19 lutego 2017, niedziela
Dou-KATYA komentarzy: 0

Czerwony z głową

HEYKELTRAŞ Coşkun ÖZER komentarzy: 0

Egzekucja grejpfruta

Sławomir Mrożek komentarzy: 0

Nuda, nic się nie dzieje, czas na Mrożka

Cichy&Parda komentarzy: 0

Przysłowia polskie 1

Cichy&Parda komentarzy: 0

Przysłowia polskie 3

Facebook komentarzy: 0

Kotek

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ale ty nie musisz tego czytać, Anka cz. 31



Basia pojechała do Afryki, z jednym panem, Ewa do Niemiec, do jednego pana, a Karolinka, co najlepiej na koniu jej się kłusuje galopuje, nie ma zamiaru do niemieckiego Londynu wyjeżdżać po pomarańcze, kokakolę, czekoladowe morele i grejpfruty, woli ona, żeby te fruty z jednym panem tu do niej przyjechały.


I one przyjeżdżają autem niemieckim Porsche, co nim pan Bandzior kieruje, który raz po raz do miasta wpadając, mamusi drogie leki zagraniczne podrzucić najnowsze, dostrzega jednego razu Karolinkę, gdy akurat drobiąc w oficerkach na obcisłe bryczesy, czar zjawiskowy rozdaje mimowolnie na lewo i prawo na. Czar ten nie robi wrażenia na tutejszych, bo od dziecka Karolcię znają to wiedzą, że ona po prostu na konika właśnie zmierza wybiera się zwyczajnie, jak co wtorek, czwartek i sobotę, ale na Bandziorze czar ten robi wrażenie, owszem robi i piorunujące od razu: samiec w kierowcy rozbudzony momentalnie zwalnia samochód niemiecki Porsche, i cały natężając umysł kombinuje jak by tu naturalnie, niby przypadkiem zrobić, żeby z tą królową znajomość rozpocząć, zwyczajnie, po ludzku, a nie tylko za pieniądze wszystko dostać jak zawsze. I nie będzie on udawał Niemca amerykańskiego z Londynu, o nie, tak jest porażony tym czarem, że zapomina kim jest i jak pierwszy lepszy chłopiec od szewca zaczyna się zachowywać, któremu Bandzior mógłby, nawet nie nóżką, nie rączką, nie palcem nawet, a zaledwie gestem, mrugnięciem powieki wskazać, gdzie jego miejsce. Zatrzymuje ten chłopiec auto niemieckie Porsche w ustronnym miejscu, fujarkę swoją wzburzoną do stanu normalności doprowadza, odczekując sekund trzydzieści, wysiada... a tu ta nieznajoma królewska postać akurat zbliża się, nadchodzi w sam raz.


- Przepraszam – słyszy Karolinka głos nieśmiały, przepraszający, a zatrzymuje się niechętnie, bo jej śpieszno na autobus podwożący do stadniny pod miastem, patrzy i jakiegoś pana widzi, co do niej się zwraca, pokracznie z nogi na nogę przestępując, za uchem się z zakłopotaniem drapiąc, ale widzi też, że ubrany on nie w odzież z tesko-biedronki, i brodę ma ogoloną oraz wąsy też, i zapach od niego bije jakiś nieznany tutejszym panom, oj inna, ciekawsza to woń. I staje Karolinka już całkiem chętnie i z zainteresowaniem zapytuje, pamiętając o uśmiechnięciu lekkim, zmarszczę niwelującym:

- Tak?... - a że zapada milczenie krępujące kłopotliwie, zachęca Karolinka do kontynuacji, ale bez wykrzyknika, tylko z trzema kropeczkami: - Słucham...


Chłopiec rozważa strategie najrozmaitsze, ale żadna nie dobra, co jedna to gorsza, mijają sekundy cenne do autobusu, postanawia zeznać prosto z mostu w stylu raz kozie śmierć:

- Powiem szczerze: obserwowałem panią przez pięć sekund z samochodu, góra siedem, i to wystarczyło, żeby poczuć, że pragnę jak niczego na świecie, zmienić się dla pani. Jeśli uzna pani, że jestem nachalny, to zrozumiem, przeproszę i już mnie nie nie ma i nigdy nie było.


Nie pada śnieg, nie pada deszcz na ludzi złych, ani na dobrych, nie pada też nic na groby umarłych, których dusze opuściły już ciała, ani na te, z których robactwo i zgnilizna dopiero będą musiały duszę ociągającą się wygryźć, ludzie chodzą w jedną stroną a inni w przeciwną, bez parasoli, mgła żadna widoczności nie zżera, spogląda Karolinka na zegarek i widzi, że do autobusu jeszcze czas, ale mówi co innego:

- Przez pana właśnie spóźniłam się na autobus.
- A mógłbym, przepraszam, podwieźć, oczywiście bez żadnych zobowiązań, bo mam tu niedaleko auto.


- Może by pan mógł, ale ja do stadniny muszę, a to jest jednak parę kilometrów, więc wie pan...

- To może skoczę po samochód raz dwa? - dociera do uszu Karolinki rozentuzjazmowany głos, i zanim odpowiedzieć zdąża, postać się od niej biegiem szybkim oddala.


Zostaje sama Karolinka, kroku przyspiesza, bo PKS nie czeka, a tu się Porsche srebrne miękko, naturalnie przy niej zatrzymuje, wysiada chłopiec, drzwi otwiera, do wnętrza na fotele w skórze jelonek zaprasza. Wsiada Karolinka, jadą, dojeżdżają. Karolinka wysiada, chłopiec też.


- Czy mogę poczekać?

- Nie wiem kiedy skończę, mam dwa konie do objeżdżenia, potem jeszcze wyczesanie, uprząż trzeba wyczyścić, nie wiem czy to ma sens.


- To może poczekam?...

- Ok.


Objeżdża Karolinka tylko jednego konia, bo czuje, że jej kompletnie objeżdżanie nie idzie.


- Masz zapalić? - pyta masztalerza Ziemowita.

- Ty palisz?!


- Dzisiaj zapalę, chętnie.

- Proszę – Ziemowit częstuje, ona pali, zaciągając się.


Powraca Karolinka ze stadniny do miasta srebrnym porszakiem Bandziora, którym kieruje teraz chłopiec, co niezgrabie, bo niezgrabnie, ale stara się zostać jej chłopcem.


Ciąg dalszy nastąpi
Foto: Marcel Marien

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ale ty nie musisz tego czytać, Anka cz. 32



Mieciu nie ma pojęcia o tym, że z lichego burmistrza mimochodem uczynił męczennika poległego na polu chwały; wie że Luiza go zostawiła, dociera to już do niego, tyle to Mieciu wie.


Zobaczył kiedyś Karolinkę na ulicy i połowa jego serca wciąż czynna, podpowiedziała mu, żeby się zapisać na kursy jazdy konnej, w tej samej co ona stadninie. I jeździ Mieciu już tam dwa tygodnie, każdego dnia, bo go na to stać, od kiedy zażądał rękawiczek w wielkiej firmie budowlanej, która od razu potroiła mu pensję, co było i tak tańsze od zakupu maszyny za półtora miliona, mogącej Miecia zastąpić, w dodatku maszyna na zamówienie z oczekiwaniem trzech miesięcy na realizację. Karoliny jednak Mieciu w stadninie nie spotyka, ale nic nie szkodzi, poczeka, jest cierpliwy, zresztą te konie zaczynają go wciągać, radzi sobie coraz lepiej.


Zatrzymuje się w mieście Porsche Bandziora w miejscu, w którym akurat Mieciu ruchu na świeżym powietrzu zażywa, a wysiada z niego Karolinka, co pól serca mieciowego zajmuje, a drugie pół po Luizie powoli i skutecznie reanimuje. I odchodzi od tego Porsche Karolinka, a tu drogie auto niemieckie cofa się za nią na wstecznym, drzwi się otwierają wciągająco i zaraz Karolinkę pochwycą... Nie może wiedzieć Mieciu, że chłopiec, co był Bandziorem, jeszcze raz chce się tylko uśmiechnąć do Karolinki, Mieciu widzi Porsche Bandziora na niemieckich numerach, chcące porwać Karolinkę do handlu ludźmi, obrotu żywym towarem włączyć.

Dobiega sprintem kocim, za podwozie wściekle łapie, pod chmury chcąc to łajdactwo cisnąć, ale Porsche Bandziora cięższe niż najcięższy krawężnik, jednak nie na tyle ciężkie ono, żeby go mocarne łapska rudego Heraklesa na dach nie obróciły, a potem zaraz Mieciu wyciąga ze środka chłopca, co kiedyś był Bandziorem, i w ryja, że mało co jest zbierać, więcej Mieciu nie uderza, bo Karolinka wybucha jak na filmie melodramatycznym:
- Coś ty zrobił głupku! Coś ty zrobił, ratuj go!


I Mieciu rozumie w ułamku sekundy, że Karolinka nie była tu uprowadzana, do niewoli porywana, a jedynie adorowana kulturalnie i za jej zgodą, i ma ochotę rzucić się pod pociąg za to co zrobił, ale ani pociąg żaden nie jedzie, ani nie ma czasu czekać aż nadjedzie. Karolinka ajfona wyciąga, po pogotowie dzwoni, ale gdzie tam pogotowie: jest sobota, lekarz ratunkowy na poddyrzurze telefonicznym, siostra pielęgniarka skutecznie do niego dostępu strzeże, broni, bo wie, że lekarz Marek akurat dzisiaj na grillu ważne ma rodzinne spotkanie.


Do szpitala drogą asfaltową przez miasto jest dwa i pół kilometra, ale Mieciu widzi stąd dach szpitala, czuje, że może tam być za półtora minuty w linii prostej: łapie nieprzytomne ciało chłopca, co był Bandziorem, bramę targowiska zamkniętą z buta rozwala, przelatuje między straganami do deptaku, patrzy na most o trzysta metrów stąd, za daleko, za dużo czasu straci cennego, wskakuje na rzekę skutą lodem, za której brzegiem już posiadłość szpitalna, lód załamuje się, lodowata woda wchłania Miecie po szyję, on ciało nieprzytomne nad głowę unosi, galopem przeprawia się, bo nie będzie mu tu jakaś pierdolona zima na drodze szczęścia Karolinki stała, wyrywa się z okowów lodowatych, przed płotem szpitalnym solidnym, ze środków unijnych, z kolczastym zwieńczeniem staje, ciało nieprzytomne delikatnie układa na swojej kapocie rozpostartej na trawiastej zmarzlinie, a potem odłamuje pół wierzby i rozpierdala ten płot w sekund cztery, wbiega do szpitala, i nie ma, że dowód, pesel, ubezpieczenie czy jest, bo zaraz was tu Mieci rozpierdoli, więc zjawia się się lekarz prędziutko, i pielęgniarki trzy, a anestezjolog aż z piętra już zbiega, takie tu Mieciu wrażenie robi, posługując się zaledwie wyrazami dwoma, za to z wykrzyknikami trzema: - Kurwa zajebię!!!


Na drugi dzień Mieciu do Wrocławia na stałe wyjeżdża z miasta, bo mu się wydaje, że to jest najdalej stąd.


- Ale pan tu regułę konsekwencji łamie, panie Darku, najpierw skecze same króciutkie, a tu ni z gruchy pietruchy „Wojnę i pokój" jakąś opasłą o Karolince pan ładuje.

- Byś znał Karolinkę, bucu jeden, to wiedziałbyś, że dla niej każdą regułę warto nagiąć, nawet złamać.

Ciąg dalszy nastąpi
Foto: Marcel Marien

Facebook komentarzy: 0

Czyżby już wiosna?