27 czerwca 2019, czwartek

Trochę Gombrowicza

Redakcja

Trochę Gombrowicza 4

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, fragment 4


 

 

 

1959

XI

 

Środa

 

 

Każdy adwokat, inaczej ,,mecenas", pławi się w górnym

mniemaniu o swojej ,,kulturze ogólnej" (bo to przecież „prawo

kształci"), a byle inżynier od wodociągowej rury uważa

siebie za naukowca całą gębą, niczym Heisenberg. Zbędne nadmieniać,

iż w rzeczywistości mają więcej niż słabe pojęcie

o wyobrażeniu.

 

 

Wczoraj. Jakież irytujące! Przez dwie godziny musiałem

znosić przemądrzałość obu tych gatunków półinteligenta z dyplomem.

Niewiarygodna głupota. Mecenas z tym swoim fasonem

prawnika, ze światopoglądem, stylem, formą zalatują -

cymi owym nieszczęsnym uniwersytetem, jak garnitur zalatuje

naftaliną... Inżynierzyna głosił wyższość nauki ścisłej,

bo to, panie, takie tam filozoficzne czy artystyczne romanse

nie dla zdyscyplinowanego umysłu i ,,czy panowie słyszeli

o kwantach?" Poziom straszny. A każdy z nich opatrzony

i uzupełniony połowicą, która z samiczą ekstazą uwielbiała

jemu ten intelekt. Smutne, że uniwersytety produkują rokrocznie

tysiące osłów, z których każdy znajdzie sobie prędzej

czy później swoją niezawodną oślicę.

 

 

Jak zaradzić temu, żeby wyższe uczelnie nie fabrykowały

takiej tandety, nie psuły tak okropnie powietrza w świecie

cywilizowanym? Coraz gęściej wokół mnie od młodych kretynów

tej uniwersyteckiej fabrykacji, chemicznie wypranych

z naturalnej inteligencji. W Ameryce Południowej też zaczyna

być duszno od studenterii, która wie tylko to co się jej wsadza

w głowę i, wyfaszerowana wiadomościami, zatraciła poczucie

takich imponderabiliów, jak charakter, rozum, poezja, wdzięk.

Ordynarna brzydota tych pracowników intelektualnych, specjalistów

od medycyny, prawa, techniki itd., nawet tu, w Argentynie,

zaczyna dawać się we znaki. Niewrażliwi na sztukę, nie

znający życia, formowani przez abstrakcje, są zarozumiali

i ociężali. Lubię doprowadzać do furii tych nieestetycznych

głuptaków, albo też topić w chaosie zmyślonych naprędce

nazwisk i teorii — oby mnie kiedyś nie pobili! Bawi, że te

gminne natury skazane są wyłącznie na naukę — reszta,

wszystko poza tym, całe życie duchowe plemienia ludzkiego,

to dla nich nabieranie gości — wskutek czego bez przerwy

umierają ze strachu żeby nie dać się nabrać

 

 

Z rozkoszą podjudzam tedy ich chłopską nieufność do

,,literata”, tego nabieracza par excellence, i podpuszczam od

czasu do czasu minę, czy słówko, zgoła wątpliwe a nawet

wręcz pajacowate. Ich prostacki szacunek dla powagi jest tak

wielki, iż zupełnie od tego baranieją. Albo zajeżdżam ich

arystokracją i genealogią, chwyt niezawodny, gdy chodzi o doprowadzenie

bałwanów do zupełnego zbałwanienia.

 

 

A jednak... arystokracja... A jednak... arystokracja... O, arystokracjo,

a jednak jesteś może czymś więcej niż złośliwym żartem.

Bożyszczem gminu jest pożytek, a bożyszczem arystokracji

przyjemność. Być pożytecznym i nieprzyjemnym —

oto meta rozwoju każdego robota i speca. Być tak bardzo

pożytecznym, aby się mogło być nieprzyjemnym — to ich

marzenie. Gdy marzenie arystokratów jest akurat odwrotne:

być do tyla przyjemnym, iżby się mogło być niepożytecznym.

 

 

Otóż, co do mnie, twierdzę i zapisuje to jako jeden z kanonów

mojej wiedzy o ludziach — ten kto pragnie podobać

się ludziom łacniej dostąpi człowieczeństwa, niż ten, kto pragnie

być tylko pożytecznym sługą.

 

 

 

 

Fragment pochodzi z:

Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, Wydawnictwo Literackie

Ilustracja: Tomasz Bohajedyn

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.