14 sierpnia 2018, wtorek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Wiktor Jerofiejew

Papuga

Na zapytanie wasze, wielce szanowny Spirydonie Jermołajewiczu, jaki też los spotkał waszego syna Jermołaja Spirydonowicza Spyrkina, który wbrew naturze nakłonił był martwego ptaka do lotu, odpowiem nie tak znów od razu. A dlaczego? Ano dlatego, mój ty najszanowniejszy, żem nieco skonfudowany. Bo zaś serce mi się rozrywa na kawałki, kiedy tak sobie czytam waszą uniżoną prośbę, nasmarowaną krwią ojcowskiej troski.

Och, zaniepokoiliście mnie, Spirydonie Jermołajewiczu, och, zburzyliście mój spokój! I w takim smutku żeście mnie pogrążyli, że język ludzki nie wypowie i tylko wyć cięgiem się chce. Ale pretensji nijakiej przecież do was nie żywię. Rozumie serce moje ojcowskie pragnienie, żeby uchronić syna waszego, Jermołaja Spirydonowicza, przed sprawiedliwą karą, kiedy tak prawicie, że syn wasz, jak to mówią, od małego miał pociąg do wszelakiego stworzenia, co to potrafi latać. I słusznie prawicie. Powiem nawet więcej. Bo każde dziecko ma słabość do ptaka i łowi go w gajach i w lesie, i w polu, i w ogrodzie, łowi w sidła albo kupuje za miedziaka na ptasim rynku, a to po to, żeby zamknąć ptaka w klatce, specjalnie, jeśli ptak jest śpiewający. Prawo nie dopatruje się w tym niczego zdrożnego i pobłaża onym w ich niewinnych igraszkach. Tak to już jest, ale igraszki igraszkami, a światowa kultura wedle mego skromnego rozumienia operuje, najszanowniejszy ty mój Spirydonie Jermołajewiczu, symbolami, albo też znakami, które objaśnić potrafią jeno uczeni mężowie. Z dawien dawna, na ten przykład, jest u nas moda, na wróżbę z wnętrzności podniebnych ptaków. A z drugiej strony, jeżeli żywy ptaszek wleci do waszej komnaty, choćby byle szczygieł, czy aby na pewno będziecie, Spirydonie Jermołajewiczu, kontenci? O nie, nie będziecie kontenci! A dlaczego? Ano dlatego, odpowiadam, że dopatrzycie się w tym złego znaku. Mogę tu długo mnożyć przykłady ludzkiej ciemnoty, ale do czego zmierzam – ano, do wniosku, który się jakoś tyczy synka waszego, Jermołaja Spirydonowicza: ptak jest to stworzenie, co trwoży naszą duszę, ptak jest to stwór tajemniczy, co nigdy człowiekowi nie ulegnie, a zatem z ptakiem, zapamiętajcie sobie, lepiej nie żartować. Tymczasem co czyni wasz synek? Kpiny sobie urządza! Jermołaj Spirydonowicz kpi jawnie ze zdechłej papugi, ptaka nader już podejrzanego. Papuga to czysty symbol, i diabeł skręci kark, zanim dojdzie , o co też w nim chodzi, bo zaś cała światowa kultura od zarania dziejów cięgiem gada o papudze, papugę czci i poważa. Nadto papuga jest to ptak zamorski. Wy zaś, Spirydonie Jermołajewiczu, tak lekkomyślnie, że aż to do was niepodobne, gryzmolicie nam pismo, że niby zabawa synka nosiła charakter całkiem już niewinny. Że niby o co ten raban! Wziął, piszecie, syn mój, Jermołaj Spirydonowicz, zmarłą na amen papugę, zwaną mianowicie Siemionem, wlazł na dach domu, prywatnej wasze własności, na ulicy Lebiażej, i nuże w górę podrzuca, jak ten głupi Iwan, w nadziei, że martwe stworzenie powrócone w swój powietrzny żywioł, złapie drugi oddech, zaskrzeczy i skrzydłem zamacha, czyli jakoby z martwych się obudzi. Jak wnoszę z waszych nieopatrznych słów, winić tu można Jermołaja Spirydynowicza prędzej za brak rozumu, niźli za zły zamiar, prędzej za zbytek chorej fantazji, słabe nerwy oraz drgawki ciała, niźli za chytry plan albo i intrygę. Was też naturalnie oburza rzeczony postępek, przysięgacie nam zatem solidnie oćwiczyć synka batogiem. Wiadomo: miłość ojcowska! Powtórzę dla jasności: żadnego żalu o syna żywić do was, Spirydonie Jermołajewiczu, nie myślimy. Jesteście człowiekiem szacownym i takim też w naszych oczach pozostajecie na dzień dzisiejszy. Jednak bądźcie łaskawi zrozumieć i nasz punkt widzenia, nas – wieloletnich pokornych sług ojczyzny, i postawcie się na moim, na ten przykład, miejscu. Bo co, jeśli takie próby zaczną się u nas mnożyć? A gdyby to zamorskie gówno naprawdę poleciało? Wasz syn zapewniał nas, że i tak parę razy machnęło parszywym skrzydełkiem, czyli że przedsiębrało próbę zmartwychwstania. A gdyby tak ku naszej pełnej detonacji, wzięło, i całkiem sobie zmartwychwstało? Jakimiż to terminami objaśnilibyśmy podobną perfidię naszym ufnym i prostolinijnym rodakom? - Strach pomyśleć.
ŁADNIE BYŚMY WYGLĄDALI!
Ha! I zresztą co tu gadać! Kondycji synek wasz, Spirydonie Jermołajewiczu, okazał się wątłej, rzekłbym nawet: mizernej. Co nas zaciekawiło. W kogo też on się wdał? No, kochaneczku, zagadnąłem Jermołaja Spirydonowicza, kiedym go już obejrzał, teraz mi opowiedz: po coś wykopał ptaka z miejsca jego pochówku, inaczej rzecz ujmując, z dołu na śmietniku? Po jaką cholerę, pytam, żeś go ekshumował? Odpowiadał pokrętnie, acz spiesznie i skrupulatnie, i rączką wypielęgnowaną machał wte i wewte, żeby sytuację nakreślić jak należy. Oj, nie spodobały nam się podobne maniery. Patrzę: ha, mało, że kondycja, ale i wychowanie coś jakby nie nasze, całkiem już niestosowny zbytek uprzejmości. Musi, zżydłaczył ci się synek, drogi mój Spirydonie Jermołajewiczu. Klarował i klarował, rączką wymachiwał, po prostu sama słodycz. Ale nie z nami ta gadka, nam tu cyrku nie trzeba! A jat tylko siedzę i sobie konotuję: coś nam chłopak wyrodził! Gada i gada, a sensu żadnego... Opowiedz no, mówię, wszyściutko od początku, i nie dawaj przepraszać, jakby mi to przepraszanie było na coś potrzebne, jakby mi tylko tego do szczęścia brakowało! Ale nic, siedzę cicho. I tylko pytam: czyli Jermołaju Spirydonowiczu, chcieliście wskrzesić ptaka, a nam tu z pewnego źródła doniesiono, że ptak był już zdrowo stoczony robactwem, umknęło to waszej uwadze? Białe robaki, glisty, jak wasze paluszki? Oblepiły ptaka i ucztę urządziły z mrówkami pospołu... i jak taki ptak śmiałby jeszcze zmartwychwstać? Nie brzydziliście się czasem brać takie ścierwo w te śliczniutkie rączki? A ten głowę opuścił i mówi: a ptak Feniks? Widzę, kochany mój Spirydonie Jermołajewiczu, że rozumu już się twój synek nabawił, jak stary. Patrzcie go tylko, ptak Feniks! Co za ptak feniks, pytam, skąd wzięliście te dane? A to był taki, mówi, czerwonopióry orzeł, co latał z Arabii do starodawnego Egiptu, i tam żywcem spalał się w ogniu, jak tylko skończył pięćset lat, a potem znowu odradzał się z popiołów młody i całkiem zdrowy, czyli robactwo nie jest tu przeszkodą... Słyszę, że bystry chłopak, sprytnie się wywija. I jaki morał mamy wyciągnąć z bajki o czerwonym orle? Do jakiego to ciąg dalszy pytania, żeś się doprowadził, że wierzysz w takie bisurmańskie brednie? I znów odpowiada chytrze: że niby w każdej bajce kryje się ziarno prawdy. Dość, mówię nie kręć mi tutaj, nie wypieraj się, nie łżyj, bo ci zaraz, mówię, urządzę lepszą bajkę! Wszystko mi po kolei wyśpiewasz, łajdaku! A ten w krzyk: przecież prawdę mówię, czystą prawdę! - i znowu rączką, i rączką! Dobrze, powiadam, spokojnie, po co komu te wrzaski, mów dalej, posłuchamy. A wiesz ty, na kogo wrzeszczysz? Na kogo głoś podnosisz?! Ojcem twoim mógłbym być, Jermołaju, a tyś na mnie pysk rozdarł! A ten nic. Ani piśnie. Stoi cały czerwony. Mógłbym być twoim ojcem, pytam, czy nie mógłbym? Czemu nie, odpowiada. Przecież ja do was z ufnością, jak do ojca rodzonego. Patrzcie go, myślę sobie, już mu zacząłem robić za ojca rodzonego...Patrzcie go, myślę sobie, już mu zacząłem obić za ojca rodzonego, już się łasi jak baba... Musi chytra sztuka. I pytam: a ta twoja turkusowa papużka, Siemion znaczy, co symbolizuje? Bo w światowej kulturze każde byle co, mój ty kochany Spirydonie Jermołajewiczu, coś symbolizuje, symbol na symbolu i symbolem pogania, a papużka to jak już amen w pacierzu. A synek waz w odpowiedzi zaczyna o jakiejś łzie dziecka, opowiada skądinąd znaną nam już historię, jak to zdechła papuga zwana Siemionem w domu bojarskiego medyka Agafona Jelistratowicza, waszego sąsiada z Lebiażej, i jak to na pocieszenie tenże kupił nowego zamorskiego ptaka dwójce swoich dziatek: pięcioletniej Tatianie Agafonowie i trzyletniemu brzdącowi Ezdrze Agafonowiczowi, kupił jak należy, na ptasim rynku, od holenderskiego kupca Van Zaama, po naszemu Timofieja Ignatiewicza. Kupiec, Timofiej Ignatowicz jest człowiekiem spokojnym i niczym się nie wyróżnia, poza blizną na swoim holenderskim nosie, której to blizny dorobił się już na naszych włościach, w wyniku, mianowicie drobnej sprzeczki z małżonką. Wtajemniczam was, Spirydonie Jermołajewiczu, w te wszystkie detale, żebyście nie myśleli, że darmo jem wasz chleb: tylko detale mogą nam rozjaśnić całą sytuację, niezwyczajnie zresztą pokręconą. A zatem zakupił wasz sąsiad, Agafon Jelistratowicz, ptaka zamorskiego niewielkiej wielkości, musi ze skąpstwa, i nazwał go Siemionem. Zamknął, jak trzeba, w klatce. Karmił, podług zeznań Tatiany Agafonowny, jagłami. Ale papuga owa, znaczy niedoszły – chwała Bogu – zmartwychwstaniec jaglanej krupy nie chciała. Ani zresztą niczego innego, widać ujęła się zamorskim honorem i mimo troskliwej opieki dzieci wybrała śmierć przez dobrowolne zagłodzenie. Trzeciego dnia Siemion zdechł, doprowadzając do płaczu Tatianę Agafonową i Ezdra Agafonowicza, trzyletniego smarka, który jeszcze gadać nie potrafi, albo tylko udaje. Agonia trwała trzy i pół godziny i późnym popołudniem zakończyła się naturalnym zgonem zamorskiego ptaka.
Takimi słowy przedstawił nam przebieg wydarzeń wasz synek, Jermołaj Spirydonowicz, po czym sam wkroczył na scenę dramatu. Ale nie tak od razu. Po śmierci ptaka domownicy zorganizowali mu pochówek w dole na śmietniku, żeby nie roznosić po mieście zarazy. Pogrzeb ściągnął kupę luda w liczbie dwudziestu sześciu pysków, zwabionych żałobnym wyciem małoletnich latorośli medyka. Jak zeznał sam Jermołaj Spirydonowicz, obecny w onym kondukcie w charakterze widza, w nocy przed pogrzebem dręczyły go głosy mimo, że bojarski medyk przyrzekł dziatkom w miejsce zdechlaka Siemiona nabyć coś jeszcze ciekawszego, na ten przykład kozę. Rankiem Jermołaj Spirydonowicz wyszedł z domu z silnym postanowieniem uwolnienia ptaka z zimnej i mokrej mogiły, a na ulicy mżył deszcz i przybywało błota, zaś Mlle Szełgunowa z okna domu swoich rodziców, podczas przerwy w lekcji gry na harfie, wyraźnie widziała, jak synek wasz, Jermołaj Spirydonowicz, pazurami wydłubywał ptaka ze śmietnika, w trakcie czego wyglądał jak parszywy kot, którego naszła nagłą ochota na kęs padliny. Dalszy przebieg ohydnej historii znacie już nieco, kochany Spirydonie Jermołajewiczu, jak wnoszę z waszej nieprzemyślanej skargi, zadziwiającej w ustach waszego stanu. Jakim to cudem wychowaliście na własnej piersi szaleńca, a w smutnej konsekwencji nędznego wichrzyciela?! Jak? Milczycie, bo też stać was jedynie na skargi i płacze, a ja chciałbym widzieć mimo wszystko, innym takim mądrym ku przestrodze. Chociaż od razu dostrzegło moje oko, że synek jakby nie z naszych, że kręci i udaje, i mówię mu, jak juz skończył: a teraz synku, mów prawdę i tylko prawdę. Przecież, krzyczy, już całą prawdę powiedziałem! A załóżmy się, mówię, że jeszcze niecałą? A w drzwiach stoją moje zuchy, w czerwonych czapach, z uśmiechem od ucha do ucha. Ej tam, mówię, kpiarze, i czego tak kły szczerzycie, a nuż synek pójdzie jeszcze po rozum do głowy i wygra ode mnie sto rubli plus honorowe zwolnienie na wolność na dokładkę. Oj, nie-e, kręcą głowami zuchy, nie wygra, nijak nie wygra, za bardzo coś kombinuje, gdzie on się taki uchował. Sza! - mówię – niech sam wybiera! - i do synka waszego, miłego pacholęcia przysuwam się bliżej: no jak tam, zakład stoi, Jermołaszka? A Jermołaj znowu rączką, i rączką i mówi: nie mam wam już nic więcej do opowiedzenia. To wszystko. Wierzcie mi, nie zrobiłem nic złego... Czyli jak Jermołaszka, wykopałeś ptaka zwyczajnie z dziecięcego kaprysu, tak czy nie tak? Wykopałeś i zaraz hyc na dach! I szepcesz czule: leć, Siemonie, leć! Leć moja ptaszyno! A zżarty przez robactwo Siemion, papuga, zatrzepotał turkusowym skrzydełkiem w złudnej nadziei, że jeszcze wróci do życia... O to to – mówię dalej, nieźle już rozeźlonym o to to, Jermołąszka, i w tym właśnie jest SYMBOL! - Nie ma symbolu! - wrzasnął wasz synek, lisek farbowany Jermołaj Spirydynowicz – Nie ma! - Ooo, nie ze mną taka rozmowa... - I czemu wam się – odpowiada mi synek, wszędzie zwidują symbole? Zamilkłem, przyjrzałem się dokładniej waszemu, Spirydonie Jermołajewiczu, chłopakowi, otarłem serwetą łysinę: ano dlatego, śliczny ty mój Jermołaju Spirydonowiczu, że światowa kultura, niech mi Bóg wybaczy, od samego zarania zdaniem uczonych mężów utkana jest symbolami, i nikt z nas nie wyrwie się ot tak z tej klatki, prędzej zęby połamie! - I walnąłem go, synka twojego czarnookiego, prosto w zęby, od serca, bo smutek mię taki czarny naszedł, więc w ramach profilaktyki... A pięść mam, sam wiesz, Jermołajewiczu... Bryznęły białe ząbki na cztery strony świata, jak perełki z zerwanego naszyjnika, turkocą po posadzce.... I cisza... Aż wrócił do przytomności Jermołaj Spirydynowicz i patrzy na mnie, szczerzy szczerbatą szczękę, jakby wielce zdziwiony. Czemu mi robią krzywdę? To nic takiego, mówię, nie płacz, ząbki odrosną. A moi chłopcy przy drzwiach, w czerwonych czapach, boki ze śmiechu zrywają. Posmutniał mi wasz synek, Jermołaj Spirydonowicz, liczy ubytki, widać: nie zna się na żartach. Uśmiechnij się chłopcze, mówię, kiedy starszy żartuj, a mógłby być twoim ojcem. A sam tak ślicznie z papużką żartowałeś.
Męczyliśmy i torturowaliśmy synka waszego, Spirydonie Jermołajewiczu, z pełnym zaangażowaniem, inaczej nie umiemy, tak nas już wychowali. Wielkiej subtelności był chłopiec! Delikates! A metody mamy ciekawe, aż się serce weseli. Spuszczaliśmy na przykład do gnojówki, z głową, żeby się popluskał; wbijaliśmy na pal, z zawiązanymi oczami, taka niespodzianka, bo w miejscu pala stał męski instrument naszego mocarza Fiedki, co to go wołają Zasłużony, pamiętacie Fiedkę, Spirydonie Jermołajewiczu? On was świetnie pamięta, mówi, żeście w dzieciństwie grywali razem w palanta, i jeszcze z Saszką Szczerbakowem. Co to się zeszłej zimy utopił w przerębli. Napuściliśmy mu też mrówek do knebla; nadmuchaliśmy przez dupę, jak żabę, porządnym angielskim miechem; szarpaliśmy zgrabnymi szczypcami nosek i paznokcie; wołali dziewki rozpustne i prosili Jermołaszkę, żeby wylizywał te zaropiałe wrzody, a nuż się zagoją? Wylizywał. Co by wam tu jeszcze opowiedzieć? Oberwaliśmy mu na koniec klejnoty, dłużej niepotrzebne, i rzuciliśmy psom. Chociaż te się nażarły. Bo i na co mu one? Czy to my pragniemy, kochany Spirydonie Jermołajewiczu doczekać się potomstwa od takiego wirusa? Tak też sobie myślę, że chyba nie pragniemy. Uszczerbek ten zresztą przeżył synek nad miarę boleśnie, gryzł się i zaczął kląć, ledwie przyszedł do siebie. Że niby co z nas za ludzie, co za chrześcijanie, w sumie aż nas obraził. Wrzeszczeć na mękach nikt nie zakazuje, ale przecież po co to ludzi obrażać? Mamy swoją misję, swoje zadania i swoje obowiązki, a ten się zaraz przezywa, że co z nas za chrześcijanie. O nie, przyjacielu, prędzej już z ciebie wyszedł kawał bezbożnika, bo tyś naruszył zwykły porządek rzeczy, nie my, a że na mękach delikwent gada wszyściutko co myśli – zjawisko obserwowane również wśród pijanych – więc zaraz pomyślałem: oho, dobrego miałem nosa, nie nasz ci to człowiek, nie nasz, mój ty kochany Spirydonie Jermołajewiczu. I potem z każdą godziną coraz wyraźniej szydło z worka wychodziło. Bogu dziękować znam swój fach, darmo chleba nie jem, i dobrze odróżniam, jak wrzeszczy na mękach nasz człowiek, a jak bluzga nie nasz. Nasz nigdy ni zapyta, co ze mnie za chrześcijanin, bo nawet tak nie pomyśli, i tu się wasz synek wyłożył. Nadto z przykrością informuję, że zachowywał się jakby tchórzliwie. Zaraz po gnojówce, kiedy tylko narzygał się do syta, błagał o litość i jak dzieciak obiecywał, że już więcej nie będzie, że ma chęć szczerą w przyszłości nie wychodzić przed szereg, siedzieć z\cicho i z całego serca służyć naszej ojczyźnie. Miło z jego strony, ale komu potrzebne takie obiecanki? Chociaż przecież prosiłem: rozprosz no nasze wątpliwości na okoliczność wskrzeszenia papugi zwanej Siemionem. Może z sąsiadem, z Agafonem Jelistratowiczem, miałeś jakiś zatarg? Zeznał, że z Agafonem Jelistratowiczem nie miał niby nijakiego zatargu, ale że straszny jest z niego pijanica, i potem kraje ludzi dygocącą ręką. A tak się składa, że znamy Agafona Jelistratowicza z jak najlepszej strony, i bardzo a bardzo nam ten donos na niego nie przypadł do gustu. Ale też czym wyjaśnić, że nie minęły i trzy doby od chwili zakupu ptaka, kiedy ten w strasznych konwulsjach znienacka wyzionął ducha , a i wcześniej chorował, nie dawał głosu i odmawiał paszy? Czekaj no, czekaj, myślę, daj się zastanowić. Otarłem naszą czerwoną łysinę serwetą i pytam następnie Jermołaja Spirydonowicza, synka waszego ciut przytrzasnąwszy mu uprzednio jaja (które natenczas jeszcze były w jego posiadaniu) w imadle, na wszelki wypadek, czyli jakby łgał. Czekaj no, czekaj, a możeś to ty, pytam, sam otruł ptaka zamorskiego, z podłej chęci ażeby zaszkodzić sąsiadowi, żeby mu na złość zrobić, bojarskiemu medykowi Agafonowi Jelistratewiczowi, a takoż jego nieszczęsnym dziatkom Tatianie Agafonowej i Ezdraszowi Agafonowiczowi? Nie odpowiada i gały z bólu wybałusza synek wasz, Jermołaj Spirydonowicz nie! Nie-e!!! - a oczka cosik nam zbielały, usteczka przygryzamy,oj boli, boli! - nie-e!...Ta-aaa-ak!!!
Przykręcamy solidniej z zamiarem wyjaśnienia: jakże to, czy tak czy nie tak? Tak! Tak! To ja! - krzyczy Jermołaj Spirydynowicz, jakby wziął nas za głuchego. - Ja! Ja, na złość mu chciałem zrobić! - No i znakomicie. A po co na złość? Oj boli boli, krzyczy, oj, przestańcie! I tak się szarpie biedaczek. Przestańcie! Boli, myśleć nie mogę! I dobrze, mówię, nie myśl, synku, nie myśl, tylko odpowiadaj... - ale ciut popuszczamy, bo a nuż chłopak jęzor sobie odgryzie i jak z nim wtedy rozmawiać? - Chciałem mu zrobić na złość, krzyczy, bo go nie lubię... - Dlaczego? - i dokręcamy leciutko.... - A dlatego, że uczciwie służy naszej ojczyźnie! - No proszę – mówię. - Było tak od razu! W porządku, chłopcze, odpoczywaj sobie... A jak odpoczął, mówię, a nie chciałeś ty czasem razem z ptakiem otruć Agafona Jelistartowicza? Myśli, nic nie gada. Już chciałem przykręcić, a ten zaraz: tak! Sam widzisz, mój szanowny Spirydonie Jermołajewiczu, co za historia zaczęła nam wychodzić, ale wszystko spokojnie, bez pośpiechu: podejrzliwy z nas człowiek, wybaczcie brzydkie słowo. Następnego dnia daliśmy go na koło, bo jakiś wam wyrósł zgarbiony, Spirydonie Jermołajewiczu, nie od rzeczy takiego chłopaka ciut rozkręcić, wyjdzie mu na zdrowie. Przezabawna robota, możecie mi wierzyć, specjalnie, jeśli trafi się baba, ale z synka waszego, z przyjemnością donoszę, taki delikates, że całkiem jak baba, albo nawet lepiej. .. Ale nie śmiem już dłużej nudzić was szczegółami, pozwólcie na drobną dygresję natury czysto fizjologicznej. Marni byliby z nas, Spirydonie, filozofowie, i w dodatku łgarze, gdybyśmy nie zauważyli, jak bardzo człowieka ciągnie do męczeństwa. Dlaczego państwo z mocy prawa chroni swoich poddanych przed wszelkim upadkiem i przed głupotami? Ano dlatego, że inaczej powybijaliby się ludzie w naszym państwie, a wcześniej jeszcze nawzajem zamęczyli i zżarli... Mi tam już, na ten przykład, na baby nie staje, wszystkie czegoś jedna w jedną nieciekawe, za to jak się trafi jakiś kandydat na ołtarze, a jeszcze jak poczuję odpowiedzialność za naród – koniec:sterczy do nieba, i czasem się tak napalę, że portki można wyżymać i moja baba myśli, że na dziwki chodziłem, a tu nic podobnego: po prostu wracam z pracy... Namiętność ta bardzo a bardzo jest dla nas tajemnicza i milczą filozofowie, wciskają głowy w ramiona, jako te strusie; i tajemnica ta większa jest, niźli szperanie paluchem w jakiejś omszałej dziurze, bo tu się całe wnętrze, Spirydonie, aż wywraca na nice, a zrozumieć nic z tego jak nie szło tak nie idzie. Ale też lubię, swoją drogą, pokornych męczenników, co to na kole tylko pierdzą i pochrząkują, takiego człowieka nie oddam choćby za stu Anglików, bo miłe są Bogu męczeństwo i pokora, a taki Anglik co? - gówno, szkoda nawet gadać! Albo też weźmy, znowu na ten przykład proroka Elizeusza, którego dzieci kiedyś przezywały łysym. Patrz, idzie łysy, idzie łysy!... Obraza niewielka: każdy dostojny mąż ma prawo do łysin. I nie obraził się Elizeusz, złego słowa dzieciom nie powiedział, a tylko nasłał na nie dwa niedźwiedzie, i rozszarpały niedźwiedzie czterdzieści i dwoje dziatek... Oto nasz pokarm duchowy, bracie Spirydonie, oto jest nasz wzór i pouczenie! - a ty nic, tylko skargi skrobiesz i papier marnujesz. Nie bój się, człowiek sprzeda wszystko i wszystkich, tylko trzeba do niego powolutku, z wyczuciem, dać czas i nie spłoszyć! Nie dają czasu, gonią, przyciskają, krzyczą. Stąd i w naszym zawodzie zdarzają się potknięcia, drogi Spirydonie, i idzie od tego wielki nieporządek... A teraz osądźcie sami, Spirydonie Jermołajewiczu, co by się stało, gdyby taka nasz papużka, robakiem stoczona, pofrunęła w niebo? ŁADNIE BYŚMY WYGLĄDALI! I tak, jak wynika z zeznań wichrzyciela, machnęła parę razy skrzydełkiem, chociaż później na kole synek odwołał te niewczesne słowa. Zaplątał się wreszcie, ścierwo, w swoich własnych łgarstwach! To niby sam otruł ptaka zamorskiego, to z Agafonem Jelistratowiczem do spółki, żeby truciznę jakąś wypróbować, potem znów jeszcze – tak mu się wyrwało, mówię wam w tajemnicy – doniósł, że jego rodzony ojciec, Spirydon Jermołajewicz, namawiał go jakoby do ekshumacji papugi, ale tu już przesadził: zaraz(chociaż może i wcześniej?) oberwaliśmy mu jaja, żeby na ojca rodzonego więcej się szczekać nei ważył, oberwali i rzucili psom – niech choć te się nażrą... I na wszystko się zgadza, wszystko gotów podpisać, potwierdzić co nie bądź, na każde pytanie grzecznie krzyczy: tak jest! Sami powiedzcie, co to za zabawa?Widzimy, że chce zbić nas z tropu, wpuścić w maliny, skryć całą haniebną prawdę. Ale doszliśmy wreszcie opłotkami, i odkryliśmy otoż, Spirydonie Jermołajewiczu, że pragnął synek wasz mianowicie wskrzesić papugę po to, żeby wskazać wyższość zamorskiego ptaka nad naszymi wróblami i tym samym podkopać naszą słuszną dumę, i przedstawić nas światu w świetle głupim a niewłaściwym. I kiedyśmy wreszcie doszli z Jermołajem Spirydonowiczem do ładu, padliśmy sobie w objęcia: koniec, powiadam, widzisz, już po bólu, nieście nam, zuchy, wino i mięsiwo, pora się weselić! I niosą nam zuchy jesiotra, prosiaki i jagnięta, i suflety, i wino, które lud dla żartu nazywa mlekiem matki Boskiej. Przekąszamy i miło sobie gawędzimy...
Jednak coś mi się zdaje, Spirydonie, że natchniony ojcowską miłością, o którą zresztą nie żywimy do ciebie pretensji, nadal miałbyś chęć poznać dalsze losy synka, twojego niezapomnianego, drogiego zresztą również memu sercu Jermołaja Spirydonowicza. Co się z nim stało? Ano nic się nie stało. Wszystko, dzięki Bogu, dobrze się skończyło. Wczesnym rankiem, gdzieś tak koło piątej, kiedy jasne słoneczko wyzłociło cebule naszych świętych cerkwi, weszliśmy ramię w ramię na dzwonnicę. Co za widok! W dole, we mgle, słodko spał gród stołeczny, piały koguty i szumiały ogrody. Spichlerze, aleje, gwizdy parowozów, uniwersytet, wszystko na swoim miejscu. Poprzez miasto płynęła srebrna żmijka rzeki, a na urwistym brzegu naprzeciw czerniał bór – cudo, istne cudo! A jak pachniały zioła, mój ty Spirydonie. Specjalnie koniczyna, taką gęstą wonią! Jak pięknie! - zawołałem w zapatrzeniu. Jak pięknie! - powtórzył Jermołaj Spirydonowicz. Spojrzałem na niego przez ramię, i tylko jedno powiem: co za udany chłopak! Trochę wprawdzie blady po przepiciu, ale i z tą zielenią delikatną mu było do twarzy. Nie na próżno zwiedziony przez perfidne biesy, doczekał się przecież godziny wybawienia, i wdzięcznie biło dla mnie jego serce na progu nowego żywota. No, z Bogiem! - powiedziałem i wziąłem go za rękę, i podprowadziłem do gzymsu dzwonnicy. Leć, Jermołaszka! Leć, moja ty ptaszyno! - Skoczył w pustkę i rozkrzyżował ramiona. Przez chwilę dręczyła mnie nachalna myśl: czy aby nie wzleci jak turkusowa papużka, biesom na radość i uciechę? Ciut zatrwożony wychyliłem się przez poręcz i spojrzałem w dół. Chwała Bogu! Na śmierć! Zdrowo łupnął, mózg jak dojrzała dynia opryskał bruk przed cerkwią. A moje zuchy w czerwonych czapach już biegły przykryć Jermołaja Spirydonowicza suknem, na koszt państwa. Uczyniłem znak krzyża.
Nie smuć się, Spirydonie Jermołajewiczu! Nie smuć się, dajże spokój! Po kim płaczesz, po tym nędznym łajdaku? Ciebie przecież też zdradził, ale schowałem dokument, ukręciłem łeb sprawie. Kiedy już nieco ostygnie twoja ojcowska miłość, wpadaj do mnie z wizytą. Skoczymy do łaźni, dobrze się wyparzymy, popijemy piwa. Moja gospodyni warzy wspaniałe piwo, mocne, zbija z nóg! Przychodź śmiało, bez żadnych ceremonii. A dziatek jeszcze napłodzisz, chłop z ciebie krzepki, chociaż już niemłody. A jeśli nie napłodzisz, też w końcu nic wielkiego, najwyżej twój ród wyginie. Żadna strata! A synek twój, Spirydonie Jermołajewiczu, poszedł prościutko do raju, daję ci na to słowo: męczennik zawsze trafia do raju, nawet, jeżeli cierpiał w niezbyt słusznej sprawie. I czule spogląda na nas stamtąd, z góry, i igra ze swoją turkusową papużką, głaszcze piórka i śle nam szczere wyrazy wdzięczności. Jak sobie tylko pomyślę, jak sobie to wszystko dobrze wyobrażę, aż zawiść bierze. Spirydonie, no po prostu zawiść. Ale co tam, chuj z nim, niech się chłopak cieszy!



Wiktor Jerofiejew
   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.