25 lipca 2017, wtorek
Jakobe Mansztajn komentarzy: 0

W chwale



Drodzy Państwo, parę dni temu wracam autem do domu, jest dzień wolny, ulice puste, nigdzie się nie śpieszę. W radio Rihanna, w sercu cisza i spokój. I gdy tak toczę się powoli do świateł, obok mojego auta coś spada. To spada piłka. Na pustym ryneczku po prawej, z pięć metrów od ulicy, kilku kolesi kopie sobie w gałę. A że stetryczały już ze mnie człowiek, to myślę coś w stylu: "Ależ nieroztropne zachowanie!". Dosłownie tak myślę, chociaż sam jak pajac drę w aucie ryja do Rihanny.


W każdym razie jeden z kolesi wbiega na ulicę, i "wbiega" to może nawet nie jest najlepsze słowo, bo raczej wtacza się slalomem tym swoim wielkim cielskiem zakończonym groźną głową, niezdarnie chwyta piłkę i z całej siły wykopuje przed siebie. I "przed siebie" to też nie jest najlepsze słowo, bo zamiast do przodu - piłka leci do tyłu, odbija się od budynku i trafia w moje auto.


A ja wtedy czuję imperatyw. Taki moralny imperatyw, żeby wyjść z auta i powiedzieć: "Człowieku, no kurwa, masz boisko sto metrów stąd, a napierdalasz przy samej ulicy. Czy ty jesteś poważny?". Coś takiego mniej więcej mówię w swojej głowie, ale jednocześnie coraz bardziej obawiam się o swoje życie, bo typ nie dość, że na oko tak ze sto dziesięć kilo, to jeszcze ewidentnie jest na imprezie. A ja kiedyś chciałbym mieć rodzinę, też grać ze swoim synem w piłkę, raz do roku jeździć na all inclusive do Tunisu i ogólnie być żywy, a nie zabity na ulicy. Ale jak ktoś piłką lutuje, nawet przypadkiem, w moją złotą kobrę, to czuję, że nie ma innego wyjścia. Że wyjście jest tylko jedno. Biorę więc głęboki oddech, odpinam pasy, powoli otwieram drzwi i zanim zgaśnie światło, koleś mówi: "Przepraszam". Na co ja: "W porządku, nic się nie stało". I odjeżdżam. W chwale.

Źródło, Klick!!!

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Wiosna (opowiadanie)



Na łące stały łagodne, rozmarzone krowy, a pomiędzy nimi wałęsały się gęsi. Gęsi przyleciały z dalekich, egzotycznych krajów, krowy były tutejsze. Poruszyła się ziemia i najbliższa krowa potrząsnęła nerwowo łbem, inne nie zwróciły na to uwagi. To nie było trzęsienie ziemi, po prostu kret usypywał kolejny kopiec, zaczynając od spodu. Gęsi miały w sobie gotowe do zniesienia jajka, niektóre dwa, inne pięć, a jedna siedem. Dokądkolwiek szły gęsi, tam razem z nimi podążały te jajka. Wieczorem wszystkie przeniosą się na trzęsawiska wokół jeziora, ale teraz są jeszcze na łące. Trawa nie jest wysoka, bo dopiero ruszyła na wiosnę. Gęsi bardzo lubią taką młodą, soczystą trawę, krowy jedzą ją także, bo innej jeszcze nie ma. Rzeką, którą lato zamieni w wysychającą strugę, płynęły węgorze. Nad zagajnikiem wikliny przy wodnym zakolu, górowała stara olcha z gniazdem misternie tkanym przez remiza. Lis, który przywarował do ziemi w cieniu zagajnika obserwował gęsi. Przepuścił już parę dobrych okazji, a nawet teraz, mimo że gęś zbliżyła się na długość skoku, nie zaatakował. Powstrzymywała go ostra woń człowieka przynoszona przez wiatr z krzaków czeremchy, gęsto porastającej drogę po przeciwnej stronie stada krów. Lis niepotrzebnie się powstrzymywał, bo człowiek w krzakach był teraz niegroźny, a nawet w ogóle go tam nie było; pozostał po nim but - gumofilcowy kalosz, dobrze przepocony, bijący ciężkoprzystojną, męską wonią pegeeru. Ale tego lis nie mógł wiedzieć, ani tego, że człowiek ten powróci do stanu trzeźwości bez jednego buta, w dodatku prawego.


Rysunek: Andrzej Bobrowski


HEYKELTRAŞ Coşkun ÖZER komentarzy: 0

Wielka majówka ruszyła...

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria - mały fragment dużego opowiadania










(...)

Słońce znów wzeszło rano i zajdzie wieczorem, deszcz nie pada na ludzi złych, ani na dobrych, są dni lepsze i gorsze, dzisiaj wiatr nie hula po ulicach, auta jeżdżą elegancko w jedną stronę i w drugą też, ludzie stoją na czerwonym, przechodzą na zielonym, rano założyli spodnie, wieczorem je zdejmą. Rzeczy błahe, jak i te wielkiej wagi, mają zwykle taki sam prozaicznie banalny początek. Żeby była przyszłość musi być najpierw przeszłość. Historię produkują z dni lepszych i gorszych, ale nie jak leci, tylko według przepisu, żeby było jak należy.


Mówią, że pierwszy człowiek na świecie miał na imię Mieszko. I przyleciał z kosmosu na meteorycie zabić dinozaury, żeby powstała ewolucja. I zaraz z małpy zrobił się Pan Twardowski, co sprzedał duszę diabłu za koguta i odleciał na księżyc. Potem Święty Mikołaj Kopernik wstrzymał słońce i ruszył ziemię, ale rad – rada nie rada – musiała wymyślić kobieta Skłodowska, i wynaleziono kartofle oraz konia z wozem, tak powstał świat czyli Polska. A przy niej powyrastały stopniowo, w miarę zapotrzebowania: Ameryka, Londyn oraz francuskie winorośle, żeby Polacy mieli gdzie za chlebem jeździć, i powstały Niemcy, żeby produkować mercedesy dla Polaków, ale u nich recesja straszliwa, więc słabo produkują i nie wszyscy w Polsce jeszcze mercedesami jeżdżą. A zaraz potem ewolucja wyłoniła Chorwację, żeby Polacy mogli mieć dokąd pojechać się wykąpać.


- Dzisiaj w parafii dzień skupienia dla mężczyzn, jutro odnowienie przyrzeczeń małżeńskich dla matek z czternastej róży różańcowej, a znowu po jutrze koronka do miłosierdzia bożego oraz nowenna plus adoracja w kaplicy adoracji. Takie są ważne ogłoszenia parafialne dla naszej parafii, ale pan oczywiście, panie Darku o tym nie poinformuje...

- Poszło. W całości.

(...)

Ludwik Cichy komentarzy: 0

MDT (Międzynarodowy Dzień Teatru)