22 października 2017, niedziela
Maja Staśko komentarzy: 0

Tresowanie dziewczynek



#METOO

Małe dziewczynki żyją najnudniejszym życiem na świecie. „Bądź uprzejma" to ich refren, a one są uprzejme, więc gdy bardzo nie mają na coś ochoty, bardzo bardzo uprzejmie to robią. I tak codziennie. Przez 81 lat.


Więc czasem nie chce się jeść małym dziewczynkom, bo nawet małe dziewczynki mają chęci i niechęci, i nawet małe dziewczynki mają niezaspokojone i zaspokojone potrzeby, ale babcia nalega: „zrobiłam specjalnie dla ciebie, nie rób mi przykrości", a mama obok: „babcia zrobiła specjalnie dla ciebie, nie rób babci przykrości", więc małe dziewczynki wpychają w siebie jak najwięcej.


Bo córeczka nie jest od robienia smutku, córeczka jest od niwelowania smutku.


Po babciach przychodzą rozmaite ciocie i wujkowie, całują prosto w usta, małe dziewczynki czują papierosy, alkohol i mięso, więc małe dziewczynki ze wstrętem obcierają usta ręką, a wtedy rozmaite ciocie i wujkowie się smucą, a wtedy mama obok karci małą dziewczynkę i mówi, że jest złą małą dziewczynką, że zobacz, jak przez ciebie ciociom i wujkom smutno, że trzeba być uprzejmym, nie wolno myśleć tylko o sobie, chyba że jest się małym chłopczykiem. Więc następnym razem, gdy przychodzą rozmaite ciocie i wujkowie i całują prosto w usta, małe dziewczynki czują papierosy, alkohol i mięso, ale małe dziewczynki nie obcierają ze wstrętem ust ręką, małe dziewczynki uśmiechają się, potem małe dziewczynki idą uprzejmie do małej ubikacyjki i myją usta przez kolejne 15 minut lub się powstrzymują, i tak im już zostaje.


Swoje małe problemy rozwiązuj na boku, po co zadręczać nimi innych, oni mają własne, dorosłe.


I małe dziewczynki idą do Komunii świętej i grzecznie klękają, i przymykają oczy, i wysuwają języki, i podchodzi do nich wielki pan, i staje nad nimi, i wkłada im coś do ust, ciało ponoć, i idzie do kolejnej, bo to taka fabryka grzecznych dziewczynek grzecznie przyjmujących w siebie obce ciało, a one połykają, bez gryzienia, broń boże, choć wolałyby zobaczyć najpierw, co ksiądz im wkłada do ust. Ale gdy wyciągają opłatek z ust i patrzą, siostra zakonna krzyczy, a wszyscy potępiająco się na nie gapią. Gdy robi to Piotrek z klasy, siostra zakonna się śmieje i grozi palcem, bo Piotrek to nie mała dziewczynka, tylko mały rozrabiaka i ma prawo wiedzieć, co ma w ustach.


Więc małe dziewczynki to grzeczne dziewczynki, bo w białej sukni, z przymkniętymi oczyma i gotowością do pokornego przyjęcia w siebie obcego ciała wszyscy je kochają i szanują, i dają lalki, lajki i komputery, a gdy małe dziewczynki lubią wiedzieć, co im się wkłada do ust, wszyscy na nie krzyczą i ich nie szanują. I dają „wrr".


I gdy mała dziewczynka pyta, dlaczego ta pani jest taka gruba, mama karci dziewczynkę i mówi, że jest nieuprzejma; mała dziewczynka nie rozumie ani dlaczego ta pani jest taka gruba, ani dlaczego to może być dla tej pani nieprzyjemne, ale nie robi tego, bo uprzejmość. Potem, gdy gruby pan dotyka małą dziewczynkę, mała dziewczynka nie pyta ani dlaczego ten pan jest taki gruby, ani dlaczego ją dotyka, ani dlaczego nie może o to pytać, bo u-przej-mość.


Potem mała dziewczynka robi wszystko, by nie być grubą, by wujek nie mówił: „ale grubaska z tej małej dziewczynki", tylko „ale z tej małej dziewczynki wyrosła piękna młoda kobietka", koniecznie z komentarzem na temat jej rosnących cycków. I odchudza się, by małe dziewczynki nie musiały powstrzymywać się od pytań na temat jej ciała, a mali i duzi chłopcy nie musieli nie powstrzymywać się od uwag na temat jej ciała, wyrażanych koniecznie głośno, by wszyscy usłyszeli, że jest gruba i to jej wina, i ma się tego wstydzić, a oni mogą komentować jej ciało, kiedy tylko chcą, bo to ich prawo i wolność słowa w ogóle, a poza tym trochę dystansu.


Trudno o dystans, gdy chodzi o własne ciało, do którego dystans tak bardzo zmniejszają mężczyźni komentarzami i zachowaniami, ale trudno to żadna wymówka. Życie jest trudne, mała dziewczynka musi się z tym pogodzić.


Wymiotuje więc mała dziewczynka wszystkie obiadki i opłatki, by zachować figurę i dystans.


I gdy na uczelni czeka w kolejce na egzamin, koledzy doradzają, żeby rozpięła dwa pierwsze guziki koszulki, a profesor z pewnością to doceni. Zawsze docenia. I w ogóle co ona taka spięta i dopięta, ma czym oddychać, niech nie represjonuje swojej seksualności i korzysta z życia. Polecają i klepią ją po ramieniu bądź kolanie.


I gdy ma ochotę na seks, udaje, że jednak nie, bo nie może być łatwa. Musi być trudna, więc oddaje się grze, w której opiera się i ucieka, by chłopiec zdobył wartościowy kąsek, a nie jakąś szmatę. By czuł, że robi coś wbrew niej, że ona bardzo nie chce, a jemu mimo to się udaje, bo tylko to jara chłopców i w ogóle zawsze się trochę gwałci.


A gdy się udaje i jest już czyjąś narzeczoną, wie, że seks należy się narzeczonemu, choć sama często wolałaby nie. Nie mówi, że wolałaby nie, bo narzeczonemu zrobiłoby się smutno i że co, przestała już go kochać? Na pewno dlatego. Na pewno nie dlatego, że nie zawsze ma ochotę na seks. Więc mają seks, gdy tylko on chce, na przykład gdy jest pijana i nic nie pamięta, bo w ogóle zawsze się trochę gwałci.


I gdy on kupi dla niej kawę, której ona nienawidzi, nie mówi, że jej nienawidzi, on ją kupił specjalnie dla niej i z wielkiej miłości, więc pije tę kawę, i przez kolejne lata codziennie piją tę kawę, on już nie kupuje kawy, ale ona tak, bo codzienne sprawunki to jej sprawa, i robi tę kawę, czasem udaje, że wypiła wcześniej, bo szczerze jej nienawidzi, lecz on tego nie lubi, bo wspólna kawa to miłość, a wypicie kawy przed wspólną kawą to chamstwo i nieuprzejmość.


I gdy narzeczony zaprasza całą rodzinę do siebie na święta, ona gotuje wszystko dla jego rodziny, a on jej pomaga przygotować stół. I na uroczystej wieczerzy, gdy mała dziewczynka z rodziny narzeczonego nie chce jeść, ona mówi: „zrobiłam specjalnie dla ciebie, nie rób mi przykrości", i mama małej dziewczynki obok: „ciocia zrobiła specjalnie dla ciebie, nie rób cioci przykrości", i mała dziewczynka wpycha w siebie jak najwięcej, a ona jej trochę zazdrości, bo też chciałaby móc się nie katować dietą i jeść wszystko, co ugotowała dla rodziny narzeczonego.


I gdy mała dziewczynka z rodziny narzeczonego wmusza w siebie jedzenie, a ona patrzy w pusty talerz i popija kawą, wujek narzeczonego wesoło rzuca komplement na temat jej niewymownie kształtnego dekoltu, który zalotnie się odsłania, gdy nachyla się nad pustym talerzem i kubkiem kawy. A gdy ona oponuje, gdy mówi, że wolałaby nie, następuje niezręczna cisza (wujkowi jest smutno). Ale zaraz potem cała kolacja zmienia się w bekę z feminizmu (by wujkowi nie było smutno). Po kolacji narzeczony strofuje ją, że po co w ogóle zaczynała, i ona też żałuje, że zaczynała. Chociaż nie zaczynała. I tylko wyrzuca sobie, że nie dopięła koszulki na ostatni guzik.


I gdy przychodzi na rozmowę o pracy, jedno z pytań podczas rekrutacji dotyczy jej związku. I gdy mówi, że narzeczony, elegancki pan ostentacyjnie wyraża żal, że zajęta, inni cmokają z niezadowoleniem i stwierdzają, nie pytając jej o zdanie w tej kwestii, że pewnie niedługo ślub i dziecko. Albo – chichoczą – w odwrotnej kolejności. Może już? Patrzą na jej brzuch. I że dziękują za rozmowę, oddzwonią.


I gdy nie oddzwaniają z kolejnych miejsc, a zamiast etatu otrzymuje propozycje śmieciówek, narzeczony pociesza ją, że nie musi mieć przecież aspiracji zawodowych, może nie jest akurat do tego stworzona, może brak jej talentu i kompetencji, przecież te pięć lat wyższych studiów z wyróżnieniem to już samo w sobie ekscytująca przygoda, może nie umie dobrze się zaprezentować, ale on ją i tak kocha.


I co tydzień z narzeczonym jeździ na obiad do dziadka i babci, babcia dumna, że wnuczka ma przystojnego absztyfikanta, tylko co on tak mało je, chyba nie jest mężczyzną. Uśmiecha się do babci, uśmiecha się do niego, „zjedz jeszcze" – mówi, „nie będę jadł, kiedy już jestem najedzony" – odpowiada, „nie rób przykrości babci" – mówi, „nie robię" – odpowiada, a ty nie wiesz, jak mu wytłumaczyć, że robi, bo jak to powiedzieć, żeby mu nie sprawić przykrości, jak to powiedzieć, kiedy to nie on zmuszał się do jedzenia, niejedzenia, gotowania, sprzątania, pocałunków, braku pocałunków, mówienia i milczenia. Więc wstajesz i rzygasz wszystkimi obiadkami, pocałunkami i seksami, wstajesz i rzygasz brakiem obiadków, pocałunków i seksu, wstajesz i wyrzygujesz z siebie wszystko i to jest dopiero gender. Tak się nas rozpoznaje, hejka: małe dziewczynki, szmaty, narzeczone, siostry zakonne, niejadki, grubaski, katoliczki, feministki, pracownice, bezrobotne, matki, ciocie i babcie. W tej wielkiej codziennej nudzie, w kiblu i wśród nudności.


I gdy wy będziecie się kłócić, wracając do domu, babcia będzie sprzątała po twoich rzygach.


Rzygam kulturą gwałtu.

Źródło, Klick!!!

Julio Cortazar komentarzy: 0

Cortazar na dzisiaj

Fragment pochodzi z książki Julio Cortazara „Opowieści o konopiach i famach i inne historie", napisanej w 1962 roku, a później brawurowo przełożonej na język polski przez „prywatną" tłumaczkę Cortazara, panią Zofię Chądzyńską. Książkę wydało „Pomorze Bydgoszcz" w roku 1993.

Ilustracja: Nature Galleries, Klick!!!

 

KROK W PRZÓD I KROK W TYŁ


Wymyślono szkło, przez które mogły przelatywać muchy. Mucha przyfruwała, lekko uderzała łebkiem i pstryk - już była po drugiej stronie. Nieopisywalna radość muchy.


Wszystko zrujnował uczony węgierski, który odkrył, że mucha może wejść, ale nie może wyjść albo też odwrotnie, a to z powodu sknocenia szklanych włókien, które okazały się za bardzo włókniste. Natychmiast wymyślono pułapkę na muchy przy pomocy wkładania do środka kostki cukru i wiele much marnie zginęło. W ten sposób zakończyła się szansa zbratania się z tymi zwierzętami, godniejszymi lepszego losu.

Sławomir Mrożek (1930 – 2013) komentarzy: 3

Rozmowy chłopów

wyjęte z Indyka
sztuki Sławomira Mrożka z 1960 roku

 

Foto od HEYKELTRAŞ Coşkun ÖZER 
Klick!!!


Pierwsza rozmowa chłopów

CHŁOP I Łońskiego roku, przed samą wiliją, krowa coś

mówiła do Marcina.

CHŁOP II Opowiedzcie no, kumie.

CHŁOP I Ano, poszedł Marcin do obory, a krowa powiedziała

do niego wedle żłoba: ,,Nie jest dobrze, Marcinie".

CHŁOP III Co nie jest dobrze?

CHŁOP I Także samo i Marcin ją zapytał: ,,Co nie jest

dobrze, krowo?" A krowa na to: ,,A tak, w ogóle to nie

jest dobrze" — i tylko siano jadła. Marcin jeszcze trochę

poczekał, bo myślał, że może co więcej powie. Stoi,

a ona nie, tylko siano je. Postał godzinę, postał i dwie,

aż go nogi zabolały, i wyszedł.

CHŁOP II Krowy, to jeszcze nie. Barany, te jak coś powiedzą!

CHŁOP III Musi była wiedząca.

(pauza)

CHŁOP II Może by zasiać co...

CHŁOP I Jjiii tam...

CHŁOP III E, mówicie...

(Chłopi podnoszą, potem stawiają dzbany i milkną)

Klick !!!
ciąg dalszy

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Lato szczytuje. Żniwa (opowiadanie 2016)


Ryba ma właśnie wyskoczyć ponad wodę w pogoni za ważką. Na rzekę opadają dwie lądujące kaczki. Ryba nie wyskakuje; spłoszona spływa na głębinę pod kępę wodorostów.

 

Ważka nie ma poczucia istnienia ryby; kontynuuje swój lot godowy rozdając zalotne blaski i lśnienia ważkowym samicom, uzbrojonym w uwodzicielską obojętność.


Rzeka nieustannie płynie, tocząc się teraz przez bezkres pola, z którego zjeżdżają żniwujące całą noc kombajny i traktory. Rumor już cichnie, zaczyna przypiekać poranne słońce.

 





Wśród walcowatych snopów skoszonego zboża pojawia się lis. Ruda plamka poruszająca się po jednolitym słomiastym tle wielkiego pola.

Tak widzi go myszołów, bezszelestnie zakreślający koła pod bezchmurnym niebem.

 

W domu, na końcu podziemnego korytarza, tuż pod szczeciną skoszonego zboża budzi się polna mysz.

Czyści futerko, jak każdego ranka i wychodzi na powierzchnię.

Przeciera oczy ze zdumienia:

Tam, gdzie wczoraj kładł się przyjemny, bezpieczny cień gęsto rosnących, metrowych łodyg żyta, teraz jest płaska patelnia przypiekana słońcem.

Świat myszy przestał istnieć z dnia na dzień, ale życie toczy się dalej: lis nieruchomieje, zasadzając się na zdezorientowaną mysz.

Myszołów też dostrzega łatwą zdobycz. Składa skrzydła, by błyskawicą spaść z wysokości na ofiarę.

Dlaczego atak nie następuje?

Drapieżnik widzi z wysokości nową, czerwoną plamę, jaka pojawia się w dole na słomiastym tle. Czerwona, zbliża się do plamy pomarańczowej, która nagle zaczyna się szybko oddalać, aż znika z pola widzenia.

Mysz nigdy nie dowie się, że to, co ją uratowało, ma na imię Alicja.

Alicja tańczy po nasłonecznionym rżysku z dużym czerwonym balonem na sznurku. Nie ma świadomości istnienia myszy, lisa, ani myszołowa. Korzystając, że nie jest widziana przez nikogo, śpiewa i ćwiczy ruchy modelki. Alicja marzy, żeby zostać gwiazdą.

Dopiero za 40 lat, gdy już będzie miłą, zmęczoną starszą panią, Alicja zrozumie, że nie ma nic bardziej pospolitego, niż chęć zostania gwiazdą.

Teraz Alicja ma cztery lata, na urodziny dostała czerwony balon. Który za kwadrans pęknie. Ale my już tego nie chcemy widzieć.

 

Gertruda Stein komentarzy: 0

O liczeniu, pisaniu, piorunach i orzechach

 

 

Gertruda Stein pozująca Jo Davidsonowi Klick!!!




Nie ma innej różnicy pomiędzy człowiekiem i zwierzę
ciem poza tą że człowiek potrafi liczyć i nigdy jeszcze nie było tyle liczenia co teraz. Wszyscy ludzie liczą liczenie jest głównym zajęciem wszystkich ludzi. A to dlatego że ludzie przekonali się że tylko liczenie różni ich od zwierząt a ponieważ każdy chce mieć pewność że jest człowiekiem, ponieważ każdemu teraz potrzebna jest afirmacja więc wszyscy zabrali się do liczenia.
dalej Klick!!! w zdjęcie

Gostyńska 36 komentarzy: 0

W drodze, i z powrotem (opowiadanie)






Hotel z różowymi murami wydawał się nierealny w blasku wschodzącego słońca.

W opustoszałej sali balowej fryzjer Andreas wciąż tańczył zapamiętale, obejmując mocno swoją zmęczoną tęgawą małżonkę. Wielki cień jeszcze płynął za nimi po ścianach, niezmordowanie powtarzając gesty. Dwie godziny później uprzątnięto to miejsce i podano  tam śniadanie hotelowe. Wybrałaś pleśniowy ser, winogrona i pomarańcze, ja wyjadłem bekon z jajecznicy, do tego herbata i papieros. Spakowaliśmy rzeczy, uregulowaliśmy rachunek, odpaliłem auto. Byliśmy w drodze nad morze.


Zwolniłem do setki, zaraz jeszcze bardziej; na trawiastym leśnym poboczu leżał lis. Wyglądał jak żywy, ale był martwy. Idealnie rude futro z białym krawatem pod zastygłym w uśmiechu pyskiem. Powiedziałem, że o tej porze roku nikogo nie osierocił, ale to cię nie pocieszyło.


Pomyliłem drogę, więc musieliśmy wrócić do rozjazdu. Lisa już nie było przy drodze. Kawałek dalej stał robotnik podparty na łopacie i przyglądał się nam. Jak wszyscy robotnicy, interesował się wszystkim tylko nie robotą. Uśmiechnęłaś się do niego, ale on czujnie nie odpowiedział. Przyspieszyłem do setki.


Nad morze dojechaliśmy szczęśliwie. Przez pięć dni nie pobito nas, nie sponiewierano, nie poniżono inaczej; prawdę mówiąc nie widywaliśmy prawie nikogo poza serwisem i uprzejmymi sprzedawcami pamiątek. Szóstego dnia, wyposzczeni brakiem wrażeń spakowaliśmy rzeczy, uregulowaliśmy rachunek, szczęśliwie odnaleźliśmy auto na parkingu.


W drodze powrotnej zwolniłem we wiadomym miejscu. Lisa wciąż nie było, a robotnik dalej stał oparty na łopacie. Prawie pokłóciliśmy się o to, czy to ten sam robotnik; ja obstawałem przy tym, że to był on, ty twierdziłaś że zupełnie inny, bo ten się do ciebie odśmiechnął, a co jak co, ale zapamiętujesz twarze, które pogardzają twoim uśmiechem. Byłem już skłonny przyznać ci rację, ale się powstrzymałem, żebyś nie uznała tego za pójście na łatwiznę. Podtrzymywałem więc pozory sprzeczki. Wkrótce przestało być ważne kto miał rację.


Co to w ogóle znaczy mieć rację? Miałem ją tak często, że chętnie bym się jej pozbył, tak już mnie zmęczyło jej posiadanie.


Dojechaliśmy do domu w zdrowiu, z wielkiego orzecha wrony strącały już orzechy. Zielone kulki staczały się po stromiźnie dachu, by stukając w twarde łby bruku podjazdu rozprysnąć się na środek i skórkę.



Rysunek: Andrzej Bobrowski

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

Coś do poczytania




11 września 2017
Czerwone trzewiczki

(...) Na niczym się nie znam, nic nie potrafię, nie czytałem Murakamiego i nie prowadzę auta. Próbowałem grać w piłkę, aż wyśmiało mnie moje własne dziesięcioletnie dziecię. Poległem przy próbie ogolenia sobie brwi i omal nie połamałem sobie rąk podczas zmiany pościeli. Skarpetki pękają mi na stopach. Lecz mam czerwone buty stworzone dla tych stóp.


Ilość zmartwień i kłopotów, które ściągnąłem na swoją siwą głowę, doprawdy trudno zliczyć, zresztą o większości z tych spraw nawet nie godzi się pisać. Powiem więc tylko, że maszeruję pod krzyżem przeprowadzki i wielkiego remontu, premiery powieści, której oddałem dwa lata, oraz programu telewizyjnego, który wciąż robię wbrew znakom na niebie i ziemi. Wlokę się tak, przez ciernie i pył, przygięty przez to co powyższe. I dobrze, bo wciąż patrzę na swoje nowe buty, na czerwone buty przyprószone gruzem, na którym perli się pot.


Nie wiem, co przyniosą najbliższe miesiące i lata. Za miesiąc kończę czterdziestkę, co w najlepszym razie oznacza, że połowa życia już za mną. Więcej nie będzie. Zapewne nie będzie lepiej. Powieść może okazać się klęską, posypie się zdrowie, zrobię coś strasznego i bliscy odwrócą się ode mnie. Zostanie tylko stary przyjaciel, lęk. Będę gruby. Będę bezzębny. Będę martwy.


Ale mam przecież czerwone buty i idę, ach idę, idę w nich sobie do knajpy.

Całość, Klick!!!

Ilustracja: Sıedykh galery

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Jesienny odlot (opowiadanie)



Zaczęło padać już w nocy, a po śniadaniu wiatr przystąpił do zrywania liści z drzew. Ciskał nimi na wszystkie strony i przylepiał do szyby okna razem z drobinami, jakie udało mu się podebrać z ziemi. Świat przypominał brudną mokrą ścierkę. Oderwałem zmęczony wzrok od okna i przeniosłem go na lśniący, kuszący szlachetnością fortepian. Otworzyłem klapę i zacząłem improwizować po białych. Wolę je od czarnych, bo są przyjemniejsze w dotyku. W końcu znudziło mi się, więc zacząłem naciskać także czarne. Wybierałem różne kombinacje, ale fortepian miał bardzo dużo klawiszy i nieograniczona możliwość wyboru zadziałała nużąco; kiedy wszystko jest możliwe, nie chce się nic. Wziąłem parasol i poszedłem sprawdzić co będę robił w szopie. Okazało się, że w szopie nie miałem nic do roboty.


Wszedłem do domu i zapytałem co robisz. Powiedziałaś że rzeźbisz kamień. Rzeźba miała już jeden z typowych dla kamieni kształtów i wyglądała jak kamień. Zapytałem kiedy skończysz, powiedziałaś że przez cały czas próbujesz skończyć. Skąd właściwie się wie, kiedy obraz jest skończony, opowiadanie zamknięte, a rzeźba gotowa? Z kranu kapało od pewnego czasu i coraz mocniej, aż woda zaczęła ciurkiem spływać do wody. Zakręciłem kran, zaległa cisza. Spojrzałaś na mnie, podeszłaś do kranu, odkręciłaś, umyłaś ręce z gliny. Skończyłaś. Twoja rzeźba do złudzenia przypominała oryginalny kamień polny. Chwilę postaliśmy i nie musiałem nic mówić, bo czułaś mój zachwyt.


Niespodziewanie wyszło słońce, a właściwie zaatakowało, z całą mocą lata. Jakby wiedziało, że to już ostatni raz kiedy może pokowboić tego roku. Do obiadu, rozpalony do białości upał pożarł kałuże i zaczął masakrować roślinność. Rozważałem czy nie wziąć z parapetu kluczyków i nie pojechać do miasta po lody. Z kuchni dobiegła woń dochodzącego obiadu, więc postanowiłem odłożyć wyprawę.


Burza przyszła znienacka i równie nagle odeszła; po prostu zabrała swoje grzmoty, drące niebo błyskawice, hulaszcze trąby, bicze wodne, inne przybory do straszenia i poszła wygrażać gdzie indziej. Wyszliśmy przed sień. Powietrze wyczerpane huraganem zatrzymało się i stało w miejscu. Liście skąpane deszczem błyszczały wszystkimi tonami zieleni. Słońce uniosło nad ziemię woń przemoczonych roślin.


Pierwsza zdjęłaś buty, a potem boso popędziliśmy przez schłodzone łąki do utraty tchu. Koło jeziora, na kukurydzianym rżysku, żurawi konwent hałaśliwie i bez skrępowania ustalał czas i trasę odlotu. Ponad toń wyskoczyła ryba, coś zaszurało w trzcinach, zaśpiewał ptak. Chmara żółtych ślimaków rozkoszowała się mokrą trawą okalającą plażę. Deski pomostu, na których usiedliśmy były ciepłe i parowały wilgocią, nad gładkie lustro wody nieśmiało wznosiły się mleczne zakola mgły. W uszach brzęczała cisza. Ogarniała nas zewsząd. Świat stanął, myśli nie przychodziły do głowy.


Na przeciwnym brzegu rozległo się ujadanie psa. Trzy krowy wpędzone do wody przez szczekającego pastucha zamarły w niej zanurzone po szyje. Pies przywarował przy człowieku, który nadszedł za nim i zapalił papierosa w lufce. Krowy odczekały aż dopali, a potem wyszły z wody. Najpierw podniósł się pies, po nim za krowami ruszył człowiek. Wkrótce zniknęli w zaroślach za zakrętem ścieżki prowadzącej do osady. Zapytałaś, czy historia o nas będzie opowieścią utkaną z tak gęstej materii, że nikt nie będzie w stanie wcisnąć w nią nawet szpilki. Powiedziałem wymijająco, że życie nie polega na wytwarzaniu wspomnień; w każdym razie nie tylko na tym ono polega. Odezwał się też ptak, ale nie wiadomo czy w tej sprawie, rozgadały się inne. Wciąż świeciło słońce, więc tęcza dostrzeżona za plecami zaczynała już blednąć.


Gdzieś daleko, w słynnym świecie Mike Tyson rozpoczynał siódmy dzień odwyku. Wytrzymał cały tydzień, czy tylko oszukiwał tak, że nikt nie był w stanie poznać czy jest na bani? Ostatecznie, co za różnica, skoro to u niego nie do odróżnienia. Mówił o tym dużo, żeby uchronić się przed posądzeniem, że nie ma nic do powiedzenia. Ale czy jutro znów zdoła zostać newsem dnia jak dzisiaj, czy jak wszystkie dzisiejsze newsy trafi jutro do kosza? Dalej świeciło słońce. Rzucało cień wielkiej brzozy na sień, która widywała nas codziennie wychodzących i wchodzących. Teraz też wchodziliśmy przez nią do domu. Ja zajrzałem jeszcze do szopy, żeby wybrać na kolację sznur kurek spośród naszyjników rozmaitych grzybów schnących u powały. Zmarudziłem dłuższą chwilę.


Podałaś przysmaki z żółtek tartych z cukrem i zmielonymi pestkami dyni. Przysmaki z tartych żółtek były zjawiskowe. Powiedziałem coś ogólniejszej natury, o tym że muzułmańscy emigranci mają w innym miejscu ulokowane uczucia wyższe i dlatego nie podają ręki kobietom przy powitaniu. Ziewnęłaś, albo tylko zamarkowałaś ziewnięcie, mi odbiło się znienacka, jedwabiście i słodko. Uśmiechnęłaś się i też solidarnie odbiłaś słodko. Zegar wybił porę ze swojej skrzyni z drewna orzechowego.


W podcieniach arkad domu pająk przetarł pysk nogogłaszczkami i rozsiadł się w mocarnej sieci wypatrując ciem lgnących do wabiącej światłem lampki nocnej. Wstałaś, zgasiłaś ostanie światło w naszym pustkowiu i zaprowadziłaś mnie do sypialni. Pająk ma wiele oczu i podobno parę z nich widzi noktowizorowo. Z punktu widzenia ciem to zły prognostyk, ale kto tam wie jak jest naprawdę? W każdym razie, zapomnieliśmy o pająku już w sekundzie, kiedy nasze ciała zetknęły się z pościelą wydrukowaną motylami w kolorowe grochy.


Z kuchni dobiegało kapanie, a potem ciurkanie; woda spływała do wody. Wstałem, dokręciłem kran. Korale kurek przewiesiłem przez oparcie krzesła, żeby lepiej przeschły na jutro. Bo jutro znów będzie jutro; co ma nie być, skoro zawsze było? Jednak bez żurawi, bo będą już w innym miejscu, daleko stąd.




Grafika: Andrzej Bobrowski