16 grudnia 2019, poniedziałek

Teatr rozmowy

Foks&Bereza

Henryk Bereza





Z Henrykiem Berezą o czytaniu i pisaniu rozmawia Darek Foks – warto poznać ten punkt widzenia.



Wybrany fragment rozmowy, którą w całości znajdziesz tutaj:
„Dodatek LITERAcki. Gdynia"

 

 



Darek Foks: - Czy odczuwasz jeszcze potrzebę

śledzenia tego, co dzieje się w naszej

literaturze najnowszej?

 

Henryk Bereza: - Odczuwam tę potrzebę

i bardziej niż kiedykolwiek zdaję sobie sprawę

z niemożliwości jej zaspokojenia.

 

Co jest powodem tej niemożliwości?

 

Jeszcze na początku i nawet w środku mojej

działalności krytycznej istniała możliwość

zapanowania nad całością twórczości literackiej

danego roku. Tak było w latach 60.

i może nawet na początku 70. Było to możliwe

do ogarnięcia. Dwukrotnie czy trzykrotnie

pisałem o całej prozie artystycznej

i literaturze faktu z danego roku do „Rocznika

Literackiego”. Byłem w stanie to zrobić.

Dzisiaj nawet w sensie bibliograficznym

nikt nie wie, ile książek się wydaje. Na moje

domysły, wydaje się najmniej tysiąc samych

tytułów poetyckich.

 

Ile w tym rejestrowaniu było obowiązku,

a ile przyjemności?

 

Przede wszystkim był obowiązek. Nawet

w tamtych czasach wymagało to tytanicznej

pracy, jeżeli robiło się to z poczuciem odpowiedzialności

i w miarę rzetelnie, jeżeli

się nie przeglądało, tylko czytało. W moich

teczkach, do których już od lat nie zaglądam,

bo do niczego nie jest mi to potrzebne,

są notatki o książkach, które później

uwzględniałem w tych moich rocznych

omówieniach. Streszczenia, zapiski, cytaty.

Wybierałem rozmaite rzeczy z zamysłami

perspektywicznymi – to miało stanowić mój

warsztat pracy. Te wysokie wymogi poznawcze

były później już nie do zrealizowania,

nie do spełnienia. Nikomu nie przychodziło

do głowy, że krytyk czuje się zobowiązany

znać na bieżąco całość produkcji wydawniczej

z danego zakresu.

 

Czytasz regularnie najważniejsze polskie

gazety i zamieszczane w nich recenzje książkowe.

Jak to wszystko dzisiaj wygląda?

 

W znacznej części recenzje – można to wykazać

w analizie – nie wynikają z solidnej

lektury całego tekstu. Wynikają z przejrzenia

tekstu i z tego, co się o książce mówi

na mieście. Pod tym względem recenzenci

są świetnie zorientowani i nawet kierują

się, można powiedzieć, instynktem poznawczym,

bo ci z nich, którzy są bardziej

doświadczeni, wiedzą doskonale, jak mają

o danym autorze i danej książce napisać dla

określonej redakcji.

 

Wynika z tego, że można przewidzieć treść

recenzji przed otwarciem gazety.

 

Czytam recenzje tylko dla sprawdzenia, czy

jest właśnie tak, jak to sformułowałeś.

 

Czy recenzja jest w stanie spełnić swoją

podstawową funkcję, czyli sprawić, że kupisz

opisywaną książkę?

 

Nie jestem naiwny. Wiem, na jakich podstawach

i dla jakich celów poznawczych te

teksty napisano.

 

Wszystkie?

 

Nie wszystkie. Na przykład Juliusz Kurkiewicz,

na którego zwróciłem uwagę jakiś

czas temu. On pisze z odpowiedzialnością

o pisarzach literatury europejskiej czy światowej.

Przed laty też starałem się być dobrze

zorientowany na przykład w literaturach

niemieckiego obszaru językowego. Było

to możliwe, bo wydawnictwa, dla których

pracowałem, otrzymywały dużo niemieckojęzycznej

literatury. Przez język niemiecki

docierały do mnie także dzieła skandynawskie

i orientalne. Niemcy w pewnych zakresach

mieli ambicję przekładania wszystkiego.

Posiadali coś w rodzaju magazynu

przekładów. Tłumaczono wszystko niejako

z obowiązku, a przekłady wykorzystywano

w zależności od potrzeby (na przykład na

okoliczność Nobla dla skandynawskiego

pisarza). Pewnie idealizuję, ale intencje były

mniej więcej takie.

 

Jednym słowem, Juliusz Kurkiewicz przypomina

Ci te dawne czasy.

 

Jeśli nawet nie zna wszystkiego, to posiada

źródłową informację o wszystkim, co autor,

o którym pisze, stworzył. Jest to imponujące.

A ponieważ najczęściej pisze o książkach

języka niemieckiego, jest to dla mnie jeszcze

jakoś sprawdzalne. Podobną znajomość

twórczości opisywanych autorów wyczuwam

też w recenzjach anglosaskich Jerzego

Jarniewicza lub teatralnych Jacka Wakara.

 

Wróćmy do medialnego szumu. Czytam

wiele interesujących książek, które nie

załapują się na omówienia w mediach masowego

rażenia. Denerwujesz się z tego

powodu?

 

Nie, nie denerwuję się. Odczuwam totalną

bezradność wobec tego stanu rzeczy. Nikt

tego nie naprawi. Ta gazetowa produkcja

krytyczna, poza chlubnymi wyjątkami, nie

ma nic wspólnego z krytyką. To tylko reklama,

działalność usługowa. Już się na to nie

oburzam. Nawet bardzo poważne gazety

mają działy książkowe, których zadaniem

nie jest propagowanie literatury wartościowej,

tylko propagowanie literatury, która

jest sterowana odgórnym wymysłem, w dzisiejszym

znaczeniu tego określenia. I nie

mam tutaj na myśli konkretnych osób. To po

prostu wisi w powietrzu. Z góry wiadomo,

jaki autor i jakie utwory będą wydarzeniami

medialnymi. To się po prostu wie. Istnieją

medialni autorzy, których nazwisk nie ma

potrzeby tutaj wymieniać. Wszyscy znają

medialną literaturę i medialnych autorów.

Taki autor jest recenzowany i od razu wszyscy

zainteresowani rynkiem książki wiedzą,

że to jest wydarzenie.

 

Nie ma od tego odwrotu?

 

Chyba nie ma. Wrogów zawsze miałem

w życiu sporo. Nie chcę ich mnożyć, więc

nie będę operował nazwiskami, ale jest lista

mniej więcej dwudziestu nazwisk pisarzy

obiegowych.

 

Tylu wystarczy?

 

W zupełności. Większa liczba nazwisk wymagałaby

większej orientacji redaktorów,

a to przecież jest dodatkowa praca.

 

Jesteś doświadczonym jurorem. Biorąc

pod uwagę całą tę przewidywalność, czy

miałbyś siłę jeszcze raz zasiąść w kapitule

ważnej nagrody literackiej?

 

Raczej bym się do czegoś takiego nie kwapił.

Nagrody to osobny temat. Tylko ktoś,

kto posiada rozbuchany talent narracyjny

w mowie, jak na przykład Kazimierz Kutz,

mógłby interesująco opowiedzieć o tym,

jak to bywa z sądami konkursowymi. Gdybym

zasiadł w kapitule, znowu czytałbym

nadmiernie uczciwie.

 

Oddajemy się rozważaniom o „kapitalistycznej”

funkcji książki. Czy książka

jest w stanie spełnić jeszcze inną funkcję?

Może społeczną?

 

Nie wiem, czy można nazwać taką funkcję

funkcją społeczną... W pewnym sensie

chyba jednak można. Są ludzie, którzy

potrzebują autentycznego kontaktu

z książkami. Są to ludzie czytający. Nie

mówię o maniakach czytania – ja pod

tym względem jestem osobą patologiczną

– ale o ludziach lubiących czytać. Ludzie

lubiący czytać chcą się orientować w tym,

co by mogli przeczytać. Nie sadzę jednak,

żeby w swoich wyborach kierowali się całą

tą otoczką medialną wokół literatury, bo

kiedyś mówiło się, że prasa kłamie, a teraz

można z czystym sumieniem stwierdzić, że

media kłamią. Wybory medialne niewiele

mają wspólnego z autentycznym czytelnictwem

literatury. Oczywiście, istnieje

zjawisko, które można nazwać kompromisem

medialnym: media poczuwają się do

pewnego obowiązku względem literatury.

Stopnie selekcji przy Nagrodzie Literackiej

NIKE zwracają uwagę na pewne szanse

i możliwości. Może ma to jakiś wpływ na

publiczną orientację.

 

Znam wielu, którzy dosyć głośno pojękują

po ogłoszeniu nominacji do najważniejszych

nagród. Pojękują i na domowy

użytek podmieniają tytuły na listach nominowanych.

 

Oczywiście, wielu czytelników tak reaguje.

Brak ulubionego autora na liście odczuwany

jest jako krzywda.

 

Ciebie też tak krzywdzą?

 

Od czasu do czasu mam okazję ogłaszać

swoje własne listy w mniej lub bardziej

poczytnej prasie przy okazji modnego

zwyczaju podsumowywania roku w literaturze.

Autorzy nagród nic z tego nie

mają, ale ja przynajmniej mam czyste sumienie.

Ogłaszam, powiedzmy, listę dziesięciu

książek prozatorskich i poetyckich,

z których większość jednak nie wzbudza

zainteresowania jurorów ważnych nagród

literackich. Na przykład wielokrotnie zgłaszałem

nazwisko Kazimierza Hoffmana.

Dla mnie to poeta rzędu największych.

Nigdy się nie zdarzyło, żeby to moje uznanie

spowodowało jakieś efekty czy choćby

zainteresowanie, poza tymi, którzy sami

z siebie wiedzieli, kim jest Kazimierz Hoffman.

Wacław Tkaczuk wie, kim jest Hoffman,

i w jego audycji poetyckiej w radiowej

Dwójce ten poeta dość często się pojawiał.

 

Jedno nazwisko już padło, więc nawiążę

do modnego zwyczaju podsumowywania

roku w literaturze i zapytam, co ostatnio

zwróciło Twoją uwagę.

 

Opowiedziałem się niedawno jako entuzjasta

poezji i prozy Bohdana Sławińskiego, autora

tomu wierszy Sztućce do glist i powieści

Królowa Tiramisu. Ostatnio z największymi

emocjami czytałem Zaburzenie Thomasa

Bernharda i Śmierć czeskiego psa Janusza

Rudnickiego.

Powieść Sławińskiego jest nominowana do

NIKE.

Tak się jakoś szczęśliwie złożyło.

 

Co sprawia, że zwracasz uwagę na autora?

Jakie warunki musi spełnić autor, żeby zauroczyć

Henryka Berezę?

 

To jest jednak jakaś tajemnica. Nie mam

jednej miary literackiej. Jestem w stanie

przyjąć każdą wartość niezależnie od źródła

i autora.

 

Czy ilość tych miar jest nieograniczona?

 

Tak. Miarę rozumiem nie tylko aksjologicznie,

ale uwzględniam estetykę z wielopostaciowością

piękna. Sprowadzając rzecz do

konkretów literackich: jeżeli już jestem urzeczony

jakimś nowym nazwiskiem, to jestem

bardzo ciekaw dalszego ciągu. Na przykład

otrzymałem przed laty od Bartłomieja Majzla

jego debiutancką książkę poetycką, którą

od razu mnie ujął, czemu dałem wyraz

w paru zdaniach w moich wypiskach i oczywiście

w liście do autora. I jest to trwałe,

chociaż trzeba się nieźle naczekać na każdą

kolejną książkę tego poety. Nie znam całej

twórczości Roberta Króla, ale dwie książki,

które czytałem, stały mi się szczególnie

bliskie. Jego Lidę i Pamięć podręczną mogę

czytać nawet codziennie, ponieważ są one

dla mnie niewyczerpalne w sensach, w tym,

co mogę obserwować w utworach, które

niby bardzo dobrze znam.

 

Czy wracasz do lektur sprzed lat?

 

Oczywiście.

 

(…)

 ciąg dalszy:
„Dodatek LITERAcki. Gdynia"


ilustracja: Tomasz Bohajedyn

 

 

 

 

 

Henryk Bereza

(ur. w 1926 r.), krytyk literacki. Absolwent polonistyki

Uniwersytetu Warszawskiego. Od

początku lat 50. ubiegłego wieku współpracuje

z „Twórczością”, w której kierował działem krytyki

(1966–1978), prozy (1978–1988) i był zastępcą

redaktora naczelnego (1980–2004). Prowadził

w „Twórczości” autorską rubrykę Czytane w maszynopisie

w latach 1977–2005. Był członkiem

jury Nagrody Literackiej NIKE w latach 2005-

2007 (dwukrotnie przewodniczącym). Autor

Sztuki czytania (1966), Doświadczenia (1967),

Prozaicznych początków (1971), Związków naturalnych

(1972, 1978), Prozy z importu (1979), Takiego

układu (1981), Biegu rzeczy (1982), Sposobu myślenia

(1989), Pryncypiów (1993), Obrotów (1996),

Oniriady (1997), Epistoł (1998), Miar (2003) i Wypisków

(2006). Mieszka w Warszawie.

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.