25 września 2016, niedziela
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Król Jego Wysokość











Król Jego Wysokość przechadza się.

W pozie tak wytrenowanej, by wyglądała na naturalną. Ręce z tyłu, broda na wysokości, twarz niewzruszona jakimkolwiek wyrazem.


Za nim, dyskretnie, pisarz-sekretarz. Polujący na każde słowo, pomruk, chrząknięcie Jego Wysokości, by utrwalić je dla potomności.

 

- Co zapisałeś? – pyta znienacka Król Jego Wysokość.
Co zapisałeś? Panie – posłusznie odczytuje pisarz.

- Panie, to są u fryzjera – uśmiecha się Król Jego Wysokość, uruchamiając chór śmiechu czujnych dworzan wysokich rangą na tyle, by dostąpić łaski znajdowania się w pobliżu.

Na niektórych roześmianych dworzan Król Jego Wysokość spogląda łaskawie, a na innych nie spogląda wcale. Na przykład swoją pierwszą ministrę zaszczyca spojrzeniem, a swojego pierwszego ministra nie dostrzega zupełnie. Co powoduje, że dworzanie skupieni wokół pierwszego ministra natychmiast przemieszczają się, wtapiając w otoczenie pierwszej ministry.


Król Jego Wysokość unosi nogę, by wykonać krok, gdy kawałek ziemi, na którym zamierza ją postawić porusza się i usypuje w niewielki kopczyk. A z kopczyka wynurza się kret.

 

- Oooł... Szczur! - zachwyca się Król Jego Wysokość. - Popatrzcie tylko, prawdziwy szczur. To dobry znak dla Nas.

- Szczur! Szczur! Prawdziwy szczur! - szmer solidarnego zachwytu przebiega przez szeregi dworzan.

- To kret, Wasza Wysokość – ośmiela się zwrócić uwagę na pomyłkę pisarz-sekretarz. Jest jedynym, który potrafi odróżnić kreta od szczura?

Łooo... uuu... - buczy chór dworzan, ale milknie zaraz, bo Król Jego Wysokość marszczy czoło.

- Twierdzisz, że kłamię? - Jego Wysokość nawet nie patrzy na nieszczęśnika, ale wiadomo, że mówi do niego. - I, że mylą się wszyscy moi dworzanie, których obdarzyłem osobistym zaufaniem?

Ja tylko... Wasza Wysokość, ja tylko...

- Co tylko?! - Król Jego Wysokość wciąż nie patrzy na coraz bardziej skuloną postać. - No miejże godność i odwagę tu się publicznie przyznać, w końcu jesteś moim pisarzem, a nie jakimś pierwszym lepszym nikim.

Zalega cisza. Prawie słychać skrzypienie kręgów szyjnych dworzan kiwających głowami w geście: no tak, no tak...

- Ja tylko ośmieliłem się... - do wyposzczonych uszu dociera ciche, najpokorniejsze wyznanie. - Ośmieliłem się tylko zauważyć, że to kret a nie szczur. Chciałem po prostu podzielić się moją wiedzą ekspercką na temat ssaków mniejszych, żebyśmy nie tkwili w błędzie z powodu takiej malutkiej, błahej pomyłki.

Znowu cisza. Ale cisza nie może trwać wiecznie; muszą być decyzje.

- Wychłostać! - decyduje Król Jego Wysokość. - Oczekuję komisyjnego raportu na czyje zlecenie działał ten prześmiewca Mojej Wysokości. Kto jeszcze jest w układzie spiskującym. Chłostę wykonać publicznie, w południe, transparentnie. Jak trzeba. By nie dostarczać wrogom naszej demokracji żadnych powodów, że chcemy coś zataić w nocy, gdy śpią.

Dyspozycyjne służby katowskie zabierają nieszczęsnego pisarza-sekretarza i wloką go na plac sprawiedliwej chłosty wydobywczej. Wleczony nie protestuje, bo zdaje sobie sprawę z nieuchronności zdarzeń zarządzonych przez Najwyższą Wysokość.

Puste miejsce po wywleczonym sekretarzu wypełnia w mgnieniu oka kilkunastu eleganckich młodzieńców z brulionami i piórami w rękach.

- Ty – Król Jego Wysokość błyskawicznie i pewnie (jakby miał to od dawna głęboko przemyślane) wskazuje pierwszego, którego napotyka jego wzrok. Pozostali dyskretnie znikają w tłumie dworskim. Wybraniec momentalnie prostuje się i podnosi brodę na wysokość obowiązującej wysokości. Dworzanie wiwatują gratulacyjnie, ale przycichają momentalnie, z zaciekawieniem, bo rozlegnie się pytanie Króla Jego Wysokości:

- I co zapisałeś? - rozlega się to oczekiwane pytanie.

- I co zapisałeś? Panie – odczytuje nowo mianowany pisarz-sekretarz.

Boże, otaczają mnie kretyni, myśli Król Jego Wysokość. I czuje się samotny. Samotny tak bardzo, że już ma zadzwonić do swojej mamy, ale przypomina sobie, że przecież kazał ją wypchać i wstawić do szklanej gabloty, by jej niezmieniony czasem obraz, dostarczał mu wzruszeń jak najdłużej.



Grafika: Bobrowski

Marek Raczkowski komentarzy: 0

rysuje

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Uratowany przez psa









Ciemno już. Wychodzę z psem w noc.


Nadia ma 90 lat. Ale nie zawsze miała tyle lat. Aż trudno w to uwierzyć, że Nadia też musiała mieć kiedyś lat 16 – myślę o najstarszej kobiecie na osiedlu, która ostatnia i jedyna o tej porze, mija mnie wracając ze spaceru.


Rzucam psu patyk do aportowania, nie dbając o to gdzie.


Kulka, którą wziąłem za szary, podgnity kasztan, rozwija się, rozprostowuje, stroszy kolce i przemawia głosem wyposzczonego jeża:


- Dwa złote daj! Dwa złote, ale już!


Na moment przyjmuję, że to się dzieje naprawdę. I chociaż nie gada się z kasztanami bo to głupie, mówię:


- Ale... zaraz, zaraz. Po co?


- Na piwo kurwa! A co? Se myślisz, że tylko ty będziesz pić?!


Daję dwa złote.


- I co ja kupię za te dwa złote? Piwo dostanę gdzieś za dwa złote? Co ty, kurwa, ochujałeś?!

- Może ktoś jeszcze ci dorzuci dwa złote?


- Jaki ktoś, jakie jeszcze?! Widzisz tu kogoś innego oprócz ciebie debilu?

- No nie...


- To dawaj jeszcze dwa złote!

- Dobra, dobra... - dorzucam pośpiesznie dwójkę.


- Daj mu jeszcze ze dwa – odzywa się z góry pająk i zaczyna groźnie zjeżdżać w dół po grubej linie. – Może to twoja ostatnia szansa? Rozjedzie cię jutro tramwaj i co? Już nie będziesz więcej żył. Korzystaj póki możesz, daj mu to głupie dwa złote, zrób se dobry uczynek frajerze.


Gaśnie lampa na ulicy, włos mi staje dęba, sięgam do kieszeni po monetę. Już mam zrobić ten dobry uczynek, gdy pies, któremu rzuciłem kij daleko, w dodatku w zarośla, znajduje go wreszcie i podbiega. Mimochodem rozgniata łapą pająka, jednym kłapnięciem rozgryza jeżokasztana dla zabawy, po czym długo obsikuje słup lampy.

Coś tam skwierczy na łączach, coś mruga w górze i lampa rozbłyskuje, rzucając snop światła na fabułę rozgrywającą się u jej stóp.

Jestem uratowany. Przez psa.


- Cholera! Na świecie żyją ludzie ratowani albo ratujący– mówię do psa z nutą przygany, a nawet karcącym tonem mówię,  i biorę go na smycz. – I każdy wie, że lepiej być wśród ratujących. A ty właśnie wykluczyłeś mnie z tego fajnego grona.


Pies merda ogonem. Bo ma ogon do merdania, na takie okazje oraz na wiele innych.

Grafika: Bóbr

You Tube komentarzy: 0

I nikomu nie wolno...

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ostatni dzień lata u moich sąsiadów


Na działkach jabłka i śliwki lecą z drzew, ale liście ani myślą jeszcze o jesieni.


Słońce nad miastem przepycha się z chmurami, ale już wiadomo, że dzisiaj nie będzie padać.


W Pańskich Chałupach drą się budziki na szóstą; kiedyś budziły do roboty, teraz budzą do bezrobocia.


Przed baraki wylegają przebudzeni. Zasiadają na schodkach albo na krzesełkach z podusiami wyniesionymi z izby, niektórzy palą oparci o ściany. Nikt nie śpi, wszyscy wstali na szóstą.




Do kiosku naprzeciwko przyjeżdża chleb i lody po 45 groszy. Jest tu świecący automat z kolą i kolorowy neon duńskiego piwa. Tego duńskiego nie sprzedają  Pańskim Chałupom na zeszyt, ale inne piwa tak.

 

Mocno zużyta kobieta, która rozłazi się w szwach, by nikt nie pomyślał, że chce być inna  niż wszystkie tutaj pękające w szwach, przeprawia się przez ulicę po chleb. Za nią gromada dzieci z odliczonymi groszakami na loda. Za chwilę kobieta powróci z torbą załadowaną bochnami, by przez resztę dnia oddawać się nieumiarkowaniu w jedzeniu.

 

Przejeżdża transport zwierząt na rzeź. Pańskie Chałupy są zdegustowane. Nie dramatem stłoczonych na pace istot, które oprawcy zarżną na kotlety, ale odorem walącym z transportu.

 

Pańskie Chałupy nie mają nic przeciwko kotletom. Pańskie Chałupy lubią kotlety. I lubią rozmawiać o kotletach z takim zaangażowaniem jak o piłce nożnej.

 

Tadziu Buliński przechadza się wzdłuż baraków i pokazuje blizny po zastrzykach, jest tutaj atrakcją, bo chodzi na dializy: samodzielnie nie umie się już wysikać. Zaraz przyjedzie po niego karetka ze szpitala w mieście. O! Już podjeżdża!

 

Pojawia się nieletnia postać prawie fikcyjna, w schludnej białej koszulii z innego świata, ale nie jest to Piotruś Pan:

 

- Tremosy japońskie oryginalne! – ofertuje postać. - Tylko po trzy  pięćdziesiąt za dwa! Z modnym pokemonem – kusi, a zwodniczo biała koszula ma zjednywać zaufanie. - Trzydzieści lat gwarancji! O! Podstęplowane pieczęcią!

 

Nikt nie kupuje. Po co termos? Za takie pieniądze można dostać piwo, i to całe, nieotwarte.

 

Słońce świeci, bo zajdzie dopiero wieczorem. 150 lat temu też świeciło tu latem słońce i w Pańskich Chałupach mieszkali ludzie. Regularnie obcowali z kulturą raz w tygodniu, zawsze w niedziele, słuchając organisty na mszy. To już przeszłość. Teraz przez otwarte okna baraków przez cały czas wali dźwięk radioodbiorników, w dodatku nastawionych na inne stacje. By zaspokoić zróżnicowane, indywidualne potrzeby obcowania z kulturą.

 

Nikomu nie przeszkadza, że hałaśliwe pasma nakładają się na siebie. Tutaj nikomu nic nie przeszkadza.

 

Tutaj nikomu już nic się nie chce.

A jak się komuś zachce, to i tak nic nie zrobi.

A nawet jak zrobi, to nie to co by chciał, bo mu się przecież nic nie chciało.

 

Dzieciaki z Pańskich Chałup, które kiedyś słynęły z brawurowych kradzieży jabłek i śliwek na pobliskich działkach miejskich, mają dzisiaj już swoje dzieciaki. Które nie kradną już jabłek; wolą lody po 45 groszy. Poza tym do kiosku po drugiej stronie jest bliżej, i można pogapić się na świecący automat z kolą i kolorowy neon duńskiego piwa.

 

 

Pańskie Chałupy to ludzie tak prości, że gdyby można było rozpoznać ciasnotę umysłową jako chorobę, to każdy dostałby pełnodobowy nadzór medyczny z Urzędu. Jednak Urzędy wolą być zajęte wycinaniem drzew na polnych ulicach i rozpisywaniem przetargów na asfaltowanie tych ulic za pieniądze z Europy. Choć dla urzędnika decydującego o przetargach, łapówki są rzeczą  tak  obrzydliwą, jak napiwki dla kelnera. O czym wie każde dziecko.

 

Kilkanaście żurawi przelatuje w dosyć symetrycznym kluczu prawie w samo południe. Zaraz po nich przeciągają nad Pańskimi Chałupami cztery czaple. Nie zmierzają nad pobliskie jezioro, ale gdzieś daleko w nieznane. Pojawia się wiatr. Próbuje hulać w dzikim tańcu, wzniecać tumany, ale zaraz ustaje. Pozostawia po sobie dwa liście w kolorze złoto bordowym, nie wiadomo, czy przyniesione z działek, czy z nieznanego świata. Jesień przechodzi przez Pańskie Chałupy, ale nikt jej nie zauważa, bo dochodzi piętnasta.

 

Po piętnastej, faceci zrywają się ze swoich podusi na krzesełkach wyniesionych z izby, ze schodków i stołeczków, i tak jak kiedyś po robocie, ruszają do kiosku po piwo, by zamknąć swój ciężki bezrobotny dzień. W zeszycie przybywa kilka nowych stron. Jest w nim jeszcze sporo miejsca.

A to wcale nie jest przecież najkrótszy dzień w roku. Słońce świeci i zajdzie dopiero wieczorem. Jak będzie tutaj wyglądał ten najkrótszy dzień?

Tylko idiota zna odpowiedź na każde pytanie, zabierze głos w każdej sprawie i wypowie się na każdy temat – po tym poznaje się idiotę. KONIEC.

 

Grafika: Andrzej Bobrowski

andrzejrysuje.pl komentarzy: 0

...

Maciej Rybiński komentarzy: 0

mówił jak jest

Maciej Rybiński (1945 - 2009), Człowiek-Ryba, dla którego felietonów kupowało się gazety. Nakładem Wydawnictwa M ukazała się książka Ryba Ludojad z wyborem publicystyki Macieja Rybińskiego. Oto nasz krótki wybór tekstów Ryby.

Ilustracja: grafika - Sonya Ginelli Klick!!!


„Informacje na wakacje”

Maciej Rybiński

poniedziałek, czerwiec 29, 2009


Mam prawo uważać się za obywatela idealnego. Bez zbędnej skromności – wzorowy obywatel III RP to ja. Nie zajmuję miejsca w przedszkolu. Nie chodzę do szkoły i nie podwyższam budżetu na edukację. Nie jestem studentem i nie żądam stypendium. Nie pracuję w budżetówce i nie pobieram żadnej pensji, nawet trzynastej. Nie domagam się podwyżek. Nie należę do związków zawodowych. Nie palę opon i nie rzucam petard. Nie demonstruję. Nie jestem chłopem i nie zużywam subwencji europejskich. Nie mam przywilejów KRUS. Nie biorę zasiłku dla bezrobotnych. Nie jestem rencistą ani emerytem.

Moje sushi

Żyję, więc nie należy mi się zasiłek pogrzebowy. Owszem, płacę podatki i różne składki. Daniny. Pogłówne, podymne, od okien, kopytkowe. VAT. Akcyzę na papierosy i alkohol. Obliczyłem sobie, że tylko dzięki pielęgnowaniu przeze mnie cnoty obywatelskiej, jaką jest picie i palenie, posłowie mogą dostawać godziwe diety. Gdybym posłuchał fałszywych wezwań do wstrzemięźliwości – które tylko dlatego są wydawane, bo wszyscy wiedzą, iż są nieskuteczne – Ziobro z Dornem, zamiast spotykać się na sushi, staliby w kolejce do kuchni brata Alberta. U kapucynów.

A tak ja mam swoje sushi – a jak mnie sushi, to zaraz lecę wspierać budżet. A oni mają swoje. Za moje. Ale niech tam. Gdyby wszyscy byli tacy jak ja, Polska byłaby mocarstwem ekonomicznym całkiem idyllicznym. Wszyscy by nam zazdrościli, nie tylko Bangladesz i Somalia.

Ja mam też inne zalety. Jestem samowystarczalny duchowo. Nie muszę oglądać TVN 24, żeby się dowiedzieć, co się dzieje, bo sam mogę sobie takie wiadomości napisać, sam mogę je ocenzurować i sam przeczytać. W zależności od nastroju i okoliczności, albo optymistyczne i mobilizujące albo ponure i dołujące. Dla każdego coś miłego. Dziś wydanie wakacyjne, ku rozrywce i nauce.

http://blog.rp.pl/rybinski/2009/06/

 

 

 

(…) Gdybym był obecny, miałbym podobno mówić o felietonie. O tym, co to jest felieton, a co, logicznie, felietonem nie jest. Problem w tym, że ja nie bardzo wiem. Na ogół od takich rozróżnień, od teorii tego i owego są uczeni specjaliści. Pewnie są gdzieś po uczelniach i instytutach doktorzy, docenci i profesorowie od felietonu, znawcy przedmiotu, którzy jasno i potoczyście potrafiliby powiedzieć, co to jest felieton i jak trzeba pisać, żeby z tego, co się pisze, wyszedł felieton. A ja nie potrafię. Potrafię napisać coś, o czym wszyscy, także laicy, jeśli chodzi o gatunki dziennikarskie, mówią, że to felieton, a ja do dziś nie wiem dlaczego. Mimo że napisałem tysiące felietonów.

To nie żadna kokieteria. To raczej ponure przekleństwo. Ileż razy próbowałem już napisać solenną publicystykę albo barwny reportaż, albo otchłanny i nadęty powagą komentarz. I zawsze wychodził mi felieton. Trudno to uznać za sukces. To już raczej kalectwo. Coś jakby poeta usiłujący pisać treny i elegie ciągle wpadał we fraszkę.

Dlatego też pytanie, czy felieton to sztuka czy rzemiosło, nie wydaje mi się odpowiednio postawione. Ani jedno, ani drugie. Felieton to jest światopogląd.

http://blog.rp.pl/rybinski

 

 

 

 

 

(…) Otóż moja definicja brzmi następująco: polityka to sztuka szukania i znajdowania winnych. To jedyna logiczna i absolutnie poprawna definicja, ponieważ wszystko w polityce – polskiej na pewno, a być może innych też – zaczyna się od wytypowania, określenia i ogłoszenia winnego. Reszta, łącznie ze zdobyciem i utrzymaniem władzy, to tylko konsekwencja zręcznego i przekonywającego ogół wyłonienia z ogromnej rzeszy kandydatów jednostki lub zbiorowości odpowiedzialnej za wszystko. Za wszystko zło…

Mamy teraz kolejny konkurs na winnych. Rozgrywka toczy się o to, czy naród uzna za winnych autorów poprawek do ustawy hazardowej i organizatorów przetargu na stocznie czy też Mariusza Kamińskiego z agentem Tomaszem i całym CBA, a właściwie braci Kaczyńskich i PiS. Tu nie ma miejsca na jakieś subtelności. Obwiniony – zatopiony, jak w grze w okręty. Taką grą będzie komisja śledcza. Wesołej zabawy, Polacy.

http://blog.rp.pl/rybinski/2009/10/

Dorota Masłowska komentarzy: 0

mówi jak jest, na podstawie Słoików