22 września 2019, niedziela

Czytelnia człowieka dla ludzi

Dariusz Łukaszewski

Jadwiga Staniszkis

„Ja. Próba rekonstrukcji”, Jadwiga Staniszkis, Pruszyński i S-ka, Warszawa 2008.

253 strony, na których kilka zdjęć i dużo myśli mądrych, wartych poznania lub przypomnienia. Są i słabsze miejsca, dzięki którym łatwiej odróżnić/wyłapać te najlepsze, naprawdę dobre.

 



Str. 17.

(...) Wspomniałam Iredyńskiego: nazywał mnie kauczukową piłką, która po odkształceniu zawsze wraca do pierwotnego kształtu. Ale to tylko pozór - kształt na zewnątrz ten sam, ale - aby go utrzymać - cała konstrukcja wewnątrz musiała ulec zmianie. Najciekawsze dla mnie jest to, że za każdym razem taka zmiana angażowała wszystkie wspomniane wyżej wymiary (filary) i zachodziła niemalże automatycznie. Zmieniło się wszystko, aby pozostało - co? Właśnie - co? Potencjał energetyczny? Możliwość spojrzenia na siebie w lustrze bez zażenowania? Wiara, że zawsze potrafię się odbić od dna, choćby znajdując na owym dnie pozytywy? Tu podobna jestem do jednej ze swoich wnuczek, która już jako mała dziewczynka po przewróceniu się nie płakała, ale zaczynała się bawić, leżąc. Ta umiejętność nietraktowania chwilowej przegranej jako totalnej klęski - a wręcz przyjmowania jej jako pożytecznej „lekcji” czy pozycji pozwalającej na nowy punkt widzenia - dziś pozwala Zuzi wygrywać w skali kraju ze swoimi rówieśniczkami na nartach. Jednakowo obojętnie znosi bowiem i wygraną, i przegraną, i nie spalają jej ambicje.

(…)

 

 

 

Str. 29/30.

(…) Po trzecie, tak zwana lista Wildsteina z początku 2007 roku i szok nagłej konfrontacji z czasem przeszłym niedokonanym. Nie byłam agentem (wielokrotnie odmawiałam podpisania czegokolwiek, na przykład przy okazji starań paszportowych), ale ktoś, wpisując mnie na tę listę - prawdopodobnie jako „kandydata” - być może dostrzegł we mnie jakąś rysę, której - szczęśliwie - z jakichś powodów nie drążono dalej. To na tym właśnie polegały ubeckie metody: żerować na słabości i/lub chorych ambicjach (w moim wypadku to ostatnie nie wchodziło w grę) . Nie wiedziałam o tym, co nie zmniejsza dzisiejszego upokarzającego poczucia winy za niedokonane. Choć - według kogoś (to właśnie był ów szok) - możliwe. I ten potencjał zdrady - gdy ja sama miałam się za osobę przyzwoitą, choć może nie bohaterską (w śledztwie w '68 powiedziałam bezmyślnie, przyznając się, że pewien tekst napisałam w domu mojej mamy - ten moment wrócił do mnie w nagłym przypomnieniu po opublikowaniu listy). Może to była ta rysa - chwila nieuwagi - jak fatalny skok Lorda Jima - spowodowana, jak się pocieszałam potem, nietraktowaniem śledczego jako wroga: chciałam tylko wytłumaczyć - gdyby to była wojna, może bym milczała. Więc kiedy analizowałam krok po kroku swoje życie, próbując zrozumieć, dlaczego czuję się winna, choć nie zrobiłam tego, co lista sugerowała, to przychodziło mi do głowy tylko takie wyjaśnienie: czuję się winna, bo ktoś pomyślał, że potrafiłabym zdradzić, i - karzę się w ten sposób za coś, co nigdy nie zafunkcjonowało publicznie i nie miało żadnych konsekwencji (nawet mama nigdy się nie dowiedziała), a co, nagle przypomniane, powodowało, że nie broniłam się przed niesprawiedliwymi pomówieniami, bo sama chciałam się ukarać. Lista zmusiła mnie do powrotu do przeszłości, powrotu podwójnie trudnego przy mojej konstrukcji psychicznej, ułatwiającej - jak pokazywałam - zapominanie dawnej mnie. Po liście już na zawsze pozostał we mnie osad smutku i poczucie upokorzenia. Upokorzenia, którego - paradoksalnie - nie czułam w latach komunizmu - bo nie wiedziałam, że ktoś dostrzegł we mnie potencjał zdrady - a które czuję dopiero dziś. I jest to upokorzenie podwójne. Muszę spojrzeć na siebie ich oczami i wczuć się w ich sposób myślenia, i zrozumieć, co uznali we mnie za ową rysę? A potem - dlaczego jej jednak nie drążyli (oprócz nacisków i moich odmów) - przy procedurze paszportowej? W moim „wiecznym teraz” ten epizod, zmuszający do spojrzenia na siebie cudzymi, nieżyczliwymi oczami, stał się bowiem jedynym ostrym obrazem przeszłości. Jest tylko ta wina za niedokonane (bo rysa, która owo niedokonane w oczach ubeków uprawdopodobniała, była jednak prawdziwa) i wysiłek wymyślania wciąż nowych „sznurków”, żeby - po tym szoku konfrontacji z obrazem siebie w oczach ubecji - przeciągnąć się przez kolejne dni.

                                                               x x x

 

 

Str. 32 - 34

(…) To był osiłek kruszący łomem beton na moim podjeździe, żeby przygotować teren pod kładzenie kostki. Spytał, czy jestem nauczycielką. Powiedziałam, że w pewnym sensie tak. Wtedy zaczął opowiadać, że ciągle ktoś próbuje mu narzucić robienie czegoś bez podania racji. W myśli powiedziałam sobie: na tym właśnie polega fenomen władzy; gdy obie strony egzekwują bezosobowe, wiążące ich i znane powszechnie reguły, to jest to - bezbolesne - zarządzanie; zaś władza boli, bo ktoś kogoś łamie, wymuszając posłuszeństwo w sposób arbitralny; i nie zawsze chodzi o interes; najgorsze, najbardziej niszczące jest wymaganie czegoś pozbawionego sensu. A on ciągnął dalej: „Nie protestuję wtedy i nie buntuję się, bo mógłbym zrobić komuś krzywdę, ale przestaję wtedy siebie szanować”. Pomyślałam: i wtedy koło zamyka się, bo to właśnie jego siła (i zdolność samoograniczania się) kusi innych, żeby go prowokować. A on kontynuował: „Mam złe myśli (...)” (zaczęłam się trochę bać), i spytał, co to jest Sąd Ostateczny. Surowo stwierdziłam, że sąd ostateczny odbywamy codziennie nad samymi sobą i wycofałam się do domu, zamykając drzwi na zasuwę.

 

Czemu tak dobrze pamiętam te epizody? Dlaczego moja konstrukcja psychiczna i intelektualna powoduje tak charakterystyczne dla mnie gubienie poczucia proporcji, gdy na pierwszy plan zapamiętanego obrazu wysuwa się szczegół, a znika, oczywisty dla innych, symboliczny, „intersubiektywny” sens danej sytuacji? Na przykład, moja ocena niezbyt udanej, jak myślę, prezydentury Lecha Kaczyńskiego uległa złagodzeniu po zaobserwowaniu drobnego epizodu w czasie defilady wojskowej 15 sierpnia 2007 roku. Prezydent wręczał sztandar i, żegnając się, wyciągnął rękę do odbierającego ów sztandar oficera. Ten zasalutował i odszedł, nie podając swojej. Wychwycony przez kamerę uśmiech zakłopotania na twarzy prezydenta, ale gdy podszedł kolejny żołnierz, ponowna próba uścisku ręki i ponowne ryzyko (choćby dlatego, że protokół przewiduje tylko salutowanie) zawiśnięcia ręki w próżni, które mogłoby być, w potocznym odbiorze, zinterpretowane jako brak szacunku. Inny może by owego ryzyka nie podjął, a Lech Kaczyński - tak. I ten epizod - odwaga w drobiazgach, na poły mechaniczna, instynktowna - zaimponowała mi. Takiej właśnie instynktownej odwagi zabrakło wielokrotnie już tu wspominanemu Lordowi Jimowi z powieści Conrada. Instynkt podpowiedział mu, żeby ratował siebie, skoczył do szalupy, i - mimo że rozbitkowie w końcu ocaleli - czuł się winny przez resztę życia i przez resztę życia uciekał przed, nierzadko wyimaginowanymi, oskarżeniami. W życiu często liczą się nie napuszone słowa, ale właśnie taka instynktowna odwaga (lub - odwrotnie - jej brak), pojawiająca się właśnie wtedy, gdy człowiek jest zaskoczony, nie ma się na baczności moralnie i estetycznie.

(…)


 "Ja. Próba rekonstrukcji", Jadwiga Staniszis

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.