Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 10

Nieoczekiwanie odkrywam, że równinę przecina rzeka. A właściwie strumień. Zsiadam, kucam. Na dnie widzę rybę, prawdopodobnie pstrąga. Pstrąg patrzy na mnie bez strachu, ale z zainteresowaniem. Zupełnie jak ja na niego. Patrzymy na siebie ładną chwilę, a potem on odpływa, a ja odjeżdżam szukać miejsca, w jakim powinienem się znaleźć, żeby spotkać dziewczynę mojego życia
Rysunek: Andrzej Bobrowski
Wielka łąka. Za jej bezkresem już nic, tam mogą być tylko nieznane kraje – Butan, a nawet Chiny. Ale jest las, a raczej kawałek lasu. Za to z prawdziwymi drzewami. Wpadam tam, żeby się wysikać w naturalnej osłonie przed wiatrem. Nagle dostrzegam człowieka. Jest speszony moim nieoczekiwanym pojawieniem; przerwałem mu samobójstwo. Stoimy zakłopotani, gdy dzwoni telefon. Odbieram, żeby zyskać na czasie.
- Jemy stanowczo za mało warzyw – objawia teatralnie zatroskany głos żony.
- I musiałaś mi to powiedzieć akurat teraz?
- A co, miałam zadzwonić do Aldony?
- Ja mogę zadzwonić do Aldony w tej sprawie.
- Sama później zadzwonię do Aldony i trochę postękam.
- Jak chcesz.
- Wcale nie jest jak chcę
- Ok, dzwoń do Aldony.
On już zdążył odwrócić się i zniknąć. Jeszcze słyszę odgłosy łamanych gałęzi, na które następuje uciekający, zawstydzony człowiek.
Wciąż przydaje się do czegoś ta moja biedna żona – myślę i powracam do roweru. Przede mną typowy, nużący monotonią nizinny krajobraz. Postanawiam szybko pojechać, zobaczyć czy nie ma mnie w jakimś ciekawszym miejscu.
Jadę w kierunku możesz zabłądzić.
Ciąg dalszy 28. kwietnia
Komentarze:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.