28 listopada 2020, sobota

Teatr i jego ludzie

Jacek Marciniak

Ewa Wycichowska



Przeczytajcie zapis rozmowy, jaką z Ewą Wycichowską przeprowadził Jacek Marciniak (radio Merkury). Publikowaliśmy ją już w trzecim wydaniu "Moreli i Grejpfrutów".

 


Jacek Marciniak: – W którym momencie artystycznej kariery zauważyła Pani, że stała się Pani synonimem tańca, a taniec synonimem Ewy Wycichowskiej?

Ewa Wycichowska: – Trudno mi powiedzieć, czy to są synonimy dla kogoś z zewnątrz, dla mnie to zawsze było złączone razem. I nie wyobrażam sobie, żebym mogła w życiu robić coś innego, niż zajmować się tańcem w różnych jego przejawach. Najtrudniejszą rolą jest ta ostatnia – bycie dyrektorem. Sprawowanie tej funkcji, która jest uciążliwa, która wymaga czasem powiedzenia „nie” i podejmowania decyzji dalekich od okoliczności twórczych, nie jest łatwe i jeśli to nadal taniec, to często wojenny, szczególnie tam, gdzie byt mojego Teatru staje się zagrożony.

Kiedy miałam cztery lata, po raz pierwszy powiedziałam: „będę tańczyć”, i to robię do teraz. Staram się, by nikt nie zagasił tego płomienia. Jeśli jest taka opinia, że moje nazwisko i Polski Teatr Tańca łączą się z tą dziedziną artystycznych działań, poszukiwań – i odwrotnie – to jestem bardzo szczęśliwą osobą.

Często używa Pani pojęcia „człowiek tańczący”.

„Człowiek tańczący” to jest ten, który traktuje taniec jako ruch mówiący o nim więcej niż słowa. Potencjał do bycia takim człowiekiem tak naprawdę tkwi w każdym z nas, ruch jest najbardziej podstawowym sposobem wyrażania, a taniec to prasztuka. Profesjonalista potrafi wyrażać się za pomocą instrumentu, którym dysponuje, czyli poprzez swoje ciało, perfekcyjnie.

 

Jerzy Stuhr śpiewał, że „każdy śpiewać może, trochę lepiej lub trochę gorzej”… Czy z tańcem jest podobnie?

Oczywiście, udowodniliśmy to na naszych warsztatach. Każdy może znaleźć swoją przestrzeń tańca, także osoby niepełnosprawne. Prowadzimy zajęcia dla niewidomych, są szkoły tańca dla niesłyszących. Człowiek posiada wewnętrzny rytm, nie musi naśladować, nie musi widzieć, by świetnie się wyrażać w ruchu. Te predyspozycje, ten „instrument” każdy posiada, bez względu na to, czym się zajmuje i jakim dysponuje warsztatem. Najtrudniejsze jest pokonanie wewnętrznego oporu i lęku przed oceną, jaką nam kodują systemy społeczne. Czekamy na widza wrażliwego, otwartego, nie szukającego matrycy interpretacyjnej, zadającego pytania. Dla odbioru teatru tańca jako gatunku taki widz jest najbardziej pożądany. I to jest właściwie jedyny warunek potrzebny do tego, aby odczuwać, zrozumieć. Czasami, kiedy aspekt intelektualny bywa problematyczny, najczęściej odpowiadam, że – jeśli ktoś widzi to, co widzi, to jest to, co widzi. Ważne jest, żeby w ogóle chciał zobaczyć, by przychodził na spektakl po to, by wynieść z niego jak najwięcej. A my musimy się starać, by dać jak najwięcej. We wszystkich przestrzeniach: estetycznej, emocjonalnej i intelektualnej. Świadomość w teatrze, świadomość w tańcu jest bardzo potrzebna – ja jej wymagam od artystów, ale również oczekuję od widzów.

 

Z jednej strony poszukuje Pani w dalszym ciągu nowego języka ruchowego, nowych form inscenizacji, z drugiej deklaruje kontynuowanie myśli programowej Conrada Drzewieckiego. Czy nie ma w tym sprzeczności?


Ja jestem wierna, trzymam się credo Conrada Drzewieckiego. A tym credo jest próba sprostania rzeczywistości, aktualnemu czasowi. I to jest to, co przejęliśmy od Drzewieckiego i co staramy się też przekazywać dalej w Atelier Polskiego Teatru Tańca – czyli najmłodszym choreografom, którzy chcą podjąć to ryzyko bycia właśnie twórcą, a nie tylko odtwórcą. Natomiast używanie różnych technik, języka i stylu choreografii zależy od wrażliwości, wykształcenia, ale również od tego, co „się spożywa”, czyli między innymi od repertuaru, którym karmimy własne ciała. Jest przecież pewna pamięć ciała, pamięć ruchu, i to się odzywa. Dlatego z Conrada Drzewieckiego, jeżeli chodzi o styl tańca, niewiele już zostało, jest niewielu tancerzy, którzy mieli do czynienia z jego choreografią. Natomiast przez Polski Teatr Tańca przewinęło się wiele choreograficznych osobowości – to właśnie oni stanowią te różne witaminy i współczesne myślenie ruchem i mają wpływ na to, co można obecnie nazwać stylem Polskiego Teatru Tańca. Aby zaistniał jednorodny styl zespołu, potrzeba na to – jak powiedział Osterwa – 10 lat. I rzeczywiście, pierwsze wyniki miałem po 10 latach pracy, nie tylko dyrektorskiej i choreograficznej, ale także pedagogicznej, robienia różnych warsztatów, w tym contakt improvisations ale również pozatanecznych, takich jak aikido, joga, tai-jitsu czy tai-chi. Wszystkie te zajęcia kształtują inne myślenie o ruchu, wpływają na sposób poruszania się. Współczesny taniec jest sztuką filozoficzną, a każdy ruch jest aktem myśli i właśnie ten akt wymaga używania takiego a nie innego idiomu, bo nie nazwałabym tego językiem.


Widziałem wiele spektakli Pani Teatru. Ale jeden z nich zapamiętałem szczególnie. To było w tym roku. Na rynku w Lesznie mieliście zagrać „Walkę karnawału z postem”. Z powodu pogody przedstawienie zostało przeniesione do hali „Trapez”. Przed rozpoczęciem spektaklu zaczęła Pani zapraszać widzów, by zeszli z widowni i weszli na parkiet, gdzie miał się właśnie odbyć. Ale na prośbę gospodarzy hali, każdy, kto chciał skorzystać z Pani zaproszenia, musiał zdjąć buty i wejść na parkiet w skarpetkach. To było coś niesamowitego. W wielu religiach przed wejściem do świątyni wierni muszą zdjąć obuwie.


Tak, rzeczywiście to wyglądało jak wejście do świątyni sztuki. To stało się czymś, co widzów, którzy ośmielili się wejść na parkiet bez butów, zbliżyło do tej artystycznej przestrzeni, co więcej, – oni stali się uczestnikami tego działania, tego – ja bym nawet powiedziała – aktu artystycznego. Ten kontakt z artystami mieli lepszy niż ci, co zostali na widowni, pozostali off. Mam nadzieję, że każdy, kto wtedy był razem z nami, dostał niesamowitą artystycznie nagrodę, prezent – bliskie, bezpośrednie spojrzenie artysty, tylko dla niego przeznaczone. Tak jakby tancerz był w komunii właśnie z odbiorcą.

To właśnie był rodzaj sacrum, świątyni, której próg przekroczyli pod pewnym warunkiem. A potem odbiorca przeszedł na drugą stronę, podążał za artystą, dokonywał wyborów, miał taką szansę. A przecież teraz najczęściej spożywamy już rzeczy gotowe, niewymagające wysiłku, surogaty podane w szybki sposób, fast foody również kulturowe – pseudoartystyczne. A to, co się stało w Lesznie, pozwoliło odbiorcom na wejście w samo sedno sztuki. Mogli zrozumieć po co człowiek zostaje artystą. Podobnie tę sytuację odebrali moi tancerze. To było takie wspólne nakarmienie się sztuką.



Z Ewą Wycichowską rozmawiał

Jacek Marciniak – Radio Merkury Poznań

 

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.