29 listopada 2022, wtorek
Antek Wajda komentarzy: 0

Niespodzianka wyborcza

Sławomir Mrożek komentarzy: 0

Nuda, nic się nie dzieje, czas na Mrożka

Gostyńska 36 komentarzy: 0

W domu (opowiadanie)

Powiedziałaś przy śniadaniu, że nasz dom cię przytłacza, że wygląda jak opustoszały: przestrzenie, szkło, nikiel, marmury, porcelana, obrazy; nieprzyjemne muzeum, sterylne laboratorium. Powiedziałaś, że chcesz mieć jakieś zwierzątko. Zapytałem jakie. Chciałabyś mieć kreta, z matowym, puszystym futerkiem i różowym noskiem. Dojadłem bułkę z krakowską podsuszaną, dopiłem herbatę. Bułkę z dżemem żurawinowym na razie zostawiłem, może poczekać.




Założyłem buty, polazłem do szopy i wyjechałem z niej taczką. Na taczce miałem łopatę i kilof. Przywiozłem z łąki czarną, wilgotną ziemię na mieszkanie dla kreta w naszym mieszkaniu. Usypałem duży kopiec na marmurowej posadzce i dojadłem bułkę z dżemem żurawinowym. Podałaś kawę w najlepszym serwisie od mamy. Potem wsiedliśmy do auta, zapaliliśmy papierosy i zaciągaliśmy się. W dobrych nastrojach jechaliśmy do zoo sklepu.

W sklepie nie mieli nic z kretów. Wyjaśnili, że krety są jeszcze pod ochroną, więc w najbliższym czasie nie spodziewają się dostawy. Uprzejmie zaproponowali rybki. Nie chciałaś rybek. Próbowali zainteresować cię papużką, lecz im się nie udało. Wtedy pojawił się sam kierownik sklepu i przyniósł pudełko. Otworzył wieko i wyjął gekkona. Zachwalał go jako jaszczurkę, którą, jak się puści na mnóstwocalowy ekran telewizora, to łazi po nim z góry na dół i z powrotem, bo ma przyssawki na łapach. Nie mieliśmy telewizora, więc nie wzięliśmy gekkona, żeby się nie męczył nie mając po czym łazić.

Wróciliśmy do domu, zjedliśmy obiad. Wziąłem z szopy łopatę, poszedłem na ogród i zasadziłem się w warzywnych grządkach. Do wieczora nic się nie działo, potem zresztą też nic. Dopiero o świcie usłyszałem lepki ślizg uciekających przed czymś dżdżownic i pojawił się on. Poczekałem aż podje i zacznie usypywać kopczyk, wtedy podważyłem ziemię łopatą i przeniosłem bezbronnego kreta do nowego domu w naszym mieszkaniu. Błyskawicznie zniknął w kopcu usypanym na marmurowej posadzce. Gdy się obudziłaś już go nie było widać.

Siedziałaś przed kopcem cały dzień, ale kret się nie pokazał. Zapytałaś czy on na pewno tam jest, czy tylko żartuję. Przez następny dzień też do ciebie nie wyszedł. Zapewniłem, że kret jest w kopcu na sto procent, ale nie wiem czy mi uwierzyłaś. Rozumiałem, że jest inaczej niż miało być. Miało być zwierzątko z matowym, puszystym futerkiem i ruchliwym różowym noskiem, a jest tylko nieruchomy, nudny kopiec ziemi.

Każdego dnia pytałaś, czy kret tam ciągle jest, a ja zapewniałem, że tak. Po tygodniu miałem dosyć twoich podejrzeń i postanowiłem ci to udowodnić. Zacząłem rękami rozkopywać kopiec ziemi i rozkopałem go do ostatniej grudki, aż do marmurowej posadzki. Kreta nie było.

Nie miałem odwagi spojrzeć ci w twarz. Nic nie powiedziałem, bo o nic nie zapytałaś. Poszłaś spać do swojego pokoju.

Do dzisiaj nie rozumiem, jak to się mogło stać.

Rysunek: Anna Cięciel

Villy Sorensen komentarzy: 0

MNOGOŚĆ (1955 rok)

...

grafika: Andrzej Bobrowski

MNOGOŚĆ
Villy Sorensen

 

       Nagle, jak to od wieków przewidywano, ludzie rozmnożyli

się tak bardzo, że nie starczało już miejsca dla wszystkich.

Rząd, od lat obradujący nad zapobieżeniem katastrofie

gwałtownego przyrostu, spoglądał z zaniepokojeniem na

coraz liczniejszy tłum pod oknami i uznał, że to ludność

w nadmiarze protestuje przeciwko nadmiernej ludności.

 

 

       Tymczasem zgromadzonych nie interesowała wcale polityka

demograficzna, lecz szukali sobie miejsca, a plac rządowy,

którego wcale już nie było widać, nie różnił się wyglądem

od innych placów zwanych dawniej otwartymi i ozdabianymi

nawet posągami. W ścisku ginęli wprawdzie najmniejsi

i najsłabsi, ale nie mogło to na dłuższą metę skutecznie zahamować

przyrostu. A dawniej wszystko było łatwe. Nie było

tylu ludzi, bo mniej ich było do rozmnażania, w razie zaś

poważnych problemow wewnętrznych, wystarczyło je skierować

na zewnątrz i wypowiedzieć wojnę.

 

       Rozważano to również obecnie, jednakże przyrost ludności

nie był problemem narodowym, lecz międzynarodowym, w żadnym

kraju nie było już tyle miejsca, by warto go było zdobywać,

a choć bomby wroga, o ile nie stawiano by im przeszkód,

mogłyby zmniejszyć ludność o liczbę zabitych podczas

bombardowania, rozwiązałoby to najwyżej problemy

lokalne, skoro obszary zbombardowane stałyby się niezdatne

do zamieszkania nie wiadomo na jak długo i nie moglłyby

przyjąć napływu ludności z obszarów niezbombardowanych,

zagęszczonych wskutek napływu uchodźcow.

 

       Jedynym radykalnym rozwiązaniem było zniszczenie

wszystkich krajów i szefowie rządów odbywali spotkania na szczycie,

żeby przedyskutować tę sprawę pierwszorzędnej wagi, w końcu

jednak odrzucili to rozwiązanie, gdyż groziło im bezrobociem,

wobec czego cała ich praca dla przyszłości ludzkości poszłaby

na marne. Każdy z nich został więc z własnym problemem,

jednakowym dla wszystkich.

 

 

       Rządy narodowe kontynuowały swoje obrady rządowe,

a problemy przyrostu narastały tak gwałtownie, że rosnąca

ludność posunęła się aż do wnętrza budynków rządowych,

bez żadnych złych intencji, lecz po prostu z braku

miejsca.

 

       Rząd uchwalił, że należało wprowadzić zakaz rodzenia

i zwiększyć śmiertelność wśród niemowląt już bardzo

dawno, tak by ludności było obecnie w sam raz. Jednak poprzednie

rządy zaniechały tak nieludzkich środków z pobudek

humanitarnych, a teraz i tak było za późno. Zważywszy,

że wysoki wiek przeciętny w sposób istotny przyczynił się

do katastrofy, należało go radykalnie obniżyć, co można było

osiągnąć jedynie przez uśmiercenie wszystkich najstarszych

poczynając od końca, i tak też uczyniono.

 

       Co prawda trudno było pochwycić ginących

w tłumie delikwentów, wiele też czasu upłynęło,

nim przerzedziło się na tyle, by starczyło

miejsca na usunięcie podeszłych wiekiem trupów.

 

 

        Chociaż większość ludzi z braku mieszkań przebywała

na swieżym powietrzu, pełnym nieświeżych zapachów

i bakterii, pojawiły się nowe epidemie chorób, wobec których

lekarze byli bezradni, choroby powodujące nawet u najchudszych

puchnięcie aż do rozpuku, choć nikt nie pękał,

przeciwnie — nowy straszny wirus zdawał się zapewniać

zaatakowanym życie wieczne. Rzadom nie pozostało nic innego,

jak ustalić niesprzekraczalną, pod karą śmierci, granicę

wieku, w praktyce jednak należałoby ustalić ją tak nisko,

że wszyscy członkowie rządów dawno by ją przekroczyli,

stając się wieloletnimi przestępcami. Rządy wyciągnęły z tego

wnioski i w konsekwencji podały się do dymisji.

 

 

       Teraz groził powszechny chaos i niepowszednia anarchia.

Cóż, kiedy każda jednostka miała nader ograniczone

pole do występku będąc otoczona bliźnimi, którzy określali

jej miejsce w społeczenstwie. Wszystkco szło więc po staremu

na przekór czarnowidzom i krytykom: na świecie pozostawało

dokładnie tylu ludzi, dla ilu było miejsce, nadwyżkę

gnieciono lub zadeptywano na śmierć. A że społeczeństwo,

w którym nikt nie zajmuje więcej niż mu przysługuje, nie

potrzebuje pisanych praw, ludzie szanowali jak nigdy przedtem

niepisane prawo, zapisane z dawna w ich sercach: czyń

bliźniemu swemu jak i sobie samemu.


Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dzień 25.



Katar miewa każdy, kto ma nos. Ale teraz miewać nie wolno. Mój pies kataru nie ma. Mój pies jest bardzo rasowy, kulturalny, ma szerokie horyzonty umysłowe, choć żyje bez ojca.


Wysyłam go do piekarni po bułki: dwie z dynią, dwie grahamki, jedną kajzerkę, jedną serową i po rogala z makiem. - Weź bardziej spieczone – mówię i zamykam za nim szczelnie drzwi klamką. Myję ręce.


Pewnie, jak wszystko, robię to najgorzej na świecie, ale za to najlepiej jak umiem. Myję rękę lewą, ręką prawą, a zaraz potem prawą rękę myję lewą ręką. Ubrudzoną myciem prawej, myję znów lewą, brudząc tym prawą, więc zaraz myję ją używając lewej. Myję w końcu i lewą i prawą używając równocześnie tej i tamtej. - Jestem już bliski doskonałości – myślę i włączam radio.


Zapowiadają powrót arktycznego niżu. W dodatku nie z arktyki tylko z tej okropnej Rosji. A za oknem słońce! Radio znów nie brzmi wiarygodnie. Rozgrzany promieniami trzmiel kąpie się w pyłku kwiatów zalewających bielą gałęzie marcowych moreli. Dochodzi południe, słońce świeci za darmo dla wszystkich. Dla informujących i dla informowanych, dla chorych i tych, co dopiero zachorują, dla ratujących i ratowanych.


25. dzień kwarantanny. W radiu mówią, że na świecie wyzdrowiało już 150 000 ludzi, ale zaraz dodają, że w kraju jest 1905 chorych, i wszyscy są zdyscyplinowani.


Pustą ulicą idzie Tomek. Wypija małpkę setkę przy mojej bramie. Bezdotykowo przerzuca przez nią butelkę na moje podwórko. Tomek nie ma jednego zęba. Jak Madonna, jak Mike Tyson. Ale nie wygląda jak Madonna ani jak Mike Tyson. Hrabini Wrotycz-Nawłociowa ma zęby jak perełki, jednak skrywa je za wachlarzem, razem z połową twarzy, w której ma wrota przyciągające Coronusa. Hrabini nie chce się zarazić Chorobą, bo Choroba wyzwala w człowieku miłość do papieru toaletowego. Tę naturalną, skrywaną w normalnych czasach wstydliwie, głęboko i taktownie miłość, która teraz, kiedy perspektywa się skróciła i każdy dzień może być ostatnim i nie ma co czekać na lepsze czasy, bo lepszych może już nie być na ujawnienie miłości utajnionej, to ta miłość wybija bezwstydnie, bez umiaru i opamiętania. Prosta miłość do papieru toaletowego. Oraz wyrafinowana, wyłuzdana, dzika miłość człowieka do drożdży.


Tomek już sobie poszedł. Ulica jest pusta. Nikt nie spieszy się do pracy, ale tutaj nigdy nikt nie spieszy się do pracy, bo przeważnie nikt nie chodzi do pracy; ludzie tutejsi postawili na złom. Jednak nawet złomu już nie zbieraja, tacy zrobili się niezłomni. Taka zmiana. I jeszcze to, że nie łoją już w grupach, nie wyją w przydrożnych krzakach, nie napierdalalają się – teraz piją pojedynczo. Taka różnica. Coronus zmusił do picia pojedynczo, sam na sam ze sobą.


Pies wraca z piekarni. Dał sobie wcisnąć niewypieczonego rogala. W dodatku bez maku! Pierwszy raz to się zdarza. Nigdy jeszcze coś takiego się nie zdarzyło. Czuję, że nadchodzą zmiany. I to cywilizacyjne.

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dzień 35.




Po nocy wstaje dzień. Jak gdyby nigdy nic. Słońce wschodzi na wschodzie i rozpoczyna wspinaczkę, by po południu zacząć opadać w stronę zachodu. Ale teraz jeszcze się wspina. Świeci aż miło, dla wszystkich za darmo, dla ratujących i dla ratowanych, dla ozdrowieńców i dla tych co dopiero zachorują.


Do mojego ogrodu wchodzi kot, obcy. Gapi się, wypija parę łyków z kałuży, a potem kładzie się pod śliwą białą od kwiatów. Pewnie trawi mysie polędwice, schaby, wątróbki... Nie ucieka, więc pies go nie goni. Po co ma gonić, jak on nie ucieka? Tylko policja goni chętnie i zawsze, a im mniejszy powód, im bardziej go nie ma, tym bardziej gotowa gonić. To jej główna aktywność.


Przypomina mi się zasłyszane w odległych czasach dzieciństwa: „O! Jak u was koty łażą surowe luzem, to tu głodu jeszcze nie ma". Fakt, do sklepu wciąż przywożą bułki i kabanosy. Nawet placek i babkę można zamówić na Wielkanoc.


Kot dalej nie ucieka, a pies dalej go nie goni. W radiu mówią, że dzisiaj wypuszczono do obiegu 444 miliony gazet i wysłano 241 miliardów maili. Czy trzeba od razu wierzyć we wszystko, co mówią w radiu? W każdym razie mówią, że wyzdrowiało już 318 tutejszych ludzi. Pies ma to wszystko w nosie. Dosłownie. Węchem odbiera cały swój świat, a wzrokiem i słuchem zaledwie potwierdza to, co wcześniej wywąchał. Informacje radiowe są bezwonne, więc dla psa bezwartościowe.


Kot wciąż nie ucieka, chyba zasnął, pies zresztą też. Ulica jest pusta, tylko pszczoły robią ruch, coraz więcej uwija się pracowicie wśród kwiatów śliwki; drzewo nie będzie przecież kwitło bez końca. W ogrodzie, swoje kotki puściły też wilkinowe bazie, bo zaraz Wielkanoc, ale pszczoły tego roku wolą śliwkę.

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dzień 45.




Po nocy wschodzi słońce i od razu staje się jasno jak w dzień.

Rozlega się rumor monstrualnej śmieciarki żerującej pośród koszy wystawionych na ulicę przed nocą, wieczorem. Patrzę przez okno jak śmieciara chwyta w mocarne łapska kosz pod bramą sąsiada, unosi go nad żelazny pysk, przechyla i wytrząsa do opasłego brzyszyska jego zawartość. Świat jest nieczynny, ale ludzie wciąż produkują śmieci. Po tym poznać, że żyją. Umarli nie produkują śmieci. Zresztą cmentarze są teraz zamknięte, żeby nie zarażać mieszkańców; na pogrzeb można pójść wyłącznie jako nieboszczyk.


Dzisiaj urodziło się 380 tysięcy nowych ludzi, a umarło tylko 159 tysięcy żyjących. Widać żywi wciąż rozmnażają się szybciej niż umarli. Mimo, że medycyna jest na takim etapie, że nie potarfi nawet sprawić, żeby człowiekowi zęby wyrosły po raz trzeci.


Z psem zacząłem rozmawiać dwa dni temu. Ja mówię, on słucha, ale nie odpowiada. W każdym razie razie jeszcze nie zabrał głosu, taki jest kulturalny. Ja to rozumiem. Tylko idiota jest gotów zabrać głos w każdej sprawie i ma zdanie na każdy temat i obwieszcza to tonem człowieka pewnego swych racji wszędzie, gdzie tylko może, przy każdej okazji i bez okazji. Zjawisko zupełnie bez gustu. Ale ludzie pozbawieni gustu nie wiedzą, że są go pozbawieni.


Pies przygląda się jak produkuję żywność. Nożem odkrawam pajdy od bochna, powlekam olejem lnianym, posypuję krojonym imbirem, kurkumą i wzmacniającym efekt pieprzem, gdy daję na wierzch jarmuż, pies traci zainteresowanie.

Wychodzę na rower.


Jadę rowerem, ale dwa metry od siebie, więc wszystko w porządku. A jak się zatrzymam na siku w lesie, to od razu stanę obok w zalecanej odległości.

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dzień 65.

Po południu zaszczekał pies. Znienacka i konkretnie. Wydobył z siebie parę głębokich, mokrych grzmotów i już wiedziałem, że mam nieproszonych gości.

Otworzyłem drzwi dotykając klamki, i - pozostawiając je otwarte - wróciłem umyć ręce, według rządowego przepisu: najpierw umyłem rękę lewą, ręką prawą, a zaraz potem prawą rękę umyłem lewą ręką. Ubrudzoną myciem prawej, umyłem znów lewą, brudząc tym prawą, więc zaraz domyłem ją używając lewej. Umyłem w końcu i lewą i prawą używając równocześnie obu, ufff... Teraz mogę wyjść. Wychodzę.


W moim ogrodzie wylądowało UFO. W klasycznym talerzu o kształcie cygara uchylił się luk i wychynąła z niego zielona kończyna. Wysunęła jeden palec i zgięła go parokrotnie w geście pod tytułem: Chodź no tu bratku! Już miałem podejść, ciekawy, co mają do powiedzenia, ale przypomniałem sobie, że jestem głodny, więc zawróciłem, żeby zjeść.


W tym domu się nie przelewa - znalazłem tylko jedno jajko, mąkę, kwaśne mleko i sól. Zrobiłem naleśniki, dwa dla siebie, dla psa trzy.


- Rozmowa z kosmitami zdarza się raz na tysiąc lat, więc warto być w doskonałej formie – skonstatowałem w progu i jeszcze raz zawróciłem, żeby napić się kawy i w spokoju zapalić dla uzyskania harmonii. Nie znalazłem kawy w szafce, ale nie wpadłem w panikę, wysłałem psa do sklepiku naprzeciwko, a sam rozpocząłem przyrządzać wrzącą wodę. Wrócił z Lavazzą Espresso. Przeliczyłem resztę i zaparzyłem kawę. Wypiłem, zapaliłem, wypłaszczając mózg do pozycji wyjściowej. Byłem gotowy. - Teraz to ja już znam odpowiedź na każde pytanie, zanim jeszcze ono padnie – dodałem sobie animuszu.


Pierszy wybiegł pies, ale wrócił zanim zdążyłem zejść po schodach do ogrodu, wyglądał na rozczarownego. Po UFO nie było już śladu, chociaż kazałem im na siebie czeakć wszystkiego niespełna godzinę.


- Mogli nie mieć do mnie naprawdę ważnej sprawy – wyjaśniłem psu. - Wcale mnie nie dziwi, że odlecieli, tak samo jak mnie nie dziwi, że w ogóle przylecieli – podrapałem psa pod paszczą. - Nic mnie już nie jest w stanie zadziwić, więc dlaczego mieliby kosmici? Na przykład w środku pandemii, w tym kraju umiera dużo mniej ludzi niż umierało w analogicznym okresie ubiegłego, zdrowego roku  i w latach poprzedzających, chociaż powinni padać jak muchy, i tylko mi nie mów, że wirusa poznajemy po tym że go nie widać, więc... - pies przestaje słuchać, idzie w miejsce, na którym wylądowali, a później z niego odlecieli kosmici, obsikuje je, potem okrąża kręcąc się, wiercąc, i wyciska kupę tak ładną, zdrową, elegancką, fejsbukową, że mam ochotę natychmiast zdokumentować ją smartfonem 5G i wrzucić na fesjsa. O tak, z pewnością zyska wiele polubień koneserów, oczyma wyobraźni widzę rosnące setki lajków. Nagle przypominam sobie, że jeszcze nie mam 5G. Zdjęcie zrobione zwyczajną komórką też może byłoby dobre, ale to tak tylko bardzo być może.


„O Matko Boska!!!... - zza gęstego żywopłotu dobiega zbolały jęk sąsiada, który przyjechawszy z pracy odkrył, że jego żona przerwała dietę. Nakrył ją jak podjadała czekoladowe rożki, w dodaku razem z córką. Nie pomogły tłumaczenia, że wszystkie jej posiłki są teraz absolutnie pozbawione przyjemności, a alergia na czekoladę napawa ją wstrętem do tej słodkiej substancji, więc zjada ją dla wzmocnienia obrzydzenia, by szybciej schudnąć.

- Tak ci ufałem... ja tak ci wierzyłem... - użala się nad sobą sąsiad.
- Ale ja to na siłę wciskam w siebie, nic sobie z tego nie robię – popłakuje przyłapana żona, a my czym prędzej
wracamy do domu, żeby nie zakłócać prywatoności.


Zamykam drzwi łokciem, w zasadzie bezdotykowo, ale i tak zaraz dezynfekuję.

Szkoda, że odlecieli ci kosmici, tak zwyczajnie, bez podania pewnych typów na sobotnie losowanie totolotka. Na osłodę pozostaje nadzieja, że kiedyś świat znów będzie czynny i ludzie staną do kas sprzedających poezję, muzykę i paprykarz szczeciński.

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dzień 75.



Jest maj, jak co roku o tej porze. Słońce świeci na pełnych obrotach za darmo, dla ozdrowieńców i tych, co dopiero zachorują, dla ratujących i dla ratowanych świeci po równo, chociaż bardziej opłaca się być ratującym niż ratowanym. Pies kładzie się na trawie, łapiąc witaminę D, ziewa, mróży oczy i zasypia.




Wychodzę przed bramę. Nie robię nawet trzech kroków, kiedy dostrzegam leżące na chodniku bezpańskie pięć złotych. Nie podnoszę. Nie dlatego, że mi lata pięcizłotówka, ale wystąpić w ukrytej kamerze za pięć złotych? Dajcie spokój. Tylko nie mówcie mi, że ktoś w czasie wyniszczającej pandemii zgubił pięć złotych, naprawdę?... dajcie spokój - takie rozluźnienie?!


A jednak poluzowali - jak gdyby nigdy nic, przybywa pani inkasent spisywać stan licznika gazowego. Nie jest zamaskowana, ale nie stanowi zagrożenia, bo ledwo się trzyma na nogach, tak się zdezynfekowała wewnętrznie preparatem. Wygląda w tym stanie naturalnie kompletnie, jakby się taka urodziła. Opowiada - za darmo - fajne dyrdymały, podczas gdy ja otwieram za nią wrota licznika i odczytuję jego stan, zdaje się, że nawet zapisuje w notesiku parę cyferek. Na koniec pyta, czy rosną w tym ogrodzie konwalie, bo potrzebuje do nalewki. Dowiaduje się, że rosły, ale już nie, bo zjadł je bluszcz. Mówi, że bluszcz to nie, bluszcz się nie dadaje, a potem przypala cygaretkę, puszcza dwie chmury i sobie idzie - stawia lewą nogę przed prawą, a potem prawą wyprzedza lewą, by znów lewą postawić przed prawą i nigdy jej się nie myli, widać zdezynfekowana jest w sam raz.


Wchodziłem już do domu, gdy rozległo się głosne łup! To rozpędzona samica drozda zderzyła się z szybą na werandzie. Pies obwąchał leżącego na trawie ptaka i stwierdził zgon. Pani drozdowa skręciła kark. Pochowałem ją obok Masakry, kota, który kiedy żył, specjalizował się w szczurach; lubił zwłaszcza szczurze schaby, ogon zostawiał dla mnie, na wycieraczce. Wszyscy wtedy byliśmy szczęśliwi; w maskach to ludzie chodzili tylko do banku po większą gotówkę, ale nie codziennie, bo w weekendy banki były nieczynne. Teraz noszą maski nawet w weekendy, ale wcale im od tego nie przybywa gotówki.


Po pogrzebie, już w domu, włączam radio i zaraz wyłączam, włączam telewizor i też wyłączam. Sprawdzam w internecie jak pandemia dziesiątkuje światową populację: dzisiaj urodziło się 346 525 ludzi, a zmarło 145 618, w tym roku przybyło na świecie 30 252 520 mieszkańców. Pies łapie pierwszą tej wiosny muchę, przegryza ją i wypluwa na drogi dywan.


Przez okno widzę doktora habilitowanego Drozdowakiego, jedynego habilitowanego na naszym osiedlu. Jest zamaskowany, ale wiem, że to on. Zwykle zapomina wyjąć wieszak z marynarki przed jej nałożeniem i po tym go rozpoznaję, po srebrnym haczyku wystającym nad kołnierzem. Nawet wiem dokąd zmierza. Niesie małe pudełeczko z czterema czekoladowymi rożkami dla hrabini Wrotycz-Nawłociowej. Mimo, że ludzie osadzeni w areszcie domowym nie powinni się odwiedzać, pod karą spotkania z rządowym policjantem, habilitowany jest gotów zaryzykować tresurę policyjną dla możliwości popisania się swoją erudycją przed wyrobioną publicznością, a hrabini podejmie ryzko spotkania z powodu rożków, które zje mimochodem, niejako przymuszona, nie przerywając odchudzania. Kibicuję żeby im się udało.


Za oknem znów jakiś widok, niby znajomy lecz nigdy taki sam. Idzie Kazik, ale nie ten słynny, z niewyparzoną gębą, która spowodowała powrót cenzury, to idzie nasz osiedlowy Kazik, znający już dwa języki obce, a od niedawna zapisany na kurs trzeciego. Nigdy nie miał nic do powiedzenia ten Kazik, a teraz będzie miał nic do powiedzenia aż w trzech językach!


Pod koniec dnia już miałem się wykąpać, ale spojrzałem na różową gąbkę, postrzępioną i wyżartą przez moją skórę w wielu miejscach. Wyjąłem z foli nową, świeżutką gąbkę, a zużytą wrzuciłem do kosza. Nie wykąpałem się jednak, bo pomyślałem, że jutro też będzie miło znaleźć nową gąbkę w łazience. Pies, mylnie oceniając mój stan – nie kąpie się, więc pijany - chciał wskoczyć na łóżko, ale spiorunowałem go wzrokiem tak, że poszedł przemyśleć sytuację do swojego pokoju.


Jest noc, więc wychodzę do bankomatu. Wypłacam świeżo wydrukowane pieniądze. Jestem pierwszym, który ich dotyka. Są tak nieskazitelnie czyste, że żal mi je zginać przy upychaniu do portwela. Dobrze, że teraz drukują tyle pieniędzy, ludzie się ucieszą i będą szczęśliwi, nic tak przecież nie ciszy jak widok świeżo wydrukowanej stówki.


Wracając omijam szerokim łukiem zamskowaną postać. To kobieta, wiem, że ma na imię Regina i że kiedyś miała męża, ale przez 20 lat prowadzenia zakładu fryzjerskiego dorobiła się na tyle, że stać ją było na rozwód i obecnie żyje komfortowo.


Nagle kobieta chowa się w bramie, więc też chowam się w bramie, tyle że po przeciwnej stronie ulicy, rozświetlonej teraz reflektorami policyjnego patrolu zmotoryzwanego. Auto przetacza się sennie obok nas i znika, noc znów zjada wszystkie kształty. Możemy wyjść z ukrycia i ruszyć każde w swoją stronę. Może niepotrzebnie się chowaliśmy, bo przecież policja zawsze bije dla dobra bitego - bo nie miał maski, co go chroni, bo się zgromadził i naraził zdrowie, bo miast siedzieć w domu łazi i może się przewrócić łamiąc obywatelską nogę, bo stoi za blisko siebie, narażając na infekcję. Bije w trosce, w najlepszej intencji, i wcale nie jest zmęczona tylko dzielna.

Foto: Anna Cięciel-Łukaszewska

You Tube komentarzy: 0

Niedziela, 12 lipca