5 sierpnia 2021, czwartek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Michaił Weller

Legendy Newskiego Prospektu

 

 

 






Książka roku 2009 w Rosji


 

 

 

Dzień dobry

Chciałabym zainteresować magazyn "Morele i Grejpfruty" opowiadaniami z
cyklu "Legendy Newskiego Prospektu" rosyjskiego pisarza Michaiła
Wellera. Autor wie o przekładzie oraz wyraża zgodę na ewentualną
publikację w polskich periodykach. Wysłałam Państwu dwa opowiadania,
jednak w razie potrzeby, lub chęci zapoznania się z większą partią, mogę
dosłać kilka kolejnych legend. Życzę przyjemnej lektury.

Pozdrawiam serdecznie

Barbara Pestka 

 

 

 

 

 Michaił Weller Legendy Newskiego Prospektu

 

Amerykanista

 

            Rozpowszechnił się w Leningradzie po sześćdziesiątym siódmym roku taki kawał: „Czym się różni Kanał Sueski od Kanału Gribojedowa? Nad Sueskim Żydzi siedzą z jednej strony, a nad Gribojedowa z obu”.

Zgoła nie nad Kanałem Sueskim, a nad Kanałem Gribojedowa urodził się niegdyś sławny sowiecki obserwator polityczny-amerykanista, komentator, politolog i demaskator Walentyn Zorin. De facto nie nosił wtedy nazwiska Zorin, a nieco inne, bardziej harmonizujące z wyglądem zewnętrznym. O Zorinie istniał osobny kawał: Narodził się on w czasie wizyty w Związku Radzieckim Henrego Kissingera i opierał się na niezwykłym podobieństwie zewnętrznym tych dwóch: Zorin wyglądał jak kopia Kissingera, dosłownie jak brat bliźniak, był tylko o połowę mniejszy – ten sam wijący się jeżyk, odstające uszy, tłusty podbródek i rogowe okulary. „ Proszę powiedzieć, panie Zorin, czy jest pan Żydem? – Jestem Rosjaninem!- Aaa. Czyli Żyd rosyjski? A ja jestem amerykański.”

            Otóż Walentyn Zorin, człowiek w tamtych czasach bardzo znany, przesiedział, nie opuszczając miejsca, około dwudziestu lat w Ameryce. Był korespondentem TASS, AP „Nowości” i „Prawdy” oraz całej możliwej reszty. W tej Ameryce to Zorin był u kresu sił i poświęcał swoje życie na frontach walki klasowej. Mieszkał w amerykańskim domku jednorodzinnym, jeździł amerykańskimi samochodami, żarł amerykańskie jedzenie i nosił amerykańską odzież. W uprzejmej odpowiedzi potrafił opowiedzieć o Ameryce tyle świństw, że gdyby ta była chociażby odrobinę słabsza, już dawno zawaliłaby się pod ciężarem jego potępienia. W środowisku zawodowym koledzy nadali mu pseudonim „Walek- pomyje”.

            Zorin był profesjonalistą i nie było w Ameryce najmniejszej rzeczy, której nie dałby rady obrócić Ameryce na potępienie a nam na chwałę. Potrafił skompensować zarobione pieniądze. A pieniądze były dobre, zielone takie. Baksy. Nie każdy umiał za nieustanną antyamerykańską działalność otrzymywać wypłatę w amerykańskiej walucie.

            Takie to były czasy akrobatów pióra i szakali maszyn rotacyjnych.

            I oto pewnego dnia pod wieczór wychodzi nasz bohater od pewnych gości. Przyjęli go w domu postępowi Amerykanie, karmili stekami, poili whisky i mówili przyjemne rzeczy. A on już obmyślał, jak zrobić z tego antyamerykański materiał. I wykorzystać go jak najlepiej.

             Idzie do swojego samochodu, zaparkowanego sto metrów dalej, przy chodniku. Wówczas, coś w rodzaju lufy pistoletu wbija mu się z tyłu w nerkę a gruby głos rozkazuje:

- Nie ruszaj się! Wyskakuj z kasy!

            A zatem napad. W typowy, nowojorski sposób.

            Zorin, jako człowiek doświadczony i wszystkie zasady gry znający, nie szarpie się. W kieszeni marynarki, umieszczonej na piersi, jak radzą wszystkie instrukcje policyjne, znajduje się dwudziestka. I równym głosem, starając się nie denerwować, odpowiada, że ma przy sobie tylko dwadzieścia dolarów, w kieszeni marynarki.

- Wyciągaj, ale bez gwałtownych ruchów!

            Ostrożnie wyciąga dwudziestkę i podaje przez ramię. Kasa zostaje chwycona a głos grozi.

- Nie ruszaj się pięć minut! Bo jak nie, to już jesteś trupem!

            Ciche kroki oddalają się.

            Kiedy, po obliczeniach Zorina, mija odpowiednia chwila, żeby rabuś zdążył oddalić się na bezpieczną odległość, ogląda się i widzi, jak za rogiem znika w pośpiechu Murzyn. Najzwyczajniejszy, w niebieskich jeansach, koszuli w kratkę, białych trampkach.

            Zorin wsiada do swojego samochodu i rusza. Myśli… Jakiż to szczęśliwy traf! W biały dzień sowiecki korespondent zostaje ograbiony w centrum Nowego Jorku przez uzbrojonego przestępcę! I policja ich przekupna jest bezsilna! Wspaniały materiał sam nawinął mu się pod rękę.

            I żeby zrobić kolejne dziennikarskie arcydzieło bardziej przekonującym, pojemnym i panoramicznym - żeby pokazać całą zgniliznę i beznadziejność ich ustroju, pędzi do najbliższego komisariatu policji. Szczwany lis, wie, że gdyby się tam nie zjawił, to zaczną zapewne wrzeszczeć, że kłamie czerwony, nikt go nie ograbił, i pytać dlaczego nie zwrócił się do policji, jeśli go ograbiono?! Proszę bardzo - zwracam się.

            I proszę mi złapać rabusia, skoro twarzy nie widziałem, o znakach szczególnych nic nie wiem - a takich napadów codziennie są tysiące. Ustrzelił sobie narkoman dwudziestkę na porcję - pewny łów.

            Hamuje pod szyldem komisariatu policji i prosi o zaprowadzenie go do dyżurnego - musi zgłosić napad.

            W komisariacie, wyciągnąwszy nogi na biurko i żując gumę, siedzi chłodząc się pod klimatyzatorem sierżant z czerwoną irlandzką gębą i błękitnymi oczkami.

            - Hello!- mówi do Zorina.- O co chodzi?

            - Jestem sowieckim dziennikarzem! - Oświadcza Zorin.- I właśnie okradziono mnie w waszym mieście wprost na chodniku!

            -Tak - odpowiada chłopisko- zdarza się. Kto to zrobił?

            - Przystawił pistolet do pleców i zabrał pieniądze.

            - Znaki szczególne- mówi chłopisko- znaki szczególne! Szczegóły później. Jeśli chce pan, żebyśmy znaleźli przestępcę, musimy spróbować.

            - Czarny- opisuje Zorin zjadliwie. – W niebieskich jeansach, koszuli w kratkę. W białych trampkach. Mniej więcej średniego wzrostu. Oczywiście jeszcze młody.

            - Dobrze- spokojnie mówi sierżant- Zrozumiałem. Gdzie się to stało proszę pana? Ile minut temu?

            A szczegółowa mapa miasta na całą ścianę migocze lampeczkami.

            Sierżant pstryka wyłącznikiem przerzutowym i mówi.

            - Halo? John? Phil? Napad uliczny. Kwadrat 16- D. Trzydziesta szósta, niedaleko rogu Drugiej Alei. Dziewiętnasta piętnaście, plus- minus minuta. Czarnoskóry, średniego wzrostu, niebieskie jeansy, koszula w kratkę, białe trampki. Dobra. Oskubał rosyjskiego dziennikarza, ten się piekli. Tak. Ile panu ukradł, sir?

            Mówić, że cała ta historia z powodu dwudziestki, jakoś się nie godzi. Wydarzenie nie będzie miało odpowiedniego rozmiaru. Trafi wówczas do gazet: komunistyczny dziennikarz chciał wsadzić do więzienia biednego, uciskanego przedstawiciela czarnej mniejszości za parszywe dwadzieścia dolarów. I Zorin mówi:

            - Trzysta dolarów.

            - Halo? Zabrał mu trzysta dolców, powęszcie trochę chłopaki.

            Przysuwa Zorinowi popielniczkę, gazetę, piwo:

            - Proszę posiedzieć- mówi- i trochę poczekać. Zaraz chłopaki sprawdzą, co tam się dzieje. Tak, przyznaję, że z tymi rabunkami ulicznymi mamy kłopot. Proszę się już nie gniewać.

            - Nic takiego- zgadza się Zorin- zdarza się. A sam określa czas, żeby napisać potem, ile sterczał na policji, i wszystko to na próżno, jak długo go tam trzymali i wzdychali z powodu swojej bezsilności. Wspaniały materiał: przebój!

            Usadawia się wygodniej na krześle, otwiera puszkę piwa, rozkłada gazetkę…I wówczas na oścież otwierają się drzwi i potężny policjant wciąga na kołnierz Murzyna:

            -Ten?

            Zorinowi opada szczęka i piwo idzie mu nosem. To ten sam Murzyn.

            Sierżant patrzy na niego i konstatuje:

            - Wzrost średni. Znaków szczególnych nie ma. Jeansy niebieskie. Koszula w kratę. Trampki białe. On?!

            I Zorin zupełnie oszołomiony machinalnie kiwa głową. Ponieważ czegoś takiego się nie spodziewał. To …niemożliwe!!!

            A jednak, patrole samochodowe wałęsają się bez przerwy po swoim kwadracie, i do każdego punktu mają minutę drogi, swój kontyngent znają co do jednego- profesjonaliści, stałe miejsce pracy. Złapali go, zatem zaraz nieopodal, nie zdążył biedak złapać oddechu i piwka się napić.

            -Ta-ak- ryczy sierżant.- No co, ledwie co wyszedłeś i znowu to samo? Sprawy międzynarodowej ci brakowało? Wiesz, że ograbiłeś słynnego rosyjskiego dziennikarza, który rad będzie z tego powodu obrzucić błotem naszą Amerykę?

            - Jakiego Rosjanina, oficerze?- Krzyczy Murzyn.- Co pan nie widzi, że to Żyd? Będę ja się zadawał z Rosjanami! W sprawy Pentagonu mnie nie uwikłaliście?

            Zorin czerwieni się lekko. Sierżant mówi.

            - Do polityki to ty się lepiej nie pchaj. On jest rosyjskim poddanym. I złożył na ciebie doniesienie. Mów od razu, co zrobiłeś z bronią?

            - Z jaką bronią?- Krzyczy Murzyn.- No co pan, panie oficerze, przecież pan mnie zna, nigdy w życiu brzytwy przy sobie nie miałem. Co ja, prawa nie znam? Nie dam sobie wcisnąć napadu z bronią w ręku, o nie! Palec mu przystawiłem do pleców, i tyle. Nic na to nie poradzę, jeśli się przestraszył. Żadnej broni!

            - Podtrzymuje pan, że widział u niego broń?- Pyta sierżant

            - Bój się pan Boga, mister ruski Żydzie- dziennikarzu, sir!- Mówi Murzyn.

            Zorin jeszcze raz z lekka zaczerwienił się i mówi, że nie, właściwie broni nie widział, ale oczywiście potrafi odróżnić palec od pistoletu, i dotyk był na pewno pistoletu. Ale ponieważ z początku się nie odwracał, a potem ciężko było się połapać w drobnych szczegółach, to on przy broni się nie upiera, ponieważ nie chce niepotrzebnie pogarszać doli biedaka, sądząc po wszystkim, prostego Amerykanina, którego oczywiście, tylko ogromna bieda mogła popchnąć do przestępstwa.

            - Okej, - powiedział sierżant, - wyjaśniliśmy sprawę broni. Teraz pieniądze. Dawaj misterowi trzysta baksów, prędko, a jeśli będzie dla ciebie taki dobry, to możesz tym razem lekko się wykręcić.

            W tym momencie Murzyn zawył, jak syrena fabryczna w dniu strajku i cisnął Zorinowi w twarz jego dwudziestkę.

            - Jakie trzysta dolarów!- Nie wytrzymuje z powodu bogobojnego oburzenia Murzyn. – Niech się udławi swoją dwudziestką! W kieszeni marynarki, na piersi, o w tej- szturcha palcem- była dwudziestka, sam ją wyciągnął i mi oddał! Sierżancie, proszę mi uwierzyć: ten przeklęty komunistyczny Żyd chce zarobić na biednym ciemnoskórym! Co ja takiego złego panu zrobiłem, sir?! Skąd ja wam wezmę trzysta dolarów?!

            Zorin, człowiek obyty, opanowany, mimo wszystko czerwieni się jeszcze raz i w ogóle stwierdza, że miejsce ma jakaś niezręczna niedogodność. To znaczy sprawa przybrała zupełnie nie ten obrót, który był z góry ustalony.

            Sierżant patrzy na niego uważnie, wypluwa gumę i mówi:

            - Oświadczył pan, że rabuś zabrał panu trzysta dolarów. W jakich nominałach? Gdzie się znajdowały? Podtrzymuje pan swoje oświadczenie?

            Zorin mówi z pojednawczym uśmiechem:

            - Wie pan, panie sierżancie, byłem zdenerwowany w czasie rabunku. Proszę zrozumieć, że nie jestem rdzennym Amerykaninem, i jak dotąd jakoś nie przywykłem za bardzo do takich rzeczy. Byłem zestresowany. Dopuszczam, że mogłem w zdenerwowaniu i w pierwszym momencie niedokładnie pamiętać takie pojedyncze szczegóły. Być może było tam nie trzysta, a mniej…

            - Pamięta pan ile miał pan gotówki?- Pyta sierżant, a drugi policjant otwarcie się cieszy. – Proszę sprawdzić, ile brakuje?

            - Wie pan- mówi Zorin- byłem w gościach, zrobiłem jakieś zakupy z rana, prezenty, potem wypiliśmy trochę…Już nie pamiętam dokładnie.

            - Czyli pił pan- Z nową intonacją powiedział sierżant. – I potem usiadł za kierownicę? To w Rosji przyzwyczaił się pan tak robić?

            - Nie - z pośpiechem odpowiedział Zorin a jego twarz zaczęła w jakiś sposób przypominać radę z kobiecego kalendarza: „Żeby biust był bujny, wsuń go do ula”.- Oczywiście piliśmy tylko coca- colę, ja w ogóle nie piję, miałem po prostu na myśli to, że po spotkaniu z moimi amerykańskimi przyjaciółmi byłem w świątecznym nastroju, zupełnie jakbyśmy wypili, i oczywiście byłem trochę zmieszany…

            - Krótko mówiąc- mówi sierżant. – To pana dwudziestka?

            - Moja.

            - Ma pan jeszcze jakieś materialne roszczenia względem tego człowieka?

            - Ja mu pokażę roszczenia!- Krzyknął Murzyn.- Żydowski zdzierca! Co to ma być- skarży się sierżantowi - w rodzinnym mieście przyjezdny Żyd, przy współudziale policji, okrada biednego czarnoskórego na trzysta dolarów! Kiedy wreszcie skończy się ten rasizm!

            Wtedy Zorin z miejsca zmienia taktykę. Przybiera szlachetną postawę.

            - Sierżancie – mówi - Nie chcę, aby karano tego nieszczęśnika. Wiem o trudnym życiu kolorowej ludności w Ameryce. Przyjmijmy, że ja mu te dwadzieścia dolarów podarowałem, i uściśnijmy sobie wzajemnie ręce na znak pokoju między naszymi dwoma mocarstwami.

            Ale sierżant nie śpieszy się do uścisku rąk, a na odwrót, jego irlandzka gęba zaczyna nabrzmiewać krwią.

            - Podarował pan?- Pyta, dysząc.

            - Podarowałem - wielkodusznie mówi Zorin.

            - To na kiego diabła zawiadamia pan policję, że grożąc bronią, ukradziono panu trzysta dolarów, jeśli w rzeczywistości podarował pan mu dwadzieścia - wrzeszczy sierżant. – Sam pan chciał dziesięć minut temu skazać go na dwanaście lat za napad z bronią?!

            - Zdenerwowałem się - pojednawczo mówi Zorin. – Myliłem się. Czasami zdarza mi się jeszcze źle rozumieć angielski.

            - Ile lat przebywa pan w Ameryce?

            - Około dwudziestu.

            - To na jaką cholerę pisze pan tutaj, skoro nie rozumie pan angielskiego?

            Wtedy do Murzyna dochodzi, że dwudziestkę to mu niby podarowano i wyciąga rękę, żeby ją wziąć z powrotem, ale Zorin uprzedza jego ruch i kładzie sobie do kieszeni, ponieważ mimo wszystko jest mu żal dwudziestu dolarów.

            - Dobra - spluwa sierżant. – Ze swoimi podarkami proszę radzić sobie samemu. To do kompetencji policji nie należy. Jeśli nie macie do siebie więcej pretensji, spływajcie i nie zawracajcie mi głowy.

            - Napiszę materiał o wspaniałej pracy nowojorskiej policji - przypochlebia się Zorin. - Bardzo miło było mi pana poznać. Jak brzmi pana nazwisko, sierżancie?

            - Moje nazwisko może pan sobie przeczytać na tej tabliczce - mówi chłopisko. - A czy pan napisze czy nie, to pańska sprawa. Myślę, że moje kierownictwo nie będzie się szczególnie cieszyć z pochwał w rosyjskiej, komunistycznej prasie. Do widzenia. A ty, Phil, poczekaj chwilę. Jesteś mi potrzebny jako świadek całej rozmowy.

            I Zorin z Murzynem wytaczają się na chodnik, gdzie Murzyn objeżdża równo Zorina wyzwiskami, pluje na jego samochód, proponuje mu pocałowanie siebie na pożegnanie w tyłek i dumnie oddala się. Zorin odjeżdża do domu, porażony pracą nowojorskiej policji i ciesząc się, że lekko wywinął się z łap tych dzierżymord.

            A sierżant podnosi słuchawkę i dzwoni do znajomego reportera kroniki policyjnej, który podrzuca mu drobne pieniądze za ekskluzywną dostawę informacji do działu nowości.

            - Słuchaj Bill - mówi- był u mnie jeden rosyjski dziennikarz…Zo- rin…Wa- len- tyn…, czarny narkoman ukradł mu dwadzieścia dolarów, tak, palec mu przystawił do lędźwi zamiast rewolweru…tak, przyjechał do nas i chciał tego biedaka przyciąć na trzysta baksów…co o tym myślisz, wyobrażasz sobie, wpakować go na dwanaście lat?! Tak, mówił, że jest znanym dziennikarzem…

            I nazajutrz w „New York Times” poszło to z takim wielotytułem: „Sensacja! Sensacja! Popularny rosyjski dziennikarz Walentyn Zorin, znany ze swoich antyamerykańskich poglądów, próbuje ograbić bezrobotnego, czarnoskórego narkomana!!!”. I przedstawiona zostaje w jaskrawy sposób cała ta historia - ze szczegółowym ukazaniem miejsca, czasu i nazwisk policjantów.

            Po tym wydarzeniu przed Zorinem zamknęły się drzwi amerykańskich domów. I przestano go już zapraszać na wszelkie briefingi i konferencje prasowe. I międzynarodowi koledzy nie zapraszali go więcej, aby z nimi wypił, a niektórzy przestali nawet się z nim witać.

            I w końcu zmuszony został do tego, aby opuścić Amerykę, ponieważ skandal zrobił się z tego nieładny. Siedzi w Związku, i bardzo rzadko pojawia się w telewizji.

            A kiedy pytają się go:

            - Tyle lat pracował pan w Ameryce, tak dobrze pan ją znał, dlaczego mimo wszystko porzucił ją pan i wrócił do Związku? – odpowiadał tak:

            - Kiedy pewnego razu usłyszałem, że moje dzieci, wychodząc z domu do szkoły, przechodzą między sobą z rosyjskiego na angielski, zrozumiałem, że pora wracać!... 

 

 

Michaił Weller

 

 

 

 

 

Ballada o sztandarze

 

            „Sztandar to najświętsza chorągiew, która…którą…”

A. Kuprin, „Pojedynek”

 

            Oficerów wojskowych, którzy dożyli końca wojny, i nie zostali potem zwolnieni do rezerwy, poutykano po wszystkich dziurach; jak najdalej od dekabrystycznego ducha. Ponieważ napatrzeli się w Europie na różne rzeczy, wszystko mogło się zdarzyć. Dlatego tam, w tych dziurach, w spokoju dosługiwali emerytury, wspominając wojenne lata.

 Sterczał sobie w głuszy ogromnego Leningradzkiego Okręgu Wojskowego zwyczajny zmotoryzowany pułk liniowy. Zmotoryzowany to on był tylko z nazwy i w zgodzie z duchem czasu, bo w rzeczywistości był po prostu pułkiem piechoty.

 Dowodził nim pułkownik, kombatant i kawaler orderów, którego służba dokonywała się w tym ślepym zaułku. W czasie wojny stopnie nadawało się dobrze - dostawał je każdy, kto tylko żyw się ostał. A co zrobić z tymi wszystkimi pułkownikami w czasie pokoju? Dosługuj bracie…Nie wszyscy potrafili urządzić się na ciepłej posadce w sztabie albo tym bardziej na katedrze wojskowej uczelni wyższej. A ten pułkownik to chłop był prosty i szczery: wiarus.

            Życie w pułku było nudne, jednostajne, ot taki garnizonowy żywot. Sława i wielkie czyny już za tobą. Pozostała szara codzienność: rekruci, ćwiczenia, sprawozdania, popijawy i plotki. Obok była wioseczka, naokoło lasy i błoto, więc ani się człowiek zabawić nie mógł, ani sobie ulżyć.

            A już we wiosce życie było całkiem marne. Biedne i szare.

            I tylko dwa razy do roku życie rozjaśniało wydarzenie - urządzano paradę. To było święto. W paradę pułkownik wkładał całe serce, wyciągając je najpierw z podwładnych. Dwa tygodnie wcześniej zaczynano maszerować. Tydzień wcześniej zbijano na wiejskim placu przed sielsowietem trybunę i obijano ją kumaczem. Przygotowywano transparenty, do ścian przyklejano plakaty. Sierżanci gonili żołnierzy, oficerowie pucowali mundury galowe i przyczepiali odznaczenia, technikę malowano świeżą farbą, powlekając obręcz i stopnie białym kolorem dla strojności – wszystko doprowadzano do wielkiego porządku.

            I w radosne ranki 7 Listopada oraz 1 Maja cała wioska zawczasu tłoczyła się za oddziałem otaczającym plac. Kierownictwo wioski i starsi oficerowie stali na trybunie. Pluton porządkowy w białych rękawiczkach, z karabinami Simonowa, rozciągał liniowych. Orkiestra pułku oślepiała miedzią i dudniła marsza. I cały pułk maszerując w paradnym szyku, na komendę: równaj w prawo, odbijał krok przed trybuną. Wszystkie dziewięć kompanii, wszystkie trzy bataliony. Rozpoczynała paradę, według tradycji, kompania zwiadowcza, a kończył dywizjon artylerii i kompania pancerna. Na samym końcu szły również, w szyku, samochody pododdziału sanitarnego i kuchnie polowe kompanii- wszystko, co było na stanie, cały folwark w pełnej krasie.

            Ludzie byli dumni, chłopcy wrzeszczeli, oficerowie salutowali, a na czele, na środku trybuny stał pułkownik, wysunąwszy do przodu pierś, całą w wojskowych orderach i po ojcowsku upijał się nienaganną gotowością swojego pułku. Całą swoją wojskową ambicję, całe śmiertelne oddanie starego profesjonalisty swojej sprawie przejawiał w tych paradach.

            A na początku całej, niemającej końca, równej kolumny płynął sztandarowy - dwumetrowy, wąsaty i dzielny starszy sierżant, pełen kawaler Orderów Sławy. Był miejscową znakomitością i ulubieńcem publiczności. Chłopcy byli z niego dumni, jak z czegoś własnego i spierali się, czy jako pełen kawaler Sławy, był ważniejszy od oficerów, i czy stopniem przewyższał go tylko pułkownik.    

            A po paradzie był gwóźdź programu - piwo! Trzeba znać życie głuchej wioseczki tamtego czasu, żeby ocenić, czym było dla nich piwo; tym bardziej dla żołnierzy. Dwa razy do roku pułkownik posyłał samochód do Leningradu i nie przebierając w środkach wyszukiwał pieniędzy oraz możliwości, aby kupić trzy beczki piwa. Dla każdego po kuflu. Beczki wtaczano do sklepiku, który przez resztę roku świecił pustkami, i schodząc z odcinka paradnego cały skład osobowy w dokładnie wyćwiczonej kolejności (to również wchodziło w zestaw nocnych i dziennych prób!) wypijał swój kufel. Ludność karmiono z dymiących, dopiero co uczestniczących w paradzie, kuchni polowych. Kołchoźników było naturalnie dużo mniej, niż żołnierzy w pułku, więc w ten świąteczny dzień ludzie najadali się do syta. I takim sposobem, w pełni pojmowali sens plakatu wiszącego na izbie-czytelni: „Jedność armii i narodu”

            Dobry był pułkownik. Wódz wierny cara, druh żołnierzom. [1]

            I pewnego razu odbywa się taka pierwszomajowa parada. Orkiestra raduje się i grzmi. Liniowi zamierają, bagnety w górę unoszą, na nich chorągiewki powiewają. Z szeroką, purpurową wstęgą przez ramię kroczy starszy sierżant, wzbijając kurz na wiejskim placu, a w rękach jego Sztandar 327 Sławgorodskiego Gwardyjskiego pułku Zmotoryzowanego odznaczonego Orderem Bogdana Chmielnickiego - złote frędzle, wstęga Św. Jerzego biją na wietrze, order w rogu emalią błyszczy, i litery w kształcie łuku ułożone  na czerwonym tle się pysznią. A po jego bokach, pół kroku z tyłu, idą asystenci sztandaru, postawni, młodzi lejtnanci, srebro ich szabli w pozycji prezentuj broń iskrami się rozbłyskuje.

 Za nimi, ze swoją pieśnią, z dziarskim przygwizdem, kompania zwiadowcza maszeruje.

            Muzyka dla duszy! Silna, niezwyciężona armia, żywy frontowy duch!

            I, minąwszy odcinek ceremonialnego marszu i skręciwszy za róg jedynej wiejskiej ulicy, starszy sierżant-sztandarowy, podchodzi do sklepiku. Kufle są już nalane, służba kuchenna w białych kurtkach i czapach gotowa jest - oby bez zwłoki!- do wydawania. Półtora tysiąca gęb biorących udział w paradzie, i każdemu po kuflu w odmierzonym momencie trzeba dać!

 Starszy sierżant, jako sztandarowy i zasłużony kombatant, według tradycji dostaje jako pierwszy, i nie jeden kufel, a dwa. Pierwszego wypija duszkiem, do drugiego pali drogiego, palonego zwykle przez dowódców, papierosa „Kazbek” i zaciągając się, po łyczku i ze smakiem, wyciąga piwko. Parada jest zakończona.

            Teraz czas do garnizonu, gdzie stoły są już nakryte, stołówka ozdobiona na świąteczny obiad. Na te obiady to pułkownik rozkazywał zarzynać wieprza i barany z gospodarstwa pomocniczego, kupować we wiosce kiszonych ogórków, i dawał dowódcom kompanii nieoficjalną dyrektywę, żeby bez niepotrzebnego szumu zorganizowali po setce dla całego składu osobowego. Na chwałę broni i pamięci Zwycięstwa.

            Dobry był pułkownik. Już takich nie ma. Pułk by za nim w ogień skoczył. I u dowództwa cieszył się bardzo dobrą opinią, jako przykład wszystkim go stawiano. Ale awansu nie dawali…Nie żeby kiedyś gdzieś coś nie tak powiedział, albo ze względu na wiek nie rokował perspektyw, albo zastępca dowódcy do spraw politycznych doniósł o setce do wydziału politycznego dywizji…

            Ogólnie całym jego życiem był rodzimy pułk i te parady były apoteozą służby.

            A zatem starzy sierżant wyrzuca niedopałek, stawia z żalem kufel i wyciąga rękę po sztandar, który, zwinąwszy go uprzednio, oparł o sklepik…

            Nie ma tam sztandaru. To on pomylił - z drugiej strony go oparł.

            Patrzy na drugą stronę: nie ma. Nie ma tam sztandaru.

            Dziwne. Postawił przecież. Musiał, zatem, postawić z tyłu…

            Tylko, że z tyłu sztandaru również nie ma.

            Starszy sierżant pyta lejtnantów-asystentów:

            - Chłopaki, kto ma sztandar?

            Patrzą na niego nic nie rozumiejąc:

            - Jak to, kto ma? Przecież nie wypuszczałeś go z rąk.

            - Otóż - mówi- postawiłem go tutaj…  

            Razem oglądają sklepik ze wszystkich stron - nie, przy sklepiku sztandar nie stoi.

            Zaczynają rozglądać się na wszystkie strony. Wziąć go nikt nie mógł. Na około, równo i miarowo pułk piwo pije plutonami i kompaniami, i swobodnym krokiem maszeruje, rozmieszczając się w wygodnym miejscu.

            - A kto ma dzisiaj służbę na posterunku N_1? Co za jełop! Na pewno rozprowadzający rozkazał bez zastanowienia sztandar zaraz po paradzie odnieść na miejsce i posłał po niego wartowników pod koniec marszu ceremonialnego. Zapytać się powinni! Koty…

            Starszy sierżant z asystentami, chowając szable do pochew, idą do sztabu pułku, do gabloty sztandaru, gdzie na posterunku N_1 tkwił wartownik z karabinem „Przez pierś broń”.

            Pusta jest witryna.

            - Gdzie jest sztandar?- Pyta starszy sierżant wartownika.

            Ten ze zdziwienia zaczyna mówić, co na tym honorowym posterunku jest mu kategorycznie zabronione.

            - Jak to? Przecież to wy jesteście sztandarowym…

            - Co, nie przynosili ci go?

            - Kto?

            - No…warta zewnętrzna…

            - Nie…A co, powinna była?

            Idą do dowódcy warty:

            - Brałeś sztandar?

            Ten się śmieje - docenił żart.

            - Aha – mów i- pomyślałem sobie, że niech wisi trochę nad PPK[2], żeby od razu wszyscy widzieli, że wchodzą nie gdziekolwiek, a do gwardyjskiego, odznaczonego orderem pułku.

            - Ale z ciebie …! Gdzie on jest?!

            - No co wy?...Chłopaki… ja przecież żartuję…a co?

            - Żartujesz? Nic. Masz milczeć…zrozumiałeś?

            Starszy sierżant ma coraz bledszy kolor twarzy a bujne wąsy stopniowo zaczynają opadać w dół. Lejtnanci-asystenci otwarcie zaczynają się bać. Przystępują do przetrząsania pułku: jaki idiota wziął sztandar i gdzie go teraz trzyma.

            Powracają do sklepiku. Tam już zwinięto cały sprzęt.

            - Nie - mówi sklepikarz - co wy. Nic nie widziałem. Przecież z rąk go nie wypuszczałeś.

            - Nie wypuszczałem - posępnie basuje sierżant, kurcząc się.

            Może zanieśli go do gabinetu dowódcy pułku? Albo do szefa sztabu?

            Idą z powrotem do sztabu. Nie ma - pusto. Zajrzeli we wszystkie okna. Tylko wartownik przy pustej gablocie patrzy wyczekująco, bałwan.

            Przechodzą po wszystkich kompaniach. Idą do parku samochodowego: może sztandar koło sklepiku upadł, ześliznął się po ścianie i ktoś w krzątaninie podniósł i położył, na przykład na sprzęt pancerny, i na czołgu pojechał do parku.

            Nie; nie ma.

            Dyżurnego parku bardzo zdziwiło pytanie i, oczywiście, niczego nie widział.

            Tymczasem pułk zakończył świąteczny obiad. Połowa żołnierzy wali na przepustkę: zrzuca się na samogon, wbija w kolejkę wokół czterech wioskowych dziewczyn i nakłania do miłości średni wiek szkolny. Oficerowie kompaniami kroczą po domach - za stoły z piciem i zagryzką. Spokój w rejonie dyslokacji. I nigdzie sztandaru.

            Człowiek, który nie służył w Armii Sowieckiej pierwszego powojennego dziesięciolecia, a tym bardziej cywil, rozpaczliwości i skali tragedii ocenić nie potrafi. W najlepszym przypadku słyszał, że największą oznaką żołnierskiego bohaterstwa jest przelecenie baby pod sztandarem oddziału. Dzisiaj, kiedy lejtnant nie ustępuje w autobusie miejsca pułkownikowi, kiedy żołnierz to nie żołnierz, i oficer to nie oficer, i przysięga to nie przysięga, kiedy armia rozleciała się na części, i nie żeby sztandary – a krążowniki kradną albo kolumny czołgów przemycają za granicę - dzisiaj stara, stalinowskich czasów armia może być uznawana tylko za siwą legendę. Dlatego, że kiedyś chłopak z kołchozu szedł do armii jak za szczęściem: syte jedzenie! ciepła, ładna odzież! prześcieradło, koc, koja!- a po trzech latach dostawałeś paszport i byłeś wolny, jedź gdzie chcesz! W połowie służby dziesięciodniowy urlop! To był żołnierz. Nie to, co teraz, kiedy pobrany do desantu powietrznego nie może podciągnąć się raz na drążku. A oficer to już w ogóle był białą kastą! Strój z diagonalu, przydział, opłacona droga na urlop, dwa tysiące wypłaty dla plutonowego- oficer był bogatym i szanowanym człowiekiem, i jeździł wyłącznie w wagonach z przedziałami, a od majora wzwyż w wagonie pierwszej klasy.

            I brak Sztandaru Oddziału był większą profanacją, niż trafienie do niewoli. To graniczyło ze zdradą Ojczyzny. Oznaczało to trybunał i wieczną, niezmywalną hańbę. To…to niewiarygodne, niemożliwe! Za sztandar można umrzeć, ratując go za cenę swojego życia, można być postrzelonym i wynieść go na własnym ciele, klęknąć na kolana i pocałować; w najbardziej skrajnym przypadku można go pochylić nad ciałem poległego bohatera. Ale stracić go w zasadzie w żadnym przypadku nie jest niemożliwe. Świat się może zawalić, ale sztandar trzeba uchronić!

            Tymczasem dookoła wiosenne słońce i proletariackie, wesołe święto, a sztandaru nie ma. Kodeks honorowy rekomenduje jedno wyjście - zastrzelić się. Ponieważ drugie wyjście kodeksu honorowego to wcześniejsze zerwanie pagonów przed oddziałem, a potem zastrzelenie się.

            Ale starszy sierżant, to mimo wszystko nie oficer, taką wojnę udało mu się przeżyć, cudem z niej ocalał i strzelać do siebie nie chce. Tym bardziej, że ma rodzinę i dzieci. I w ogóle sztandar jeszcze nie przepadł, on wyraźnie przecież gdzieś tutaj jest, powinien się znaleźć.

            Lejtnanci-asystenci, którzy według statusu ceremonii zostali powołani do ochrony swoimi szablami wyżej wspomnianego sztandaru, strzelać do siebie również nie chcą. Oni go w ręku nie trzymali, im go nie zabrano, dlaczegoż mieliby do siebie strzelać. Mają przed sobą życia a życia…

            W trójkę jeszcze raz i jeszcze przetrząsają pułk z całym jego obejściem wzdłuż i wszerz - i nigdzie sztandaru nie ma. Nie ma go w sali Lenina, nie ma u pułkowego artysty, nie ma w orkiestrze pośród ich puzonów i helikonów, i nie ma go nawet w gospodarstwie pomocniczym na chlewie. W kuchni nie ma, na strzelnicy nie ma, i w pododdziale sanitarnym również go nie ma.

            A wszyscy już zwracają uwagę, że myszkują trójcą wszędzie gdzie popadnie i wyglądają, jakby ktoś ich trzasnął. I na pytania nie odpowiadają. A co mają odpowiadać? Że świętość oddziału jakoś przypadkiem przepadła?

            Wieczorem jeden lejtnant mówi:

            - No cóż…trzeba zameldować.

            Starszy sierżant - z martwą bezbarwnością:

            - Komu?...

            - Komu…według regulaminu… oficerowi dyżurnemu pułku.

            Starszy sierżant siada na przyzbę, zamyka oczy i mówi:

            - Meldować będzie najwyższy stopniem.

            Lejtnanci mówią chorem.

            - Chuj z tobą. Ja oficerowi dyżurnemu meldować nie będę. Sztandar był powierzony sztandarowemu, więc melduj.

            Starszy sierżant mówi:

            - Ja oficerowi dyżurnemu meldować nie będę. Zgodnie z regulaminem melduje starszy stopniem.

            - Zgodnie z regulaminem to cię rozstrzelają przed oddziałem za zgubienie sztandaru!

            - Słusznie - zgadza się starszy sierżant.- Będę więc stał przed oddziałem pośrodku, a wy po bokach.

            Koniec końców w trójkę idą do dyżurki, i tam lejtnanci wypychają starszego sierżanta do przodu:

            - Ty jesteś kombatantem, kawalerem Sławy, nie jesteś oficerem, tobie wybaczą…a dla nas to koniec, oficerski sąd honorowy i w każdym przypadku kopniak w dupę i z armii, nawet, jeśli się znajdzie.

            I starszy sierżant melduje:

            - Towarzyszu, kapitanie gwardii…a więc…ogólnie…jest źle…

            - Co takiego?- Wesoło pyta wąsaty kapitan gwardii, który z okazji święta wypił sobie szklaneczkę alkoholu - A według mnie jest dobrze!

            - Sytuacja wyjątkowa..

            - Jaka znowu sytuacje wyjątkowa? Co masz starszy sierżancie taką gębę niewesołą, jakbyś Sztandar Pułku zgubił?

            Starszy sierżant robi się biały z powodu takiej przenikliwości i ledwie udaje mu się wymamrotać:

            - Tak jest…

            - Co - tak jest?

            - No …to, co powiedzieliście…

            - Co ja powiedziałem?- Zdziwił się kapitan.

            - To…nie ma…

            - Czego nie ma?

            - Zniknął…

            - Co zniknęło?! Melduj z sensem!

            - Sztandar…

            - Jaki sztandar?- Głupio wypytuje się oficer dyżurny.

            - A jakie mamy …pułku.

            - Co-o?!

            Kapitanowi wąsy stają dęba, oczy zrobią się kwadratowe, czapka na tył głowy skacze.

            - Tfu!- mówi.- Ile wypiliście, że takie żarty urządzacie? Oni są młodzi, ale ty - kombatant, wiarus: czy z takich rzeczy się żartuje?

            - Tak, ja rozumiem - mówi starszy sierżant - Ja nie żartuję.

            - Co?!

            Z oficerem dyżurnym dzieje się źle, odmawia uświadomienia sobie, tego, co zaszło. Długo i boleśnie dochodzi do niego, że to naprawdę się stało, ponieważ coś takiego nie może się zdarzyć, ponieważ coś takiego nigdy nie może się zdarzyć. I właśnie jemu - jak? za co? w biały dzień! - na jego służbie!! Taka sytuacja wyjątkowa! To najgorsze, co może się zdarzyć. A czyja głowa pierwsza poleci - oficera dyżurnego. On odpowiada za porządek w pułku. O Boże!

            Co robić? A co można zrobić…trzeba meldować dowódcy pułku. Taki prezent z okazji święta. Żeby tylko zawału nie dostał.

            Oficer dyżurny podejmuje decyzję: oznajmia.

            - W ogóle, to ja meldować dowódcy tego nie będę. Nie mogę zameldować czegoś takiego! Jest siedemnasta czterdzieści. Zmiana oficera dyżurnego o dwudziestej pierwszej zero-zero. Żebyście do tego czasu sztandar znaleźli. Bierz wszystkich wolnych od warty i szukajcie gdzie tylko chcecie! Suki!!! Gady!!!

            Niezwłocznie stworzona zostaje drużyna poszukiwawcza na czele z pomocnikiem oficera dyżurnego starszym lejtnantem, która gorączkowo przeszukuje pułk. Szukają suki i gady i żadnego rezultatu.

            O dwudziestej pierwszej zero-zero kapitan przekazuje służbę drugiemu dowódcy kompani i wali głosem samobójcy:

            - W czasie mojej służby w pułku wystąpiła sytuacja wyjątkowa - zniknął Sztandar Jednostki. Melduję zdanie służby oficera dyżurnego.

            - Melduję przyjęcie służby oficera dyżurnego – odpowiada nowy oficer dyżurny.- Cha- cha- cha! I dawno zniknął? Co, do wioski po samogon poszedł?

            Na twarzy poprzedniego oficera dyżurnego rozbłyskuje niepojęta, złośliwa satysfakcja: przyjął! Przyjął służbę! Nie może przyjąć służby, jeśli sztandar przepadł! Nie powinien! Na alarm powinien bić, podnieść wszystkich na nogi! A on przyjął! Pół ciężaru z ramion mu spadło!...

            Ściąga z rękawa przepaskę, podaje nowemu oficerowi dyżurnemu; ten siada za jego biurkiem w dyżurce, a były oficer dyżurny mówi:

            - Ci…faszyści!...zgubili sztandar po paradzie.

            A nowy oficer dyżurny, ciepluchny po świątecznym obiedzie z wódeczką, reaguje poczciwie:

            - Cha, cha, cha!

            - Melduj!- Wydaje rozkaz były oficer dyżurny starszemu sierżantowi. I ten powtarza swój rozpaczliwy meldunek.

            Nowy oficer dyżurny sinieje, trzeźwieje, dostaje szału:

            - Co wy…ochujeliście?...Słowianie!...bracia…towarzysze oficerowie! Nie przyjmuję służby!

            - Już przyjąłeś. Działaj zatem. Masz sytuację wyjątkową.

            - Ja mam sytuację wyjątkową? To ty masz sytuację wyjątkową!

            Krótko mówiąc: ten oświadcza, że dowódcy meldować nie będzie. Szukać!!! Wszyscy!!! Wszędzie!!! O ósmej rano ustawnie w szyku - macie czas do ósmej.

            I przez całą noc już około dwudziestu ludzi szwenda się z latarkami po garnizonie, niczym nawiedzeni poszukiwacze skarbów i ryją gdzie popadnie: nawet materace w koszarach wywracają, i w ZIP-ach patrzą…figa: nie ma.

            Rankiem przybywa rzucić orlim spojrzeniem na swoje wzorowe gospodarstwo świąteczny dowódca; i przetrącony kapitan składa raport:

            - Towarzyszu, pułkowniku gwardii! W czasie mojej służby w pułku sytuacja wyjątkowa nie wystąpiła .

            - Spocznij.

            - Ale w czasie służby kapitana Kumania wystąpiła.

            - Co - wystąpiła?

            - Sytuacja wyjątkowa! Zniknął sztandar jednostki…

            Pułkownik ze zwątpieniem ogląda się na boki, wydłubuje małym palcem ucho i węszy:

            - Ile wypiliście, kapitanie gwardii?

            - Tak jest. W sensie w żadnym wypadku. Przepadł sztandar pułku.

            Kiedy wyciąga się dużą rybę, ogłusza się ją pobijakiem w głowę. Dowódca chwieje się, oczy stają się nieobecne, a na brwiach zawisł chłodny pot. Śni mu się straszny sen.

            - Jak…- szepcze.

            Do przodu wypychają nieszczęsnego starszego sierżanta, który jest już dobę na nogach, i dziesiąty raz streszcza, jak oparł sztandar, jak pił piwo, jak rzucił niedopałek, i jak sztandaru na miejscu nie było.

            Stawiają dowódcy krzesło, donoszą wody, wódki, dają zapalić i wachlują czapkami. I podają do wiadomości, jakie podjęli kroki. Wszystko, co możliwe zrobili, nie szczędząc siebie…

            I złowieszczy cień Oddziału Specjalnego już kładzie się na złote pagony towarzyszy oficerów.

            - Tak - mówi dowódca.- Tak. Ja do dywizji meldować tego nie będę. Co mam niby zameldować?! Ja z tym sztandarem pod kulami do Oderu doszedłem!!! Co wyście narobili?! Starszy sierżancie…ach starszy sierżancie…jak to, co ty…

            - Szukać!!!- Rozkazuje. – Cały skład osobowy- szukać!!! Obiad odwołany!!! Przepustki odwołane!!! Wszystkich oficerów do pułku!!! Nie znajdziecie, to własnoręcznie rozstrzelam! Na placu!

            I cały pułk wierci się jak oparzony- swojego sztandaru szuka. Trawę grabiami przeczesuje. Ziemie przesiewa! Czołgiści przegrody silnikowe otwierają, artylerzyści do luf zaglądają!

            Nie ma sztandaru.

            A to oznacza, że nie ma pułku.

            Ponieważ nie istnieje odział wojskowy, jeśli nie ma sztandaru. Nie ma więcej takiego numeru, nie ma więcej takiej jednostki wojskowej. Niby pułk jest, ale w rzeczywistości już go nie ma. Fantom.

            Trzy dni siedzi dowódca w domu i pije. I po każdym kieliszku, dniem i nocą dzwoni do oficera dyżurnego: i jak? Nie ma…

            Melduje w dywizji: a więc…Przepadł sztandar.

            Tam nie wierzą. Śmieją się. Potem dostają furii. Dowódca dywizji mówi:

            - Ja do korpusu meldować nie będę. Masz dwadzieścia cztery godziny!- inaczej pod trybunał.

            Szukają. Dowódca pije. Oficerowie dyżurni również piją, ale szukają. I lejtnanci- asystenci piją, żegnają się z oficerskimi pagonami i karierą wojskową. Tylko starszy sierżant nie pije - jest nadterminowym, wypłatę ma małą, jemu jest już wszystko jedno…

            Dowódca dywizji składa meldunek w korpusie, i dialog się powtarza. Jeszcze dobę piją i szukają. I nawet stopniowo przyzwyczajają się do tego stanu. To tak, jakby cię doszczętnie zbombardowali: najpierw wydaje ci się, że to koszmar, a potem, choć tak naprawdę to przecież jest koszmar, żyć jakoś trzeba…służba trwa nadal!...

            Korpus składa meldunek do okręgu wojskowego. I wszystko zaczyna przybierać charakter jakiejś wojskowo - sportowej gry „przepadł sztandar”. Wszyscy już cicho nienawidzą tego nieuchwytnego sztandaru i pragną jakiegoś określenia swojego dalszego losu! I wartownik sumiennie zmienia się na posterunku N_1 jak pomnik idiotyzmu.

            No cóż: trzeba zawiadomić Ministerstwo Obrony. Następuje inspekcja, komisja, dochodzenie: pułk podlega rozformowaniu…

Cała ta historia splotła się w czasie z chruszczowską redukcję armii „milion dwieście”. I w cieniu tego wielkiego rabanu rozformowanie pułku odbyło się bez szczególnego szumu. Żukowa niedawno usunięto i w stan spoczynku wypędzono, krążownik i bombowce poharatali, do cholery z jakimś pułkiem.

            Zbędny szum w armii nigdy nie był nikomu potrzebny. Dowódcę, biorąc pod uwagę minione zasługi, cicho przenieśli na emeryturę. I wszystkich oficerów z wysokimi stopniami również. Młodych rozrzucili po innych jednostkach. Kapitanom-dyżurnym ściągnęli po jednej gwiazdce i wysłali dowodzić plutonami. Lejtnantom-asystentom również ściągnęli po gwiazdce i wypychali w największe dziury, ale przecież - „Dalej Kuszki cię nie poślą, nic mniejszego niż pluton nie dadzą”. Sprzęt zabrali, budynki przekazali kołchozowi. A starszego sierżanta-sztandarowego również zdymisjonowali, nie stosując żadnych dodatkowych represji. Kombatant, niemłody, kawaler Orderów Żołnierskiej Sławy wszystkich trzech stopni…żal starszego sierżanta…nie ma powodu…niech sobie żyje!

            I starszy sierżant ostał się żyw. Jechać nie miał dokąd. Cały jego mały dobytek oraz żona i dzieci byli przy nim, a niczego więcej na świecie nie miał. I pozostał we wiosce.

            Z radością przyjęto go do kołchozu: chłopów brakowało, a ten był zdrowy, wszystkim znany i szanowany, wojskowy, gospodarny; wydzielono mu od razu mieszkanie, awansowali na brygadzistę, założył ogród, nabył wieprzka, kury, przyzwyczaił się do cywilnego życia…

            Rok później, przyszli do niego pionierzy zaprosić go na święto w szkole, z okazji Dnia Zwycięstwa, 9 Maja - jako kombatanta, kawalera orderu, zasłużonego człowieka.

            Oczywiście starszemu sierżantowi udzielił się świąteczny nastrój. Żona wyciągnęła ze skrzyni mundur galowy, wyprasowała go, podszyła nowy podszywany kołnierzyk, starszy sierżant przyczepił ordery i medale, wypił szklaneczkę wódki, przygładził wąsy, i z wielką pompą poszedł z pionierami do szkoły.

            Tam przewodniczący rady drużyny pionierskiej złożył mu uroczysty raport. Na szyi zawiązali mu pionierską chustę i mianowali honorowym pionierem. A on opowiedział dzieciom, jak walczył, jak był ranny, jak ciężko i bohatersko było na wojnie, i jak jego waleczni koledzy oddawali swoje młode życie za szczęście takich właśnie dzieci jak oni.

            Długo bili mu brawo, a potem oprowadzili po szkole. Pokazali klasy, pokój nauczycielski, kącik przyrody z wroną i jeżykiem. A na zakończenie zaprowadzili do sali szkolnego Muzeum Wojennej Sławy, żeby wpisał się do Księgi Gości Honorowych.

            I wzruszony tym przyjęciem i spojrzeniami pełnymi ufności i miłości oraz szczebiotem dzieciaków, starszy sierżant wszedł do tego szkolnego ich muzeum, i tam, pośród gablot z zardzewiałymi lufami karabinów i stojaków z fotografiami z gazet, między pionierskimi trąbkami i bębenkami, zobaczył sztandar ich pułku.

            Stał na specjalnej podstawce, pomalowanej czerwoną farbą, rozwinięty i przymocowany gwoździkami do ściany, żeby dobrze było go widać.

            A nad nim, wielkimi, wzorzyście wyciętymi z kolorowego papieru literami ułożonymi w kształcie łuku, szedł zrozumiały, objaśniający napis:

 

            SZTANDAR 327 SŁAWGORODSKIEGO GWARDYJSKIEGO PUŁKU ZMOTORYZOWANEGO ODZNACZONEGO ORDEREM BOGDANA CHMIELNICKIEGO

            Podarowany drużynie pionierskiej N 27 im. Pawlika Morozowa przez dowództwo jednostki  

 

            …To pionierzy go buchnęli. Dla muzeum. Powiedzieli nauczycielom, że go im podarowano. Nauczyciele bardzo się ucieszyli.

            …Historia pomija milczeniem, co powiedział starszy sierżant pionierom, kiedy doszedł do siebie i co z nimi zrobił. Nie wiadomo również jak dotarł do domu. Ale po drodze z jednego końca na drugi koniec ulicy pognał wiejskich chłopów, nawinąwszy pas ze sprzączką i trząsł naokoło najstraszniejszymi wulgarnymi przekleństwami starszego sierżanta. Ależ on potrafi biegać- z pełnym zachwytu szacunkiem stwierdzili chłopi.

            Godzinę później wieprzyk był sprzedany, a żona w rozpaczy połykając łzy, pobiegła po samogon. Kury na zagryzkę przeznaczył. I powiedział żonie, że nogi swojej w tej wiosce nie postawi. W ogóle nienawidzi wioski, nienawidzi rolnictwa, i już tę to po prostu wytępi doszczętnie. I jutro rano jedzie szukać pracy w Leningradzie. Inaczej nie odpowiada za siebie. Drużynę pionierską udusi, szkołę spali, a nauczycieli powiesi na drzewach wzdłuż szkolnej alei.

            I tak w Leningradzkiej Nachimowskiej Szkole, pojawił się dwumetrowy, wąsaty i dzielny starszy sierżant, który jeszcze dwadzieścia lat na paradach w Moskwie chodził ze sztandarem szkoły przed szeregiem nachimowców, z szeroką purpurową wstęgą przez ramię, między dwoma asystentami z gołymi szablami, a jego twarz znał z telewizji cały kraj.

 

 

Michaił Weller

 



[1] Fragment ballady „Borodino” M. Lermontowa w przekładzie Leonarda Podhorskiego- Okołowa.

[2] PPK- Przejściowy Punkt Kontrolny

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.