25 maja 2020, poniedziałek
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Początek lata (opowiadanie, maj 2018)

 



Siedział prosto, jakby opatry o ścianę poczekalni u lekarza. Ale tu nie było żadnej ściany, żadnego szpitala. Świeciło słońce, a on siedział na dębowej kłodzie w środku rozbudzonego lasu, przy przecięciu dwóch piaszczystych dróg. Jedna łączyła wieś z łąkami, druga prowadziła z miasta nad jezioro.


Siedział w bezruchu, z rękami wspartymi na kolanach. Baldachim koron wielkich sosen rzucał przyjemny cień na głowę przykrytą szarą czapką z daszkiem, bez napisu. Zarośla czeremchy otaczały go zieloną, uspokajającą kurtyną. Stary, solidny, markowy rower w kolorze intensywnie niebieskim postawił podparty na nóżce.


Minęło południe i słońce przesunęło cień, więc teraz siedział w grzejących promieniach. Nie zmienił miejsca, czapki też nie zdjął.


Na rozgrzany piasek drogi, tuż przed nim, wypełzła beznoga jaszczurka padalec, znieruchomiała i rozpoczęła plażowanie. Kiedy słońce przykryło drogę cieniem, jaszczurka zsnunęła się w zarośla.


Miał już wstać, kiedy z oddali zaczął narastać hałas łamanych gałęzi. Coś w pośpiechu przedzierało się przez gęstwinę i było coraz bliżej.

W pędzie przemknęło stado muflonów. Jeden czarny byk z wielkimi rogami minął go z lewej strony, drugi popędził tuż obok prawej ręki. Za nimi gnało siedem brązowych samic z płowymi jagniętami. Wszystkie przegalopowały pomiędzy nim a niebieskim rowerem.


Pył wzniesiony pędem racic powoli opadał na piaszczystą drogę. Wysoko na sośnie ostro zastukał dzięcioł, a potem przeniósł się dalej i stukanie dochodziło jak zza kurtyny; w końcu ucichło. Wtedy przyczłapał zziajany pies. Na pysku miał jeszcze pianę, boki falowały po długim pościgu. Przypadł do piasku na drodze i wpatrywał się oczekująco w siedzącego na dębowej kłodzie.


Pies był czarny, potężnie zbudowany, rasowy, z obrożą świadczącą o dobrobycie właścicieli. Muflony, za którymi beztrosko zapędził się w głąb lasu, gdzieś zniknęły. Został sam, w miejscu którego nie znał. Wtedy dostrzegł siedzącego na pniu. Znajoma ludzka woń kazała mu podejść.


- No i zgubiłeś się – na dźwięk ludzkiego głosu pies podczołgał się bliżej, zamerdał ogonem i zamarł w oczekiwaniu.


Promienie słońca przedzierały się jeszcze przez liście drzew, majacząc na szarym piasku leśnych dróg jasnymi refleksami, ale było widać, że dzień zmierza już ku końcowi. Z daleka, od strony łąk doleciał krzyk żurawia. Jakieś małe zwierzę, wiewiórka albo kuna, zaszurało na korze sosnowych gałęzi. Dzięcioł znów puścił ostrą serię gdzieś nad głowami człowieka i psa. Mógł to być ten sam dzięcioł, ale mógł być inny.


Człowiek sięgnął dłonią do daszka czapki, uniósł ją nad głowę, przewietrzył i z powrotem nasunął. Pies podniósł się na przednich łapach i usiadł. Teraz było widać jego potężne barki i wielki łeb zwieńczający byczy kark.


- No, czas – powiedział człowiek i wstał. Podszedł do roweru, stopą zamknął podpierającą go nóżkę. Wsiadł i ruszył drogą prowadzącą na łąki, gdzie stała chata, którą dawno temu postawił tam jego ojciec. Pies patrzył jak postać oddala się. Potem pokłusował śladem, jaki koła zostawiły w szarym piachu leśnej drogi.




Nie ma już słońca nad skrzyżowaniem piaszczystych dróg przecinających las, więc nie ma i cienia od tego słońca. Jest noc, tłusta jak urodzinowy tort. Do dębowej kłody na skrzyżowaniu podchodzą dziki. Prowadząca locha prycha, odyniec też; stado obchodzi wielkim, bezpiecznym kręgiem miejsce naznaczone wonią psa i człowieka. Dziki wolą trzymać się od tego z daleka. Rano słońce zastanie dzikie stado na granicy lasu i łąki, ryjące w nowej trawie w poszukiwaniu białka dżdżownic, pędraków i nornic. W porze pierwaszych porannych wiadomości dziki powrócą w leśną gęstwinę. Z tych wiadomości ludzie w mieście dowiedzą się że ich dyktator rozpoczął umieranie. To nie będzie tak podane, ale jeśli to, co powiedzą ostrożni poranni spikerzy miałoby mieć jakiś sens, to musiałoby oznaczać właśnie to: zdrowie dyktatora właśnie rozpoczęło ucztę z panią śmiercią.


Człowiek obudzi się w swojej chacie na łące. Nie włączy porannych wiadomości, jak ma w zwyczaju, bo po otwarciu oczu zobaczy na podłodze psa. Podejdzie do lodówki, otworzy zamrażalnik i wyjmie dwie porcje mięsa: udo z jelenia i filet z lina. Pierwszy odmrozi się filet z ryby. Pies pochłonie go trzema chapsami i będzie oczekiwał na więcej. Jeleń dojrzeje do podania po godzinie. Radio wciąż będzie mówiło coś do ludzi, ale człowiek go nie włączy, bo wyjdzie z psem na długi spacer. Wieczorem odmrozi gęś, upiecze ją i pożre razem z psem. Radio będzie wrzało, kipiało, ale oni już będą spali, umęczeni słonecznym dniem na łące i w lesie. Ważne, przełomowe doniesienia nie mają do nich dostępu. Rano słońce znów wstanie na wschodzie, a zajdzie dopiero wieczorem na zachodzie. Lato.

Facebook komentarzy: 0

Efektowny defekt

Facebook komentarzy: 0

Kotek

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Największy obraz świata...

Foto: design-dautore.com, Klick!!!




Największy obraz świata...

...malują kobiety, codziennie, pędzelkami i kredkami do makijażu. I są największą żywą galerią, zupełnie wyjątkową, bo chętnie oglądaną przez facetów. Nawet przez jednokomórkowców, komunikujących się z rzeczywistością jedynie przez komórę; dla nich to zresztą często jedyny kontakt ze sztuką.
(fragment „Anka, cześć” Ludwika Cichego)

Redakcja komentarzy: 0

Poświęcenie



Fragment wyjęty z "Anka cześć," Ludwika Cichego
Klick!!!

 

Obraz: Vicky Mount Art. Klick !!!




Anka cześć,
zastanawiałaś się kiedyś co to jest poświęcenie?

dobry pan…
„Boże, jeszcze muszę iść z tym biednym psem na spacer. Cały dzień czekał na te swoje piętnaście minut, to cały jego świat, sens istnienia. Nie chce mi się jak cholera, ale pójdę. Chodź, ty moje biedne psisko, dostaniesz swój spacer, nie będę chujem…”

… i dobry pies
„Sama przechadzka da się jeszcze jakoś znieść; nawet jak mi rzuca tego cholernego kija do tej cholernej lodowatej rzeki z niechlorowaną wodą, ale najgorsze jest to udawanie, że mnie to rajcuje, to spacerowanie z tym biednym facetem. Jakby nic nie istniało tylko spacery, jakby se kurwa do kina nie mógł pójść, na gadu-gadu albo jakie inne pierdo włączyć.”