23 września 2019, poniedziałek

Teatr rozmowy

Dariusz Łukaszewski

Wojtek Pilichowski





Legenda gitary basowej, jeden z największych mistrzów świata, Wrocław, klub „Łikend” (za kawę płacę 4 złote)




Pilichowski - 2009 rok

Dariusz Łukaszewski: –Cześć, Wojtek.
Wojtek Pilichowski: –Cześć, Darek.
Mógłbyś pokazać ten najsłynniejszy na świecie kciuk, jak on wygląda?
– Tak wygląda, proszę.
Hm… powiedziałbym, że ma zwodniczo normalny wygląd.
– Rozczarowany? No to powiem ci, że kiedyś go nawet złamałem.
W trakcie koncertu czy kiedyś po prostu, przed Twoją wielką karierą.
– Przed – biłem się z kolegą.
O co poszło?
– O Monikę; tak miała na imię.
Pobiłeś go chociaż skutecznie?
–Złamał mi też nos.
I to tym właśnie paluchem zarabiasz miliony, o których pisał Hołdys?
– O, nie… Chociaż przed 93 rokiem – tak, zarabiałem miliony.
Spadły gaże dla wirtuozów?
– Nie, była wymiana pieniędzy, denominacja, nie pamiętasz?
Oj, pamiętam, pamiętam… Szkoda, bo to mógłby być wywiad z facetem, który ma miliony w małym palcu.
– No, przykro mi. I mówię szczerze, bo nie miałbym nic przeciwko milionom, chyba by mnie już nie zepsuły.
Grasz bardziej kciukiem czy mózgiem?
– Mózgiem, zdecydowanie. Kciuk to tylko technika, taki rekwizyt w tym wszystkim.
A nie myślisz nad wynalezieniem jakiejś nowej techniki, czy ja wiem… no, czym tu jeszcze można grać?
– Można pewnie wszystkim, i na wiele sposobów, jest tylko pytanie – poco? Młodym basistom zawsze polecam naukę tradycyjnymi metodami, ale jeśli wymyślą na przykład uderzanie w gitarę basową głową, i to się spodoba ich kolegom, to… voilà!
Ale wtedy nie będą mogli grać mózgiem…
– Ha! Piana, po paru taktach w rockowej kapeli ich mózg zamieniłby się w kogel-mogel.
Ty grasz specyficzną, nowoczesną techniką, i chyba dość powszechnie kopiowaną, mniej lub bardziej udanie (przeważnie mniej). Czy mówią Ci coś nazwiska takich starców, jak Charles Minus, Gary Pickok, Zbigniew Wegehaupt? Czy masz do takich kontrabasistów jakiś szacunek, czy też masz ich w głębokim niepoważaniu?
– Mam ich w głębokim, ale poważaniu. Duży szacunek dla tych panów. Nawet u Zbyszka Wegehaupta wziąłem kilka lekcji.
Na kontrabasie?
– Nie, na mózgu. Po prostu uczyłem się u niego muzyki. Jest to dla mnie ogromny autorytet, znakomity muzyk i fantastyczny człowiek. Chełpię się tym, że jestem z nim na„ty”.
Co on teraz robi?
– Hm, wiem, że dużo koncertuje w Warszawie, ale ja w Warszawie przebywam bardzo rzadko…
Przecież mieszkasz w Warszawie?!
– Pochodzę z Warszawy, ale teraz mieszkam pod Warszawą, i kiedy wracam do domu z trasy, to ostatnią rzeczą, jaką bym zrobił, jest pójście do klubu i słuchanie muzyki na żywo.
A jest czego posłuchać w Warszawie?
– W Warszawie – nie wiem.
A w Polsce?
– No pewnie, że tak. Ja kupuję polskie płyty, naprawdę.
To wymień trzy polskie płyty, które ostatnio kupiłeś.
– Trzy polskie płyty?…
Proszę Państwa – polskie top hity Wojtka Pilichowskiego!
– „Mutru” Piotra Żaczka, znakomity basista, ostatni album Ani Dąbrowskiej z tymi piosenkami o„tym samym”, i co ja jeszcze kupiłem ostatnio? Zaraz, zaraz, muszę pomyśleć… O! kupiłem sobie DVD Tomka Gołębia i Krzyśka Patowskiego – szkołę gry w sekcji rytmicznej. To jest dla mnie normalna rzecz, że wchodzę do sklepu i kupuję, i… gratuluję muzyki, mówiąc krótko.
Grałeś już właściwie ze wszystkimi w tym kraju, ale w drugą stronę to nie działa – nie każdy może zagrać z Tobą. Co trzeba zrobić, żeby nie będąc jeszcze znanym i uznanym, móc zagrać z wielkim Pi? Wiem, że wielu o tym marzy.
– Droga jest prosta: najlepiej e-mail, a w nim, o co chodzi, potem demo, i jeśli uznam, że dam radę, to domawiamy kilka innych technicznych kwestii i nagrywamy.
Rozumiem, że sytuacja, o jakiej mówisz, jest czysto teoretyczna, bo przecież nie zdarzało Ci się dostać demo od jakiegoś amatorskiego zespołu i zagrać razem z nimi?
– Owszem, zdarzało mi się.
Trzy paluszki na sercu i słowo honoru?
– Tak, na przykład chłopak, który był na moich warsztatach, robił demo swojej kapeli i poprosił mnie, żebym z nim zagrał, czy na przykład grałem na takich płytach, to się nazywało „Plaga rocka”, muzycy bardziej znani grali z mniej znanymi, to się zdarza, naprawdę. Po prostu muzyka jest moją pasją, nie tylko zawodem, więc często gram dla radości, nie tylko swojej.

Jak mówiłem, grałeś już ze wszystkimi, m.in. z Anną Marią Jopek, Edytą Górniak, Kasią Kowalską, Justyną Steczkowską, Natalią Kukulską… Kiedy zagrasz z Dodą, dla jej i swojej radości oraz radości jej fanów?
– Cha, cha, cha…. Nie mam pojęcia.
Nie czujesz się godny, nie dasz rady, może nie masz do niej telefonu, czy też istnieją jakieś inne powody?
– Hm… Po pierwsze – na pewno Doda do mnie nie dzwoniła… Może tak – nie widzę powodów, dla których miałbym z Dodą nie zagrać…
A widzisz jakieś, dla których miałbyś zagrać? Bo jeśli tak, to ja bym Ci się mógł postarać o numer telefonu do niej. No, tyle bym zrobił dla radości twojego grania.
– Cha, cha, cha…
No, jaki to musiałby być powód, żeby Wojtek Pilichowski wystąpił z Dodą? Co by to dało Tobie, co by to dało jej?
– Nie wiem, coby to jej dało, ona sama musiałaby się nad tym zastanowić, bo ma bardzo dobrego basistę, który dobrze się sprawdza w takim graniu, więc Doda nie ma powodów, dla których musiałaby basistę zmieniać. A co by to dało mi? To są piosenki, aja uwielbiam grać piosenki. No i tyle, no.
W pewnych środowiskach Doda uchodzi za synonim obciachu, więc nie wiem, czyby Ci to radosne granie wybaczono.
– Powiem ci, co myślę o tym, do czego zmierzasz, i zupełnie serio.
Zaczynam się bać, ale zamieniam się w słuch. Pozwolisz, że zapalę?
– Zapalmy razem, cha, cha, cha…
No to już zapaliliśmy…
– Na szczęście skończyła się już nagonka na zespół Ich Troje, masakryczna zupełnie. Przyglądałem się temu i zastanawiałem się: dlaczego? Ja jestem muzykiem, więc mogę być nieco zawodowo zboczony – podoba mi się przeważnie to, co nie podoba się wszystkim; zespół Ich Troje mi się nie podoba, to, jak śpiewa Michał Wiśniewski – mi się nie podoba. Ale to nie oznacza, że mam tak strasznie „jechać” po tej kapeli, ponieważ cenię Wiśniewskiego za to, w jaki sposób ujął miliony Polaków swoimi piosenkami.
Miliony nie mogą się mylić? Tylu ludzi nie może być głupkami? Błąd tkwi w nas, w tej mniejszości?
– Nie namówisz mnie nabycie socjologiem w tej rozmowie; w ogóle o tym nie gadam w takim ujęciu. Jestem muzykiem, a muzyka to są emocje i ja o nich mówię. Mam kolegów, którzy grali z Ich Troje i oni zaprosili mnie kiedyś na koncert do Sali Kongresowej. Poszedłem na ten koncert z – powiedzmy łagodnie – mieszanymi uczuciami, ale kiedy zobaczyłem tłum ludzi śpiewających, od początku do końca, wszystkie kawałki Wiśniewskiego, znających na pamięć wszystkie jego teksty, zobaczyłem dzieci rozradowane, że widzą swojego idola, zobaczyłem parę zakochanych, obejmujących się młodych ludzi, i widziałem bardzo dorosłych ze łzami w oczach, wzruszonych jakimś zaśpiewanym tekstem, i tak dalej, i tak dalej, to zapytałem siebie: co jest w tym złego? No, co jest w tym złego? To, że ta muzyka mi się nie podoba, że nie podoba się tobie – trudno, może coś tracimy? Kto wie? Ale to nie jest powód, żeby wylewać wiadra pomyj na Wiśniewskiego i na emocje, jakie uruchamia w milionach ludzi. Podobnie rzecz się ma z Dodą.
Nie wiem, czy ta nasza rozmowa będzie miała tysiące entuzjastycznych czytelników, ale wiem, że i Ewa, i Małgosia na pewno Cię polubią.
–A kim są: Ewa i Małgosia?
To panie, które przesłały do redakcji maile, oburzone tym, że Wiesiek Kot – naczelny od kultury we„Wproście” – w pierwszym wydaniu „Moreli i Grejpfrutów” nie dość entuzjastycznie wyraził się o Dodzie. Panie wyjaśniły, że Doda jest ponadprzeciętnie inteligentna i mądra i doskonale śpiewa, ale celowo nie pokazuje tego, bo tego wymaga bycie na topie. Innymi słowy: Doda śpiewa lepiej od Tiny Turner, ale tego nie ujawnia, bo jest mądrzejsza niż Leszek Kołakowski, czego też ujawnić nie może. Myślę, że obie panie polubią Cię za to, że z perspektywy mistrza uczestniczącego w rynku muzycznym tak spokojnie i rzeczowo wyjaśniłeś, dlaczego nie lubiąc piosenek Ich Troje, nie masz nic przeciwko tym piosenkom.
–No, to się cieszę.
Ja też, bo dwie zadowolone czytelniczki już mamy, za co Ci dziękuję.
– Uff… proszę bardzo. Idźmy dalej, może, co?
Kto rządzi branżą muzyczną w Polsce?
– Maryla Rodowicz, cha, cha, cha…
–A kto jeszcze rozdaje karty przy tym muzycznym stoliku?
–Marylę Rodowicz rzeczywiście bardzo cenię, więc jak tylko jest okazja, to promuję jej nazwisko…
Dobrze śpiewa.
– Fakt, i jest to kobieta, która nigdy nie spuszcza z tonu, wielka klasa, wszystko robi z pasją, zawsze. I to się czuje. A kto rządzi muzyką? Na świecie reklamodawcy, a Polska jest już częścią świata.
A ci redaktorzy muzyczni z„Teleexpressu”, z Trójki? Oni są tylko pośrednikami, działają w imieniu i na rzecz reklamodawców wykupujących bloki reklamowe w najlepiej słuchalnych pasmach? Jak ta maszyna z muzyką się kręci?
– OK. To wygląda tak: są oczywiście audycje autorskie, to jest Kaczkowski, Niedźwiecki…
Sorry, ale Niedźwieckiego już nie ma. Nie wiesz przypadkiem, za co go wyrzucili z Trójki? Jakaś komusza historia lustracyjna, może bunt przeciwko Kaczyńskim jakiś w piosenkach przemycał?
– Może za wąsy.
Za wąsy i na ulicę! Kiedyś za torebkę wyrzucali, dzisiaj za wąsy. Każde czasy muszą mieć swoich zasłużonych i swoich wyrzuconych, nieważne, za co. Nie wiesz, za co będą wyrzucali platformersi?
– Nie mam pojęcia. Dla mnie Marek Niedźwiecki był i jest idolem, bo swoją przygodę z muzyką rozpoczynałem z jego listą.
I za to mu chwała, a co z tymi rządami reklamodawców?
Rozlega się dzwonek mojej komórki. – Tata, spaliłem krupnik, ten, co go miałem sobie odgrzać – słyszę głos Stacha.
Mój syn spalił zupę.

– Jaką?
Krupnik.
– Kurczę! Prawdziwy, domowy krupnik?
Sam gotowałem, ale wróćmy do…
Znowu dzwoni komórka. – Podobno Stachu spalił zupę – mówi moja żona. – Już zamówił pizzę – informuję. – Jaką? – docieka Anka. – Anka, prowadzę wywiad, i ty, chcąc nie chcąc, już będziesz w tej rozmowie – informuję lojalnie. – Jaką? – słyszę pytanie. – Serową. – To dobrze, że nie pepperoni, licho wie, co oni do tego dają – komórka milknie.

– Żona?
Tak.
– Że Stachu spalił zupę?
Tak. No więc co z tymi rządami reklamodawców?
–To jest proste – stacje radiowe najbardziej słuchalne w Polsce nie dostałyby tylu reklam, gdyby puszczały jazz, więc jazzu praktycznie nie ma. I tyle. Nie wyobrażam sobie, żeby Coca-Cola chciała się reklamować w Radiu Zet, gdyby Zetka puszczała jazz i muzykę klasyczną. Mogliby walczyć o inny target, albo kształtować ten rynek, ale nikomu się nie chce, bo poco? Szybkie pieniądze, szybka reklama i szybki efekt wzrostu sprzedaży. Bez dodatkowych nakładów na edukację i kształtowanie lepszych, mądrzejszych gustów.
No i gdyby ludzie się wyedukowali, nabrali bardziej wyrafinowanej wrażliwości dzięki lepszej muzyce, to i pewnie w ogóle by mądrzejsi i bardziej wrażliwi byli, a wtedy, czy piliby jeszcze kolę, surową, co się w brzuchu pieni, odbija? A jak jest w USA?
– Stany Zjednoczone to jest zupełnie inna planeta.
Ale zasady są takie same: jazz – out, a króluje pop, bo pod to radiowcy pozyskują reklamy?
– Wcale nie. W Nowym Jorku czy Los Angeles są masakryczne ilości stacji radiowych. I nie ma tam takich popapranych przepisów na to, żeby stworzyć własną rozgłośnię radiową i w związku z tym tam jest miejsce na każdy rodzaj muzyki. Kiedy jestem w Los Angeles albo w Nowym Jorku, to za każdym razem, siedząc w samochodzie, w minutę i z ogromną łatwością znajduję stację z muzyką smooth jazzową.
A w Polsce musisz czekać na audycje młodego Kydryńskiego?
– Albo Niedźwieckiego, albo paru innych, nielicznych, którzy też jeszcze od czasu do czasu puszczają taką muzę. Ale są coraz większe problemy ze znalezieniem w radio czegoś, czego jestem wstanie wysłuchać bez uszczerbku na zdrowiu.
Nie wiem, czy zgodzisz się z moją hipotezą, że ponieważ w Polsce żyje 10 razy mniej ludzi niż w USA, to rzeczą naturalną jest większa różnorodność stacji radiowych w Stanach, bo jest ich po prostu więcej. Ato w konsekwencji może uprawniać kolejną hipotezę, że nie jesteśmy jakoś wyjątkowo upośledzeni, głupi, zacofani – tam jest więcej ludzi, więcej stacji, większa rozmaitość.
– W Stanach na lekcjach muzyki w szkole podstawowej mówi się o jazzie, a w Polsce ciągle mówi się o muzyce ludowej i o pieśniach partyzanckich. Nie mam nic do pieśni partyzanckich, ale nie rozumiem, dlaczego nie mówi się w szkołach o twórczości Milesa Davisa lub innych przystępnych klasyków jazzu. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego w polskich szkołach muzycznych nie mówi się o twórczości Ptaszyna Wróblewskiego czy Dudusia Matuszkiewicza.
Parę lat temu czytałem w„Wyborczej” raport na temat poziomu wiedzy ogólnej nauczycieli. Napytanie ankieterów: Kim jest Melchior Wańkowicz? A– pisarz i publicysta, B – dowódca ukraińskiej sotni słynącej z okrucieństwa w stosunku do Polaków, C – wynalazca szczepionki przeciwko durowi brzusznemu, prawie 70% ankietowanych nauczycieli wskazało odpowiedź B.
– Serio?
Wtedy jeszcze traktowałem „Wyborczą” serio. I to może być odpowiedź na Twoje pytanie – nie uczą o Milesie Davisie, bo jeszcze nie doszli do Wańkowicza.
– No ale zarabiają takie pieniądze, że dobrze w sumie, że nie powiedzieli, że jest kosmonautą.
A jaki jest największy obciach w muzyce, według Ciebie?
– Czy ja wiem? Może – nagrać płytę, której nikt nie kupi? Nie! Największym obciachem w muzyce jest nagrać płytę, apotem nie umieć jej zagrać na żywo. Tak, to jest obciach.
Liczyłem, że może dorzucisz w tym miejscu coś o Rubiku.
– Kiedyś po koncercie siedzieliśmy w hotelu i odpoczywaliśmy. I piliśmy herbatę. Oraz ko-ka-ko-lę. A w telewizorze puszczali koncert Rubika. I wtedy ktoś powiedział, a właściwie krzyknął: „Patrzcie, ten facet dyryguje jak Jelcyn!”. To mnie wtedy rozbawiło, ale uważam, że Rubik i jego pasja krzewienia ambitnej muzyki wśród społeczeństwa jest czymś genialnym. Jego pierwszy singel: „Niech mówią”, czy jakoś tak to jest zatytułowane, no, w każdym razie coś tam jest o mówieniu – to jest to z tym klaskaniem, dosyć skomplikowanym – tam jest rytmika trudna, a ludziom się to podoba. Jest śpiewanie, które wydawałoby się, kompletnie wyszło z mody, sposób ustawienia głosów niemodny, a jednak ludziom się to podoba. Więc uważam, że jest to bardzo szczery, emocjonalny i profesjonalny przekaz. I za to można Rubika szanować.
Nie sądzisz, że on jest Twoim rynkowym konkurentem? Bo ludzie w sposób prosty i łatwo dostępny w telewizorze zaspokajają swoją potrzebę obcowania z muzyką, jaką mają w zasięgu pilota i potrafią zwalczyć w sobie pokusę sięgnięcia po Twoją muzykę, i z powodu takich Rubików sprzedajesz i Ty, i twórcy na Twoim poziomie, mniej płyt?
– No pewnie, że jesteśmy konkurentami, ale w pozytywnym znaczeniu. Jeśli znajdę w jego muzyce coś odkrywczego, co mógłbym zaadaptować dla siebie, to na pewno to zrobię.
Znalazłeś już coś takiego?
– Ja się wyraziłem w czasie przyszłym i warunkowo. Na razie mogę powiedzieć tyle, że nie widzę niczego w zjawisku pod tytułem Rubik. Muzyka powinna być różnorodna, na różnym poziomie, dla różnego odbiorcy.
Mówisz jak dyplomata, a ja sądziłem, że go „zjedziesz” na mokro.
– Ja nie „zjadę” żadnego muzyka, który jest słuchany przez ludzi.
Chyba że nie potrafi zagrać na żywo tego, co niby nagrał na płycie?
– No tak. Ale ja nie powiem, że zespół Ich Troje jest do niczego, chociaż nie podoba mi się ani Wiśniewski, ani jego teksty, ani muzyka, bo oni mają setki tysięcy słuchaczy, a ja nie zaneguję emocji tych ludzi, którzy kupują płyty Ich Troje. Muzyka to, po pierwsze, są emocje, i jeżeli one występują, to znaczy, że tam jest jakaś muzyka.
Przypomina mi się w tym miejscu, że Mick Jagger powiedział kiedyś coś takiego: „Rock and roll to jest to wszystko, co mi jeszcze uchodzi na sucho”. Masz jakąś własną definicję rock and rolla?
– Skoro Mick Jagger tak powiedział, to znaczy, że tak jest. I na tym bym poprzestał.
No, to ja też.


Dariusz Łukaszewski

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.