11 grudnia 2018, wtorek

Malarze

Dariusz Łukaszewski

Barbara Hubert

Chyba najbardziej znana opinia przeciętnego Polaka o obrazie – to bystra krytyka, że przecież takie coś to ja w nocy i lewą ręką namalowałbym, i to nawet lepiej. Mówię tu o krytyce dotyczącej malarstwa współczesnego, bo nad historycznym są tylko zachwyty. Prawda jest taka, że nie tak łatwo jest malować, a namalować dobrze, to już w ogóle trudno.


Dariusz Łukaszewski: – Przeglądałem w internetowych serwisach różne malarstwa oraz najprzeróżniejsze efekty współczesnej aktywności, nazwijmy to, wizualnej, i w okolicach początku drugiej kawy i końca pierwszej paczki elemów, na lekkim już znużeniu, natknąłem się na Pani obrazy. I od razu mi się spodobały. To znaczy najpierw zdałem sobie sprawę, że są inne, w sposób wyrazisty i czytelny, a potem zwyczajnie mi się spodobały.

Barbara Hubert: – A co takiego pan w nich dostrzegł?

Są bardzo oszczędne w formie, a przy tym łapią nastrój chwili i miejsca, o którym opowiadają; zawierają atmosferę, która się udziela w taki sposób, że można sobie dorobić prywatny ciąg dalszy historii zamkniętej w kadrze. Więcej zapowiadają, niż na ich widać. Są kolorowe w sposób, jaki lubię: z jednej strony subtelne połączenie pasteli, a z drugiej – zdecydowane, brawurowe, prawie brutalne plamy. Wydaje mi się, że Pani je maluje pewną ręką, szast-prast, bez wątpliwości, które dla mnie zawsze są podejrzane – ta udręka artysty, często mylona z aktem/procesem twórczym, najczęściej zastępującym samo dzieło. No i umie Pani namalować pieska. Czy się mylę?

– To dobrze, że nie widać „udręki artysty”. Czasem się to zdarza, ale staram się wszelkie ślady owej „udręki” zatuszować. Prawda jest taka, że najlepsze obrazy wychodzą właśnie wtedy, gdy jest się w dobrej dyspozycji, tzn. jest się pewnym, co się chce namalować, jak się chce to przedstawić, ważne też jest, żeby być – tak to sobie nazywam – pod urokiem chwili , która zachwyciła; no, powiedzmy mniej górnolotnie – która sprawiła, że chce się namalować właśnie ten wycinek rzeczywistości, zatrzymany w danym momencie, z określoną kompozycją, światłem, ogólnie – klimatem. Ważne jest też, żeby cały „akt twórczy” zamykał się w stosunkowo niedługim czasie; obrazy malowane, powiedzmy, miesiącami w moim przypadku są dosyć mało udanymi realizacjami. Pewnie dlatego właśnie, że z czasem traci się kontakt, zamazuje w pamięci emocje, które sprawiły, że obraz ma powstać.

Oszczędna forma jest wynikiem eliminacji poszczególnych elementów, często kompozycja wyjściowa wygląda zupełnie inaczej niż końcowy efekt. Malując, pozostawiam tylko kluczowe elementy, na nich opieram całą kompozycję, one tworzą nastrój. Wszystko, co niepotrzebne, jest usuwane, po to, by to, co pozostanie, miało dosyć przestrzeni-powietrza dla siebie, żeby było bardziej wymowne. Może dlatego widz potrafi sobie dointerpretować dalszy ciąg historii; może są to ślady po tych wciąż istniejących, ale już niewidocznych postaciach, drzewach, zwierzętach, sytuacjach?

Lepiej mniej, ale lepiej?

– Ta eliminacja dzieje się jakoś tak, hm… automatycznie. Maluję i okazuje się, że już tylko jeden człowiek pozostał i tak samotnie się zrobiło. Ostatnio moja koleżanka, rzeźbiarka, oglądając moje obrazy, powiedziała, że wieje z nich halnym samotności i nie mogłaby mieć mojego obrazu na ścianie, bo czułaby się okropnie samotna, patrząc na niego.

Taka oszczędność wynika też z mojego „ideału obrazu”, jakim jest jedna dobrze postawiona plama, o określonej temperaturze; plama, z której można odczytać wszystkie emocje, jakie powodowały, że obraz powstał. Taki znak graficzny. Malarski znak. Minimum formy, maksimum przekazu.

No i tu dochodzimy do tego, jak pomysł na „obraz idealny” zaczął się formować. Od mojego psa jamnika – Jajo. Jajo przedstawiał (już, niestety, mówimy o nim w czasie przeszłym) formę bardzo spójną: cały czarny, bez zbędnych tonów, w formie zwartej, ewoluującej w kierunku kształtu idealnego – kuli, był bardzo dobrym modelem. Przedstawiałam go właśnie w takiej spójnej formie, na niezbyt rozmalowanym tle. Powstawały takie leniwe, czarne jamniki, takie oszczędne plamy, a potem z jamników oszczędność przelała się na resztę malowanego świata. Teraz, kiedy Jajo leniuchuje już na innym świecie, mogę sobie patrzeć na te „czarne znaczki”... i trochę mi smutno, że tak wszystko przemija. Jak Jajo.

Skąd Pani wie, że trzeba malować akurat to, a całą resztę rzeczywistości nie?

– To następuje – pewnie jak u większości malarzy czy innych twórców – poprzez tzw. impuls.

Co to jest impuls, w Pani wydaniu?

– Idę sobie na spacer, patrzę – pani z pieskiem w czerwonym płaszczu z żółtą reklamówką, obok Wisła, zielona trawa. Myślę, że to fajna kompozycja. Zestawienie pomarańczowego (jak się po wnikliwszym spojrzeniu okazuje) płaszcza z żółtą, tanią reklamówką, jest intrygujące. W moich obrazach staram się kojarzyć ze sobą takie właśnie mocne akcenty, czasem jest to trudne, bo trzeba unikać kolorystycznych zgrzytów, a jednocześnie zachować mocne kolory blisko siebie. Ktoś mi kiedyś powiedział, że „bolą go oczy, jak patrzy na moje obrazy” i pewnie niektórzy tak to odbierają – w zależności od osobistej wrażliwości. Ja jednak zawsze wyważam każdy ton. A ostatnie obrazy są z kolei bardziej stonowane i chyba już takich „zgrzytów kolorystycznych” nie będzie…

Kolor w ogóle jest dla mnie niesamowicie ważny – mogę malować jedynie przy świetle dziennym, w żadnym innym po prostu nie widzę koloru. Obrazy malowane przy żarówce okazują się rano kompletnie kulawe kolorystycznie i nie ma sensu tak malować.

Skąd Pani wie, że obraz już jest skończony?

– Z tym, czy obraz jest skończony czy nieskończony, są często problemy. Czasem się po prostu wie – już dziś koniec, bo potem się psuje. Ale są i takie obrazy, gdzie nie wiadomo, czy jeszcze, czy już. Wtedy daję je do „dojrzewalni”. Mam taką komórkę, pomieszczenie takie, gdzie zamykam obrazy „niezdecydowane”. One tam sobie przebywają jakiś czas, odpoczywają ode mnie, a ja od nich. Po jakimś czasie je wyciągam i wiem, co trzeba zmienić, albo właśnie stwierdzam, że nic nie trzeba, i koniec. Mam też „ścianę prawdy” – taką jedną ścianę w pracowni, gdzie pada specyficzne światło (bardzo krytyczne światło). Jeżeli obraz się tam obroni, czyli wygląda dobrze, to znaczy, że nie trzeba go już ruszać. Najczęściej stosuję oba warianty – komórka i ściana. Obrazy, które WIEM, ŻE SĄ SKOŃCZONE, zdarzają się nieczęsto.

Pani mistrzowie?

– Wielu, właściwie przekrój przez wszystkie epoki, wszyscy wielcy swoich czasów byli przez jakiś czas moimi mistrzami. Nie będę wymieniać, bo to długa lista. Czerpię z MISTRZÓW pełnymi garściami. Po to też są.

Obraziłaby się Pani, gdyby ktoś powiedział, że stylistycznie Barbara Hubert przypomina trochę Sasnala Wilhelma?

– Myśli pan, że jest się o co obrażać? Wolę stylistycznie przypominać Wilhelma niż na przykład Bakułę .Wilhelm to bardzo dobry malarz, niesamowicie pracowity, maluje bardzo różnie stylistycznie, być może w którymś miejscu się jakoś spotykamy; może wynika to z tego, że razem studiowaliśmy. Nie mam okazji oglądać obrazów Wilhelma zbyt często, więc nawet nie wiem, jak ON MALUJE teraz. Ostatnio widziałam jego wystawę w NY w 2002 roku. Jak weszłam do galerii, pomyślałam że to wystawa zbiorowa, takie tam różności były, ale nie – wszystko było Wilhelma, wszystko dobre i różne od siebie. Ale na pewno obraziłabym się, gdyby Pan powiedział, że stylistycznie przypominam Bakułę.

Doliczyłem się czternastu Pani wystaw indywidualnych (zbiorowych nie podejmowałem się liczyć), wśród nich PII Gallery (Filadelfia) i Art Miami (Miami). Czy ta Ameryka, w której wszyscy są obsesyjnie zajęci odchudzaniem, robieniem karier, gdzie do elity kwalifikuje się człowiek zdolny błysnąć wiedzą o tym, czy Madonna skręciła lewą czy prawą nóżkę przed tournée, gdzie kulturę zamieniono na rozrywkę i odwrotnie, słowem, czy ta Ameryka czeka na Barbarę Hubert, i czy się doczeka?

– Ech, żeby tak czekała!… Ameryka to moje niespełnione marzenie. Bywałam tam wielokrotnie i już, już zanosiło się na to, że tam zostanę, ale tzw. koleje losu rzuciły mnie z powrotem do Polski. Ameryka była dla mnie bardzo łaskawa, dlatego te pobyty wspominam bardzo dobrze, i pewnie dlatego trochę tęsknię, zwłaszcza do Nowego Jorku, który jest niezwykle różnorodny i ma cudowne tempo życia. Tak jak NY różnorodni są Amerykanie. Jedni nie wiedzą (naprawdę!) o istnieniu Polski, a inni pasjonują się historią sztuki, uczestniczą w cotygodniowych spotkaniach w MOMA i są „po europejsku” wyszkoleni kulturalnie. Oni zazwyczaj chodzą na wernisaże, kupują obrazy. Pierwsze moje obrazy „poszły” właśnie do takich „wyszkolonych” Amerykanów. Dwu przyjaciół zakupiło ¾ wystawy. Kiedy spotkaliśmy się za jakiś czas, opowiadali mi, jak to lubią siadać na łóżku i rozglądać się po sypialni, gdzie zawiesili wszystkie prace, i tak sobie – mówili – siedzą i kontemplują, i mają wspaniałe widoki.

Bardzo miło jest spotkać takich właśnie Amerykanów, którzy lubią sztukę, lubią moją sztukę, i kupują ¾ wystawy…

A do Ameryki chętnie wróciłabym, teraz to już tylko na jakiś czas, dla wystawy na przykład. Może wtedy okaże się, że ta Ameryka na mnie czeka?

Czy dla Pani sprzedaż obrazu jest aktem radosnym czy bolesnym? Łatwo jest się Pani rozstawać z tymi swoimi dzieciakami?

– No właśnie, sprzedaże – niesprzedaże. Na początku jest to akt bardzo bolesny. Szkoda mi obrazów, do których jestem szczególnie przywiązana, a tak się dzieje, że te sprzedają się najczęściej. Najgorzej było na początku – sprzedać pierwsze obrazy, to było naprawdę trudne. Może nie byłam wtedy na to gotowa? Pewnie to było dla mnie za wcześnie, te pierwsze sprzedaże. Teraz mówię sobie, że tak to jest, i maluje się też po to, żeby te prace zawisły u kogoś i czyjeś oko cieszyły. Zawsze okropnie się boję, że po zakupie moje obrazy są źle traktowanie, że leżą w piwnicy – mam taką obsesję. Dlatego lubię wiedzieć, kto kupił prace, mogę wtedy poprosić, żeby nie dawał obrazu do piwnicy. Ogólnie, szkoda mi okropnie sprzedawanych obrazów, najchętniej większość zostawiałabym u siebie (to nie kokieteria), ale wiadomo… Lubię, jak kupujący opowiada mi potem, że obraz wisi tu i tu, i wygląda tak i tak. Wtedy jestem spokojniejsza, wiem, że to nie ta piwnica. Często myślę o sprzedanych obrazach (mam takich kilku ulubieńców), chciałabym kiedyś odwiedzić te domy, w których wiszą. Straszną frajdę by mi to sprawiło!

Wiadomo, że bakcyle służą do połykania, łabędzie do rzucania chleba, zima w lesie do produkcji tropów, plaże do wciągania brzuchów, szkoły do chodzenia, książki do wydawania, kontynenty do zasiedlania… itd. A do czego służą obrazy?

– Hm… Podejrzewam, że do cieszenia oka. Do ozdabiania, umilania – poszerzania/zawężania widoku, dodawania/odejmowania sił, przypominania czegoś – albo właśnie, żeby nie pamiętać, snobowania się, lokowania kapitału. A w Polsce to głównie do kanapy i dywanu.

Do kanapy i dywanu?

– Mam taki jeden obraz w galerii już długi czas, który – jak się ostatnio wydało – byłby sprzedany już dawno, gdyby nie jego kolorystyka: zielono-mocno zielono-czarna. Ten czarny to jeszcze by „przeszedł”, ale podobno klienci wciąż pytali, czy nie ma TAKIEGO SAMEGO, tylko w innych odcieniach… Odcieniach brązów, oczywiście, takich bardziej pasujących do wnętrza, do ścian itd. Myślę, że na pewnym poziomie (artystów i odbiorców) to właśnie to, CZY obraz pasuje do reszty, jest najważniejsza sprawą. Obraz musi się podporządkować reszcie otoczenia, musi być odpowiednio stonowany, nasycony, nie może być zbyt odważny (w temacie i formie). Nie wystarczy, że się w jakiś sposób podoba przyszłemu właścicielowi, ale musi pasować do reszty. Nie wyróżniać się. Nie absorbować. Ma cicho wisieć na ścianie i delikatnie dodawać wnętrzu (i właścicielowi) uroku, ciepła i…

i być tłem budującym wizerunek posiadacza: nieprzeciętny, wrażliwy, może esteta, oryginał, może koneser? Czy to źle?

– Większość nabywanych obrazów służy temu, żeby było miło. I ładnie. I troszkę oryginalnie. Może to nic złego, ale to by redukowało myślenie twórcy „dlaczego?” do myślenia „dla kogo?” i…

i za ile? Anda Rottenberg twierdzi, że „w Polsce nie istnieje rynek sztuki, a obrazów nie kupuje się nawet do dekoracji mieszkań. Mamy dużo, nazwijmy to, przyzwoitego malarstwa, które fantastycznie sprawdzałoby się w mieszkaniach. Ludzie kupują lokale po 12 tysięcy za metr kwadratowy, ale takiej sumy za obraz nie chcą zapłacić”. Pani sporo sprzedaje, proszę powiedzieć, czy rzeczywiście „nie chcą zapłacić 12 tysięcy” za obraz?, a jeśli tak, to ile ludzie myślący o sobie wyjątkowo, odświętnie i nieprzeciętnie chcą płacić za „przyzwoite malarstwo”(trzymając się terminologii Andy Rottenberg)?

Oczywiście, zgadzam się z Panią Andą Rottenberg, że rynek sztuki u nas nie istnieje. Może mamy za małą tradycję w tym zakresie? Może mamy za mało galerii promujących młodych twórców (ci są dużo „tańsi” niż ich wielcy, uznani i znani poprzednicy, więc bardziej w zasięgu finansowym)? Może galerie są zbyt hermetyczne? Może trzeba stworzyć nową modę na posiadanie nie tylko reprodukcji w sterylnej oprawce rodem z Ikea, ale na posiadanie obrazu prawdziwego. Obrazu takiego, który i podoba się, i ozdabia, i cieszy, i pasuje. Potrzebna jest też moda na obrazy, pewien rodzaj snobowania się nimi. To dla polskiej młodej sztuki byłoby bardzo dobre. Dobra reklama sztuki mogłaby dużo zdziałać, mogłaby stworzyć taką właśnie modę. A czas ku temu jest dobry, bo na świecie polska sztuka ma bardzo dobrą opinię. W Polsce polska sztuka opinii nie ma, bo o sztuce się nie mówi. Tak dużo chcemy czerpać „ze świata”, czerpmy więc i takie zachowania. Że nie tylko „plazma”, zmywarka, duży samochód. To są nasze dobra luksusowe. Jak już te rzeczy będą w domach normą, może wtedy przyjdzie czas na kupowanie „czegoś nieprzydatnego”, ale w cenie. W cenie zmywarki lepszej klasy.

Gdy powstawała telewizja, wieszczono koniec radia, gdy powstał Internet, zapowiadano schyłek wszystkiego (i radia, i telewizji, i gazet). Teraz mamy taką powszechną, ściślej – masową – dostępność komputerów, na których każdy może sobie błyskawicznie złożyć z gotowców swój własny oryginalny obrazek, że właściwie należałoby się obawiać o losy prawdziwego, twórczego malarstwa. Po prostu ustanie na nie popyt, skoro ludzie mogą sobie sami namalować coś, co lubią, a jeszcze mogą się przy tym poczuć twórczo, w swoim, oczywiście, przekonaniu?

– I bardzo dobrze, niech sobie malują i składają, i tworzą. To na pewno bardziej uwrażliwia na sztukę. I daje możliwość przekonania się, że to jednak nie tak łatwo coś stworzyć. Chyba najbardziej znana opinia przeciętnego Polaka o obrazie – to bystra krytyka, że przecież takie coś to ja w nocy i lewą ręką namalowałbym, i to nawet lepiej. Mówię tu o krytyce dotyczącej malarstwa współczesnego, bo nad historycznym są tylko zachwyty. Prawda jest taka, że nie tak łatwo jest malować, a namalować dobrze to już w ogóle trudno. Myślę, że ludzie wciąż będą malować obrazy, bez względu na kolejne pojawiające się media. I będą tacy, którzy te obrazy będą chcieli mieć. Z drugiej strony artyści z zachodu często są zdziwieni, że coś takiego jak technika olejna jeszcze u nas funkcjonuje. Jak już malować, to akrylami, a najlepiej to robić performance albo video. I tu właśnie widzę siłę malarstwa (olejnego). Poprzez swoją anachroniczność może stać się czymś unikatowym, cennym i pożądanym. Może nawet bardziej niż zmywarka.


Dariusz Łukaszewski

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.