21 października 2019, poniedziałek

Teatr i jego ludzie

Karina Piwowarska

Ono (4)

Wszystko staje się uproszczone i sprowadza się właśnie, tylko i aż, do Miłości. Podczas gdy rzeczywistość wydziwia i kombinuje. Niestety, nie wiadomo dlaczego-zawsze-tak-jest, nie trwa to zbyt długo – tak jak rozbłysk. Rozpada się to zjawisko wbrew swojej potędze, wartości, znaczeniu, budulcowi. Czym zawinili bohaterowie, gdzie błąd, co poszło nie tak, w którym miejscu i kto podjął niewłaściwe kroki? Może nie da się połączyć rzeczywistości i Miłości w całość, może to dwie sprawy nieprzystające, albo wrogie?


W środku wszechświata, w środku Ziemi, w środku Polski, czyli w Warszawie, na wysuniętej najbardziej do przodu krawędzi czasu – niby galion na statku, machając nogami, siedzi przed telewizorem zgarbione, znudzone, zrezygnowane, rozczarowane, Ono; tym, że wszystko, co już było, to było, a to, co będzie, to jeszcze tego nie widać, nawet przez lornetkę. W ręce trzyma pilota i usiłuje ponaglić wydarzenia, tak aby rozpędzić siebie i swój statek-czas i zderzyć się wreszcie z górą lodową, z upragnionym, wymarzonym celem i istotą swego życia, nawet jeśli ma to być katastrofa. Smaga czas przy pomocy pilota o mocy 1,5 V; przegląda kilkadziesiąt kanałów w poszukiwaniu czegoś wystarczająco wzniosłego, albo przynajmniej jakiejś podpowiedzi, jakiegoś kierunku, z nadzieją na nową wyspę skarbów, no i dla zabicia czasu. Sieczka i zgiełk dostępnych obrazków tworzą mozaikę, na podstawie której można wyrobić sobie prędko pełny obraz świata: jaki był, jaki jest i jak może się zakończyć. Nieroztropnie rozgadany jak wieża Babel. Nagle, o dziwo, zapada cisza, i Ono wyławia złotą rybkę – dziwne zdania, brzmiące tak:

Widziałem najlepsze umysły mego pokolenia zniszczone szaleństwem, głodujące histeryczne nagie. Cóż za sfinks z cementu i aluminium rozłupał ich czaszki i pożarł ich mózgi i imaginację? ()

Po zatrzymaniu i cofnięciu kilku rozpędzonych, wrzaskliwych kanałów, co się za bardzo pośpiesznie wcisnęły, widać brodatego, charyzmatycznego faceta w okularach cynglach, który wygłasza z pompą, wobec licznych wielbicieli, jakiś niekończący się wiersz pod wpływem LSD:



Ciężarem świata

jest miłość

Pod brzemieniem

samotności,

pod brzemieniem

niezadowolenia

Ciężarem

ciężarem który niesiemy

jest miłość.

Kto zaprzeczy?

W snach

dotyka

ciała,

w myśli

tworzy

cud,

w wyobraźni

sprawia ból

dopóki zrodzona

w człowieku-

spogląda z serca

płonąc czystością

bo brzemieniem życia

jest miłość,

lecz my niesiemy ciężar

zmęczenie,

i musimy odpocząć

w objęciach miłości

co począć

musimy odpocząć w objęciach

miłości.

Nie ma odpoczynku

bez miłości

nie ma spania

bez snów

o miłości-

bądź szalony lub chłodny

ogarnięty obsesją aniołów

lub maszyn,

ostatecznym życzeniem

jest miłość

-nie może być gorzka,

nie może zaprzeczyć,

nie może wstrzymać

jeśli zaprzeczona:

ciężar jest zbyt wielki

(…)



A wszystko to jest na „czarno na białym” nagraniu, i dziwne jest, że wiedział to już przed sześćdziesięciu laty ktoś w kraju hamburgerów, popcornu i operacji plastycznych. Gdzie ta wiedza się rozeszła?

Zanim Ono chwyci się nowych, jeszcze nie ma pomysłu jakich, sposobów dowiedzenia się choćby części czegoś, co wiedział najwyraźniej facet w okularach, chwyta się starych, sprawdzonych, czyli dających jakieś-takie-ale-zawsze efekty, i idzie po rozum do teatru w pałacu kultury, czyli do jedynego rzucającego się w oczy w tym mieście budynku.

Idzie na Lulu na moście, bo był też taki film owiany sławą, który Ono przegapiło, lub o którym zapomniało, tak jak zapomina się o większości epizodów podczas monotonnej podróży, od lat w to samo bądź podobne miejsce – teraz, więc przynajmniej dowie się czegoś ze sceny. Może teatr coś wyjaśni?

Z tego, co dojrzało, czego nie dosłyszało, nie zrozumiało, przespało, co jednak było jakieś obiecujące i tajemnicze, Ono wyciąga jedyny rozsądny wniosek – należy dooglądać to w filmie. Film wszystko wyjaśni.

Film komplikuje wszystko jeszcze bardziej. Bohaterami są Celia i Izzy – młoda aktorka, której udaje się dostać rolę Lulu, i jazzman – saksofonista, który natychmiast po długo wyczekiwanym sukcesie zostaje postrzelony w płuco. Z chwili na chwilę, z bezsensu, z chaosu, z dwu dość marnych, bezsensownych życiorysów Izzy’ego i Celii, balansujących na skraju niepowodzenia – przypadek, zbieg okoliczności, cud, Bóg, niespodziewana góra lodowa – stwarza, splata, spaja Miłość. To jest jedyne jasne, czyste, zrozumiałe zdarzenie – prosta kanwa, na tle wątków, nieprawdopodobnych wydarzeń, życiowych podstępów, pomysłów, zakrętasów, pętli fabularnych, zabiegów teatralnych i scenariuszowych, montażowych i reżyserskich chwytów. To zadziwiające – zawsze Miłość przedstawiana jest jako coś nadzwyczajnego na szarym tle rzeczywistości. Tu odwrotnie – to jedyna opoka dla pogubionych nóg i zdezorientowanej głowy, i widzów, i bohaterów, jedyne, czego można się chwycić, jedyna sprawa i prosta, i cenna, jedyny moment wytchnienia, coś prawomocnego, naturalnego, wartego. Jest jak błysk, który na moment rozświetla świat w taki sposób, że wszystko zyskuje głębię, sens, dodatkowe wymiary, nowy kształt. Wszystko staje się uproszczone i sprowadza się właśnie, tylko i aż, do Miłości. Podczas gdy rzeczywistość wydziwia i kombinuje. Niestety, nie wiadomo dlaczego-zawsze-tak-jest, nie trwa to zbyt długo – tak jak rozbłysk. Rozpada się to zjawisko wbrew swojej potędze, wartości, znaczeniu, budulcowi.

Czym zawinili bohaterowie, gdzie błąd, co poszło nie tak, w którym miejscu i kto podjął niewłaściwe kroki? Może nie da się połączyć rzeczywistości i Miłości w całość, może to dwie sprawy nieprzystające, albo wrogie? Albo jest odwrotnie, niż się myśli: rzeczywistość to nic nieznacząca powłoka, zastygnięta w dziwne kształty powierzchnia lawy, kamuflaż dla lepszego, stałego porządku wewnętrznego, gorącego jądra. Może wszystko, co wydarza się między startem a metą, jest kompletnie bez znaczenia, jak przypadkowa improwizacja, wszystko jedno, w którą stronę potoczą się wydarzenia, czy będą okrutne, czy tylko nudne, czy nieprzewidywalne jak jazzowy koncert, niespodziewane jak strzał. Biorący udział (?)w tych wydarzeniach ludzie tylko na pozór kombinują, plączą, szkodzą, zagrażają, coś usiłują przeprzeć, wdrożyć jakiś pomysł – to jest tylko ich niewdzięczna rola, która tak naprawdę służy wewnętrznemu porządkowi, który tylko czasem, momentalnie, przez szczelinę, zdradza swoją trwałą obecność w postaci owych rozbłysków.

Może jeszcze raz przeczołgać się przez jeden z niekończących się wierszy Allena Ginsberga. Może wiersz wszystko wyjaśni?


Karina Piwowarska

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.