7 grudnia 2019, sobota

Trochę Gombrowicza

Redakcja

Trochę Gombrowicza

 

 

 

 

Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, fragment 1.




1958


IV

 


Poniedziałek

 

 

Być z naturą, czy przeciw naturze? Ta myśl — że człowiek

jest sprzeczny z naturą, czymś poza nią i w opozycji, wkrótce

przestanie być myślą elitarną. Dotrze nawet do chłopów.

Przeniknie cały rodzaj ludzki, od góry do dołu. Co wtedy?

Gdy się wyczerpią ostatnie rezerwy ,,naturalności", te oddolne?

 

 

 

Wtorek

 

 

 

Wczoraj wieczorem przyjechał sąsiad, Tadeusz Czerwiński,

i zaczął z miejsca coś opowiadać, ale niedobrze wsłuchaliśmy

się, powoli tylko zaczęło się zarysowywać... Charty

Dusia (w końcu zrozumieliśmy) pognały na pole Garania

i rzuciły się na świnię. Garanio, wypadłszy z dubeltówką

zabił jednego charta, drugiego postrzelił — reszta uciekła.

Podaję tylko sedno relacji, która była obfita w rozgałęzienia,

jak drzewo.

 

Duś wypadł z latarką na ganek, a zółtawe charty, jak zawsze

powstały na jego widok i otoczyły go. Ich pokorna miłość jest

wzruszająca. Ale łich tylko pięć — brakowało Stepa i jednego

młodego, po Saecie.

 

Rozpłakała się trzynastoletnia Andrea. Nad wszystkim

jednak zapanowało rozżalenie Dusia, wznoszące się jak śpiew

Izoldy — on za Stepa oddałby najukochańsze konie. Miał

twarz złamaną — i była to twarz w dziwny sposób osłabiona,

jakby małego dziecka — osłabiona może nikłością tej rozpaczy,

z powodu psa tylko... dla której nie mógł domagać się od nas

pełnego uznania.

 

Wydobył rewolwer z szuflady — dosiadł konia — galop

porwał go w noc — my czekaliśmy, zaniepokojeni i bezradni

wobec gniewu, który przepadł na polach, uniesiony koniem.

Czy zabije Garania za zabicie psa? No, tak źle się nie skończyło.

Duś, dojechawszy do estancji Garania i ujrzawszy jego psy

chciał strzelać do nich — ale wypadł estanciero i jął przepraszać,

tłumaczyć, że działał w obronie rnaciory, któraą psy zagryzłyby

na śmierć. Więc gniew odszedł biednego Dusia i pozostała

tylko żałoba po psie najwierniejszym. — Dlaczego pan mi to

zrobił? — pytał. Przecież byłem zawsze dobrym sąsiadem.

Odjechał. Zaczął szukać po nocy ciała. Znalazł. Okazało się,

że Step był jeszcze żywy. Zaszyty w krzakach, zdychał Przywieziono

go na tych dziwnych sankach, którymi tutaj jeździ

się po ziemi, jak po śniegu.

 

Duś, Jacek Dębicki, panna Jeanne i ja poszliśmy do stajni —

tam leżał pies dyszący i wstrząsany drgawkami. Narada: skrócić

mu męczarnie? Męczarnie były przeraźliwe — i był w nich

zamknięty, nam niedostępny, na osobności, sam.

 

Scena, która mnie zaniepokoiła: noc, ta stajnia, my prawie

po ciemku nad rozpętanym diabelstwem bólu. W naszych

rękach było natychmiastowe zakończenie tego... Wystarczyłoby

strzelić. Czy strzelimy? My, cztery istoty ludzkie ,,z innego

świata", wyższego, cztery demony z anty-natury, cztery anty-

-psy. Jedyne co nas łączyło z tym stworzeniem, to zrozumienie

bólu — ten smak znaliśmy.

 

Czy skrócić męki? Głosowanie. Ale to wymaga bardziej

szczegółowego omówienia.

 

Pierwszy anty-pies. Panna Jeanne. Urodziwa, lat 20, rodzice

jej — multimilionerzy, przerzucana z Paryża do Rzymu,

z Rzymu do Londynu, do Stanów, statkami, aeroplanami,

pierwszorzędne szkoły, luksusowe instytuty, wciąż zmieniane,

z których nic nie wyniosła oprócz pięciu języków, którymi

mówi jak własnym. W jakim języku myśli? Luksusowa —

i komunistka — bo luksusowa — a więc z nadmiaru, z przesytu...

Trzeźwa, energiczna, dzielna — nowoczesna i ateistka.

Widząc ją przed tym psem uprzytomniłem sobie, ze przecież

sprawiedliwość komunistyczna, jak i katolicka, nie obejmuje

zwierząt. I dla tej doktryny ludzkość kończy się na człowieku.

Zabrania wyzysku człowieka przez człowieka — zgadza się

na wyzysk zwierzęcia. Co, dodajmy nawiasowo, nie bardzo

jest zrozumiałe. Nie jest w porządku. Gdyż, jeśli religia wyrzuca

zwierzęta na margines, jako bezduszne, dla materializmu

nie ma zasadniczej różnicy pomiędzy tą cierpiącą materią

a materią ludzką... Jakże tedy zachowa się wobec psa cierpią -

cego panna Jeanne — gdy jej wyrozumowana moralność nie

ma tu nie do powiedzenia? Co pocznie?

 

Zrobiła z siebie kobietę! Dziwne... w mgnieniu oka rozebrała

się... nie tylko z komunizmu, ale i z człowieczeństwa.

Przemieniła się w kobietę— schroniła się w płeć... cóż za nagła

irrupcja seksualizmu w sferę bólu, jakby płeć mogła coś poradzić

na ból... stała się kobietą, czyli miłością, czyli miłosierdziem,

czyli litością. Nachyliła się nad psem z czułością matczyną.

Czyżby, jako kobieta, mogła więcej wobec cierpienia,

niż jako człowiek? Czy tez pogrążyła się w płeć, aby wymknąć

się własnemu człowieczeństwu?

 

Gdy jednak stała się kobietą śmierć wydala się jej gorsza

od bólu. Zaczęła kochać tego psa okrutnie — domagając się

jego życia choćby za cenę jego bólu. — Nie, nie — powiedziała,

drżąca. — Nie zabijajcie go!

 

Drugi anty-pies z wyższej, ludzkiej sfery. Jacek Dębicki.

Katolik, gorąco wierzący. Ale jego katolicyzm jest tutaj równie

nie do użycia, jak komunizm panny Jeanne. Bóg także nie ma

tu nie do roboty. Nie ma zbawienia dla psa. Stąd moje wrażenie,

jak gdyby on nachylając się nad psem uchylał się Bogu —

on teraz jest ,,wobec" zwierzęcia, to znaczy nie ,,wobec"

Boga. Zupełnie inny rejestr jego istnienia. Jest ,,z psem",

jak gdyby rezygnując z duszy nieśmiertelnej, zrównał się,

utożsamił z nim w męczarni. 1 zgoła zwierzęca zgroza wobec

bólu rośnie w nim — buntownicza i bluźniercza. Co widzę,

jednak?! Widzę (bo prawie to widziałem, choć raczej ,,wiedziałem"),

że w innym rejestrze nie wyzbywa się ani na jotę

godności ludzko-katolickiej, a zgroza przemienia mu się tutaj

w litość... zalegalizowaną.... cywilizowaną.... dobrze wychowaną....

ach, prawda, zapomniałem, że Bóg, sam bezwzględny dla

zwierząt, zezwala, aby nad nimi litował się człowiek — a więc

jemu wolno, ma przecież ,,aprobatur" Kościoła! Ale ludzkość,

którą w sobie odnalazł, nie jest braterskim stowarzyszeniem

się ze zwierzęciem, ale właśnie z ludzkością, czyli odczuciem

bólu psiego z wysoka, z dystansu owej duszy — i, zatem,

znów zawiera w sobie pierwiastek lekceważenia i okrucieństwa.

Decyzja, którą poweźmie, będzie chyba dyktowana trzema

względami: przede wszystkim, współczuciem zwierzęcym,

zgoła dzikim, spontanicznym; po wtóre tą, już bardziej ludzką

i uduchowioną kalkulacją, że życie psa, bezduszne, nie ma

większej wagi; po trzecie (myśl bardziej jeszcze duchowa),

że jak najprędzej trzeba skończyć z sytuacją, która dla duszy

i Boga jest nieco żenująca.

 

— Zabijcie go — powiedział. — Nie wyliże się.

 

Trzeci anty-pies. Ja. Dla mnie nie ma żadnej wyższej

instancji. Nawet psa nie ma. Jest tylko przede mną kawałek

umęczonej materii. Rzecz nieznośna. Nie mogę wytrzymać.

Zdybany tą męką w tej stajni, żądam żeby temu położono

kres. Zabić! Zabić! Zatrzymać maszynę bólu! Niech tego nie

będzie! Nic innego nie można zrobić, tylko to! Ale to możemy!

 

Czwarty anty-pies. Duś. Agronom, dziedzic, myśliwy,

sportowiec, koniarz i charciarz. Pomiędzy nim a nami — zupełny

rozdźwięk, on z innej rzeczywistości. Nie lęka się bólu

,,jako takiego", jak ja. Nie rozgląda się za sprawiedliwością

powszechną, jak ten katolik i tamta komunistka. Odrzuca

abstrakcje, nie chwyta ich, nie chce. Istnieje pośród istot

z krwi i kości, jest istotą wśród istot, ciałem wśród ciał. W głębi

ducha nie wie, co to równość. Jest panem. Psa tego pokochał,

więc bez skrupułów skazałby na męki czterdzieści milionów

mrówek i dziesięć tysięcy wielorybów... gdyby to mogło

przynieść psu ulgę. Dla stworzenia bliskiego, które zna, gotów

na wszelkie poświęcenie — ale nie chce znać wszystkiego,

zadawać się ze wszystkim, chce pozostać w kręgu swego ograniczonego

odczuwania. Woli nie widzieć tego, co jest poza

zasięgiem jego wzroku. A psa pokochał miłością pana —

pokochał, gdyż jego uwielbił pies — kocha w nim to psie

uwielbienie. A więc egoizm pana i władcy, arystokratyczne

uczucie zrodzone z bezwzględnej wyższości ludzkiej, natura

cała jest dla niego, jemu ma służyć, on, podporządkowując

sobie wszystkie poślednie istnienie, jest rozdawcą łask. I wydał

mi się najbardziej ,,anty" z nas wszystkich — w tej ciemnej

stajni, nad psem, absolutny król stworzenia, głoszący:

wszystko dla mnie.

 

Ale było to może najbardziej zgodne z naturą. I gdyby

pies mógł rozumieć, jego zrozumiałby, nie nas.

 

Z delikatnością bolejącej matki powiedział: — Poczekajmy.

Może nie zdechnie.

 

Drapieżna miłość, przedłużająca męczarnię, żeby uratować

— sobie — psa.

 

Scena ta, jak z dramatu, nie byłaby tak natężona i nagląca,

gdyby nie rzężenie i biegające za nami psie oczy.

 

 

 

Fragment pochodzi z:

Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, Wydawnictwo Literackie

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.