwagi wziąć butelki, martwiąc się, czy mu wystarczy pieniędzy na karcie, żeby wstydu nie było. Potem pochwalą jedzenie, zjedzą, udając apetyt. On znowu będzie mówił, ona będzie dalej udawać, że ją to obchodzi, potem go może nawet na pożegnanie cmoknie w policzek, on potem będzie sobie wyrzucał, wracając samotnie do domu, że znowu nie miał odwagi pocałować, bał się, czy nie odepchnie. Ty tchórzu, powie sobie do lustra w garderobie.


Jej w metrze będzie smutno, że nie pocałował, patrzeć będzie na zakochane pary, ale może jednak lepiej, tak sobie będzie myśleć, może jednak lepiej, że nie pocałował. Ale mógł przynajmniej spróbować. Może mu się nie podobałam? Pewnie mu się nie podobałam. Potem napisze esemesa do przyjaciółki, że całkiem miły ten chłopak. Przyjaciółka zapyta, całowaliście się? Na to już nie odpowie, nie dzisiaj.


On w tym czasie zajrzy do lodówki, otworzy żywca, obejrzy serial na laptopie, potem włączy porno i zaśnie bardzo smutny w powalanej pościeli.


Ona jeszcze napisze do byłego chłopaka, który jest skurwysynem, ale którego ona ciągle trochę kocha, i zaraz pożałuje, że napisała.


Jutro oboje pójdą do pracy.


Kawiarnia literacka, polityka.pl,
Klick!!!

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria (fragment opowiadania, str. 117)










Jeden pan jest tak dobrze wytrenowany do bycia lubianym, że nigdy nie mówi tego co myśli, ale to, co ludzie chcą usłyszeć. I zawsze ma coś do powiedzenia. Dusza towarzystwa po prostu. I nikt nie posądza go o bezmyślność, chociaż nigdy nie mówi co myśli.


W młodości lubił co prawda zabierać głos w zgodzie z samym sobą, ale gdy spostrzegł, że wtedy wszyscy są urażeni lub tylko znudzeni, zaniechał wyrażania myśli na rzecz bycia lubianym. Wiadomo, żeby być starym i cwanym, najpierw trzeba być młodym i głupim.


Nawet żona, dopiero po roku małżeństwa zorientowała się, że on ma swoje bardzo konkretne zdanie na rozmaite podstawowe życiowe tematy, w dodatku inne niż ona. Ale już było za późno, bo rzuciła dla niego pracę i nie stać jej było teraz na rozwód, jak większość żon. W środowisku, w którym był tak lubiany, przyjęła rolę tła, i środowisko przyjęło ją w tej roli z ulgą. Z czasem wytrenowała się do roli tła tak doskonale, jak on do bycia lubianym, więc zapraszano ich i zapraszano, i bywali i bywali...


- Czy to jest o Tadziu Hoffmanskim, panie Darku?

- Ochujałeś cycu rybi?! Tadziu Hoffmański jest poetą przeraźliwie autentycznym. Traktuje się tak serio, że wydaje się to nienaturalne i zawsze wypada jak karykatura samego siebie. Do śmierci będzie mieszkał sam w suterenie, którą mu przydzieliła gmina.


- No, ale chyba nie o mnie pan tak źle myśli, co panie Darku?

- Nie myślę o tobie źle; w ogóle o tobie nie myślę.


Rysunek: Andrzej Bobrowski

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

O kongresie literackim


Tego lata do trzygwiazdkowego ośrodka położonego nad sztucznym zalewem w Kutasinie Górnej zjechali literaturoznawcy, profesorowie polonistyki, eseiści i krytycy literaccy. Przybyli wszyscy, świadomi wagi rozmowy, która się odbędzie.


Ponieważ zostało sporo miejsc, dokwaterowano co bardziej prominentnych recenzentów, po trzech na pokój. Każdy otrzymał śniadanie, leżak na plaży oraz voucher na masaż.


W samo południe to szacowne grono zasiadło w sali konferencyjnej mieszczącej pół tysiąca publiczności. W toku gorącej, lecz kompetentnej dyskusji znaleziono odpowiedzi na wszystkie nierozstrzygnięte dotąd spory i zagadnienia. Wymieniono istotne trendy w polskiej literaturze współczesnej, a następnie podsunięto pisarzom zagadnienia, których podjęcie będzie zaszczytnym obowiązkiem. Wyznaczono kierunki rozwoju poezji, prozy i eseistyki na następne dekady oraz ustalono ze stuprocentową pewnością, kiedy ukaże się powieść totalna, na którą wszyscy czekają od trzydziestu lat, jeśli nie lepiej. Ujawniono też nazwisko autora tego wyjątkowego arcydzieła.


Ponieważ zostało jeszcze trochę czasu, prelegenci w sposób jasny i niebudzący wątpliwości określili, jaką postawę winien przyjąć autor wobec zagadnień społecznych i perturbacji politycznych. Dzięki temu każdy literat może żyć i tworzyć bez żadnych aksjologicznych wątpliwości.


Tego dnia w Kutasinie Górnej zabrzmiało jeszcze wiele innych rewelacji. Świat nie dowie się o żadnej z nich, albowiem na kongres, prócz prelegentów, nikt nie przyszedł.



Źródło, Klick!!!

Ilustracja: Marcel Marien

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Czekając na ręcznik








Robię bigos.
Na sercu byka.
Bykiem był półtonowy wół piżmowy,
przez lata największa atrakcja tybetańskiego cyrku.


Protestujesz, wrzeszczysz, wściekasz się jak pierwsza naiwna. Moje wyobrażenie o tobie nie pozwala mi rozmawiać z tobą kiedy jesteś w takim stanie. Kończy się na tym, że robisz swój bigos, na swojej patelni. Ze zrzynków z renifera.


Gra radio. „Dear Alice” z Eddim Gomezem na basie. Śpiewa Gayle Moran. Poznaliśmy się przy tej muzyce. To był twój czas. Wtedy, kiedy był, mogłaś mieć każdego. A wybrałaś mnie. Wyciszają końcówkę, żeby podać prognozę pogody. Mówią że pogody nie będzie.


Nie mam apetytu, ty też. Mówisz, że chcesz pojechać na wczasy, do Afryki. Chcesz jeździć na dzikim słoniu i na wielbłądzie.

Dopiłem kompot z mirabelek, ledwo dziobnięty talerz schowałem na później do lodówki. Sekundę zastanawiałem się czy nie wyjąć ze słoika korniszona na drogę, ale wziąłem tylko z parapetu kluczyki i papiery do samochodu.

W sklepie afrykańskim mieli tylko osła i krokodyla. Słonia ani wielbłąda nie było. Wyjąłem telefon. Odebrałaś za trzecim razem. Powiedziałaś że nie chcesz osła. Wróciłem z krokodylem.

Wskoczyłaś na stół i nie chciałaś zejść, zupełnie jakbyś zobaczyła pająka albo mysz, a to był tylko krokodyl. Zresztą gad okazał się tępym bydlakiem, który przez cały czas szukał okazji, żeby nas pożreć. Złapałem go za ogon, wyciągnąłem z domu i wrzuciłem do stawu z żabami.

Gdy wróciłem, zeszłaś już ze stołu. Siedziałaś i dojadałaś swój bigos ze zrzynków renifera. Otworzyłem lodówkę, wyjąłem swój bigos z serca byka i usiadłem naprzeciw.

Rano poszedłem nad staw. Krokodyl zżarł wszystkie żaby razem ze szlamem i węża którego się bałaś. Zaciągnąłem go do auta i odwiozłem do sklepu, bez żądania zwrotu kasy; niech weźmie go sobie ktoś, kto jest w większej i prawdziwej potrzebie posiadania krokodyla. Bo przecież nie potrzebowaliśmy krokodyla.

Po obiedzie powiedziałaś, że idziesz popływać, ale nie zabrałaś ręcznika. Nie wracałaś długo, więc wziąłem ręcznik i poszedłem nad staw. Okazało się, że czekasz na ręcznik.

Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Czekając na gnu (opowiadanie)











Mieszkaliśmy w naszym domu na pustyni. Nikt nie musiał nas ratować i my nie musieliśmy ratować.



Za oknem było widać piasek i słońce, czasem czuć było wiatr, w nocy przychodził księżyc. Powiedziałaś, że musimy coś zrobić. Poszedłem do szopy i przyniosłem farby i pędzelki. Na wielkiej ścianie naszej sypialni namalowałaś trawy sawanny, baobab, akacje, żyrafę, czarnego tukana z żółtym dziobem i rzekę z krokodylami gotową na przeprawę gnu. Usiedliśmy na podłodze i czekaliśmy aż gnu nadejdą. Całymi tysiącami, jak mają w zwyczaju. W nocy znów przyszedł księżyc, ale gnu nie przyszły.

Rano domalowałaś dla zachęty trzy zebry, jednak gnu nie pojawiały się. Za oknem słońce smażyło piasek na patelni pustyni, bo było już południe. Wyjęłaś z lodówki arbuza i pokroiłaś go na zimne, przyjemne, różowe półksiężyce. Usłyszeliśmy rumor, i przez otwarte okno wskoczył do pokoju lew.

Widywaliśmy go już wcześniej, ale tylko przez lornetkę, jak na granicy zniechęcenia wciąż próbuje wytropić coś, czego na pustyni nie ma. Prawdopodobnie, wyposzczony monotonią pustki, uległ pokusie twojego soczystego obrazu oczekującego nadejścia gnu. Przysiadł na podłodze obok i dyszał nieprzyjemnie, aż spiorunowałaś go wzrokiem i przestał. Zapadło długie krępujące milczenie. Nieznośne.

Powiedziałaś żebym coś zrobił. Poszedłem do szopy po sztucer Remingtona. Wróciłem i znacząco odbezpieczyłem karabin. W dodatku oświadczyłaś, że nie brzydzę się przemocą. Lew spojrzał na mnie, a gdy potwierdziłem skinieniem głowy tę oczywistą nieprawdę, odbił się od podłogi i wskoczył w obraz.

Usłyszałem jego ryk, ale nie wiem czy pod baobabem, czy wśród akacji, spojrzałem na brzeg rzeki, tam, gdzie maiły nadejść gnu, ale już nic nie zobaczyłem, bo chlusnęłaś na ścianę wiadrem białej farby i obraz zniknął zanim nadeszły.

Wyjęłaś ze skrytki brązowy odkurzacz Zelmer i posprzątałaś po lwie. Potem, jak nigdy nic, zjedliśmy zimne, przyjemne, różowe półksiężyce arbuza i poczekaliśmy na księżyc. Nie zawiódł. Przyszedł wieczorem, jak zawsze. Księżyc nigdy nie zawodzi.

Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Przerwa, i po przerwie (opowiadanie)




W tamtym czasie mieszkaliśmy w koronach drzew.

Po prostu pewnego dnia pojechaliśmy autem do sklepu i kupiliśmy kawałek starego lasu, a kiedy go przywieźli i rozładowali, ruszyliśmy po nim połazić. Wtedy natknęliśmy się na człowieka, który żył na drzewach. Dostarczyli go razem z kawałkiem lasu, który kupiliśmy.

Zapakowali też wiele innych żyjątek, ale żubra, jelonka, motylki i inne ozdoby odkryliśmy dużo później, jego wypatrzyłaś od razu.


Wyglądał na szczęśliwego, więc postanowiliśmy spróbować tak jak on zamieszkać w koronach drzew, bo nie mieliśmy nic przeciwko byciu szczęśliwymi. Nie kupiliśmy żadnej drogi prowadzącej do naszego lasu, więc nie dojeżdżały tu autobusy ani tramwaje i nie przybywał nikt, kto mógłby nam przeszkodzić w byciu szczęśliwymi.


Na gałęzi wielkiego, starego dębu znaleźliśmy zawieszone na nylonowej lince dokumenty: paragon zakupu uprawniający do zwrotu towaru w razie niezadowolenia, książkę zażaleń i gwarancję na trzy lata.


Zamieszkaliśmy po sąsiedzku, na drzewie obok tego zajętego przez człowieka kupionego z lasem. Nie miał nic przeciwko, a wkrótce wywiązały się pomiędzy nami dobrosąsiedzkie relacje: ty posyłałaś mu przez wiewiórkę świeżo upieczone, pachnące cynamonem pierniczki z lukrem, a on odsyłał odwrotnie prawdziwą płynną wodę deszczową, niechlorowaną, ty parzyłaś herbatę, a on przesyłał cygara skręcone z dobrego zioła. Naprawdę, ustawały powody dla których chciałoby nam się złazić z koron drzew na ziemię.


Zrozumiałem świat lamparta, obserwującego ze swego legowiska na górze to, co dzieje się na dole, i czułem się jak lampart. Po nocy pod niebem z gwiazdami, pachnącej świeżością pierwszego razu, zaczął nas budzić świt, i nastał ranek. Sąsiad nieoczekiwanie zlazł z wysokości na ziemię, więc i my, zaciekawieni, postanowiliśmy zrobić to samo. Pokazał nam gdzie rosną prawdziwe dzikie borówki. Rwaliśmy je garściami. Obok rosły też jagody, wielkie i czarne jak porzeczki. Trudno powiedzieć, co było lepsze. Zajadaliśmy się równo i borówkami i jagodami z radością odkrywcy. Po śniadaniu, sąsiad doprowadził nas przez chaszcze do słonecznej polanki. Tam nazbieraliśmy suszonych ziół, porobiliśmy skręty i powróciliśmy w korony drzew na relaks.


Zaciągaliśmy się raz po raz, bez zachłanności, tylko dla podtrzymania żaru. Patrzyłem w twoje oczy, a one wyglądały tak, jakby cieszyły się że w nie patrzę. Patrzyłem na twoje czoło nad oczami, na nos i na usta pod nimi, które uśmiechały się, jakby cieszyły że na nie patrzę. Patrzyłem na ciebie, a ty wyglądałaś na absolutnie szczęśliwą z tego powodu.


Pod wieczór człowiek na sąsiednim drzewie znów z niego zszedł, zrobiliśmy to samo. Pokazał nam gdzie rosną kurki. Były czyste, żółte, sprężyste, wyglądały zdrowo i świeżo. Nabieraliśmy sporo kurek, a człowiek rozpalił ognisko i pokazał jak upiec kurki żeby nie zrobił się z nich brejowaty sos. Zjedliśmy kurki bez obowiązkowego chleba. Zrobiła się już noc. Ognisko dogasało, więc człowiek podsycił je suchymi gałęziami.


W sumie mieliśmy już wracać w korony drzew, gdy rozległa się syrena i pojawiła się nieprzyjazna straż pożarna uzbrojona w swoje regulaminowe racje. Zaraz za nimi nadjechała błyskająca ostrymi światłami, wyjąca dyskoteka radiowozu. Nie miałaś ochoty na kontakt z policją stworzoną do bicia ludzi za pieniądze. Podeszłaś do wielkiego starego dębu, zerwałaś z gałęzi zwisające na nylonowej taśmie dokumenty zakupu, wybrałaś numer sklepu i zdecydowanym tonem oznajmiłaś chęć zwrócenia towaru oraz zażądałaś zwrotu pieniędzy. Jako uzasadnienie podałaś, że od zarania dziejów las służy ludziom do palenia ognisk w podstawowych celach bytowych, a ten nie, więc uważasz go za wybrakowany. Reklamację przyjęto. Zgodnie z procedurami określonymi w umowie, serwis przyjechał w ciągu kwadransa i spakował nasz były las razem z ogniskiem, sąsiadem, strażą i agresywną policją, jeszcze zanim ta zdołała rozpakować swój ulubiony paralizator.


Zostaliśmy sami. Wciąż była noc, wciąż na niebie świeciły gwiazdy. Ująłem cię za rękę i wróciliśmy do domu. Ty pierwsza wzięłaś prysznic. Kiedy brałem go ja, rozesłałaś na łóżku nową, dobrze wyprasowaną, pachnącą pościel.


Jak dobrze wziąć gorący prysznic po tak długiej przerwie, pomyślałem.



Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

W domu (opowiadanie)

Powiedziałaś przy śniadaniu, że nasz dom cię przytłacza, że wygląda jak opustoszały: przestrzenie, szkło, nikiel, marmury, porcelana, obrazy; nieprzyjemne muzeum, sterylne laboratorium. Powiedziałaś, że chcesz mieć jakieś zwierzątko. Zapytałem jakie. Chciałabyś mieć kreta, z matowym, puszystym futerkiem i różowym noskiem. Dojadłem bułkę z suszoną kiełbasą, dopiłem herbatę. Bułkę z dżemem żurawinowym na razie zostawiłem, może poczekać.




Założyłem buty, polazłem do szopy i wyjechałem z niej taczką. Na taczce miałem łopatę i kilof. Przywiozłem z łąki czarną, wilgotną ziemię na mieszkanie dla kreta w naszym mieszkaniu. Usypałem duży kopiec na marmurowej posadzce i dojadłem bułkę z dżemem żurawinowym. Podałaś kawę w najlepszym serwisie od mamy. Potem wsiedliśmy do auta, zapaliliśmy papierosy i zaciągaliśmy się. W dobrych nastrojach jechaliśmy do zoo sklepu.

W sklepie nie mieli nic z kretów. Wyjaśnili, że krety są jeszcze pod ochroną, więc w najbliższym czasie nie spodziewają się dostawy. Uprzejmie zaproponowali rybki. Nie chciałaś rybek. Próbowali zainteresować cię papużką, lecz im się nie udało. Wtedy pojawił się sam kierownik sklepu i przyniósł pudełko. Otworzył wieko i wyjął gekkona. Zachwalał go jako jaszczurkę, którą, jak się puści na mnóstwocalowy ekran telewizora, to łazi po nim z góry na dół i z powrotem, bo ma przyssawki na łapach. Nie mieliśmy telewizora, więc nie wzięliśmy gekkona, żeby się nie męczył nie mając po czym łazić.

Wróciliśmy do domu, zjedliśmy obiad. Wziąłem z szopy łopatę, poszedłem na ogród i zasadziłem się w warzywnych grządkach. Do wieczora nic się nie działo, potem zresztą też nic. Dopiero o świcie usłyszałem lepki ślizg uciekających przed czymś dżdżownic i pojawił się on. Poczekałem aż podje i zacznie usypywać kopczyk, wtedy podważyłem ziemię łopatą i przeniosłem bezbronnego kreta do nowego domu w naszym mieszkaniu. Błyskawicznie zniknął w kopcu usypanym na marmurowej posadzce. Gdy się obudziłaś już go nie było widać.

Siedziałaś przed kopcem cały dzień, ale kret się nie pokazał. Zapytałaś czy on na pewno tam jest, czy tylko żartuję. Przez następny dzień też do ciebie nie wyszedł. Zapewniłem, że kret jest w kopcu na sto procent, ale nie wiem czy mi uwierzyłaś. Rozumiałem, że jest inaczej niż miało być. Miało być zwierzątko z matowym, puszystym futerkiem i ruchliwym różowym noskiem, a jest tylko nieruchomy, nudny kopiec ziemi.

Każdego dnia pytałaś, czy kret tam ciągle jest, a ja zapewniałem, że tak. Po tygodniu miałem dosyć twoich podejrzeń i postanowiłem ci to udowodnić. Zacząłem rękami rozkopywać kopiec ziemi i rozkopałem go do ostatniej grudki, aż do marmurowej posadzki. Kreta nie było.

Nie miałem odwagi spojrzeć ci w twarz. Nic nie powiedziałem, bo o nic nie zapytałaś. Poszłaś spać do swojego pokoju.

Do dzisiaj nie rozumiem, jak to się mogło stać.

Rysunek: Anna Cięciel

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Długie łatwe popołudnie (opowiadanie)

Usłyszałem pukanie do drzwi. Otworzyłem. Pani ubrana w perły i pan z teczką mieli dobre twarze uzbrojone w entuzjazm, w kącikach ust czaił im się gotowy do startu uśmiech. Zamknąłem drzwi, bo wiedziałem że będą chcieli sprzedać mi coś, o czym bym nawet nie pomyślał. Zapukali jeszcze raz, z taką samą kulturą, w której czaiła się pewność swych racji.




Otworzyłaś ty. Wpuściłaś panią ubraną w perły i pana z teczką. Wyszedłem do szopy, otworzyłem beczkę, nabrałem z wnętrza pół wiaderka czarnej mazi, wziąłem pod rękę drabinę, szczotkę i poszedłem smołować dach. Grzało słońce, więc smołowało się dobrze. Ale przykleił się motyl, duży i niebieski. Kiedy udało mi się go oswobodzić, był już cały utytłany w dziegciu. Musiałem go dobić żeby nie cierpiał. Dokończyłem smołowanie i wróciłem do domu. Twoich gości już nie było. Powiedziałaś, że miałem rację zamykając im drzwi przed nosem, bo to byli oszuści. Chcieli ci sprzedać zapałki za pięć dolarów, a dopiero kiedy odmówiłaś stanowczo, zaproponowali nowoczesne zapalniczki żarowe za dwa i pół dolary sztuka. Kupiłaś dwie, bo przecież nie dasz się nabrać na zapałki za pięć dolców, skoro w cenie jednego pudełka można mieć dwie bardzo fajne żarowe zapalniczki. Dla mnie wybrałaś z niebieskim motylem, dla siebie z różowym królikiem.

Obejrzałem zapalniczki. Były fajne, bardzo nowoczesne, żarowe, takie, jakie rozdają za darmo na stoiskach reklamowych. Teraz pozostało jeszcze tylko znaleźć dla nich zastosowanie. Odkulałem jeża drzemiącego pod drzwiami garażu, wyprowadziłem auto i pojechałem do miasta kupić papierosy. Przywiozłem różową paczkę dla ciebie i niebieską dla mnie. Odpaliliśmy zapalniczki z motylem i z królikiem. Paliliśmy zaciągając się.

Zaparzyłaś kawę, a ja zmiksowałem jarmuż z bananem, ananasem i pietruszką. Usiedliśmy na podłodze, znowu odpaliliśmy zapalniczki. Zapowiadało się długie, łatwe, przyjemne popołudnie.


Rysunek: Andrzej Bobrowski