25 czerwca 2019, wtorek
Gostyńska 36 komentarzy: 0

Jesienny odlot (opowiadanie)



Zaczęło padać już w nocy, a po śniadaniu wiatr przystąpił do zrywania liści z drzew. Ciskał nimi na wszystkie strony i przylepiał do szyby okna razem z drobinami, jakie udało mu się podebrać z ziemi. Świat przypominał brudną mokrą ścierkę. Oderwałem zmęczony wzrok od okna i przeniosłem go na lśniący, kuszący szlachetnością fortepian. Otworzyłem klapę i zacząłem improwizować po białych. Wolę je od czarnych, bo są przyjemniejsze w dotyku. W końcu znudziło mi się, więc zacząłem naciskać także czarne. Wybierałem różne kombinacje, ale fortepian miał bardzo dużo klawiszy i nieograniczona możliwość wyboru zadziałała nużąco; kiedy wszystko jest możliwe, nie chce się nic. Wziąłem parasol i poszedłem sprawdzić co będę robił w szopie. Okazało się, że w szopie nie miałem nic do roboty.


Wszedłem do domu i zapytałem co robisz. Powiedziałaś że rzeźbisz kamień. Rzeźba miała już jeden z typowych dla kamieni kształtów i wyglądała jak kamień. Zapytałem kiedy skończysz, powiedziałaś że przez cały czas próbujesz skończyć. Skąd właściwie się wie, kiedy obraz jest skończony, opowiadanie zamknięte, a rzeźba gotowa? Z kranu kapało od pewnego czasu i coraz mocniej, aż woda zaczęła ciurkiem spływać do wody. Zakręciłem kran, zaległa cisza. Spojrzałaś na mnie, podeszłaś do kranu, odkręciłaś, umyłaś ręce z gliny. Skończyłaś. Twoja rzeźba do złudzenia przypominała oryginalny kamień polny. Chwilę postaliśmy i nie musiałem nic mówić, bo czułaś mój zachwyt.


Niespodziewanie wyszło słońce, a właściwie zaatakowało, z całą mocą lata. Jakby wiedziało, że to już ostatni raz kiedy może pokowboić tego roku. Do obiadu, rozpalony do białości upał pożarł kałuże i zaczął masakrować roślinność. Rozważałem czy nie wziąć z parapetu kluczyków i nie pojechać do miasta po lody. Z kuchni dobiegła woń dochodzącego obiadu, więc postanowiłem odłożyć wyprawę.


Burza przyszła znienacka i równie nagle odeszła; po prostu zabrała swoje grzmoty, drące niebo błyskawice, hulaszcze trąby, bicze wodne, inne przybory do straszenia i poszła wygrażać gdzie indziej. Wyszliśmy przed sień. Powietrze wyczerpane huraganem zatrzymało się i stało w miejscu. Liście skąpane deszczem błyszczały wszystkimi tonami zieleni. Słońce uniosło nad ziemię woń przemoczonych roślin.


Pierwsza zdjęłaś buty, a potem boso popędziliśmy przez schłodzone łąki do utraty tchu. Koło jeziora, na kukurydzianym rżysku, żurawi konwent hałaśliwie i bez skrępowania ustalał czas i trasę odlotu. Ponad toń wyskoczyła ryba, coś zaszurało w trzcinach, zaśpiewał ptak. Chmara żółtych ślimaków rozkoszowała się mokrą trawą okalającą plażę. Deski pomostu, na których usiedliśmy były ciepłe i parowały wilgocią, nad gładkie lustro wody nieśmiało wznosiły się mleczne zakola mgły. W uszach brzęczała cisza. Ogarniała nas zewsząd. Świat stanął, myśli nie przychodziły do głowy.


Na przeciwnym brzegu rozległo się ujadanie psa. Trzy krowy wpędzone do wody przez szczekającego pastucha zamarły w niej zanurzone po szyje. Pies przywarował przy człowieku, który nadszedł za nim i zapalił papierosa w lufce. Krowy odczekały aż dopali, a potem wyszły z wody. Najpierw podniósł się pies, po nim za krowami ruszył człowiek. Wkrótce zniknęli w zaroślach za zakrętem ścieżki prowadzącej do osady. Zapytałaś, czy historia o nas będzie opowieścią utkaną z tak gęstej materii, że nikt nie będzie w stanie wcisnąć w nią nawet szpilki. Powiedziałem wymijająco, że życie nie polega na wytwarzaniu wspomnień; w każdym razie nie tylko na tym ono polega. Odezwał się też ptak, ale nie wiadomo czy w tej sprawie, rozgadały się inne. Wciąż świeciło słońce, więc tęcza dostrzeżona za plecami zaczynała już blednąć.


Gdzieś daleko, w słynnym świecie Mike Tyson rozpoczynał siódmy dzień odwyku. Wytrzymał cały tydzień, czy tylko oszukiwał tak, że nikt nie był w stanie poznać czy jest na bani? Ostatecznie, co za różnica, skoro to u niego nie do odróżnienia. Mówił o tym dużo, żeby uchronić się przed posądzeniem, że nie ma nic do powiedzenia. Ale czy jutro znów zdoła zostać newsem dnia jak dzisiaj, czy jak wszystkie dzisiejsze newsy trafi jutro do kosza? Dalej świeciło słońce. Rzucało cień wielkiej brzozy na sień, która widywała nas codziennie wychodzących i wchodzących. Teraz też wchodziliśmy przez nią do domu. Ja zajrzałem jeszcze do szopy, żeby wybrać na kolację sznur kurek spośród naszyjników rozmaitych grzybów schnących u powały. Zmarudziłem dłuższą chwilę.


Podałaś przysmaki z żółtek tartych z cukrem i zmielonymi pestkami dyni. Przysmaki z tartych żółtek były zjawiskowe. Powiedziałem coś ogólniejszej natury, o tym że muzułmańscy emigranci mają w innym miejscu ulokowane uczucia wyższe i dlatego nie podają ręki kobietom przy powitaniu. Ziewnęłaś, albo tylko zamarkowałaś ziewnięcie, mi odbiło się znienacka, jedwabiście i słodko. Uśmiechnęłaś się i też solidarnie odbiłaś słodko. Zegar wybił porę ze swojej skrzyni z drewna orzechowego.


W podcieniach arkad domu pająk przetarł pysk nogogłaszczkami i rozsiadł się w mocarnej sieci wypatrując ciem lgnących do wabiącej światłem lampki nocnej. Wstałaś, zgasiłaś ostanie światło w naszym pustkowiu i zaprowadziłaś mnie do sypialni. Pająk ma wiele oczu i podobno parę z nich widzi noktowizorowo. Z punktu widzenia ciem to zły prognostyk, ale kto tam wie jak jest naprawdę? W każdym razie, zapomnieliśmy o pająku już w sekundzie, kiedy nasze ciała zetknęły się z pościelą wydrukowaną motylami w kolorowe grochy.


Z kuchni dobiegało kapanie, a potem ciurkanie; woda spływała do wody. Wstałem, dokręciłem kran. Korale kurek przewiesiłem przez oparcie krzesła, żeby lepiej przeschły na jutro. Bo jutro znów będzie jutro; co ma nie być, skoro zawsze było? Jednak bez żurawi, bo będą już w innym miejscu, daleko stąd.




Grafika: Andrzej Bobrowski

Max Frisch komentarzy: 0

Ingeborg Bachmann według Maxa Frischa

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Patrol umiarkowanie kulturalny (opowiadanie)

Kacper Zamarło & Company komentarzy: 0

Casting

Natalia Brożyńska komentarzy: 0

Drżące trąby (2010)

Avanti komentarzy: 0

Szczepan i Irenka

Claudia Rogge komentarzy: 0

Aktywność sposobem przeciwdziałania wypoczynkowi!

Szczepan Twardoch komentarzy: 0

Poleca

Mój przyjaciel ma piękne i dobre serce i dlatego pisze takie piękne i dobre rzeczy. Cieszcie się, że Wam to daje i bądźcie mu wdzięczni.



Łukasz Orbitowski: Cztery dni w Trójmieście



Końcówkę lata spędzamy w Gdyni. To moje ulubione miasto w zatoce. Gdańsk jest za duży. Sopot ma Monciak. Monciak czyni piękny Sopot miastem nie do zniesienia. Tymczasem Gdynia, ze swoim bogactwem życia i krótką historią jawi się miejscem stworzonym specjalnie dla mnie. Pojawiłem się na świecie jak ona, bez żadnej uprzedniej historii.


Przez cztery dni spacerowaliśmy po plaży, stanowczo za długo leżeliśmy w hotelu i jedliśmy mnóstwo dobrego jedzenia. Zazwyczaj nie robię żadnych z tych rzeczy. W Krakowie mamy tylko brudną Wisłę. Nie wyleguję się w łóżku, a w konieczności spożywania posiłków widzę konieczność zdolną zniszczyć każdy, najlepszy nawet dzień. A jednak jadłem, leżałem. Kupiłem sobie winyl z muzyką z filmu „Szczęki". W końcu to morska historia.


Patrzyliśmy na morze, na ten szary placek zatoki, światła stoczni, masywne frachtowce i meduzy kołyszące się przy brzegu. Przypomniałem sobie, jak byłem nad morzem po raz pierwszy z moim wujkiem. Kamienie rozrywały delikatne ciała meduz wyrzuconych na brzeg. Nie mogłem się z tym pogodzić i zanosiłem te meduzy z powrotem do wody, a potem z wujkiem skakaliśmy na fale. Nie uratowaliśmy wszystkich meduz. Wujek zmarł rok temu. Niczego, nikogo nie ocalimy.


A może jednak? Siedziałem z dwojgiem ludzi, którzy uratowali siedmioletniego chłopczyka. Nieważne kto. Nieważne w jaki sposób. Ważne, że od małego życia oddalono nieszczęście, co nie musiało się stać, a jednak się wydarzyło. Żadne słowa nie oddadzą mojego podziwu dla tych dwojga. Dzień później popiliśmy z moim starym przyjacielem. Chłop miał ciekawe, trudne życie, które większości ludzi odebrałoby radość i nadzieję. Nie on. Otwiera knajpę w Trójmieście, ma nową dziewczynę, wiedzie intensywne życie nocne, ma jasne oczy i nieustannie się śmieje. Zapytałem go, czy jego zdaniem ponad tym światem jest Bóg, zaświat, cokolwiek, co nada nam sens i nadzieję. Zaprzeczył, śmiejąc się. Objął nas oboje i poszliśmy napić się wódki.


I myślę sobie, że tak właśnie jest na tym smutnym świecie, że to wszystko czym żyjemy, co nas buduje i rzuca w przyszłość zawiera się jakoś w tej pustce po Bogu, w jamie gdzie są statki, meduzy przy brzegu, uratowany chłopiec i lęk dławiący przed świtem.



Klick!!!

 


Ludwik Cichy komentarzy: 0

Z życia myszy (bajka)




Na drogę wyszła mysz, z tobołkiem przerzuconym przez ramię na plecy.

Zatrzymała się w cieniu liścia łopianu, zdjęła okulary, przetarła, nałożyła z powrotem, rozejrzała się: z jednej strony był nieznany świat i z dugiej strony był świat, którego nie znała.


Całe swoje życie mysz spędziła na dziesięciu metrach – skrawku pola, jakie miała teraz za plecami. Pole było ogromne. Rozciągało się od jednej linii horyzontu do drugiej i od lasu, którego nigdy nie widziała, do strumienia, którego też nie widziała. Mysz urodziła się na środku tego pola, a kiedy podrosła, opuściła swój dom w płytkiej norze pod kamieniem i przeszła kilka metrów, by wykopać swoją norę i urządzić w niej własny dom.


Do nowego domu myszy prowadziły trzy podziemne tunele, którymi mogla wejść lub uciec, gdyby zaatakował drapieżnik. Kiedy urządzała swoje mieszkanie, człowiek, do którego należało wielkie pole, dawno już obsiał je zbożem – wyglądało wtedy jak trawa sięgająca do kostek. Wkrótce podrosło do wysokości kolan i mysz mogła poruszać się w nim bezpiecznie, niewidoczna dla myszołowa patrolującego pole z góry. Potem zboże wyrosło jeszcze bardziej i sięgało człowiekowi do pasa, a na końcu każdego źdźbła pojawił się kłos z ziarnem.


Z pozycji myszy zboże stało się wielką, przyjemnie zacienioną dżunglą wysokich drzew, z pysznymi owocami na wierzchołkach. Raz po raz wiatr poruszał drzewami i strząsał z nich owoce, a wtedy ziarna opadały na ziemię. Mysz wydeptała ulice i ścieżki do miejsc, gdzie ziaren spadało najwięcej. Czasami zapuszczała się tak daleko, że natrafiała na ścieżki wydeptane przez inne myszy; wtedy cofała się, by nie wchodzić na teren należący do kogoś innego. Inne myszy też nie zapuszczały się na jej teren, więc mysz wiodła spokojne życie na swoich dziesięciu metrach w dżungli chroniącej przed spiekotą lata i przed myszołowem, który już nawet zapomniał o jej istnieniu.


Pewnego dnia do mieszkania myszy przybył mysi kawaler, ale jej nie było akurat w domu. Odszedł rozczarowany i obrażony tak, że nie zostawił dla niej listu, a może zwyczajnie nie umiał pisać, taki to był kawaler.


Ziaren przybywało z każdym dniem i były coraz smaczniejsze. Mysz zaczęła je gromadzić w spiżarni w swojej norze i w jeszcze jednej, wykopanej w pobliżu. Czasami padał deszcz i powstawały małe kałuże, w których można się było porządnie umyć. Wody do picia dostarczała poranna rosa.

Z czasem mysz postarzała się i musiała nosić okulary. Coraz rzadziej wychodziła z nory. Przesiadywała w swoim domu i albo spała, albo rozmyślała; najczęściej o tym, czy istnieje jakiś inny świat niż zboże, i czy jest tam jakieś życie? Ziarna spadały teraz na ziemię wszędzie, zdarzało się że wprost do mysiej nory.


Pewnego dnia mysz obudziło trzęsienie ziemi. Ściany nory drżały a z sufitu odpadały grudy ziemi. Mysz schowała się pod fotelem i zakryła głowę poduszką, ale i tak do uszu dochodził rozdzierający rumor kombajnu sunącego po powierzchni pola. A potem trzęsienie ziemi ustało i zapadła cisza. Mysz ostrożnie wysunęła z nory węszący zagrożenie nos, później uszy, a w końcu całą głowę. Nie rozumiała tego, co zobaczyła.


To, co jeszcze przed chwilą było wielką, wysoką, zacienioną, dającą schronienie i ziano dżunglą, teraz stało się płaską patelnią, przypiekaną przez palące słońce. Świat myszy zniknął. Przestał istnieć, z minuty na minutę.


Mysz wyszła z nory i zaczęłą krążyć wokół domu, nie mogąc wciąż uwierzyć w to co się stało. Nagle dostrzegła cień sunący po szczecinie skoszonego pola. Zdążyła wskoczyć do nory w ostatniej sekundzie; myszołów zamisat myszy porwał w szpony kawał ziemi, który był sufitem jej mieszkania.


Nie miała już domu, jej bezpieczny świat przestał istnieć. Mysz spakowała tobołek, poczekała w jednym z tuneli do zmroku i pod osłoną nocy wyruszyła na poszukiwania nowego miejsca, w którym mogłaby znów normalnie żyć. Rano dotarła do drogi. Słońce zaczynało już przypiekać, dlatego schroniła się po liściem łopianu. Długo rozważała, czy powinna iść drogą w lewo, czy lepiej w prawo. Z jednej strony czekał nieznany świat i z dugiej strony też był świat, którego nie znała. Na dodatek słońce zasłoniły ciężkie chmury i rozpoczęła się ulewa. Ciemniejące niebo przecięła pierwsza błyskawica i rozpętała się gwałtowna letnia burza. Nieszczęścia chodzą parami, pomyślała mysz skulona pod parasolem z liścia łopianu.


A kiedy tak padało i padało, mysz pomyślała, że strugi deszczu zmoczą także myszołowa! Uczepiła się tej myśli i już jej nie puściła. Całą nadzieją myszy i jedyną szansą było teraz to, że ulewa przemoczy pióra myszołowa tak, że nie będzie mógł polować przez cały dzień, a nawet dwa.


Kiedy burza pognała straszyć w inne miejsce daleko stąd, i zabrała ze sobą swoje bicze wodne, błyskawice, wycia wichru, ciemne chmury, inne strachy, mysz zarzuciła tobołek na ramię i odważnie wyruszyła. Nie poszła ani w lewo, ani w prawo – pobiegła wprost przed siebie, przez drogę i zniknęła w zaroślach.


Czy jej się uda? Przecież teraz wszystko może się zdarzyć. Ale skoro zdarzyć może się wszystko, to może się zdarzyć też dużo dobrego, bo dlaczego nie, skoro może wydarzyć się wszystko.